Nie wiem jak mam was przepraszać za dotychczasową nieobecność ale chcę żebyście wiedzieli, że nie jest to spowodowane lenistwem, jak można się po mnie spodziewać xD.
Cała ta nieobecność była uzasadniona tym, że w tamtym tygodniu w czwartek miałam wypadek, wobec którego, złamałam sobie dwa palce. Jak się domyślacie ciężko mi z nimi pisać ;). Zresztą ten tekst pisze za mnie koleżanka, a ja dyktuje xD. Z góry chciałabym przeprosić, ale będziecie musieli zrozumieć, że do conajmniej następnego tygodnia nie dam rady pisać nextów, chyba że uda mi się wykombinować kogoś kto napisze co dyktuje.
Jeszcze raz przepraszam i proszę o zrozumienie w takiej sytuacji...
Mam nadzieję, że wytrwacie ;)
Mara Jackson jest jedynym poza Percy'm ludzkim dzieckiem Posejdona. Odsunięta od matki i brata dorasta nie znając nic innego niż Olimp czy grota smoków, w końcu będzie musiała zmierzyć się ze spotkaniem z bratem, przeprowadzką do obozu i widmem samobójczej misji wiszącym nad nią od dzieciństwa.
piątek, 16 września 2016
piątek, 2 września 2016
Rany
Rzuciłam się w stronę chłopaka nie zważając na nic. Nawet na to, że moja krew tworzyła za mną szkarłatnie czerwoną ścieżkę. Odwróciłam chłopaka na plecy, by po chwili spojrzeć w jego przekrwione oczy. Był półprzytomny i ledwo zdołał skupić na mnie wzrok. Na samym środku jego piersi była ziejąca pustką czarna dziura z której sączyła się ciemna krew. Dotarło do mnie, że to właśnie on mnie popchnął. Przyjął na siebie cios, który od samego początku miał być wymierzony we mnie. Byłam przerażona, że to zrobił a jednocześnie bardzo mu wdzięczna. Nie mogłam jednak znieść tego, że kolejna osoba miała zginąć...Przeze mnie. Skarciłam się w duchu. Nie. Will nie może umrzeć. Nie! Spojrzałam jeszcze raz na dymiącą ranę po czym przeniosłam spojrzenie na jego cudownie błękitne oczy, z których powoli uchodziło życie. Kiedy na mnie spojrzał dostrzegłam tam również cierpienie. Z oczu popłynęły mi łzy.
-Dlaczego?-wychlipałam łapiąc go za zimną rękę.
-Rachel- wychrypiał, choć wcale nie oczekiwałam od niego odpowiedzi.- To była.....jej...wizja. Ja...po tamtej stronie-zwilżył usta- Nico strzelający do ciebie. Musiałem coś...-z jego piersi wyrwał się mokry kaszel wstrząsając całym jego ciałem.
-Myślałem, że nas zdradziłeś-odezwał się Percy podchodząc bliżej wraz z resztą załogi.
-Wszyscy myśleliśmy-dodała Piper ocierając zapuchnięte od płaczu oczy i pociągając nosem.
-Nienawidziłam cię-szepnęłam, czując się tak głupio jak to tylko możliwe.
Jak mogłam nienawidzić kogoś kto chwilę potem uratował mi życie?! Will jeszcze raz odkaszlnął i lekko się uśmiechnął.
-A...teraz?-spytał cicho.
-Oczywiście, że nie idioto!-krzyknęłam przełykając łzy-Uratowałeś mi moje głupie życie, do cholery!
-Jest więcej warte...niż moje.
Spojrzałam na niego ze stanowczością i pochyliłam się.
-Nigdy-szepnęłam, czując jak nadmiar łez gromadzi mi się pod powieką-Nigdy więcej tak nie mów.
Popatrzył na mnie z tym samym lekkim uśmiechem, od którego zrobiło mi się ciężko na sercu.
-Dla mnie-odchrząknął i zdołał dodać-zawsze było-wymamrotał cały czas patrząc mi w oczy. Nagle zrozumiałam z całą klarownością, że ten irytująco przystojny, wyglądający jak ratownik ze słonecznego patrolu chłopak, właśnie powiedział, że mnie kocha. Na swój zagmatwany, niezrozumiały sposób, powiedział właśnie to. Pochyliłam się jeszcze bardziej, tak, że prawie leżałam na podłodze obok niego i przytuliłam go delikatnie zbliżając usta do jego ucha.
-Ja ciebie też-wyszeptałam. Poczułam jego słabą dłoń na moich plecach i zaszlochałam. Odsunęłam się troszkę by widzieć całą jego twarz. To co zobaczyłam z tak bliska było wprost przerażające. Jego twarz była blada jak papier od drukarki, a ogólny wygląd przypominał....no cóż. Kojarzycie proces ususzania ciała tuż przed jego mumifikacją w starożytnym Egipcie? Podkrążone oczy chłopaka i ogólny zarys jego silnej kiedyś sylwetki teraz wyglądały jakby ten proces już się zaczął. Pierwsze łzy w końcu zaczęły skapywać po mojej brodzie. Wszystkie zbierały się dokładnie w miejscu jego rany, a ja cały czas patrzyłam w te cudne oczy i dalej irytująco przystojną twarz z głupawą nadzieją, że to wszystko to tylko zły sen. Jeden z najgorszych koszmarów jakie Fobetor -bóg koszmarów którego miałam nieprzyjemność spotkać na wyprawie z....Mellisą i Willem. Mellisa zginęła chcąc uratować ojca....przeze mnie. Will znajduje się w takim właśnie stanie...również przeze mnie. Nim zdążyłam opuścić głowę poczułam jego dłoń na moim policzku. Znów uniosłam wzrok na jego pełną cierpienia twarz. Przejechał wzrokiem po twarzach wszystkich zgromadzonych wokół niego i zatrzymał się na mnie.
-Przepraszam-wymamrotał do wszystkich nas razem i do każdego z osobna, po czym zamknął błękitne jak niebo w lecie oczy, a z jego płuc wypłynęło całe powietrze, zupełnie jakby pozbywał się go razem z duszą, która wraz z ostatnim tchnieniem rozpoczęła wędrówkę do Hadesu....a w jego przypadku...Elizjum. Głośno zaszlochałam i szorując kolanami o własną krew wymieszaną z jego krwią podciągnęłam się jeszcze bliżej. W panice chwyciłam go za ramiona i lekko potrząsnęłam, wciąż nie wierząc w to co się dzieje.
-Will-krzyknęłam szukając przerażonym wzrokiem choć najmniejszych śladów życia na jego ciele. Potrząsnęłam nim jeszcze raz-No otwórz te swoje głupie, śliczne, cholerne oczy!
Podczas gdy przerażona, wydzierałam się na cały głos usiłując ocucić przyjaciela, reszta załogi Argo III, stała za mną, albo płacząc, albo wciąż starając się wyjść z szoku po bitwie. Jedynie Percy, choć oczy miał również pełne łez, pomyślał logicznie i rozejrzał się po komnacie w poszukiwaniu ewentualnego zagrożenia. Po rekonesansie znów do nas podszedł i objął szlochającą Anabeth, wpatrując się w martwe ciało Willa ze smutkiem. Wciąż nie dochodziło do mnie nic z tego co się wydarzyło.
-Solace!-klepnęłam go otwartą dłonią w policzek-No obudź się! Żartuj sobie ze mnie! Wrzucaj mnie w błoto! Przejdź na drugą stronę! Cokolwiek....-zaszlochałam i oparłam się o jego klatkę piersiową-Tylko żyj...
Łzy wciąż płynęły po moich policzkach jak żywy wodospad, lądując nadal w jednym i tym samym miejscu, dokładnie na środku jego klatki piersiowej. Tam...gdzie powinno być serce. Wtuliłam się w jego szyję obejmując jego bezwładnie leżącą głowę rękami.
-Nie zostawiaj mnie...-wyszlochałam głaszcząc go drżącymi rękami po włosach-Błagam....Nie teraz-głos mi drżał i co chwila krztusiłam się łzami. Wciąż spazmatycznie głaskałam go po głowie mając nijaką nadzieję, że...to jeszcze nie jest...koniec. Nie mogłam znieść tego, że stało się to...znowu. Po raz kolejny już ktoś mi bliski zginął przeze mnie. Zamiast mnie. Dlaczego ten cholerny Nico nie mógł przebić mnie tym mieczem. Dobić tak, żeby już nikt nie musiał za mnie cierpieć? Dlaczego do jasnej cholery ja jeszcze żyję?! Wciąż szlochałam oparta o martwego chłopaka, mamrocząc niewyraźne prośby o pozostanie, gdy ktoś dotknął mojego ramienia.
-Mara-powiedział cicho Percy, kucając przy mnie. Jego głos drżał.-Musimy już...iść.
Spojrzałam z bólem na martwe ciało przyjaciela po czym przeniosłam spojrzenie na brata. Posłał mi wymuszony uśmiech próbując mnie pocieszyć, po czym dosłownie podźwignął mnie na nogi. Wicher podszedł do mnie i trącił mnie łbem w bok
-Dziękuję stary-szepnęłam przytulając się do smoka. Następnie zbliżyłam się do Szarego, kuśtykając i ciągnąc za sobą prawą nogę. Niezgrabnie ukłoniłam się przywódcy smoków i powiedziałam-Jesteśmy wam bardzo wdzięczni. Dziękujemy.
Smok popatrzył na mnie dłużej i przekazując mi wyraźny komunikat wbił spojrzenie w miejsce zbroi pod którym był naszyjnik, po czym rycząc donośnie wyleciał z pomieszczenia wraz z innymi smokami. Wraz z przyjaciółmi popatrzyliśmy po sobie, po swoich zapłakanych twarzach, zszokowanych oczach i ranach po walce po czym ruszyliśmy do wyjścia. Wchodziliśmy już do korytarza, gdy za naszymi plecami rozległ się znajomy głos
-Na prawdę mam takie ładne oczy?

Koniec kolejnego rozdziału. Napiszcie czy się podobało, albo czy się nie podobało. Następny rozdział na pewno w piątek, być może w niedzielę. Zapraszam do komentowania. To dodatkowa motywacja do pisania nextów wcześniej ;)
Do nna <3
~Pass
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)