-miecz ze smoczego zęba
-smoczy płaszcz
-oraz figurkę z której Chaos czerpie moc.
A to wszystko mamy zrobić, nie zmieniając się przy okazji w klejącą się do butów, dymiącą papkę. Nie wspominając, że średnio mamy pojęcie gdzie mogą się te przedmioty znajdować...A żeby było śmieszniej..nasze kochane Fata (jak ja kocham te babulki...) postawiły przed nami dokładną datę- 13 maja- do której mamy zdążyć na powstanie Chaosu, żebym mogła się zabić, próbując uratować świat...Och, wybaczcie ten pesymizm... Żebym mogła bohatersko pokonać pana Chaosu (tia....) i uratować świat (jeszcze większe tia...). Niczym cholerna Supernova...
Wróćmy do głównego wątku, czyli opowiadania...
Właśnie wybiegałam z bunkra 9 (to właśnie tam dzieciaki Hefajstosa trzymają plany, narzędzia i takie tam...), wesoło taszcząc ze sobą kilkadziesiąt śrubokrętów, młotków, poziomic, zaczarowanych proszków, butelek z grackim ogniem i wielu innych. To wszystko miałam zanieść na plac szermierki, który od kilku miesięcy stał się jednym wielkim pobojowiskiem, gdzie dosłownie wszyscy obozowicze jakże radośni z tego powodu, mają zajęcia z konstrukcji wielkich, latających statków bojowych (czytaj: gdzie dosłownie wszyscy obozowicze harują jak woły składając okręt od którego zależy życie dziewięciorga szczęśliwców z przepowiedni...w której o zgrozo, znalazłam się ja). Podałam wszystkie rzeczy Leonowi (jednemu z 9 i naszemu głównemu majsterkowiczowi) i poleciałam na górną część budowy. Tak w ogóle to chyba jeszcze nie przypomniałam wam o moich zdolnościach...Umiem panować nad wodą, jako ,że jestem dzieckiem Posejdona (nieudanym dzieckiem raczej), nad powietrzem, ogniem i ziemią, na co juz nie ma tak jasnego wytłumaczenia...no i oczywiście smoki mianowały mnie kimś w rodzaju swojego własnego przywódcy (nawet nie pytajcie jak to się stało), co nadal nie do końca mieściło się w mojej głowie.
Wracając (co ja taka rozkojarzona!), reszta obozowiczów z bardziej rozwiniętym pojmowaniem strategii wojny, z Chejronem na czele, ogarniała nową strategię walki frontalnej i obrony, ponieważ starą (całkiem niezłą swoją drogą) znał doskonale nasz zdrajca Will Solace...o którym nie potrafię na razie nic powiedzieć...
Ej! Tylko nie myślcie sobie, że kiedy o nim mówię robi mi się smutno! Po prostu oczy mi się pocą ze złości, na tą kłamliwą, wredną, śliczną, okropną, chamską szuję! Na tego zapchlonego bydlaka, który udawał mojego przyjaciela, a nawet kogoś więcej, by potem nas..
Dość!!! Dlaczego ja nie umiem trzymać jęzora za zębami i siedzieć cicho!? Argh...Już sama siebie doprowadzam do szału...No masz! Znowu zboczyłam z tematu...
Wyleciałam właśnie na samą górę konstrukcji (przy drobnej pomocy mojego panowania nad wiatrami), gdzie pomagałam synowi Zeusa, kolejnemu z naszej wspaniałej dziewiątki, oraz mojemu przyjacielowi, Jasonowi Grace, nadzorować wszystko z góry i służyć w razie czego jako żywa polisa zdrowotna, na wypadek gdyby komuś umyślało się stracić równowagę, na wysokości 40 metrów, lub gdyby ktoś po prostu chciał przetestować naszą czujność (Dzięki Connor, jestem czujna!). Za kilka dni ruszamy, więc teraz głównie, wykańczaliśmy pracę. Najwięcej roboty zostało wewnątrz okrętu, ale i z tym radziliśmy sobie dosyć sprawnie.
Ostatniej nocy w obozie położyłam się wcześniej spać. Ku mojemu nieszczęściu. Kolejne koszmary...
Znalazłam się w wielkiej kamiennej komnacie. Widziałam stojących w niej Willa Solace (syna Apollina), siedzącego na posadzce i opartego plecami o ścianę, z twarzą ukrytą w dłoniach, oraz mojego najgorszego wroga, z którym na pieńku mam od kilku dobrych lat...Nica di Angelo (syna Hadesa). Ciemnowłosy chłopak, podszedł do blondyna i usiadł obok niego na posadzce.
-Na pewno nie?
-Na skarpety Dionizosa Nico! Ile razy mam powtarzać! Lubię cię jako przyjaciela! PRZYJACIELA! Nic więcej.-odparł wyraźnie zirytowany Will.
-A ją?-spytał kamiennym głosem syn Hadesa. Jego towarzysz popatrzył na niego gniewnie.
-Zapomniałeś już, że zdradziłem ją dla pana chaosu?!-warknął.
Miałam całkowitą pewność, że mówił o mnie i nie powiem, z mojego serca spadła wielka gruda zastygniętego cementu, kiedy usłyszałam żal w jego głosie. Nico najwyraźniej nic takiego nie wyczuł.
-Pamiętam-odrzekł.-Ale dalej nie mogę zrozumieć po co, na złociste gatki twojego ojca, składałeś jej tą głupią przysięgę?! Teraz nie możesz jej zranić.
Syn Hadesa wydawał się żałować, że tak się stało, co tylko spotęgowało moją nienawiść do tego głupiego trupiego władcy...
-Wiem. Po prostu musiałem coś zrobić żeby mi zaufała.-wytłumaczył Will.
-Przecież już wtedy ci ufała i ty o tym wiedziałeś.-stwierdził Nico.
-Daj mi już spokój i idź poganiać te swoje kościotrupy...-syn Apolla był wyraźnie zdenerwowany.
-Dobra-rzucił ciemnowłosy-Ale lepiej zastanów się po czyjej stoisz stronie i czy zasługujesz na miano generała Armii Chaosu!-fuknął syn Hadesa i gniewnym krokiem opuścił pomieszczenie.
Will otarł twarz i zapatrzył się błękitnymi oczami w dal.
-Chciałbym być tylko w jednej armii-szepnął-Ale jak?...
W tym momencie jego wzrok przeniósł się centralnie na mnie. Spojrzał mi zszokowany w oczy
-Mara!
Obudziłam się. Percy stał nade mną i wołał mnie po imieniu.-Obudź się kobieto! Za pół godziny odlatujemy!
Zerwałam się z łóżka i potrząsnęłam moimi skołtunionymi rudymi lokami.
-Czemu dopiero teraz mnie budzisz?!-warknęłam.
-Chciałem popatrzyć jak się śpieszysz-zachichotał mój brat i wybiegł z domku zanim zdążyłam zdzielić go szczotką do włosów.
W 15 minut ogarnęłam się całkowicie, co było aż dziwne, wyszłam z domku z plecakiem pełnym potrzebnych rzeczy i ostatni raz odwróciłam się by popatrzeć na nasz domek. Domek Posejdona. Ten, który miałam opuścić na tak długo...jeśli nie na zawsze. Westchnęłam i pobiegłam na plac, nie odwracając się ani razu. Na arenie do szermierki, przed Argo III z Festusem (mechanicznym smokiem Leona) na pokładzie, stali wszyscy obozowicze. Uścisnęłam każdego z nich i wymieniłam krótkie serdeczności, a następnie podeszłam do Kalipso. Dziewczyna niedawno jeszcze narzekała ,że nie może lecieć z nami, zła na całą sprawę, ale kiedy dowiedziała się, że jej chłopak, Leo jedzie i ,że nie będzie go przez całe 6 miesięcy, załamała się. Teraz nie można było powiedzieć, że wygląda nienagannie. Łzy spływały jej po opuchniętej od płaczu twarzy, we włosy wplątane miała jakieś niezidentyfikowane przedmioty, a ubrana była w zniszczone spodnie od dresu i poplamioną bluzę.
-Uważaj na siebie-szepnęła, gdy ją przytuliłam-Na siebie i na tego mojego wymoczka. Przyprowadź go z powrotem, proszę...
-Przyprowadzę Kalipso-odszepnęłam i nabrałam powietrza w płuca-Przysięgam na Styks. Przyprowadzę go do ciebie.
Oderwała się ode mnie i spojrzała na mnie bystrymi oczami.
-Spotkamy się na polu walki.-oznajmiła-Nie daj się.
-Spróbuję.
-Ej!-szturchnęła mnie łokciem.-Mówię poważnie. Nie chcę stracić najlepszej przyjaciółki.
-Ja też-uśmiechnęłam się do niej i ściągnęłam z ręki moją bransoletkę z morskich muszelek, którą nosiłam odkąd pamiętam. Zapięłam ją na nadgarstku Kalipso.
-Nie mogę jej wziąć-zaprotestowała, ale ja pokręciłam głową.
-Oddasz jak wrócę.
Kiwnęła głową. Uśmiechnęłam się do niej pewnie i odeszłam na bok, dając się jej pożegnać ze swoim chłopakiem. Brunetka wpadła mu w ramiona i przytuliła mocno.
-Jeżeli dasz się zabić łajzo, obiecuję. Nigdy. Nigdy, przenigdy, się do ciebie nie odezwę-powiedziała, a jej głos łamany był szlochem.
-Yyy jak zginę to raczej nie będziesz miała jak...-zaczął ale Kalipso mu przerwała.
-Zamknij się!-krzyknęła i go pocałowała. Oderwali się od siebie gdy Percy, psując im cały romantyczny nastrój (jak mogłeś braciszku! ), oznajmił, że musimy wylatywać. Leo po raz ostatni popatrzył na swoją dziewczynę.
-Kocham cię Mendo.
-Ja ciebie też Idioto-odparła i puściła jego rękę- A teraz spadaj i nie daj się zabić.
Syn Hefajstosa kiwnął głową i wbiegł na pokład, w ślad za Percym. Już miałam podążyć za nim, ale ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłam się. Była to nasza wyrocznia delficka, Rachel Elizabeth Dare. Była zapłakana i najwidoczniej czymś wstrząśnięta.
-Maro..-wychlipała-Przepraszam za to...za wizję...to ja mu....kazałam...przepraszam!...To przeze...mnie...
-Rachel-zaczęłam nic nie rozumiejąc z tej jej paplaniny.
Złapała mnie mocniej za rękę wbijając we mnie błagalne spojrzenie.
-Wybacz mu, proszę. On, tylko tak mógł cię...-przerwała.
Puściła moją rękę i odbiegła zostawiając mnie i innych obozowiczów pogrążonych w szoku.
-Komu mam wybaczyć?!-krzyknęłam za nią, ale albo nie słyszała albo udawała, że nie słyszy.
Westchnęłam i weszłam na pokład, na którym miałam spędzić kolejne miesiące. Kiedy wznieśliśmy się w powietrze, pomyślałam, że znów wyruszyłam bez płaszcza. Nie znalazłam go. Mojej jedynej, prócz naszyjnika, pamiątki po smokach. Wstrzymałam westchnienie żalu i podeszłam do burty z której widać było machających nam obozowiczów. Wpatrywałam się w nich ze smutnym uśmiechem, gdy podszedł Leo. Dzięki temu, że nowy, naprawiony Festus, mógł sam jeden ogarniać maszynerię okrętu przez większość czasu, syn Hefajstosa mógł pozwolić sobie na częstsze przerwy. Stanął obok mnie i popatrzył w dół na herosów, wśród których na pewno znajdowała się jego dziewczyna.
-Będzie mi jej brakować-wyszeptał, z powagą wypisaną na twarzy. Musiałam go jakoś pocieszyć...
-Ej!-szturchnęłam go w żebra-Pierwszy raz cię widzę bez szalonego uśmiechu! Co z tobą?!
Westchnął.
-Miłość robi z człowieka kupę.-stwierdził.
-Ładnie pachnącą kupę-odrzekłam, na co wreszcie się roześmiał.-Jeszcze ją zobaczysz. Przysięgam.
To już druga obietnica jednego dnia. Co ze mną jest nie tak?!
-Przysięga tchem ostatnim dochowana będzie-wymamrotał.
-Co?
-Nic...Zdanie z ostatniej przepowiedni.
-Dzięki której zginąłeś jak mniemam..
-Ale wróciłem.-odparł-Z Kalipso. A teraz ją zostawiam.
-Nie zostawiasz-zaprzeczyłam-Wyruszasz na ważną misję. Ona to rozumie i jest z cienie dumna.
-Dzięki człowieczku-uśmiechnął się do mnie.-Jednak nie jesteś tylko wredna.
-No dzięki!-westchnęłam z udawanym oburzeniem.
-Chodź na zebranie, bo się spóźnimy...
Przytaknęłam mu i weszliśmy do mesy. W tej właśnie jadalni miało odbyć się śniadanie i pierwsze spotkanie, nie pełnej jeszcze załogi Argo III (brakowało jeszcze Hazel i Franka, po których lecieliśmy do Rzymu, oraz nieznanego jegomościa, który dołączyć miał w środku wyprawy).
Na krzesłach wokół stołu siedzieli Piper, Jason, trener Hedge (znów musiał opuścić rodzinę by się nami opiekować, ale po większej wiązance greckich przekleństw, przystał na tą misję. Bo w końcu ratowanie świata to nie przelewki i wymagają największych speców....ekhem...ekhem....), dalej dwa puste krzesła, Percy, Anabeth, oraz trzy wolne miejsca, z czego dwa dla tych Rzymian z Obozu Jupiter, którzy ponoć są spoko. Leo zajął miejsce obok Piper, a ja przeszłam przez całą mesę i usiadłam obok Perciego. Przez chwilę panowała krępująca cisza.
-No to co misiaczki, zaczynamy przygodę?-zagaił satyr Hedge.
-Oczywiście-odparła Anabeth-Musimy omówić plany i....
-Ja tam najpierw bym coś zjadł-przerwał jej Percy. Roześmialiśmy się.
-Więc na co czekamy?-spytała Piper. Na wszystkich talerzach pojawiło się to na co dana osoba ma największą ochotę. Na talerzach moich i Perciego pojawił się niebieski budyń. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Pamiętałam ten budyń. Jagodowy...Mama zawsze robiła go Perciemu ale ja go kradłam i zawsze jadłam w swoim pokoju, by nie widziała. Raz wylałam go bratu na głowę, ale potem nieźle mi się oberwało. Mimo wszystko dobrze go wspominałam.
Reszta załogi popatrzyła na mnie i Perciego z rozbawieniem.
-Rodzinne podobieństwo-stwierdził Jason z tostem w ustach.
-Najpierw połknij, potem mów.-poradziła zniesmaczona Piper, nabijając na widelec sałatkę.
-Coś ci przeszkadza?-spytał uśmiechnięty Jason, nadal przeżuwający tosta.
Piper trzepnęła go w ramie i roześmiała się.
-Nie. Skąd-odparła ze swoją sałatką w ustach. Wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Doprawdy, nie mam pojęcia, jak my przeżyjemy tę wyprawę, ale wiem jedno: będzie śmiesznie. Bo w końcu, cóż innego pozostało nam w obliczu śmierci niż śmiech?

No więc kochani!
Przepraszam za dluższą nieobecność no ale cóż poradzę? Szkoła to nie przelewki, a do tego zbliża się koniec roku ;). Mimo wszystko obiecuję ,że będę bardziej obowiązkowa i postaram się dotrzymywać terminów xd. Następny next pojawi się w tą sobotę także wyczekujcie xd.
~wasza Pass.