wtorek, 3 maja 2016

Jeszcze gorzej?

-Uważaj!-krzyknęła.
Nie odwracając się, uchyliłam głowę i w myślach błyskawicznie pomodliłam się do Artemidy ,żeby ta strzała nie trafiła. Widocznie bogini postanowiła mnie wysłuchać i złota strzała, wypuszczona z łuku Willa przemknęła mi nad głową wbijając się o dziwo, centralnie w środek klamry. Odetchnęłam z ulgą. Teraz wystarczyło tylko szarpnąć mocno w dół, by uwolnić spętanego boga. Wyczuwałam jego regenerującą się moc i (tu akurat trudno się dziwić) wściekłość. Już miałam chwytać za strzałę gdy ponownie usłyszałam przeraźliwy wrzask.
-Mara!
Odwróciłam się w porę, by zobaczyć jak jakiś cień przemyka mi przed nosem i odpycha w tył. Nade mną stał Nico di Angelo wyglądający, jakby zaraz miał wbić we mnie miecz....miecz, którego nie było...Zerknęłam w bok i serce podeszło mi do gardła. Zobaczyłam leżącą na posadzce Mellisę, przebitą na wylot mieczem i walczącą o oddech.
-Nie!!-wrzasnęłam zrozpaczona. doskonale rozumiałam co się stało. Ten cholerny kretyn zaszedł mnie od tyłu i chciał wbić mi ostrze ze stygijskiego żelaza prosto w plecy (co za dżentelmen!), ale córka Apollina zaskoczyła go całkowicie i rzuciła się przede mnie, przyjmując na siebie cios przeznaczony dla mnie! Syn Hadesa, jak gdyby nigdy nic podszedł do rannej i brutalnie wyciągnął swój miecz, z jej brzucha. Dziewczyna zakrztusiła się i przyłożyła dłoń do krwawiącej wściekle rany. Nie powiem...Byłam w tamtej chwili równie wściekła jak siedzący w sarkofagu Apollo. No właśnie, Apollo! Ze łzami złości w oczach szarpnęłam strzałę w dół i uwolniłam nieźle wkurzonego boga. Wyskoczył ze swojej trumny niczym 7-metrowa Sypernova i zmierzył wściekłym wzrokiem okolicę. Zanim zdążył podjąć jakiekolwiek działania Nico chwycił Willa za ramie i obaj rozpłynęli się w ciemność, korzystając z talentu syna Hadesa do podróży cieniem. Mimo ,że obaj zbiegli, całą salę wciąż wypełniały żądne ofiar szkielety. Bóg medycyny wskazał na nie niedbałym ruchem ręki i wszystkie rozleciały się w proch, wracając do bram Hadesu. Apollo wydawał się być dosyć z siebie zadowolony, ale mina mu zżędła gdy ujrzał mnie klęczącą nad jego córką. Skurczył się do rozmiarów człowieka i podszedł. Położyłam sobie głowę przyjaciółki na kolanach i szlochałam, patrząc na jej wykrzywioną w grymasie cierpienia twarz.
-Ty idiotko!-krzyczałam na nią- Na bokserki Aresa, po co mnie zasłaniałaś?!
-Inaczej-wychrypiała zerkając na Apolla- nie uwolniłybyśmy taty...
-Dałabyś radę!
-Nie dałabym i ty o tym wiesz-odparła twardo, jak na kogoś z kogo zrobiono szaszłyk. Westchnęła cicho i przymknęła oczy
-Nie!-potrząsnęłam nią-Nie umieraj! Proszę....My tyle przeszłyśmy...Nie możesz....Nie teraz-jąkałam się.
-Mogę. właśnie teraz-uśmiechnęła się słabo, po czym spojrzała mi w oczy-Maro. Will....on...
-Jest zdrajcą-warknęłam-Nic tego nie zmieni. Zemszczę się, za ciebie. Przysięgam na S...
-Nie-syknęła, powstrzymując mnie przed złożeniem najbardziej wiążącej obietnicy na świecie.-Nie waż się przysięgać....
-Ale on...
-On jeszcze...jeszcze cię zaskoczy...-westchnęła, po czym zamknęła oczy.
Spojrzałam na smutnego Apolla i krzyknęłam na niego
-Zrób coś, do cholery! Jesteś bogiem medycyny na Zeusa! Ulecz ją!
-Niektórych ran nie da się uleczyć-odparł, a jego głos złamany był bólem. Nachylił się do Mellisy, która otworzyła jeszcze raz oczy i spojrzała na niego
-Kocham cię tato.-wyszeptała ledwie słyszalnie.
Nigdy w życiu nie podejrzewałam ,że bogowie olimpijscy mogą płakać, ale teraz widziałam wyraźnie gorzkie łzy na twarzy Apolla.
-Ja ciebie też promyczku. A teraz śpij...-jego łza spadła na jej czoło i rozbłysła złotym blaskiem. Ciało dziewczyny zrobiło się półprzezroczyste, po czym rozbłysnęło złotem i zamieniło się w najjaśniejszy promyk słońca jaki widziałam. Obleciał jaskinię dookoła napawając ją blaskiem i wyleciał z jaskini.
Wtedy, rozpłakałam się na dobre. Dosłownie leżałam na posadzce i wyłam. Z cierpienia, goryczy, bezsilnej złości i przede wszystkim bólu. Krew przemoczyła już większą część mojej kurtki a ból robił się tak potworny ,że ledwo mogłam się ruszać. Apollo otarł oczy i podszedł do mnie. Położył mi rękę na czole i wypowiedział kilka słów po starogrecku. Ból natychmiast ustąpił, a rana się zasklepiła. Wstałam, wytarłam zapuchnięte od płaczu oczy i spojrzałam na boga medycyny. Miałam mu podziękować, ale mnie uprzedził.
-Nie skazuj go na potępienie...-poradził.
Nie zrozumiałam o co mu chodziło, więc spytałam
-Kogo?
-Willa...On tak na...
-On nas zdradził- syknęłam i spojrzałam buntowniczo w jego oczy.
Gdybym nie była tak zła i rozgoryczona pomysł z warczeniem na boga byłby samobójstwem i to dosłownie, ale w tej sytuacji myślę ,że Apollo był w stanie mnie zrozumieć.
-Kiedyś zrozumiesz-westchnął- A tymczasem...Przepowiednia jeszcze nie została spełniona.
Spojrzałam na niego w zdumieniu. Zmora była, zdrada (och, Will) była, śmierć....była, północ zaliczona, bóg wyroczni uwolniony. Wszystko się zgadzało. Zamierzałam zapytać o co mu chodzi ale mnie ubiegł
-Ziemie nieuchronnie trzeba będzie poruszyć-przypomniał-Musisz zniszczyć sarkofag. Żaden bóg nie może już być tu więziony.
Jak na wiecznie roztańczonego, z zamiłowaniem do haiku boga muzyki, wydawał się być bardzo poważny...aż za poważny. Może po cierpieniach jakie przeżył? Po śmierci córki? Po zdradzie syna? Trudno było mi powiedzieć, więc kiwnęłam głową
-Jak skończysz to przeniosę cię do Obozu-rzekł-Ja się zwijam. Założę się ,że siostrzyczka zdążyła się za mną stęsknić. Papatki!
-Dzię...-zaczęłam, ale zdążył się ulotnić. Westchnęłam ze zrezygnowaniem i wyszłam z jaskini. Ukształtowałam magię ziemi i wyobraziłam sobie jak tworzy się gigantyczny korek, tamujący wejście do jaskini z trumną na wieki. Nim się obejrzałam moje wyobrażenie wcieliło się w życie. Po skończonej pracy byłam niesamowicie wyczerpana, nie tylko użyciem mocy, ale całą tą misją. Zdążyłam jedynie pomyśleć: Wzgórze Herosów...i zemdlałam. Obudziłam się na arenie do szermierki, wyraźnie zakłócając popołudniowy trening. Światło słońca, którego dawno już nie widziałam tak wysoko mnie oślepiło, ale tylko na chwilę. Podniosłam wzrok na zaskoczonych obozowiczów. No tak...w końcu byłam niemożliwie rozczochrana, brudna, zakrwawiona i opuchnięta, co nie mogło być pożądanym widokiem, jeżeli nie chce się mieć koszmarów. Już miałam rzucić sarkastyczną uwagę na temat ich wyglądu i wyrazu twarzy, ale powstrzymałam się, przypominając sobie wszystko czego byłam świadkiem w ciągu ostatnich dni. Rozglądnęłam się po wszystkich dookoła. Byli tam Chejron, Percy, Anabeth, Piper, Leo, Kalipso i wielu wielu innych przyjaciół. Słowa zamarzły mi w gardle i rozryczałam się jak dziecko już drugi raz w tym dniu
Nikt nie wiedział co ma zrobić, a ja klęczałam na środku placu i ryczałam. Jedynie Kalipso wyszła z tłumu i mnie objęła sprawdzając czy nic mi nie jest. Chejron spojrzał na mnie ze zmartwieniem w oczach i rzekł do wszystkich
-Grupowi niech stawią się w Wielkim Domu, a reszta rozejść się- wszyscy stali dalej na swoich miejscach więc spojrzał na nich z dezaprobatą-Już!
Zapewne byli ciekawi tego co się stało ale postąpili według jego rozkazu. Nie byli na tyle głupi żeby mu się sprzeciwiać. Podkłusował do nas.
-Jesteś ranna?-zapytał tak, jak Kalipso wcześniej
-Nie-wymamrotałam
-Chodź z nami do Wielkiego Domu. Musimy porozmawiać.
Kiwnęłam głową i zapewniając Kalipso,że nie musi ze mną iść, ruszyłam za centaurem. W drodze do sali ze stołem ping pongowym w którym odbywały się narady, ściągnęłam zabrudzoną kurtkę i bluzę. Koszulka pod spodem była wyświechtana, rozdarta i zakrwawiona ale nie bardzo mnie to obchodziło. Zajęłam miejsce obok Perciego i Leona, którzy wpatrywali się we mnie z troską.
Wstałam i zaczęłam opowiadać.
-i tak znalazłam się tu-skończyłam.
-Mellisa nie żyje-powiedział tempo Butch, syn Iris, a poza tym od ponad dwóch lat najbliższy przyjaciel Mellisy.
Spuściłam głowę. Nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy. Nikomu nie byłam w stanie...
-To przeze mnie...-szepnęłam
-Nie prawda-burknęła Clarise. Ta dziewczyna nie należy do najmilszych więc zdziwiły mnie jej słowa.-Dobrze postąpiła-widząc przerażone spojrzenia innych, wytłumaczyła- Nie twierdzę ,że jej śmierć jest dobra. Mówię po prostu ,że była odważna, zginęła jak bohater, jak heros, jak- głos jej się załamał-Silena
Znowu wspomniała zmarłą ponad dwa lata temu przyjaciółkę.
-A Will nas zdradził- dodał drżącym głosem Guse, na prendce wybrany nowym grupowym domku Apollina.
-Zastanawiają mnie słowa Apollina-zamyślił się Chejron- Może tu nie chodzi o zdradę...
-Walczyłam z nim Chejronie-powiedziałam twardo patrząc mu w oczy-Przyznał się do zdrady. Chciał mnie zabić. I Mellisę. Jest zdrajcą. Sprawa zamknięta.
-Zdrajcy się nie przyznają- powiedziała Anabeth, spuszczając głowę. Sprawiała wrażenie jakby coś ukrywała...Coś istotnego.
-To jak go inaczej nazwiesz?!-wiem, że nie powinnam na nich krzyczeć ale byłam na skraju załamania nerwowego-Może od razu ogłoście go piepszonym bohaterem co?!
-Tego nie powiedziałam-sprostowała córka Ateny - Może miał w tym jakiś głębszy cel...
- Może chcesz nam coś powiedzieć?-nachyliłam się nad stołem. Tak. Ona zdecydowanie coś ukrywała.
-Nic co miałoby znaczenie w tej sprawie-odparła patrząc mi w oczy. Inni za pewne jej uwierzyli, ale ja spędziłam wystarczająco dużo czasu z Ateną, by rozpoznać ,że jej córka kłamie.
-Coś mi tu śmierdzi-mruknęłam, a Connor siedzący dwa krzesła ode mnie, pociągnął nosem i zmarszczył brwi
-Mnie też.
W innych okolicznościach, byłoby to nawet śmieszne, ale teraz nikt nie zdobył się na śmiech.
-Jest jeszcze coś co trzeba omówić- Chejron zmierzył nas wzrokiem
-Co takiego?-spytała Piper
-Przepowiednia.
-9 herosów-dodał Jason
-To muszą być ci sami co ostatnio plus Mara-zdecydował Chejron, a my spojrzeliśmy na niego ze zdumieniem.-Dostałem wiadomość-wytłumaczył- z samej góry.
wszyscy zrozumieliśmy ,że chodziło o Olimp.
-Trzeba znowu zbudować Argo II-dodał
-Chyba Argo III-poprawił go Lee Flecher od Hekate
-Jak zwał tak zwał...
-Wcześniej było nas siedmioro. Plus Mara to razem 8 a ma być dziewięć.
-Umiesz liczyć?!-spytała z udawanym zachwytem Clarise, na co lekko się roześmialiśmy. Normalnie dołączyłabym do niej i sama rzuciła komentarzem, ale w tamtej chwili byłam jeszcze wstrząśnięta ostatnimi wydarzeniami.
-Dziewiątego zgarniecie po drodze-wytłumaczył zagadkowo opiekun herosów
-Kogo?-zainteresowałam się
-Przysiągłem na Styks ,że nie powiem-odparł poważnie.
Przypomniałam sobie ostatnią przysięgę którą słyszałam. Will przysiągł ,że nigdy mnie nie skrzywdzi...Posmutniałam co wyraźnie zobaczył mój rozkoszny braciszek i trącił mnie ramieniem. Nie oddałam mu, co było do mnie nie podobne.
-Niestety do pokonania pana Chaosu nie potrzeba będzie tylko mocnych nerwów-Chejron popatrzył na mnie- Potrzeba będzie przedmiotów o niebywałej sile. Wszystkie 4 związane są ze smokami-po tych słowach zebrani wpatrzyli się we mnie jak w obraz, myśląc ,że wiem o jakie przedmioty chodzi. Nie wiedziałam, więc centaur kontynuował-Miecza ze smoczej łuski, którym posługiwał się kiedyś Uranos, smoczego płaszcza, o którym nie wiemy nic. Talizmanu ze smoczym kamieniem- naszyjnik który dostałam od smoków na pożegnanie rozgrzał mi się na szyi-i...
-wykutej ze smoczego pazura figurki wroga-wpadłam mu w słowo
-Skąd wiesz?
-Widziałam ją-wzruszyłam ramionami i wyjęłam naszyjnik z pod koszulki-A talizman już mamy.
-Skąd wiesz ,że to ten?- spytał Travis Hood, syn Hermesa
-Po prostu wiem-odparłam
-Ale skąd...?-zaczęła zszokowana Piper
-Prezent pożegnalny-wymamrotałam i uśmiechnęłam się pod nosem, wpatrując w wielokolorowy kamień
-Czy ty wiesz jaką władzę on ci daje?-spytał poważnie Chejron.
Zerknęłam na niego
-Mogę poprosić smoki o pomoc...
-Możesz im kazać sobie pomóc-sprostował opiekun.
Podniosłam głowę zaskoczona.
-Ja...mogę...im...rozkazywać?-wyjąkałam, nie wierząc własnym uszom
-Tak-potwierdził centaur-Dostałaś go od nich?
-Oczywiście
-Mianowały cię przywódcą-stwierdził pewnie.
Zaniemówiłam, niezliczony już raz tego dnia
-Oni...?Mnie...?
-Owszem,
-Władca smoków-wyszeptał Butch wpatrując się we mnie
-Nie!-krzyknęłam-Przecież to Nico!
-Najwyraźniej nie-zauważył Jason.
-Mamy też inny problem-przerwał tą fascynującą rozmowę Chejron-Chaos wyznaczył datę powstania. W twoje 16 urodziny- zwrócił się do mnie.
-Co oni mają z tymi szesnastkami?!-westchnął Percy-W moje 16 urodziny powstał Kronos, a w twoje powstaje Chaos. Bogowie nie znają innej daty?
Zignorowaliśmy go, co zdążyło już wejść mi w krew.
-Za niecały rok-burknęłam
-Leo nie wiem jak to zrobisz ale Argo musi być gotowy najpóźniej za 3 miesiące-stwierdził centaur, patrząc współczująco na syna Hefajstosa.
-Będzie ciężko-stwierdził ponuro Leo- Ale się postaram.
-Wtedy zostanie 6 miesięcy.
-Cudownie.-westchnęła Piper
-A ostateczna bitwa to pradawne krainy...
-Ateny- wtrąciła Anabeth
-Znowu-jęknęła Katie Gardner od Demeter.
-Tam zgromadzimy Obóz Herosów, Obóz Jupiter i wszystkich którzy zdołają pomóc-rzekł Chejron.
-I tam spotkacie się z nami-dodałam
-Tak.
-Okej-podsumował Leo-Czyli w 3 miesiące mamy zbudować okręt, który budowaliśmy i ledwo zdążyliśmy w 8, będziemy mieć 6 miesięcy na ogarnięcie ostatniego członka misji, zdobycie 3 niemożliwych do zdobycia przedmiotów, wybicie wielu potworów wysłanych przez naszą ulubioną ciemną mordkę, uciekanie śmierci z przed nosa, a na koniec mamy zmierzyć się w pojedynku z Chaosem i jego zapewne większą od naszej potworną armią, w którym większość z nas pewnie zginie. Super...
-Może być gorzej?-westchnął Jason
-Może-odparłam. wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę.-Chaos powstaje, potwory o których dawno zapomnieliśmy razem z nim, przyjaciele giną, przechodzą na stronę wroga. Mamy przerażająco mało czasu a właściwa i najważniejsza walka dopiero się zbliża. To dopiero początek.
                                                    Znalezione obrazy dla zapytania narada w Obozie Herosów
No więc kolejny next za nami. Dziękuję wam za tyle wyświetleń dziennie. Patrzę na statystyki i nie mogę uwierzyć! Jesteście najlepsi! Następny rozdział powinien pojawić się ok. soboty. 
Do zobaczenia!
MPML

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz