poniedziałek, 16 maja 2016

Witajcie na Argo II! yy...Argo III

No więc...Kochani wiem, że trochę mnie nie było, no ale musicie zrozumieć...Powstanie Chaosu...walki na śmierć i życie...te sprawy. Jakbyście zdążyli już zapomnieć (chociaż mnie nie da się zapomnieć ;) ) nazywam się Mara Jackson, greccy bogowie na prawdę istnieją, chodzą po ziemi i powodują same kłopoty!. Nie chcę mi się jeszcze raz tego wszystkiego opisywać więc zapraszam na sam początek końca, czyli tam gdzie moje przygody się zaczęły. Od początku tych opowiadań, mogę stwierdzić, że tam doszukacie się wszystkiego. A może i czegoś więcej... W każdym razie...(dla niedoinformowanych)... najstarszy bóg, pierwotne bóstwo, pan cienia, zła i wszelkiego innego bagna w które taki niczego nie spodziewający się heros jak ja może wpaść, powstaje. Dokładną datę swojego wielkiego triumfu nad ludzkością przedstawił na 13 maja. Moje urodziny. Coś czuję, że zapowiada się iście szampańska zabawa. Przecież kto normalny chciałby siedzieć w domu z przyjaciółmi i zajadać się tortem urodzinowym, kiedy może walczyć na śmierć i życie z samym Chaosem, a do tego doświadczyć wielu urazów, zdrad, żalu, a może nawet umrzeć! Kto normalny by odmówił? Oczywiście nie jest tak, że ja sama zgłaszałam się do tego przedsięwzięcia. Siedziałabym cichutko, nie wychylając się, no ale wiecie...Fata, przepowiednie i wiele wiele innych głupstw które z góry przepowiedziały, kto ma wykonać to zadanie. I spośród kilkuset tysięcy herosów, musiało paść na mnie... Jej! W każdym razie, nie zbaczając z tematu, jest teraz październik. Przynajmniej u mnie...Za kilka dni nasz okręt Argo II (Argo III...Argh...) będzie gotowy na śmiertelnie niebezpieczną misję. Jupi! Z tego, czego, wraz z moimi przyjaciółmi zdążyliśmy się dowiedzieć wynika, że musimy odnaleźć:
-miecz ze smoczego zęba
-smoczy płaszcz
-oraz figurkę z której Chaos czerpie moc.
A to wszystko mamy zrobić, nie zmieniając się przy okazji w klejącą się do butów, dymiącą papkę. Nie wspominając, że średnio mamy pojęcie gdzie mogą się te przedmioty znajdować...A żeby było śmieszniej..nasze kochane Fata (jak ja kocham te babulki...) postawiły przed nami dokładną datę- 13 maja- do której mamy zdążyć na powstanie Chaosu, żebym mogła się zabić, próbując uratować świat...Och, wybaczcie ten pesymizm... Żebym mogła bohatersko pokonać pana Chaosu (tia....) i uratować świat (jeszcze większe tia...). Niczym cholerna Supernova...
Wróćmy do głównego wątku, czyli opowiadania...
 Właśnie wybiegałam z bunkra 9 (to właśnie tam dzieciaki Hefajstosa trzymają plany, narzędzia i takie tam...), wesoło taszcząc ze sobą kilkadziesiąt śrubokrętów, młotków, poziomic, zaczarowanych proszków, butelek z grackim ogniem i wielu innych. To wszystko miałam zanieść na plac szermierki, który od kilku miesięcy stał się jednym wielkim pobojowiskiem, gdzie dosłownie wszyscy obozowicze jakże radośni z tego powodu, mają zajęcia z konstrukcji wielkich, latających statków bojowych (czytaj: gdzie dosłownie wszyscy obozowicze harują jak woły składając okręt od którego zależy życie dziewięciorga szczęśliwców z przepowiedni...w której o zgrozo, znalazłam się ja). Podałam wszystkie rzeczy Leonowi (jednemu z 9 i naszemu głównemu majsterkowiczowi) i poleciałam na górną część budowy. Tak w ogóle to chyba jeszcze nie przypomniałam wam o moich zdolnościach...Umiem panować nad wodą, jako ,że jestem dzieckiem Posejdona (nieudanym dzieckiem raczej), nad powietrzem, ogniem i ziemią, na co juz nie ma tak jasnego wytłumaczenia...no i oczywiście smoki mianowały mnie kimś w rodzaju swojego własnego przywódcy (nawet nie pytajcie jak to się stało), co nadal nie do końca mieściło się w mojej głowie.
Wracając (co ja taka rozkojarzona!), reszta obozowiczów z bardziej rozwiniętym pojmowaniem strategii wojny, z Chejronem na czele, ogarniała nową strategię walki frontalnej i obrony, ponieważ starą (całkiem niezłą swoją drogą) znał doskonale nasz zdrajca Will Solace...o którym nie potrafię na razie nic powiedzieć...
Ej! Tylko nie myślcie sobie, że kiedy o nim mówię robi mi się smutno! Po prostu oczy mi się pocą ze złości, na tą kłamliwą, wredną, śliczną, okropną, chamską szuję! Na tego zapchlonego bydlaka, który udawał mojego przyjaciela, a nawet kogoś więcej, by potem nas..
Dość!!! Dlaczego ja nie umiem trzymać jęzora za zębami i siedzieć cicho!? Argh...Już sama siebie doprowadzam do szału...No masz! Znowu zboczyłam z tematu...
Wyleciałam właśnie na samą górę konstrukcji (przy drobnej pomocy mojego panowania nad wiatrami), gdzie pomagałam synowi Zeusa, kolejnemu z naszej wspaniałej dziewiątki, oraz mojemu przyjacielowi, Jasonowi Grace, nadzorować wszystko z góry i służyć w razie czego jako żywa polisa zdrowotna, na wypadek gdyby komuś umyślało się stracić równowagę, na wysokości 40 metrów, lub gdyby ktoś po prostu chciał przetestować naszą czujność (Dzięki Connor, jestem czujna!). Za kilka dni ruszamy, więc teraz głównie, wykańczaliśmy pracę. Najwięcej roboty zostało wewnątrz okrętu, ale i z tym radziliśmy sobie dosyć sprawnie.
Ostatniej nocy w obozie położyłam się wcześniej spać. Ku mojemu nieszczęściu. Kolejne koszmary...


Znalazłam się w wielkiej kamiennej komnacie. Widziałam stojących w niej Willa Solace (syna Apollina), siedzącego na posadzce i opartego plecami o ścianę, z twarzą ukrytą w dłoniach, oraz mojego najgorszego wroga, z którym na pieńku mam od kilku dobrych lat...Nica di Angelo (syna Hadesa). Ciemnowłosy chłopak, podszedł do blondyna i usiadł obok niego na posadzce.
-Na pewno nie?
-Na skarpety Dionizosa Nico! Ile razy mam powtarzać! Lubię cię jako przyjaciela! PRZYJACIELA! Nic więcej.-odparł wyraźnie zirytowany Will.
-A ją?-spytał kamiennym głosem syn Hadesa. Jego towarzysz popatrzył na niego gniewnie.
-Zapomniałeś już, że zdradziłem ją dla pana chaosu?!-warknął.
Miałam całkowitą pewność, że mówił o mnie i nie powiem, z mojego serca spadła wielka gruda zastygniętego cementu, kiedy usłyszałam żal w jego głosie. Nico najwyraźniej nic takiego nie wyczuł.
-Pamiętam-odrzekł.-Ale dalej nie mogę zrozumieć po co, na złociste gatki twojego ojca, składałeś jej tą głupią przysięgę?! Teraz nie możesz jej zranić.
Syn Hadesa wydawał się żałować, że tak się stało, co tylko spotęgowało moją nienawiść do tego głupiego trupiego władcy...
-Wiem. Po prostu musiałem coś zrobić żeby mi zaufała.-wytłumaczył Will.
-Przecież już wtedy ci ufała i ty o tym wiedziałeś.-stwierdził Nico.
-Daj mi już spokój i idź poganiać te swoje kościotrupy...-syn Apolla był wyraźnie zdenerwowany.
-Dobra-rzucił ciemnowłosy-Ale lepiej zastanów się po czyjej stoisz stronie i czy zasługujesz na miano generała Armii Chaosu!-fuknął syn Hadesa i gniewnym krokiem opuścił pomieszczenie.
Will otarł twarz i zapatrzył się błękitnymi oczami w dal.
-Chciałbym być tylko w jednej armii-szepnął-Ale jak?...
W tym momencie jego wzrok przeniósł się centralnie na mnie. Spojrzał mi zszokowany w oczy
-Mara!

Obudziłam się. Percy stał nade mną i wołał mnie po imieniu.-Obudź się kobieto! Za pół godziny odlatujemy!
Zerwałam się z łóżka i potrząsnęłam moimi skołtunionymi rudymi lokami.
-Czemu dopiero teraz mnie budzisz?!-warknęłam.
-Chciałem popatrzyć jak się śpieszysz-zachichotał mój brat i wybiegł z domku zanim zdążyłam zdzielić go szczotką do włosów.
W 15 minut ogarnęłam się całkowicie, co było aż dziwne, wyszłam z domku z plecakiem pełnym potrzebnych rzeczy i ostatni raz odwróciłam się by popatrzeć na nasz domek. Domek Posejdona. Ten, który miałam opuścić na tak długo...jeśli nie na zawsze. Westchnęłam i pobiegłam na plac, nie odwracając się ani razu. Na arenie do szermierki, przed Argo III z Festusem (mechanicznym smokiem Leona) na pokładzie, stali wszyscy obozowicze. Uścisnęłam każdego z nich i wymieniłam krótkie serdeczności, a następnie podeszłam do Kalipso. Dziewczyna niedawno jeszcze narzekała ,że nie może lecieć z nami, zła na całą sprawę, ale kiedy dowiedziała się, że jej chłopak, Leo jedzie i ,że nie będzie go przez całe 6 miesięcy, załamała się. Teraz nie można było powiedzieć, że wygląda nienagannie. Łzy spływały jej po opuchniętej od płaczu twarzy, we włosy wplątane miała jakieś niezidentyfikowane przedmioty, a ubrana była w zniszczone spodnie od dresu i poplamioną bluzę.
-Uważaj na siebie-szepnęła, gdy ją przytuliłam-Na siebie i na tego mojego wymoczka. Przyprowadź go z powrotem, proszę...
-Przyprowadzę Kalipso-odszepnęłam i nabrałam powietrza w płuca-Przysięgam na Styks. Przyprowadzę go do ciebie.
Oderwała się ode mnie i spojrzała na mnie bystrymi oczami.
-Spotkamy się na polu walki.-oznajmiła-Nie daj się.
-Spróbuję.
-Ej!-szturchnęła mnie łokciem.-Mówię poważnie. Nie chcę stracić najlepszej przyjaciółki.
-Ja też-uśmiechnęłam się do niej i ściągnęłam z ręki moją bransoletkę z morskich muszelek, którą nosiłam odkąd pamiętam. Zapięłam ją na nadgarstku Kalipso.
-Nie mogę jej wziąć-zaprotestowała, ale ja pokręciłam głową.
-Oddasz jak wrócę.
Kiwnęła głową. Uśmiechnęłam się do niej pewnie i odeszłam na bok, dając się jej pożegnać ze swoim chłopakiem. Brunetka wpadła mu w ramiona i przytuliła mocno.
-Jeżeli dasz się zabić łajzo, obiecuję. Nigdy. Nigdy, przenigdy, się do ciebie nie odezwę-powiedziała, a jej głos łamany był szlochem.
-Yyy jak zginę to raczej nie będziesz miała jak...-zaczął ale Kalipso mu przerwała.
-Zamknij się!-krzyknęła i go pocałowała. Oderwali się od siebie gdy Percy, psując im cały romantyczny nastrój (jak mogłeś braciszku! ), oznajmił, że musimy wylatywać. Leo po raz ostatni popatrzył na swoją dziewczynę.
-Kocham cię Mendo.
-Ja ciebie też Idioto-odparła i puściła jego rękę- A teraz spadaj i nie daj się zabić.
Syn Hefajstosa kiwnął głową i wbiegł na pokład, w ślad za Percym. Już miałam podążyć za nim, ale ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłam się. Była to nasza wyrocznia delficka, Rachel Elizabeth Dare. Była zapłakana i najwidoczniej czymś wstrząśnięta.
-Maro..-wychlipała-Przepraszam za to...za wizję...to ja mu....kazałam...przepraszam!...To przeze...mnie...
-Rachel-zaczęłam nic nie rozumiejąc z tej jej paplaniny.
Złapała mnie mocniej za rękę wbijając we mnie błagalne spojrzenie.
-Wybacz mu, proszę. On, tylko tak mógł cię...-przerwała.
Puściła moją rękę i odbiegła zostawiając mnie i innych obozowiczów pogrążonych w szoku.
-Komu mam wybaczyć?!-krzyknęłam za nią, ale albo nie słyszała albo udawała, że nie słyszy.
Westchnęłam i weszłam na pokład, na którym miałam spędzić kolejne miesiące. Kiedy wznieśliśmy się w powietrze, pomyślałam, że znów wyruszyłam bez płaszcza. Nie znalazłam go. Mojej jedynej, prócz naszyjnika, pamiątki po smokach. Wstrzymałam westchnienie żalu i podeszłam do burty z której widać było machających nam obozowiczów. Wpatrywałam się w nich ze smutnym uśmiechem, gdy podszedł Leo. Dzięki temu, że nowy, naprawiony Festus, mógł sam jeden ogarniać maszynerię okrętu przez większość czasu, syn Hefajstosa mógł pozwolić sobie na częstsze przerwy. Stanął obok mnie i popatrzył w dół na herosów, wśród których na pewno znajdowała się jego dziewczyna.
-Będzie mi jej brakować-wyszeptał, z powagą wypisaną na twarzy. Musiałam go jakoś pocieszyć...
-Ej!-szturchnęłam go w żebra-Pierwszy raz cię widzę bez szalonego uśmiechu! Co z tobą?!
Westchnął.
-Miłość robi z człowieka kupę.-stwierdził.
-Ładnie pachnącą kupę-odrzekłam, na co wreszcie się roześmiał.-Jeszcze ją zobaczysz. Przysięgam.
To już druga obietnica jednego dnia. Co ze mną jest nie tak?!
-Przysięga tchem ostatnim dochowana będzie-wymamrotał.
-Co?
-Nic...Zdanie z ostatniej przepowiedni.
-Dzięki której zginąłeś jak mniemam..
-Ale wróciłem.-odparł-Z Kalipso. A teraz ją zostawiam.
-Nie zostawiasz-zaprzeczyłam-Wyruszasz na ważną misję. Ona to rozumie i jest z cienie dumna.
-Dzięki człowieczku-uśmiechnął się do mnie.-Jednak nie jesteś tylko wredna.
-No dzięki!-westchnęłam z udawanym oburzeniem.
-Chodź na zebranie, bo się spóźnimy...
Przytaknęłam mu i weszliśmy do mesy. W tej właśnie jadalni miało odbyć się śniadanie i pierwsze spotkanie, nie pełnej jeszcze załogi Argo III (brakowało jeszcze Hazel i Franka, po których lecieliśmy do Rzymu, oraz nieznanego jegomościa, który dołączyć miał w środku wyprawy).
Na krzesłach wokół stołu siedzieli Piper, Jason, trener Hedge (znów musiał opuścić rodzinę by się nami opiekować, ale po większej wiązance greckich przekleństw, przystał na tą misję. Bo w końcu ratowanie świata to nie przelewki i wymagają największych speców....ekhem...ekhem....), dalej dwa puste krzesła, Percy, Anabeth, oraz trzy wolne miejsca, z czego dwa dla tych Rzymian z Obozu Jupiter, którzy ponoć są spoko. Leo zajął miejsce obok Piper, a ja przeszłam przez całą mesę i usiadłam obok Perciego. Przez chwilę panowała krępująca cisza.
-No to co misiaczki, zaczynamy przygodę?-zagaił satyr Hedge.
-Oczywiście-odparła Anabeth-Musimy omówić plany i....
-Ja tam najpierw bym coś zjadł-przerwał jej Percy. Roześmialiśmy się.
-Więc na co czekamy?-spytała Piper. Na wszystkich talerzach pojawiło się to na co dana osoba ma największą ochotę. Na talerzach moich i Perciego pojawił się niebieski budyń. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Pamiętałam ten budyń. Jagodowy...Mama zawsze robiła go Perciemu ale ja go kradłam i zawsze jadłam w swoim pokoju, by nie widziała. Raz wylałam go bratu na głowę, ale potem nieźle mi się oberwało. Mimo wszystko dobrze go wspominałam.
Reszta załogi popatrzyła na mnie i Perciego z rozbawieniem.
-Rodzinne podobieństwo-stwierdził Jason z tostem w ustach.
-Najpierw połknij, potem mów.-poradziła zniesmaczona Piper, nabijając na widelec sałatkę.
-Coś ci przeszkadza?-spytał uśmiechnięty Jason, nadal przeżuwający tosta.
Piper trzepnęła go w ramie i roześmiała się.
-Nie. Skąd-odparła ze swoją sałatką w ustach. Wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Doprawdy, nie mam pojęcia, jak my przeżyjemy tę wyprawę, ale wiem jedno: będzie śmiesznie. Bo w końcu, cóż innego pozostało nam w obliczu śmierci niż śmiech?
              
No więc kochani!
Przepraszam za dluższą nieobecność no ale cóż poradzę? Szkoła to nie przelewki, a do tego zbliża się koniec roku ;). Mimo wszystko obiecuję ,że będę bardziej obowiązkowa i postaram się dotrzymywać terminów xd. Następny next pojawi się w tą sobotę także wyczekujcie xd. 
~wasza Pass. 

wtorek, 3 maja 2016

Jeszcze gorzej?

-Uważaj!-krzyknęła.
Nie odwracając się, uchyliłam głowę i w myślach błyskawicznie pomodliłam się do Artemidy ,żeby ta strzała nie trafiła. Widocznie bogini postanowiła mnie wysłuchać i złota strzała, wypuszczona z łuku Willa przemknęła mi nad głową wbijając się o dziwo, centralnie w środek klamry. Odetchnęłam z ulgą. Teraz wystarczyło tylko szarpnąć mocno w dół, by uwolnić spętanego boga. Wyczuwałam jego regenerującą się moc i (tu akurat trudno się dziwić) wściekłość. Już miałam chwytać za strzałę gdy ponownie usłyszałam przeraźliwy wrzask.
-Mara!
Odwróciłam się w porę, by zobaczyć jak jakiś cień przemyka mi przed nosem i odpycha w tył. Nade mną stał Nico di Angelo wyglądający, jakby zaraz miał wbić we mnie miecz....miecz, którego nie było...Zerknęłam w bok i serce podeszło mi do gardła. Zobaczyłam leżącą na posadzce Mellisę, przebitą na wylot mieczem i walczącą o oddech.
-Nie!!-wrzasnęłam zrozpaczona. doskonale rozumiałam co się stało. Ten cholerny kretyn zaszedł mnie od tyłu i chciał wbić mi ostrze ze stygijskiego żelaza prosto w plecy (co za dżentelmen!), ale córka Apollina zaskoczyła go całkowicie i rzuciła się przede mnie, przyjmując na siebie cios przeznaczony dla mnie! Syn Hadesa, jak gdyby nigdy nic podszedł do rannej i brutalnie wyciągnął swój miecz, z jej brzucha. Dziewczyna zakrztusiła się i przyłożyła dłoń do krwawiącej wściekle rany. Nie powiem...Byłam w tamtej chwili równie wściekła jak siedzący w sarkofagu Apollo. No właśnie, Apollo! Ze łzami złości w oczach szarpnęłam strzałę w dół i uwolniłam nieźle wkurzonego boga. Wyskoczył ze swojej trumny niczym 7-metrowa Sypernova i zmierzył wściekłym wzrokiem okolicę. Zanim zdążył podjąć jakiekolwiek działania Nico chwycił Willa za ramie i obaj rozpłynęli się w ciemność, korzystając z talentu syna Hadesa do podróży cieniem. Mimo ,że obaj zbiegli, całą salę wciąż wypełniały żądne ofiar szkielety. Bóg medycyny wskazał na nie niedbałym ruchem ręki i wszystkie rozleciały się w proch, wracając do bram Hadesu. Apollo wydawał się być dosyć z siebie zadowolony, ale mina mu zżędła gdy ujrzał mnie klęczącą nad jego córką. Skurczył się do rozmiarów człowieka i podszedł. Położyłam sobie głowę przyjaciółki na kolanach i szlochałam, patrząc na jej wykrzywioną w grymasie cierpienia twarz.
-Ty idiotko!-krzyczałam na nią- Na bokserki Aresa, po co mnie zasłaniałaś?!
-Inaczej-wychrypiała zerkając na Apolla- nie uwolniłybyśmy taty...
-Dałabyś radę!
-Nie dałabym i ty o tym wiesz-odparła twardo, jak na kogoś z kogo zrobiono szaszłyk. Westchnęła cicho i przymknęła oczy
-Nie!-potrząsnęłam nią-Nie umieraj! Proszę....My tyle przeszłyśmy...Nie możesz....Nie teraz-jąkałam się.
-Mogę. właśnie teraz-uśmiechnęła się słabo, po czym spojrzała mi w oczy-Maro. Will....on...
-Jest zdrajcą-warknęłam-Nic tego nie zmieni. Zemszczę się, za ciebie. Przysięgam na S...
-Nie-syknęła, powstrzymując mnie przed złożeniem najbardziej wiążącej obietnicy na świecie.-Nie waż się przysięgać....
-Ale on...
-On jeszcze...jeszcze cię zaskoczy...-westchnęła, po czym zamknęła oczy.
Spojrzałam na smutnego Apolla i krzyknęłam na niego
-Zrób coś, do cholery! Jesteś bogiem medycyny na Zeusa! Ulecz ją!
-Niektórych ran nie da się uleczyć-odparł, a jego głos złamany był bólem. Nachylił się do Mellisy, która otworzyła jeszcze raz oczy i spojrzała na niego
-Kocham cię tato.-wyszeptała ledwie słyszalnie.
Nigdy w życiu nie podejrzewałam ,że bogowie olimpijscy mogą płakać, ale teraz widziałam wyraźnie gorzkie łzy na twarzy Apolla.
-Ja ciebie też promyczku. A teraz śpij...-jego łza spadła na jej czoło i rozbłysła złotym blaskiem. Ciało dziewczyny zrobiło się półprzezroczyste, po czym rozbłysnęło złotem i zamieniło się w najjaśniejszy promyk słońca jaki widziałam. Obleciał jaskinię dookoła napawając ją blaskiem i wyleciał z jaskini.
Wtedy, rozpłakałam się na dobre. Dosłownie leżałam na posadzce i wyłam. Z cierpienia, goryczy, bezsilnej złości i przede wszystkim bólu. Krew przemoczyła już większą część mojej kurtki a ból robił się tak potworny ,że ledwo mogłam się ruszać. Apollo otarł oczy i podszedł do mnie. Położył mi rękę na czole i wypowiedział kilka słów po starogrecku. Ból natychmiast ustąpił, a rana się zasklepiła. Wstałam, wytarłam zapuchnięte od płaczu oczy i spojrzałam na boga medycyny. Miałam mu podziękować, ale mnie uprzedził.
-Nie skazuj go na potępienie...-poradził.
Nie zrozumiałam o co mu chodziło, więc spytałam
-Kogo?
-Willa...On tak na...
-On nas zdradził- syknęłam i spojrzałam buntowniczo w jego oczy.
Gdybym nie była tak zła i rozgoryczona pomysł z warczeniem na boga byłby samobójstwem i to dosłownie, ale w tej sytuacji myślę ,że Apollo był w stanie mnie zrozumieć.
-Kiedyś zrozumiesz-westchnął- A tymczasem...Przepowiednia jeszcze nie została spełniona.
Spojrzałam na niego w zdumieniu. Zmora była, zdrada (och, Will) była, śmierć....była, północ zaliczona, bóg wyroczni uwolniony. Wszystko się zgadzało. Zamierzałam zapytać o co mu chodzi ale mnie ubiegł
-Ziemie nieuchronnie trzeba będzie poruszyć-przypomniał-Musisz zniszczyć sarkofag. Żaden bóg nie może już być tu więziony.
Jak na wiecznie roztańczonego, z zamiłowaniem do haiku boga muzyki, wydawał się być bardzo poważny...aż za poważny. Może po cierpieniach jakie przeżył? Po śmierci córki? Po zdradzie syna? Trudno było mi powiedzieć, więc kiwnęłam głową
-Jak skończysz to przeniosę cię do Obozu-rzekł-Ja się zwijam. Założę się ,że siostrzyczka zdążyła się za mną stęsknić. Papatki!
-Dzię...-zaczęłam, ale zdążył się ulotnić. Westchnęłam ze zrezygnowaniem i wyszłam z jaskini. Ukształtowałam magię ziemi i wyobraziłam sobie jak tworzy się gigantyczny korek, tamujący wejście do jaskini z trumną na wieki. Nim się obejrzałam moje wyobrażenie wcieliło się w życie. Po skończonej pracy byłam niesamowicie wyczerpana, nie tylko użyciem mocy, ale całą tą misją. Zdążyłam jedynie pomyśleć: Wzgórze Herosów...i zemdlałam. Obudziłam się na arenie do szermierki, wyraźnie zakłócając popołudniowy trening. Światło słońca, którego dawno już nie widziałam tak wysoko mnie oślepiło, ale tylko na chwilę. Podniosłam wzrok na zaskoczonych obozowiczów. No tak...w końcu byłam niemożliwie rozczochrana, brudna, zakrwawiona i opuchnięta, co nie mogło być pożądanym widokiem, jeżeli nie chce się mieć koszmarów. Już miałam rzucić sarkastyczną uwagę na temat ich wyglądu i wyrazu twarzy, ale powstrzymałam się, przypominając sobie wszystko czego byłam świadkiem w ciągu ostatnich dni. Rozglądnęłam się po wszystkich dookoła. Byli tam Chejron, Percy, Anabeth, Piper, Leo, Kalipso i wielu wielu innych przyjaciół. Słowa zamarzły mi w gardle i rozryczałam się jak dziecko już drugi raz w tym dniu
Nikt nie wiedział co ma zrobić, a ja klęczałam na środku placu i ryczałam. Jedynie Kalipso wyszła z tłumu i mnie objęła sprawdzając czy nic mi nie jest. Chejron spojrzał na mnie ze zmartwieniem w oczach i rzekł do wszystkich
-Grupowi niech stawią się w Wielkim Domu, a reszta rozejść się- wszyscy stali dalej na swoich miejscach więc spojrzał na nich z dezaprobatą-Już!
Zapewne byli ciekawi tego co się stało ale postąpili według jego rozkazu. Nie byli na tyle głupi żeby mu się sprzeciwiać. Podkłusował do nas.
-Jesteś ranna?-zapytał tak, jak Kalipso wcześniej
-Nie-wymamrotałam
-Chodź z nami do Wielkiego Domu. Musimy porozmawiać.
Kiwnęłam głową i zapewniając Kalipso,że nie musi ze mną iść, ruszyłam za centaurem. W drodze do sali ze stołem ping pongowym w którym odbywały się narady, ściągnęłam zabrudzoną kurtkę i bluzę. Koszulka pod spodem była wyświechtana, rozdarta i zakrwawiona ale nie bardzo mnie to obchodziło. Zajęłam miejsce obok Perciego i Leona, którzy wpatrywali się we mnie z troską.
Wstałam i zaczęłam opowiadać.
-i tak znalazłam się tu-skończyłam.
-Mellisa nie żyje-powiedział tempo Butch, syn Iris, a poza tym od ponad dwóch lat najbliższy przyjaciel Mellisy.
Spuściłam głowę. Nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy. Nikomu nie byłam w stanie...
-To przeze mnie...-szepnęłam
-Nie prawda-burknęła Clarise. Ta dziewczyna nie należy do najmilszych więc zdziwiły mnie jej słowa.-Dobrze postąpiła-widząc przerażone spojrzenia innych, wytłumaczyła- Nie twierdzę ,że jej śmierć jest dobra. Mówię po prostu ,że była odważna, zginęła jak bohater, jak heros, jak- głos jej się załamał-Silena
Znowu wspomniała zmarłą ponad dwa lata temu przyjaciółkę.
-A Will nas zdradził- dodał drżącym głosem Guse, na prendce wybrany nowym grupowym domku Apollina.
-Zastanawiają mnie słowa Apollina-zamyślił się Chejron- Może tu nie chodzi o zdradę...
-Walczyłam z nim Chejronie-powiedziałam twardo patrząc mu w oczy-Przyznał się do zdrady. Chciał mnie zabić. I Mellisę. Jest zdrajcą. Sprawa zamknięta.
-Zdrajcy się nie przyznają- powiedziała Anabeth, spuszczając głowę. Sprawiała wrażenie jakby coś ukrywała...Coś istotnego.
-To jak go inaczej nazwiesz?!-wiem, że nie powinnam na nich krzyczeć ale byłam na skraju załamania nerwowego-Może od razu ogłoście go piepszonym bohaterem co?!
-Tego nie powiedziałam-sprostowała córka Ateny - Może miał w tym jakiś głębszy cel...
- Może chcesz nam coś powiedzieć?-nachyliłam się nad stołem. Tak. Ona zdecydowanie coś ukrywała.
-Nic co miałoby znaczenie w tej sprawie-odparła patrząc mi w oczy. Inni za pewne jej uwierzyli, ale ja spędziłam wystarczająco dużo czasu z Ateną, by rozpoznać ,że jej córka kłamie.
-Coś mi tu śmierdzi-mruknęłam, a Connor siedzący dwa krzesła ode mnie, pociągnął nosem i zmarszczył brwi
-Mnie też.
W innych okolicznościach, byłoby to nawet śmieszne, ale teraz nikt nie zdobył się na śmiech.
-Jest jeszcze coś co trzeba omówić- Chejron zmierzył nas wzrokiem
-Co takiego?-spytała Piper
-Przepowiednia.
-9 herosów-dodał Jason
-To muszą być ci sami co ostatnio plus Mara-zdecydował Chejron, a my spojrzeliśmy na niego ze zdumieniem.-Dostałem wiadomość-wytłumaczył- z samej góry.
wszyscy zrozumieliśmy ,że chodziło o Olimp.
-Trzeba znowu zbudować Argo II-dodał
-Chyba Argo III-poprawił go Lee Flecher od Hekate
-Jak zwał tak zwał...
-Wcześniej było nas siedmioro. Plus Mara to razem 8 a ma być dziewięć.
-Umiesz liczyć?!-spytała z udawanym zachwytem Clarise, na co lekko się roześmialiśmy. Normalnie dołączyłabym do niej i sama rzuciła komentarzem, ale w tamtej chwili byłam jeszcze wstrząśnięta ostatnimi wydarzeniami.
-Dziewiątego zgarniecie po drodze-wytłumaczył zagadkowo opiekun herosów
-Kogo?-zainteresowałam się
-Przysiągłem na Styks ,że nie powiem-odparł poważnie.
Przypomniałam sobie ostatnią przysięgę którą słyszałam. Will przysiągł ,że nigdy mnie nie skrzywdzi...Posmutniałam co wyraźnie zobaczył mój rozkoszny braciszek i trącił mnie ramieniem. Nie oddałam mu, co było do mnie nie podobne.
-Niestety do pokonania pana Chaosu nie potrzeba będzie tylko mocnych nerwów-Chejron popatrzył na mnie- Potrzeba będzie przedmiotów o niebywałej sile. Wszystkie 4 związane są ze smokami-po tych słowach zebrani wpatrzyli się we mnie jak w obraz, myśląc ,że wiem o jakie przedmioty chodzi. Nie wiedziałam, więc centaur kontynuował-Miecza ze smoczej łuski, którym posługiwał się kiedyś Uranos, smoczego płaszcza, o którym nie wiemy nic. Talizmanu ze smoczym kamieniem- naszyjnik który dostałam od smoków na pożegnanie rozgrzał mi się na szyi-i...
-wykutej ze smoczego pazura figurki wroga-wpadłam mu w słowo
-Skąd wiesz?
-Widziałam ją-wzruszyłam ramionami i wyjęłam naszyjnik z pod koszulki-A talizman już mamy.
-Skąd wiesz ,że to ten?- spytał Travis Hood, syn Hermesa
-Po prostu wiem-odparłam
-Ale skąd...?-zaczęła zszokowana Piper
-Prezent pożegnalny-wymamrotałam i uśmiechnęłam się pod nosem, wpatrując w wielokolorowy kamień
-Czy ty wiesz jaką władzę on ci daje?-spytał poważnie Chejron.
Zerknęłam na niego
-Mogę poprosić smoki o pomoc...
-Możesz im kazać sobie pomóc-sprostował opiekun.
Podniosłam głowę zaskoczona.
-Ja...mogę...im...rozkazywać?-wyjąkałam, nie wierząc własnym uszom
-Tak-potwierdził centaur-Dostałaś go od nich?
-Oczywiście
-Mianowały cię przywódcą-stwierdził pewnie.
Zaniemówiłam, niezliczony już raz tego dnia
-Oni...?Mnie...?
-Owszem,
-Władca smoków-wyszeptał Butch wpatrując się we mnie
-Nie!-krzyknęłam-Przecież to Nico!
-Najwyraźniej nie-zauważył Jason.
-Mamy też inny problem-przerwał tą fascynującą rozmowę Chejron-Chaos wyznaczył datę powstania. W twoje 16 urodziny- zwrócił się do mnie.
-Co oni mają z tymi szesnastkami?!-westchnął Percy-W moje 16 urodziny powstał Kronos, a w twoje powstaje Chaos. Bogowie nie znają innej daty?
Zignorowaliśmy go, co zdążyło już wejść mi w krew.
-Za niecały rok-burknęłam
-Leo nie wiem jak to zrobisz ale Argo musi być gotowy najpóźniej za 3 miesiące-stwierdził centaur, patrząc współczująco na syna Hefajstosa.
-Będzie ciężko-stwierdził ponuro Leo- Ale się postaram.
-Wtedy zostanie 6 miesięcy.
-Cudownie.-westchnęła Piper
-A ostateczna bitwa to pradawne krainy...
-Ateny- wtrąciła Anabeth
-Znowu-jęknęła Katie Gardner od Demeter.
-Tam zgromadzimy Obóz Herosów, Obóz Jupiter i wszystkich którzy zdołają pomóc-rzekł Chejron.
-I tam spotkacie się z nami-dodałam
-Tak.
-Okej-podsumował Leo-Czyli w 3 miesiące mamy zbudować okręt, który budowaliśmy i ledwo zdążyliśmy w 8, będziemy mieć 6 miesięcy na ogarnięcie ostatniego członka misji, zdobycie 3 niemożliwych do zdobycia przedmiotów, wybicie wielu potworów wysłanych przez naszą ulubioną ciemną mordkę, uciekanie śmierci z przed nosa, a na koniec mamy zmierzyć się w pojedynku z Chaosem i jego zapewne większą od naszej potworną armią, w którym większość z nas pewnie zginie. Super...
-Może być gorzej?-westchnął Jason
-Może-odparłam. wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę.-Chaos powstaje, potwory o których dawno zapomnieliśmy razem z nim, przyjaciele giną, przechodzą na stronę wroga. Mamy przerażająco mało czasu a właściwa i najważniejsza walka dopiero się zbliża. To dopiero początek.
                                                    Znalezione obrazy dla zapytania narada w Obozie Herosów
No więc kolejny next za nami. Dziękuję wam za tyle wyświetleń dziennie. Patrzę na statystyki i nie mogę uwierzyć! Jesteście najlepsi! Następny rozdział powinien pojawić się ok. soboty. 
Do zobaczenia!
MPML