Nie będę tu rozpisywać się o narodzinach Perci'ego , gdyż nie ukrywajmy mało o tym wiem. Zacznę od swoich. Mniej więcej rok po narodzeniu zielonookiego oczka w głowie Sally Jackson na pierwsze urodziny wpadł Posejdon. Został na dłużej... Wobec zaistniałej sytuacji na świat przyszła śliczna, inteligentna i kochana dziewczynka. Zgadliście. Ja. Niestety dla Sally i jej dwuletniego synalka mogłam oznaczać tylko kłopoty. Już jeden potomek jednego z bogów Wielkiej Trójki był nie małym zagrożeniem dla rodziny, a co dopiero dwóch! Dla matki od początku byłam utrapieniem. Od kiedy się urodziłam przyciągałam potwory jak darmowa pepperoni w najlepszej pizzerii w mieście, przez co Sally musiała żyć z dwójką małych berbeci ''na walizkach''. Pewnego dnia powiedziała dość. W zasadzie nigdy nie darzyła mnie większą miłością niż gąbki do mycia naczyń, a opiekowała się mną bardziej z poczucia obowiązku niż ze zwykłej rodzicielskiej miłości. Kiedy miałam 6 lat postanowiła się mnie pozbyć. Nie przypomina wam to czegoś? Tak właśnie! Hera! Ona co prawda miała troszkę inne powody ale również postanowiła pozbyć się swojego dziecka ze względu na jego wady. Sally co prawda nie była aż tak chora umysłowo żeby wyrzucić mnie z pałacowego okna ( nie żeby miała taki pałac do dyspozycji). Zrobiła to więc trochę bardziej nowocześnie (o ile można nazwać zostawianie dzieci samych sobie nowoczesnym) i podczas spaceru kazała mi poczekać aż wróci na ławce pod jakimś nieznanym mi biurowcem. Jak się domyślacie nie wróciła. Nie wiem jak zareagował na moją nieobecność Percy po powrocie ze szkoły, ponieważ byłam zajęta płakaniem na tej ławce. Siedziałam tak i siedziałam... płakałam i płakałam... aż nagle podeszła do mnie piękna kobieta o czarnych, zaplecionych w wymyślny warkocz włosach i oczach szarych jak burzowe chmury. Bez słów wzięła mnie na ręce i ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu wzbiła się w powietrze. Leciałyśmy tak dość długo aż zobaczyłam majaczące się gdzieś w chmurach piękne greckie miasto. Kobieta wylądowała na chodniku i zawołała do siebie jakieś młode kobiety (jak się później okazało driady) i zostawiła mnie z nimi. Sama poszła szybkim, sprężystym krokiem do wielkiego budynku w centrum miasteczka. Po kilku godzinach wróciła z grymasem bezsilnej złości wypisanym na twarzy. Kazała moim opiekunkom odejść co zrobiły bez najmniejszego oporu (też pewnie wykonałabym bez gadania rozkaz wściekłej bogini wojny), a sama kucnęła przy mnie i zawiesiła mi srebrny naszyjnik z malutką sową.
- Jeżeli kiedykolwiek matka zostawi cię znowu pomyśl o mnie z tym naszyjnikiem w dłoni. Przybędę natychmiast- wbiła we mnie łagodne spojrzenie. Po chwili ocknęłam się i zająknęłam się
- Dziękuję proszę pani. Jest.... śliczny- ej. Miałam 6 lat więc nie wińcie mnie za tą głupią odzywkę do boginii mądrości (o wiele później domyśliłam się jej prawdziwej tożsamości)
Kobieta uścisnęła mnie mocno i rozkazała jakiemuś Zefirowi odnieść mnie z powrotem. W dłoń wcisnęła mi karteczkę którą miałam przekazać matce. Tak więc Linie Lotnicze Szurniętych i Niezrównoważonych Psychicznie wiatrów dostarczyły mnie po chaotycznej podróży do salonu. Matka gdy mnie zobaczyła wydała gburowaty pomruk który mógł oznaczać ,że albo bardzo chce do toalety, albo ,że utrapienie wróciło. Obstawiam, że chodziło o to drugie.Percy wyszedł ze swojego pokoju i zaczął biadolić ,że się cieszy, że jednak wróciłam od cioci. Byłam zbyt oszołomiona i zdezorientowana by sprostować tą wersję wydarzeń. Kolejne dwa lata minęły na zdegustowanych spojrzeniach Sally w moją stronę i nieustannym wymyślaniu dla mnie coraz to nowych kar za rzekome ''złe zachowanie". Ale czy według was zapomnienie włożyć szklanki do zmywarki to złe zachowanie? Zostawmy te chore kary i przejdźmy do rzeczy istotniejszych np. do odwiedzin ojca. Pierwszy raz zobaczyłam go w moje 8 urodziny. Nie przeczuwałam wtedy, że ta niby niewinna wizyta wywróci moje dotychczasowe życie do góry nogami. Gdy tylko wszedł matka od razu odciągnęła go na bok i zaprowadziła do jadalni gdzie odbyli dość nerwową rozmowę sądząc po krzykach i odgłosach bicia talerzy. Siedzieliśmy z bratem ponad godzinę na kanapie przed telewizorem i spekulowaliśmy czego mogła dotyczyć ta rozmowa.
- Może chcą razem zamieszkać, albo tata weźmie nas do siebie na parę dni- powiedział Percy ale nie byłam tak głupia żeby uwierzyć w te marne próby pocieszenia mnie.
- To nie ma sensu - stwierdziłam skonsternowana i westchnęłam- idę do pokoju.- ledwo podniosłam się z kanapy gdy do pokoju wparowała Sally a za nią nasz ojciec. Kobieta spojrzała na mnie. Ona... Jej oczy... świdrowały mnie nienawistnym spojrzeniem dosłownie przecinając mnie na pół.
- Po co kazałeś im ją przynieść?! Wiedziałeś ,że jest coraz gorzej!- krzyczała na tatę.- Teraz mi mówisz ,że jej moc może się wymknąć spod kontroli?! Masz mnie za idiotkę?! Ona zagraża zarówno mnie jak i Perci'emu! Nie powinnam była dopuścić żeby się w ogóle urodziła!
Oczy zaszły mi łzami. Wiedziałam od dawna ,że mnie nie lubi ale nie wiedziałam ,że aż tak. To co powiedziała... To było zdecydowanie za dużo dla ośmiolatki.
-Mamo .... Ja... - zaczęłam cichym głosem, lecz nie dane mi było dokończyć.
- Zabieraj tego potwora!!- wrzasnęła Sally - Nie chcę jej więcej widzieć!!
Ojciec popatrzył na mnie smutnym wzrokiem i znów spojrzał na moją matkę
-Dobrze- powiedział oschle- Ale obiecasz mi jedno. On się kiedyś dowie. Powiesz mu to i wyjaśnisz dlaczego odebrałaś mu dzieciństwo z siostrą.
-Dowie się- głos mamy był pełen jadu. Z prędkością błyskawicy podbiegła do najwyższej półki w kuchni i wyjęła z tamtąd owiniętą chusteczką gałązkę. Odepchnęła mnie od brata z taką siłą, że prawie wywróciłam się o stolik stojący obok i przytknęła ją do czoła Perci'ego. Chłopiec opadł na kanapę pogrążony w śnie - Ale jeszcze nie teraz. Zabieraj ją - wysyczała.
- Ja nie chcę nigdzie iść - załkałam żałośnie- Nigdy więcej nie będę sprawiać kłopotów. Mogę nawet codziennie sprzątać łazienkę jeśli chcesz, ale proszę... błagam pozwól mi zostać...... Proszę- błagałam przez łzy ale matka była nieugięta.
-Nie
To jedno słowo sprawiło ,że płakałam przez wiele późniejszych nocy. Ojciec obrzucił ją wzrokiem pełnym urazy i żalu i objął mnie ramieniem. Poprowadził mnie kawałek ale wyrwałam mu się i popędziłam do matki. Zarzuciłam jej ręce na szyję i wtuliłam się w jej ramię ani na chwilę nie przestając płakać.
-Mamusiu ..... Błagam..... Ja.... nie .... chcę... odchodzić- chlipałam lecz ona stała w moim uścisku twarda jak skała i wyprostowana jak struna. Po kilku bezskutecznych próbach odepchnięcia mnie ryknęła na ojca
- Weźmiesz ją w końcu?!
Tata podszedł do nas i jednym łagodnym a zarazem stanowczym szarpnięcie odczepił mnie od Sally. Później pamiętam tylko mój własny rozpaczliwy wrzask i widok złej matki zamykającej mi drzwi przed nosem. Wyrywałam się z całych sił ale ojciec był silny. Wyniósł mnie z bloku i postawił spokojnie na chodniku
- Spokojnie malutka- rzekł głębokim, aksamitnym głosem- Nikt cię już nie zrani. Pójdziemy teraz gdzieś gdzie będziesz całkowicie bezpieczna. Chodź ze mną. Poznasz rodzinę- wyciągnął do mnie rękę, mrugnął i uśmiechnął się czym wzbudził moją sympatię. Dorośli rzadko się do mnie uśmiechali.-Zgoda?
Spojrzałam mu w oczy i powiedziałam niepewnie
-Zgoda- po czym zrobiłam krok w jego stronę i chwyciłam go za rękę. Już wtedy wiedziałam ,że nie mogę zawrócić. Pozostaje mi tylko iść dalej...
Wybaczcie ,że nie ma na razie zbyt wielu dialogów ale muszę wam przybliżyć historię Mary. Już niedługo wszystko się rozkręci ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz