poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Poświęcenie

   Nico di Angelo niestrudzenie parował i bronił się przed moimi ciosami, a także zadawał własne, przed którymi uciekałam ostatkiem sił. Smoki ryczały ogłuszająco ścierając się ze sobą za pomocą pazurów, zębów i ognia. Moi towarzysze, zebrani w jedną zwartą gromadę wykańczali oddziały drakain. Obok całej tej sceny stał wciąż formujący się czarną energią z figurki, Chaos, wykrzykując swoim sługom rozkazy, głosem mrożącym krew w naszych żyłach. Will wciąż leżał zwinięty przy ścianie po drugiej stronie komnaty. Nagle niewielki oddział drakain zobaczył go i mając nadzieję, że ich pan zobacz jak zabijają jego sługę-zdrajcę, a swojego dawnego generała, ruszył na bezbronnego, nieprzytomnego syna Apolla. Gdyby nie wciąż zadający mi ciosy syn Hadesa, zapewne natychmiast rzuciłabym się ku niemu. Podążając za moim wzrokiem Percy zwrócił uwagę na leżącego pod ścianą blondyna. Mimo tego, że widział jak ponownie przechodzi na naszą stronę, zdawało mi się, że jeszcze do końca mu nie ufa. Jednak potem zrobił coś za co miałam ochotę rzucić mu się na szyję. Krzyknął coś do Jasona, stojącego nieco dalej, po czym splunął na podłogę i ruszył biegiem w stronę leżącego chłopaka, torując sobie drogę wśród drakain. Dobiegł do leżącego troszkę wcześniej od zastępu i jednym szarpnięciem przewrócił go na plecy i błyskawicznym przyłożeniem palców do boku szyi sprawdził mu puls. Najwidoczniej go wyczuł, bo równie szybko jak dotknął chłopaka zabrał palce i lekko nim potrząsnął. Nie zdążył jednak zrobić nic więcej, bo w tej chwili dobiegły do niego drakainy. Chłopak natychmiast uniósł się z klęczek i zmierzył się z pierwszą z nich. Podczas gdy on walczył z tym oddziałem, Nico wykorzystał moją rozproszoną uwagę i ciął mnie z całej siły w udo. Krzyknęłam krótko i zwaliłam się na posadzkę. Syn Hadesa tym czasem odwrócił się na pięcie i podbiegł do pana Chaosu. Jęcząc zdołałam wstać, po czym pokuśtykałam za nim. Okazało się to jedną z najgorszych decyzji jakie mogłam podjąć, gdyż kiedy Nico dotknął czystej energii chaosu wypływającej z figurki stało się coś dziwnego. Mrok który zazwyczaj go otaczał stał się jeszcze bardziej wyczuwalny. Aura śmierci którą emanował wydawała się przybrać w siłę. Lecz największa zmiana zaszła w wyglądzie chłopaka. Jego ciemne włosy nagle stały się jeszcze bardziej czarne, o ile było to możliwe. Kiedy się odwrócił dało się zauważyć, że jego lekko oliwkowa skóra, przybrała trupiobiały, niemal szary odcień, a jego miecz rozbłysł w rozbłysku ciemnej energii. A oczy....te oczy....Te same, które wprawiały mnie w osłupienie i przerażenie ilekroć spojrzałam w twarz Chaosu. Teraz te ziejące czarną pustką oczy patrzyły na mnie spod ciemnych pasm grzywki di Angelo. Na jego szyi zamigotał talizman, którego nigdy wcześniej nie widziałam. O dziwo wyglądał niemal tak samo jak ten który miałam pod zbroją, tyle, że ten Nica był czarny.
-Wreszcie zauważyłaś, co?-parsknął, patrząc na mnie z nienawiścią w czarnych oczach pozbawionych białek i tęczówek. Dotknął talizmanu na szyi-Władca smoków. Jedyny prawdziwy władca smoków.
-Smoki nie potrzebują władcy-warknęłam.
-Czyżby?-odwrócił się do swojego legionu i mimo walki jaką prowadził zagrzmiał-Czy potrzebujecie władcy?!
Ciemne smoki zaryczały ogłuszająco i jak jeden mąż zionęły ogniem na armię Szarego. Smok o kolorze stali uniósł lekko poranioną łapę i rozłożył skrzydła na pełną szerokość, po czym ryknął i rzucił się na wroga, a reszta smoków poszła w ślad za nim. Godząc przywódcę ciemnych smoków pazurem nawiązał ze mną kontakt wzrokowy. Talizman pod zbroją rozgrzał się, nieznośnie parząc skórę. W moim umyśle pojawił się prosty i krótki komunikat, jednak podczas jego przekazywania czułam się jakby talizman na szyi wypalał mi wyjątkowo bolesne piętno. Komunikat brzmiał:
"Ty"
Łaaał ja.. tak. O co chodzi? Pierwsze co pomyślałam to "Czy to jakiś słaby żart?" jednak potem zrozumiałam. Popatrzyłam na Nica twardo po czym spojrzałam w te ziejące pustką, pochłaniające oczy.
-To nie ty nim jesteś. To ja.
Z chwilą gdy to powiedziałam, na reszcie zrozumiałam o co cały czas chodziło. Moje moce. Te dodatkowe, były czymś co miało pomóc mi dojść do tego, do czego doszłam teraz. Z chwilą gdy wypowiedziałam te słowa poczułam jak coś ze mnie ulatuje. Jak coś mnie opuszcza, żeby coś innego mogło przyjść. Całe moje życie było przez Fata utkane tak by dojść do walki z Chaosem. Miało do niej dojść. Miałam do niej stanąć. Ale nie jako dziecko żywiołów. Nie jako dziewczyna o mocach ognia, wody, ziemi i powietrza. Miałam tam stanąć jako ja. Ta prawdziwa ja. Ta którą zawsze chciałam być. Miałam to zrobić i zrobię to. Stanę do walki z Chaosem. Jako ja. Władca smoków.
Pytanie pozostaje....kto w takim razie jest dzieckiem żywiołów?
Nie zdążyłam odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo Nico zrozumiał, że już wiem. Warknął coś cicho i nim smoki zbombardowały go ogniem, zasłonił się ciemnym murem. Jego ciemne smoki zdezorientowane wzbiły się w powietrze i powarkując, szybko wyleciały z komnaty. W tym właśnie momencie poczułam na moich plecach coś ciężkiego. Lekko odwracając głowę zauważyłam, że pojawił się mój ciemny płaszcz. Teraz wiedziałam już ,że stał się on czymś w rodzaju symbolu. Na przeciwko naszej armii smoków i przyjaciół, zostały już tylko dwie postaci. Nico di Angelo patrzący na mnie zabójczo i warczący na niego pan Chaosu.
-Twoja pycha jeszcze cię zgubi-warknął Chaos.
-Prędzej ciebie.
-Ostry język nie jest najmądrzejszym wyborem.
-Nie jesteś pierwszym który mi to mówi-odparłam.
-Ale ostatnim który mówi cokolwiek do ciebie.-syknął i machnął ręką w kierunku Nica. Sam szybko przeistoczył się w ciemną mgłę i razem z figurką zniknął w ciemnym rozbłysku, pozostawiając syna Hadesa samego na polu walki. Ten jednak wyglądał jak ktoś, kto czekał na tę chwilę całe życie. Z perspektywy czasu cały czas mówię sobie jaka głupia wtedy byłam. Jak mogłam nie zauważyć, że ta podła kreatura, syn Hadesa, stał obok pana Chaosu przez ten cały czas tylko z jednego powodu. Zbierał energię. Zbierał ją specjalnie żeby na tą chwilę starczyła mu idealnie. Dlaczego na wszystkich bogów zrozumiałam to dopiero wtedy kiedy ta właśnie energia leciała w moim kierunku niczym ciemny sztylet, ukierunkowana dokładnie w moje serce i dokładnie tak, bym nie mogła się uchylić. Nico di Angelo gdy tylko ostatnia strużka tejże śmiercionośnej energii wypłynęła z jego wyciągniętej ręki, rozpłynął się w cień z szyderczym uśmiechem i radością w ciemnych oczach. Nim ciemna energia, stworzona by zabić, by zabić mnie uderzyła, zamknęłam oczy. Jedyne co potem poczułam to coś jakby pchnięcie. Poleciałam w tył i uderzyłam boleśnie o posadzkę, czując jak kość w moim przedramieniu nie może już znieść przeciążenia. Otworzyłam oczy zaskoczona, że w ogóle żyję i odwróciłam się do przyjaciół ze słabym uśmiechem. Jednak ich twarze wyrażały tylko przerażenie i niedowierzanie. Ich spojrzenia, jednak nie były utkwione we mnie. Były...gdzieś dalej. Podążyłam za nimi i zobaczyłam widok, którego nie zapomnę do końca życia nawet gdyby miało skończyć się za chwilę. Kilka metrów ode mnie, leżało zwinięte niczym embrion ciało o jasnych włosach. Mimo że bardzo tego nie chciałam od razu wiedziałam kto to jest. I wiedziałam ,że przyjął na siebie cios. Cios przeznaczony dla mnie.
-Nie!!!-wrzasnęłam i rzuciłam się ku synowi Apolla


        Znalezione obrazy dla zapytania przerażona dziewczyna tumblr
 

Jest, w terminie xD
Powracam w całej okazałości i informuję, że w roku szkolnym nexty będą pojawiać się regularnie w każdy piątek, lecz dla pewności możecie zajrzeć też w niedzielę, bo w zależności od weny mogą się też wtedy pojawić. No więc następny jak się chyba domyślacie w piątek.
Do nna ;)
~Pass

wtorek, 23 sierpnia 2016

Zdrajca czy przyjaciel?

  Towarzysze patrzyli na mnie w całkowitym osłupieniu. Ja sama wciąż nie mogłam uwierzyć w to co się stało, chociaż trochę czasu już minęło. Najbardziej krzywdząca była mina Perciego. Kiedy na niego spojrzałam, łzy na powrót naleciały  mi do oczu. Twarz ułożyła mu się w grymas złości pomieszanej ze smutkiem, a w oczach było tak wielkie rozczarowanie jakiego nigdy nie widziałam u nikogo innego.
-Ja...-wyszeptałam-Nie chciałam...
-Przez przypadek walnęłaś ojca ognistym pociskiem?!-roześmiał się Chaos z niedowierzaniem.-Faktycznie. Widać, że nie chciałaś...
-Zamkniesz się wreszcie?!-wrzasnęłam, krztusząc się łzami i powodując jeszcze większy wybuch ironicznego śmiechu u pana Chaosu, Nica i ich świty. Nie bacząc na to odwróciłam się do towarzyszy.-Ja na prawdę nie....
-Jak mogłaś?-wyszeptał Percy, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
-To było...ja nie....nie panowałam nad mocą-tłumaczyłam się-To było takie...nagłe.
Percy posłał mi spojrzenie mówiące, że później to omówimy i podszedł do mnie. Potem zrobił coś czym zdziwił mnie do granic możliwości. Położył mi rękę na ramieniu.
-Wierzę ci-powiedział głośno i uśmiechnął się.
-Wszyscy ci wierzymy-dodał Jason i również posłał mi uśmiech.
Spojrzałam na nich z wdzięcznością i już miałam im podziękować, ale przerwał mi Chaos.
-Maro Jackson. Jak łatwo wyprowadzić cię z równowagi-warknął.-Tylko twój brat i przyjaciele sprawiają, że jeszcze nie siedzisz w koncie i nie ryczysz. Ciekawe co zrobisz jak ich zabraknie?
-Właściwie możesz od razu się poddać-syknął Nico przechadzając się w ich kierunku.-Nie macie żadnego wsparcia. Żadnej armii czekającej w gotowości. Jesteście słabi-zakreślił swoim czarnym mieczem szeroki łuk wokół nas-Wszyscy. Co do jednego. Zostaliście sami. Zupełnie sami.
Kiedy docierał do mnie sens jego słów i powoli zaczynałam mimowolnie przyznawać mu rację naszyjnik na mojej szyi zrobił się cieplejszy. W mojej głowie pojawił się niemal ogłuszający komunikat. "Już". Na ten sygnał, ku zdziwieniu Nica di Angelo, uśmiechnęłam się pewnie do niego i do swoich przyjaciół.
-Zdziwiłbyś się-powiedziałam i odwróciłam się do wlotu jaskini, mając palącą nadzieję, że nie ubzdurałam sobie tego wszystkiego. Na szczęście, już po kilku sekundach dało się słyszeć dźwięk, przywodzący na myśl łopot ogromnych skrzydeł. 23 czarne smoki Nica odwróciły pyski ku wyjściu wyczekując pojawienia się pobratymców. Nie musiały długo czekać. Jak na zawołanie, z ogromnym hałasem i rykiem, do komnaty wleciały dwa tuziny smoków z Szarym na czele. Moi towarzysze odruchowo cofnęli się, spodziewając się posiłków dla wroga, ale kiedy zobaczyli, że nowo przybyłe gady ustawiają się obok nich, uśmiechnęli się do siebie z aprobatą. Tuż obok mnie wylądował Wicher. Szybko pogłaskałam go po twardych łuskach i przeniosłam spojrzenie na zszokowanego syna Hadesa. Jednak po chwili szok i złość, które malowały się do tej pory na jego twarzy, ustąpiły miejsca sarkastycznej radości. Uniósł dłoń i pstryknął palcami, a wtedy obok niego pojawił się klęczący, zakurzony Will Solace z opalizująco białym mieczem w dłoni. Chłopak mimo, że brudny, krwawiący z rany na czole i zmęczony, wciąż był zabójczo przystojny. Zganiłam się w myślach za tą myśl i wbiłam w niego pełne nadziei spojrzenie. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć Chaos się odezwał.
-Dobrze się spisałeś Will-na sam dźwięk jego głosu wszyscy na sali się wzdrygnęli.-Rzekłbym wręcz, że wyśmienicie. Daj mi miecz.-wyciągnął w kierunku jasnowłosego chłopaka nie do końca zmaterializowaną pochłaniającą światło rękę.
Nico poklepał syna Apolla po ramieniu, a tamten ruszył w kierunku władcy mroku. Wtedy właśnie mój umysł ogarnął co się właściwie dzieje i krzyknęłam.
-Will, co to ma niby być?!
Chłopak zatrzymał się i spojrzał na mnie zaskoczony, podobnie zresztą jak syn Hadesa i sam Chaos.
-Nie rozumiem o czym mówisz.-odparł grobowym głosem.
-Nie mydl mi oczu-warknęłam-Daj nam ten miecz i wynośmy się stąd, tak jak pisałeś w tych cholernych  listach!
-Jakich listach?-zapytał pan Chaosu z nutą groźby w głosie, zwracając się do Willa.
Chłopak machnął ręką i odwrócił się do pana mroku.
-Listy. Tak wysyłałem listy. Obiecywałem im złudne nadzieje byleby ich tu doprowadzić-parsknął śmiechem-A oni głupi myśleli, że zdradziłbym mojego władcę.
Chaos uśmiechnął się zwycięsko i ponownie wyciągnął rękę w stronę miecza.
-Czyli to wszystko był...-zająknęłam się-sabotaż?
-A co myślałaś?-Will machnął mieczem, na którym tak bardzo wszystkim nam zależało i który miał tak wielkie znaczenie.-Że znów przejdę na waszą stronę? Jeśli tak to jesteś nie tylko naiwna ale też niewiarygodnie głupia.
Blondyn zrobił kolejny krok w stronę pana mroku, a wtedy nie wytrzymałam. Uniosłam w górę oba miecze i rzuciłam się na niego. Po prawdzie zrobiłabym wszystko, byleby tylko nie dać Chaosowi tknąć tego miecza. Zrobiłam wypad i skrzyżowałam ostrza z olśniewająco białym mieczem dzierżonym przez Willa. Nico di Angelo widząc jak atakuje syna Apolla rzucił się na mnie i zamachnął od tyłu. Odwróciłam się i utkwiłam pomiędzy synem Hadesa a Willem, ledwo odpierając ich ataki. Widząc to moi przyjaciele również rzucili się do walki, podobnie zresztą jak armia wroga. Smoki skrzyżowały pazury i zęby i zaczęły morderczy taniec śmierci. Ogień buchał dosłownie wszędzie. W samym środku tego zgiełku załoga Argo III walczyła z oddziałami drakain, próbując utorować sobie drogę do mnie. Ja w tym czasie nadal walczyłam ze zdrajcami. Zrobiłam wypad i pchnęłam Nica w tył, by ponownie skrzyżować miecze z Willem.
-Jak mogłeś?-warknęłam.
Uśmiechnął się perfidnie, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo z drugiej strony zaatakował go mój brat. Percy zdążył wymienić z nim tylko kilka ciosów, bo natychmiast otoczyły go dwa uzbrojone po zęby cyklopy. Wtedy znów zamachnęłam się na Willa. Niestety Nico również zdążył się już podnieść i wymierzył mi szybko cios rękojeścią swojego miecza. Czując silne uderzenie w lewe ramie, wypuściłam srebrny miecz, wyjąc z bólu. Nie miałam czasu by go podnieść, bo chwilę potem musiałam uskoczyć przed dwoma uderzeniami, mającymi rozpłatać mnie na pół.
-I co teraz córko Posejdona?-zaśmiał się Chaos-Dalej myślisz, że umiesz walczyć? Ten słabeusz Ares dobrze nauczył cię tylko jednego.-syknął po czym zacytował dawne słowa mojego nauczyciela walki-Zawsze znajdzie się ktoś silniejszy i lepiej przygotowany. Jeśli staniesz z nim do walki, będzie ona twoją ostatnią. Gotowa na ostatnią walkę?-zaśmiał się z własnego dowcipu i dalej przyglądał się jak cofam się przed gwałtownymi atakami Nica i Willa. Ostatkiem sił, nie widząc innej opcji, rzuciłam się w przód, pod nogi Nica. Przeturlałam się w lewo, jednocześnie zwalając z nóg syna Hadesa i znów wstałam na nogi. Nie zrobiłam tego jednak dość szybko, bo natychmiast, gdy się uniosłam Will zrobił sprawną paradę i szybkim ruchem nadgarstka wytrącił mi drugi miecz z ręki, po czym kopnął mnie niezbyt silnie w pierś. To niezbyt silnie, wystarczyło jednak bym straciła równowagę i runęła w tył. Zamarłam i leżąc z na wpół uniesioną głową przyglądałam się jak Will unosi nade mną miecz.
-Zabij!-ryknął Chaos, zwracając uwagę moich przyjaciół. Wyłapałam przerażone spojrzenie Piper i wyraz szoku na twarzy Franka, zanim syn Apolla nie opuścił miecza. Odwróciłam głowę, zamknęłam oczy gotowa na cios i szybką śmierć. Nie czując jednak nic przez kilka najbliższych sekund uchyliłam powieki, by zobaczyć co się stało. Ujrzałam, tuż obok, po mojej prawej stronie, biały miecz, ze srebrną rękojeścią i srebrnymi zdobieniami na ostrzu, wbity w ziemię w jednej trzeciej długości. Znów powoli obróciłam głowę, by zobaczyć wyciągniętą rękę Willa. Kiedy zrozumiałam już co zrobił, uśmiech zagościł na mojej twarzy. Chwyciłam jego dłoń i pozwoliłam się unieść w górę. Następnie podeszłam do wbitego w ziemię miecza i wyszarpnęłam go z podłoża. Syn Apolla pochwycił mój złoty miecz leżący na ziemi i stanął obok mnie. Zdążyłam pochwycić wściekłość bijącą z twarzy Nica di Angelo, kiedy całą komnatę wypełnił ogłuszający ryk.
-Zdrajca!!!-wrzasnął Chaos i machnął ręką. Jak na komendę, mój miecz wypadł z dłoni Willa, a chłopak przeleciał kilkanaście metrów w powietrzu, z każdym metrem nabierając szybkości, po czym rąbnął w przeciwległą ścianę.
-Nie zdrajca-powiedziałam cicho patrząc w mordercze i pochłaniające wszystko, rozgniewane oczy Chaosu.-Dobry przyjaciel-po tych słowach odwróciłam się i zatrzymałam opadający ku mojej głowie miecz mojego pierwszego prawdziwego wroga, Nica di Angelo.

                             


Znów się spóźniłam....
Już nawet tego nie komentuję, ale wreszcie mimo wszystko jest.
Mam nadzieję, że się podobał, bo postanowiłam, że zrobię sobie teraz przerwę. Kolejnego rozdziału spodziewajcie się w poniedziałek. Mam na niego bardzo fajny pomysł, myślę, że się spodoba.
A jak mi się udał ten?
Do nna <3
~Pass

wtorek, 16 sierpnia 2016

Izba

  Po kolejnym niemożliwie długim czasie wreszcie byliśmy już prawie u celu. Wyspa Izba była już tak blisko....Przerywały nam jednak ataki skalnych bogów. Od tamtego feralnego razu nie używaliśmy z Percym mocy. Tej...wspólnej mocy. Było to coś o czym nie rozmawialiśmy mimo, że nasze stosunki znów były nie najgorsze. Zdawałam sobie sprawę, że nasi towarzysze wciąż czekają na to, że wlecimy na pokład jak kapitan Ameryka i uratujemy sytuację. Tyle, że nie było to takie proste. Nie chodziło tylko o to, że nie wiedzieliśmy czy drugi raz zadziała to tak samo. Chodziło o to, że mimo naszego pokrewieństwa i tej bratersko siostrzanej miłości którą się darzyliśmy, żadne z nas nie chciało tego co mogło nam dać takie połączenie mocy. Zarówno ja i Percy chcieliśmy być przydatni, szanowani i pomocni...ale...osobno. Nie mówiąc już o tych koszmarnych bólach głowy które męczyły nas za każdym razem gdy używaliśmy naszych mocy. Anabeth i Hazel spekulowały, że być może po prostu trochę przeciążyliśmy nasze moce i teraz powstaje coś na kształt koszmarnych worów pod oczami po nieprzespanej nocy. Jednak bóle utrzymywały się dłużej niż wory....Po kilkunastu dniach nadal były obecne, może trochę zelżały, ale wciąż były. Sprawa z Anabeth i Piper wyjaśniła się na tyle by obie dziewczyny przestały skakać sobie do gardeł i nawet znów zaczęły normalnie rozmawiać. Oczywiście obie wciąż miały do siebie małą urazę, z której żaliły się Jasonowi i Perciemu, którzy zaś swoje żale wylewali Frankowi. Frank rzecz jasna wszystko mówił Hazel, która już wcześniej była dobrze powiadomiona przez Piper i Anabeth, które nie omieszkały też przekazać tego Leonowi, który opowiadał to wszystko Kalipso no i mi, gdyż by nie tracić więcej drachm niż było to konieczne postanowiliśmy rozmawiać z nią razem. Oczywiście po chwili rozmowy wychodziłam dając gołąbeczkom chwile samotności.
Muszę się wam z czegoś zwierzyć. Może macie mnie za taką zimną, wredną małpę, która za niczym nie tęskni i niczego nie żałuje, ale to nie do końca tak...Staram się, na prawdę staram się nie narzekać, nie myśleć o tym jak bardzo drażni mnie to wszystko. I jak bardzo brakuje mi pewnej osoby...Sytuacja na statku też niczego nie ułatwiała. Owszem Anabeth była moją przyjaciółką, a Percy bratem, ale to było dla mnie bolesne do oglądania. To...Anabeth i Percy, to Piper i Jason, Hazel i Frank...Nawet Leo i Kalipso...Oni wszyscy, mimo całej mojej sympatii do nich, boleśnie przypominali mi na każdym kroku, w najmniejszych gestach, trzymaniu za rękę, troskliwych spojrzeniach, obejmowaniu....przypominali mi, że ja...no właśnie....ja. Tylko ja. Że ja nie mam nikogo, nikogo na kogo mogłabym tak patrzeć, nikogo do kogo mogłabym się przytulić, złapać za rękę, wyżalić, wypłakać, komu mogłabym pokazać kim na prawdę jestem i kto by nie uciekł. Bo mimo wszystko, mimo wspaniałego ojca, bogów w postaci rodziny, genialnych przyjaciół, to brakowało mi właśnie tego...Dobrze, możecie myśleć:
Masz niecałe 16 lat! Na miłość za wcześnie!
Ale czy nie jest dla mnie też za wcześnie na wojnę? Na bezlitosne szkolenia posługiwania się bronią od kilku lat, czy nie było za wcześnie na porzucenie i całkowite zmienienie środowiska?
W takich sytuacjach człowiek dojrzeje znacznie szybciej. Tak. Ja też dojrzałam.
Nie chcę, byście myśleli, że się wam żale. Przepraszam z całego skamieniałego ( ;) ) serca jeżeli tak to odebraliście, ale po prostu musiałam, musiałam komuś to powiedzieć.
Uffff....zrobiło się strasznie ckliwo, nie uważacie?
No dobra, przejdźmy do czegoś znacznie przyjemniejszego niż czytanie moich uczuć, a mianowicie, do prawdziwej akcji. Pewnego dnia miałam bardzo krótki, ale bardzo dziwny sen. Zobaczyłam w nim parę bogów, których nie spodziewałam się spotkać razem w innym miejscu niż na okładce magazynu o modzie. W śnie odwiedzili mnie Afrodyta i Apollo. Bogini miłości i bóg lekarzy. O co chodziło? 
-Tylko jedno może uleczyć najgorsze rany...-powiedział Apollo, a jego głos rozmywał się jak fale na piasku plaży. Miałam właśnie zapytać co to takiego, gdy Afrodyta weszła mi w słowo.
-Wiesz co to...
-Brak ci tego-dodał Apollo z uśmiechem.
-Ale nie jest to proste-powiedziała poważnie Afrodyta-Uważaj gołąbeczko. Nie daj się sparzyć.
Nagle Apollo podszedł bliżej i szarpnął mnie za ramiona.
-Wstawaj, wstawaj....
Percy potrząsał mną krzycząc żebym wstała. Kiedy w końcu się otrząsnęłam oznajmił, że Izba jest już widoczna na horyzoncie. Odetchnęłam głęboko i kiedy wyszedł ubrałam się. Pierwszy raz nie miałam z tym problemu. Na granatowe dżinsy i koszulkę Obozu Herosów założyłam coś co akurat nadawało się na to mało przyjemne spotkanie z wrogami. Zbroję. Tą samą z którą uciekłam z Olimpu. Tę samą z którą przybyłam pierwszy raz na Wzgórze Herosów. Tę zarysowaną, brudną i nie raz ratującą mi tyłek zbroję. Zdjęłam miecze z zawieszek i schowałam je do pochw na plecach. Burze rudych włosów lekko przejechałam szczotką, ale nie związałam jej. Tyle lat walczyłam w rozpuszczonych włosach, więc było to coś na kształt tradycji. Kiedy wyszłam z kajuty zbroja zalśniła w świetle słońca. Zerknęłam na towarzyszy, również ubranych w greckie zbroje. No, może poza Hazel i Frankiem którzy przywdziali tradycyjne rzymskie odzienie bojowe. Wyglądaliśmy jak mały oddział gwardzistów. Wszyscy poza trenerem Hedge. Wciąż narzekał, że nie może iść i skopać tyłka mrocznej mordzie, ale ktoś musiał zostać na pokładzie. Argo III osiadł na morzu jakieś 20 metrów od wyspy. Spuściliśmy szalupę, którą dostaliśmy się na brzeg. Wyspa była stosunkowo mała. Mała lecz piękna. Piękne lasy rozpościerały się tuż przed nami, a nad nimi piętrzyły się skały i wzniesienia. Aż trudno było pomyśleć, że właśnie teraz, właśnie w tym miejscu, na tej wyspie Chaos ma zyskać kolejny przedmiot ważny dla jego powstania. Nie widząc innego wyjścia poszliśmy przed siebie. Niemal natychmiast natrafiliśmy na wydrążoną w skale jaskinię. W środku nie było widać żadnego światła, żadnego ruchu, ale ja...coś we mnie...w nas...wiedziało, że to właśnie tu.
Frank nerwowo przełknął ślinę.
-Jeszcze możemy zawrócić.
Rzuciliśmy mu pełne wyrzutu spojrzenie, na które podniósł ręce do góry w geście kapitulacji
-Tak tylko mówię.
-Tam jest miecz którego potrzebujemy-przypomniała Hazel, która jako jedyna nie spiorunowała spojrzeniem chłopaka.
-I pewnie też figurka-dodała Piper.
-A poza tym Will napisał, że powinniśmy tu przybyć. Myślę, że jest po naszej stronie-powiedziała Anabeth.
-Mógł wprowadzić nas w pułapkę-mruknął Jason.
-Na pewno to zrobił-powiedział już głośniej Percy.
-Nie możesz tego wiedzieć-warknęłam.
-Czyli ty wiesz? Tak bardzo ufasz swojemu kochasiowi zdrajcy?-zapytał kpiąco. To co powiedział przypomniało mi dokładnie wszystko i w jednej chwili zachciało mi się na niego rzucić. Leo jednak podszedł i położył mi rękę na ramieniu.
-Teraz chcecie się bić?-zapytał patrząc na nas jak na idiotów.-Serio?
Obrzuciliśmy się z bratem jeszcze jednym wściekłym spojrzeniem, po czym Percy syknął.
-Idziemy-i zanim ktokolwiek zdążył zaoponować wszedł do jaskini. Za nim weszła Anabeth, Piper, Hazel, Jason i Frank. Zostaliśmy tylko ja i Leo, który popatrzył na mnie karcąco po czym machnął ręką bym weszła przed niego. Tak więc, to właśnie on zamykał pochód. Ledwo przekroczył próg ciemnej jaskini, kiedy nagle błysnęły niewidoczne dotąd pochodnie oświetlając jaskinię, która okazała się być obszernym korytarzem. To, że światła zapaliły się same nie podobało nam się ani trochę, ale nie mieliśmy już wyboru. Poszliśmy dalej, aż doszliśmy do obszernej komnaty, która boleśnie przypominała mi komnatę z zeszłego lata i naszym oczom ukazał się przerażający widok. Na środku komnaty zobaczyłam uśmiechającego się złowieszczo Nica z armią drakain, minotaurów i cyklopów u boku. Co gorsza za nim stał pokaźny szereg ciemnych smoków. Czerń ich skrzydeł i cielsk niemal się zlewała, a czerwone ślepia wydawały się tylko szukać okazji do ataku. Tuż obok Nica stała czarna jak sam Tartar figurka Chaosu, a z niej wciąż sącząca się ciemna energia formowała pokaźną postać, która sama w sobie przywoływała na myśl najbardziej nieprzewidywalną burzę, najgroźniejsze tornado, najbardziej gwałtowne tsunami, zniszczenie w jednej osobie. Osobie samego pana i władcy mroku-tak o to stał przed nimi nie kto inny, a sam Chaos. Ze swoim mrocznym zastępem u boku, choć wciąż nie dokończony sprawiał wrażenie triumfującego. W sumie nie dziwiłam się. Gdybym miała do dyspozycji taką armię jak on zaprezentował tu, też bym się cieszyła. Cały czas jednak miałam okrutną świadomość, że nawet to co widzieliśmy teraz, to tylko niewielki odział prawdziwej armii Chaosu, armii która już niedługo miała spustoszyć cały świat. Już za kilka miesięcy...Moje myśli przerwał Nico di Angelo. Wyraźnie usatysfakcjonowany chłopak rozłożył szeroko ręce i zacmokał z zadowoleniem.
-I co? Ósemka słabeuszy pokona je?-w jego głosie dało się słyszeć kpinę. Spojrzałam na towarzyszy, na których nieulęknionych dotąd obliczach zaczął malować się najprawdziwszy strach. Wtedy właśnie przypomniałam sobie, że przecież nie zostaliśmy tak znowu całkiem sami. Wiedziałam, że jeżeli to zrobię, moja moc wygaśnie prawie cała, ale o bogowie, jeśli tego nie zrobię zginiemy szybciej niż by się mogło wydawać. Skupiłam całą swoją energię i dyskretnie przyciskając dłoń do miejsca na zbroi, pod którym znajdował się dobrze znany mi amulet, wypowiedziałam w umyśle jedno, proste słowo:
"Proszę"
A potem...potem nie odczułam kompletnie nic. Nie wiedziałam, czy powinnam była faktycznie coś odczuć, ale jednocześnie bałam się odpowiedzi zamiast tego postanowiłam uciąć sobie milusią pogawędkę.
-To cała twoja armia Chaosie?-mimo strachu zmusiłam się na kpiący ton-Widzisz? Aż drżymy ze strachu!
Roześmiałam się, mimo, że w środku byłam kłębkiem nerwów. Moi przyjaciele widocznie zrozumieli, że chcę go zagadać i również stanęli w bardziej rozluźnionych pozycjach. Jason spuścił nawet włócznię.
Tym razem jednak to Chaos się roześmiał.
-To? To nie jest nawet ćwierć mojej armii kochaniutka-ostatnie słowo wypowiedział jak najgorsze przekleństwo świata patrząc na nas w taki sposób, że natychmiast porzuciliśmy luzackie pozy usiłując opanować drżenie nóg.-A może chciałabyś jeszcze więcej pokazu mojej siły?
-To mi wystarczy-zapewniłam szybko, po czym widząc jego ironiczny uśmieszek dodałam-Jesteś zbyt przewidywalny.
-Wiesz, że mniej przewidywalny niż ty córko Posejdona-zatrzymał się, po czym poprawił-a może powinienem powiedzieć wyrodna córko Posejdona?
Moje oczy natychmiast powędrowały w górę. Błagam, błagam niech nie mówi dalej...on jednak kontynuował.
-Bo w końcu która córka rani swojego ojca tak, że do tej pory jest po tym ślad?-uśmiechnął się tak złowrogo, że aż przeszły mi ciarki po plecach-Która normalna córka nieomal zabija boga?
Zamarłam i wyszeptałam.
-To nie tak...
-Wiesz, że tak-powiedział głośno po czym złośliwie dodał-A może nie chciałaś, bym mówił to przy twoich towarzyszach? Ups, chyba się wygadałem...
-Zamknij się!-krzyknęłam.
-Uważaj na słowa dziecko!-ryknął-Bo zaraz skosztujesz tego samego czego twój tatuś od ciebie!
-Mara-odezwał się Percy drżącym głosem.-Czy to...-przełknął ślinę-Prawda?
Nie odpowiedziałam.
-Czy to prawda?-powtórzył.
Dalej milczałam, ze spuszczoną głową i łzami lśniącymi w oczach.
-Mara!-warknął.
Odwróciłam się do niego i uniosłam zapłakaną twarz.
-T...tak...to prawda.



            



Przepraszam za opóźnienie ale nawala mi wena. Mam pomysł na potem tylko muszę wymyślić zajmujące wprowadzenie. W każdym razie mam nadzieję, że rozdział był całkiem spk.
Do nna kochani ;)
~Pass

sobota, 13 sierpnia 2016

Przebudzenie

 Obudziłam się po czasie który był dla mnie jak mrugnięcie okiem, lecz jak się okazało dla moich towarzyszy było to znacznie dłużej. Ledwo uchyliłam powieki i dostrzegłam zapłakaną twarz Anabeth, która siedziała na krześle obok mojego łóżka. Rozchylając powieki zobaczyłam, że trzyma ona za rękę kogoś leżącego w łóżku obok. Mgliste wspomnienia z tamtego wydarzenia dały mi jasno do zrozumienia, że był to nie kto inny niż Percy. Może to dziwne, ale zaniepokoiłam się bardzo stanem mojego brata. Na tyle bardzo, że zapomniałam o bólu rozsadzającym mi głowę i szybko uniosłam się z poduszek. Natychmiast jednak znów na nie upadłam trzymając się za skronie i sycząc z bólu. Anabeth na ten dźwięk odwróciła zapłakaną twarz w moim kierunku, a gdy zobaczyła mnie przytomną w jej oczach błysnęła radość i nieopisana ulga. Puściła rękę Perciego i doskoczyła do mnie, zarzucając mi ręce na szyję i przytulając mocno. Zdziwiło mnie to żywiołowe powitanie, bo mimo, że była moją przyjaciółką zawsze miałam poczucie, że w takim momencie nawet mnie nie zauważy, przejmując się tylko i wyłącznie stanem swojego chłopaka. A tu proszę, jakie zaskoczenie! Martwiła się również o mnie. Może w nieco mniejszym stopniu niż o mojego brata, ale jednak. Odwzajemniłam uścisk wciąż trochę zszokowana takim przejawem emocji.
-Anabeth, co się stało?-wykrztusiłam.
Gwałtownie się odsunęła i spojrzała na mnie z oburzeniem.
-Ty się pytasz co się stało?!-podniosła głos i machnęła rękami na boki-Po coście idioci tak się przemęczali? Widać, że brak logicznego myślenia macie zapisany w genach! Dziedziczne!-fuknęła-Jak możesz się o coś takiego pytać?
-Wyobraź sobie, że nie wiem co się stało.-zdenerwowałam się lekko nadal niczego nie rozumiejąc.
-Nie wiesz?-znów zganiła mnie spojrzeniem stalowoszarych oczu, po czym nimi przewróciła-Oczywiście, że nie wiesz. Tiaaa, najlepiej powiedzieć, że się nie wie. Najpierw sobie dwójka debilów przekracza granice magicznych możliwości, potem przez cztery godziny nie da rady wyczuć u nich pulsu-zauważyłam, że głos jej drżał gdy to powiedziała. W sumie nie dziwię się. Sama byłam w niezłym szoku. W gruncie rzeczy można powiedzieć, że umarłam.-Potem nagle ożywają, ale wciąż są nie przytomni, a na koniec, kiedy już łaskawie się wybudza, mówią, że nic nie wiedzą-lamentowała-A ty się tu człowieku martw!
-J...j...ja.na..naprawdę umarłam?-zająknęłam się.
-Myślisz, że nie potrafię sprawdzić czy ktoś żyje?-warknęła tak, że aż się wzdrygnęłam.
-Potrafisz-powiedziałam z przekonaniem, tylko...
-Tylko co?
-Nie wierzę, że ja...-spojrzałam na wciąż nieprzytomnego Perciego i poprawiłam się-że my...umarliśmy.
-Ciesz się, że jednak odżyliście-w jej oczach błysnęła iskierka rozbawienia, gdy łapała Perciego za rękę.-Pewnie nawet Hades was nie chciał.
Zaśmiałam się i skinęłam głową w stronę Perciego.
-A on?
Ze smutkiem pokręciła głową, a w jej oczy wstąpiły łzy.
-Był martwy dłużej niż ty...
-Może się wybudzi...
-Na pewno się wybudzi-dodała wchodząca do pokoju Piper. Uśmiechnęła się do mnie i mrugnęła okiem.-Przyjemnie się spało?-zapytała i uścisnęła mnie równie mocno jak Anabeth.
-Podusicie mnie-jęknęłam, a one się roześmiały.
Piper sprawdziła puls Perciemu i uśmiechnęła się do Anabeth.
-W normie.
-Jakbym nie sprawdzała-mruknęła blondynka, na co córka Afrodyty odpowiedziała perlistym śmiechem, a następnie zwróciła się do mnie.
-Jak się czujesz?-spytała z troską w głosie.
Wzruszyłam ramionami i westchnęłam.
-Głowa mi zaraz pęknie, ale poza tym chyba wszystko dobrze.
-Wciąż nie mogę uwierzyć w to co się stało-usłyszałam jawny podziw w głosie brunetki-Czy ty zdajesz sobie sprawę co zrobiliście?
Obie wraz z Anabeth popatrzyły na mnie wyczekująco. Ja jednak musiałam oświadczyć im smutną prawdę.
-Nie-odparłam krótko.
-Mara-Blondynka potrząsnęła mnie lekko za ramiona-Pokonaliście BOGA!
Zmarszczyłam brwi, na co Piper przewróciła oczami.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę do czego jesteście zdolni?! Ile możecie zrobić?! To niesamowite! Ja...nie wiem co powiedzieć. Wiesz jak to może pomóc?
-Pewnie bardzo...
-Pewnie?! To jest wspaniała wiadomość! Nie musimy się już martwić mniejszymi zagrożeniami! Przecież to będzie dla was pestka....-córka bogini miłości wyraźnie się rozkręcała, ale niestety byłam zmuszona jej przerwać.
-Piper...-odchrząknęłam, by zwrócić jej uwagę.-My...no wiesz...nie jesteśmy robotami...nie damy rady wszystkiego....zmienić.
Przez jej twarz przemknęła sterta emocji: nadzieja, rozczarowanie, gorycz, żal, które po ułamku sekundy sprawnie zatuszowała.
-Ale przynajmniej trochę się zmieni.-uśmiechnęła się.
-Pipes-zaczęła Anabeth zerkając na mnie ostrożnie- Wiem, że Mara i Percy zrobili coś niesamowitego, ale przecież nie będą tego powtarzać w nieskończoność. Wiem, że chciałabyś żeby Jason był bezpieczniejszy, ale zrozum, że o ich bezpieczeństwo też trzeba dbać...
Córka Afrodyty zmarszczyła w oburzeniu brwi.
-Czy ty myślisz, że mam ich bezpieczeństwo w nosie?!-krzyknęła, na co ból mojej głowy się nasilił- Owszem zależy mi na Jasonie, ale to moi przyjaciele, Anabeth! Zależy mi na nich!
Blondynka poderwała się z krzesła, wypuszczając dłoń swojego chłopaka i mierząc przyjaciółkę wściekłym spojrzeniem.
-Gdyby faktycznie ci na nich zależało nie sugerowałabyś żeby zamęczyli się na śmierć walką z potworami, podczas gdy my siedzielibyśmy spokojnie w mesie i popijali herbatę!
-Niczego takiego nie sugerowałam!-wrzasnęła Piper.
Złapałam się za skronie i skuliłam na łóżku. Czułam, jakby w mojej głowie ktoś prowadził wyścig rydwanów z końmi o wyjątkowo ciężkich podkowach.
-Dziewczyny...-przerwałam im cicho, lecz nie zwróciły na mnie uwagi.
-Nie sugerowałaś?-Anabeth zaśmiała się sarkastycznie i zaczęła przedrzeźniać przyjaciółkę machając przy tym rękami- Nie musimy się już martwić zagrożeniami! To będzie dla was pestka! Wybijecie wszystko a ja będę mogła obściskiwać się z moim chłopakiem!
-Teraz przegięłaś-wrzasnęła Piper opierając dłoń na sztylecie przytroczonym do pasa.
-Przestańcie...-powiedziałam wciąż znosząc wzrastający z każdym ich krzykiem ból.
Nawet na mnie nie spoglądając Anabeth znów się zaśmiała. Tym razem jej ton był pełen pogardy.
-Grozisz mi McLean?! Naprawdę chcesz walki z córką bogini wojny?!
-Walki uczył mnie syn najwyższego z bogów...więc tak! Chcę!
Anabeth zacisnęła dłoń na rękojeści swojego miecza ze smoczej kości i wyciągnęła go z pochwy. Nim obie dziewczyny zdążyły skrzyżować broń wrzasnęłam.
-Możecie się wreszcie zamknąć?!-mimo rozsierdzającego mnie od środka bólu głowy przebiegłam po nich wściekłym spojrzeniem-Jak chcecie nawalać się mieczami na prawo i lewo to lepiej opuście ten pokój.-Machnęłam ręką w stronę Perciego-Niektórzy próbują dojść tu do siebie i wasze krzyki z pewnością mu w tym nie pomogą.
Piper obrzuciła jadowitym spojrzeniem Anabeth po czym przeniosła wzrok na mnie i Perciego. W jej oczach dało się wyczytać przeprosiny, lecz chwilę potem schowała sztylet i wyszła szybkim krokiem. Córka Ateny odwróciła się do mnie z mieszaniną żalu i wstydu na twarzy, po czym zajęła miejsce na krześle i ponownie łapiąc za rękę mojego brata odrzuciła broń, która z głuchym łomotem spadła na podłogę pokoju.
-Przepraszam, nie powinnam była-wymamrotała.
-Piper to twoja przyjaciółka-przypomniałam jej wolno siadając.
-Twoja też-powiedziała dobitnie- Więc nie powinna była proponować żebyś zamęczyła się na śmierć.
Przewróciłam lekko oczami.
-Anabeth wiem, że martwisz się o Perciego-zawahałam się po czym dopowiedziałam-i o mnie, ale Piper była szczęśliwa z tego co się stało. Podniosło ją na duchu pokonanie tego boga...yyy...jak mu tam było...
-Aegaeona-podpowiedziała.
-Właśnie. No więc pewnie bardzo ją to ucieszyło i stąd ten entuzjazm. Przecież wiesz, że nigdy by nie zaproponowała żebyśmy odwalali całą robotę. Byłaby temu tak bardzo przeciwna jak ty.
Córka Ateny zmarszczyła brwi i chyba doszło do niej, że przyjaciółka faktycznie nie miała złych intencji. Na jej policzkach rozkwitł rumieniec wstydu.
-Może faktycznie zareagowałam zbyt gwałtownie...-uśmiechnęła się do mnie-Pójdę z nią porozmawiać. Skoro mamy spędzić razem jeszcze tyle miesięcy chyba nie warto zadźgać się wzajemnie.
-No to by była raczej kiepska opcja-zaśmiałam się.
Anabeth wstała i pogłaskała Perciego po ręce wyraźnie się wahając.
-Przypilnuję go-zapewniłam ją, na co odpowiedziała uśmiechem.
-Dzięki Mara-odparła cicho i ruszyła w stronę wyjścia, zostawiając miecz na podłodze. Stojąc w drzwiach odwróciła się do mnie i powiedziała- Jesteś dobrą siostrą.
-A on bratem-popatrzyłam na dalej nieprzytomnego Perciego i znów przeniosłam spojrzenie na Anabeth. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i powiedziałam-No idź już się godzić...szwagierko.
Dziewczyna wyszczerzyła zęby w uśmiechu i wyszła. Opadłam na poduszkę i zaczęłam myśleć o tym co się stało. Z jakiegoś powodu czułam, że może wpłynąć to na przepowiednię. Może nawet zmienić jej sens. Pytanie brzmiało: jak bardzo? Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się czy przepowiednia w pełni dotyczy tylko i wyłącznie mnie. Z niepokojem zerknęłam na brata przytaczając w myślach całą przepowiednię. Zatrzymałam się na jednym wersie:
                                   Najdzielniejszy wojownik z wielu ran krwawi
                                    Śmiercią świat cały zrujnuje, lub go wybawi
"Najdzielniejszy wojownik". Zastanawiało mnie czy faktycznie chodziło tu o mnie. Równie dobrze mogło chodzić o Perciego. Znów spojrzałam na niego z niepokojem. Chociaż, jeżeli tak by na to patrzeć mogło także chodzić o Jasona, Leona, Franka, czy chociażby Anabeth, Piper, Hazel, lub tę rzymską pretorkę Reynę. Żadna z tych opcji mi się nie uśmiechała, ale zastanawiało mnie na kogo padnie. Po przed ostatniej przepowiedni śmierć poniósł Luke Castellan. Kto to będzie tym razem? Szczerze wątpiłam by mogło skończyć się to dobrze, choć miałam cichą, cichuteńką nadzieję, że może Apollo się pomylił recytując wtedy te wersy. W głębi serca wiedziałam, że każde słowo przepowiedni to prawda...wręcz czułam to, ale kto zabroni mi mieć choć odrobinę nadziei, że żaden przyjaciel nie zginie. Ale właściwie kogo mogła nazwać przyjacielem? Całą załogę Argo III tak, Nica di Angelo na pewno nie, ale.....co z Willem?
Wiedziała, że w gruncie rzeczy powinna go nienawidzić, ale dlaczego tego nie czuła? Owszem, na początku była złość, gorycz, żal, smutek, ale potem....jakby przeszło. Pozostało chłodne uczucie rozczarowania, choć z całego serca chciałam...ba, pragnęłam go nienawidzić. Nienawidzić za to jak wszystkich okłamał, jak udawał przyjaciela, jak zdradził... Jednak kiedy po raz pierwszy nam pomógł,  coś jakby we mnie pękło. Od tamtej pory wbrew rozsądkowi i przypuszczeniom żywię głupią, całkiem naiwną nadzieję, że coś się zmieni, że on tak na prawdę jest naszym przyjacielem, że....że nigdy nas nie zdradził. Po prawdzie wiem, że Anabeth zapewne wie więcej niż ja, ale myśl, że nie mogę jej spytać jest wprost rozdzierająca. Powoduje, że całkowicie nie wiem po czym stąpam. Rozmyślania przerwał mi czyjś stłumiony głos. Odwróciłam głowę i ujrzałam wpatrujące się we mnie, przymrużone, zielone oczy mojego brata. Uniosłam się na łokciu starając się nie poruszać się gwałtownie. Patrzyłam jak Percy przeciera oczy i próbuje wstać, po czym gwałtownie łapie się za głowę i opada na poduszkę sycząc z bólu. Następnie powiedział coś z czego śmiałam się przez długi czas później.
-Jeżeli jest jakaś porąbana bogini bólu głowy, to przysięgam znajdę ją i zabiorę na spacerek do Tartaru...

                       


Wróciłam, wielki powrót jupi ja jej!!!
No więc wracam z obozu z nową energią i nowym zapałem. Next przepowiadam na pojutrze lub wtorek w zależności od stanu mojego chorego umysłu ;).
Dla czytających mojego drugiego bloga next pojawi się jutro także podwójne święto.
No więc to tyle kochani.
Do nna <3
-Pass