Po kolejnym niemożliwie długim czasie wreszcie byliśmy już prawie u celu. Wyspa Izba była już tak blisko....Przerywały nam jednak ataki skalnych bogów. Od tamtego feralnego razu nie używaliśmy z Percym mocy. Tej...wspólnej mocy. Było to coś o czym nie rozmawialiśmy mimo, że nasze stosunki znów były nie najgorsze. Zdawałam sobie sprawę, że nasi towarzysze wciąż czekają na to, że wlecimy na pokład jak kapitan Ameryka i uratujemy sytuację. Tyle, że nie było to takie proste. Nie chodziło tylko o to, że nie wiedzieliśmy czy drugi raz zadziała to tak samo. Chodziło o to, że mimo naszego pokrewieństwa i tej bratersko siostrzanej miłości którą się darzyliśmy, żadne z nas nie chciało tego co mogło nam dać takie połączenie mocy. Zarówno ja i Percy chcieliśmy być przydatni, szanowani i pomocni...ale...osobno. Nie mówiąc już o tych koszmarnych bólach głowy które męczyły nas za każdym razem gdy używaliśmy naszych mocy. Anabeth i Hazel spekulowały, że być może po prostu trochę przeciążyliśmy nasze moce i teraz powstaje coś na kształt koszmarnych worów pod oczami po nieprzespanej nocy. Jednak bóle utrzymywały się dłużej niż wory....Po kilkunastu dniach nadal były obecne, może trochę zelżały, ale wciąż były. Sprawa z Anabeth i Piper wyjaśniła się na tyle by obie dziewczyny przestały skakać sobie do gardeł i nawet znów zaczęły normalnie rozmawiać. Oczywiście obie wciąż miały do siebie małą urazę, z której żaliły się Jasonowi i Perciemu, którzy zaś swoje żale wylewali Frankowi. Frank rzecz jasna wszystko mówił Hazel, która już wcześniej była dobrze powiadomiona przez Piper i Anabeth, które nie omieszkały też przekazać tego Leonowi, który opowiadał to wszystko Kalipso no i mi, gdyż by nie tracić więcej drachm niż było to konieczne postanowiliśmy rozmawiać z nią razem. Oczywiście po chwili rozmowy wychodziłam dając gołąbeczkom chwile samotności.
Muszę się wam z czegoś zwierzyć. Może macie mnie za taką zimną, wredną małpę, która za niczym nie tęskni i niczego nie żałuje, ale to nie do końca tak...Staram się, na prawdę staram się nie narzekać, nie myśleć o tym jak bardzo drażni mnie to wszystko. I jak bardzo brakuje mi pewnej osoby...Sytuacja na statku też niczego nie ułatwiała. Owszem Anabeth była moją przyjaciółką, a Percy bratem, ale to było dla mnie bolesne do oglądania. To...Anabeth i Percy, to Piper i Jason, Hazel i Frank...Nawet Leo i Kalipso...Oni wszyscy, mimo całej mojej sympatii do nich, boleśnie przypominali mi na każdym kroku, w najmniejszych gestach, trzymaniu za rękę, troskliwych spojrzeniach, obejmowaniu....przypominali mi, że ja...no właśnie....ja. Tylko ja. Że ja nie mam nikogo, nikogo na kogo mogłabym tak patrzeć, nikogo do kogo mogłabym się przytulić, złapać za rękę, wyżalić, wypłakać, komu mogłabym pokazać kim na prawdę jestem i kto by nie uciekł. Bo mimo wszystko, mimo wspaniałego ojca, bogów w postaci rodziny, genialnych przyjaciół, to brakowało mi właśnie tego...Dobrze, możecie myśleć:
Masz niecałe 16 lat! Na miłość za wcześnie!
Ale czy nie jest dla mnie też za wcześnie na wojnę? Na bezlitosne szkolenia posługiwania się bronią od kilku lat, czy nie było za wcześnie na porzucenie i całkowite zmienienie środowiska?
W takich sytuacjach człowiek dojrzeje znacznie szybciej. Tak. Ja też dojrzałam.
Nie chcę, byście myśleli, że się wam żale. Przepraszam z całego skamieniałego ( ;) ) serca jeżeli tak to odebraliście, ale po prostu musiałam, musiałam komuś to powiedzieć.
Uffff....zrobiło się strasznie ckliwo, nie uważacie?
No dobra, przejdźmy do czegoś znacznie przyjemniejszego niż czytanie moich uczuć, a mianowicie, do prawdziwej akcji. Pewnego dnia miałam bardzo krótki, ale bardzo dziwny sen. Zobaczyłam w nim parę bogów, których nie spodziewałam się spotkać razem w innym miejscu niż na okładce magazynu o modzie.
W śnie odwiedzili mnie Afrodyta i Apollo. Bogini miłości i bóg lekarzy. O co chodziło?
-Tylko jedno może uleczyć najgorsze rany...-powiedział Apollo, a jego głos rozmywał się jak fale na piasku plaży. Miałam właśnie zapytać co to takiego, gdy Afrodyta weszła mi w słowo.
-Wiesz co to...
-Brak ci tego-dodał Apollo z uśmiechem.
-Ale nie jest to proste-powiedziała poważnie Afrodyta-Uważaj gołąbeczko. Nie daj się sparzyć.
Nagle Apollo podszedł bliżej i szarpnął mnie za ramiona.
-Wstawaj, wstawaj....
Percy potrząsał mną krzycząc żebym wstała. Kiedy w końcu się otrząsnęłam oznajmił, że Izba jest już widoczna na horyzoncie. Odetchnęłam głęboko i kiedy wyszedł ubrałam się. Pierwszy raz nie miałam z tym problemu. Na granatowe dżinsy i koszulkę Obozu Herosów założyłam coś co akurat nadawało się na to mało przyjemne spotkanie z wrogami. Zbroję. Tą samą z którą uciekłam z Olimpu. Tę samą z którą przybyłam pierwszy raz na Wzgórze Herosów. Tę zarysowaną, brudną i nie raz ratującą mi tyłek zbroję. Zdjęłam miecze z zawieszek i schowałam je do pochw na plecach. Burze rudych włosów lekko przejechałam szczotką, ale nie związałam jej. Tyle lat walczyłam w rozpuszczonych włosach, więc było to coś na kształt tradycji. Kiedy wyszłam z kajuty zbroja zalśniła w świetle słońca. Zerknęłam na towarzyszy, również ubranych w greckie zbroje. No, może poza Hazel i Frankiem którzy przywdziali tradycyjne rzymskie odzienie bojowe. Wyglądaliśmy jak mały oddział gwardzistów. Wszyscy poza trenerem Hedge. Wciąż narzekał, że nie może iść i skopać tyłka mrocznej mordzie, ale ktoś musiał zostać na pokładzie. Argo III osiadł na morzu jakieś 20 metrów od wyspy. Spuściliśmy szalupę, którą dostaliśmy się na brzeg. Wyspa była stosunkowo mała. Mała lecz piękna. Piękne lasy rozpościerały się tuż przed nami, a nad nimi piętrzyły się skały i wzniesienia. Aż trudno było pomyśleć, że właśnie teraz, właśnie w tym miejscu, na tej wyspie Chaos ma zyskać kolejny przedmiot ważny dla jego powstania. Nie widząc innego wyjścia poszliśmy przed siebie. Niemal natychmiast natrafiliśmy na wydrążoną w skale jaskinię. W środku nie było widać żadnego światła, żadnego ruchu, ale ja...coś we mnie...w nas...wiedziało, że to właśnie tu.
Frank nerwowo przełknął ślinę.
-Jeszcze możemy zawrócić.
Rzuciliśmy mu pełne wyrzutu spojrzenie, na które podniósł ręce do góry w geście kapitulacji
-Tak tylko mówię.
-Tam jest miecz którego potrzebujemy-przypomniała Hazel, która jako jedyna nie spiorunowała spojrzeniem chłopaka.
-I pewnie też figurka-dodała Piper.
-A poza tym Will napisał, że powinniśmy tu przybyć. Myślę, że jest po naszej stronie-powiedziała Anabeth.
-Mógł wprowadzić nas w pułapkę-mruknął Jason.
-Na pewno to zrobił-powiedział już głośniej Percy.
-Nie możesz tego wiedzieć-warknęłam.
-Czyli ty wiesz? Tak bardzo ufasz swojemu kochasiowi zdrajcy?-zapytał kpiąco. To co powiedział przypomniało mi dokładnie wszystko i w jednej chwili zachciało mi się na niego rzucić. Leo jednak podszedł i położył mi rękę na ramieniu.
-Teraz chcecie się bić?-zapytał patrząc na nas jak na idiotów.-Serio?
Obrzuciliśmy się z bratem jeszcze jednym wściekłym spojrzeniem, po czym Percy syknął.
-Idziemy-i zanim ktokolwiek zdążył zaoponować wszedł do jaskini. Za nim weszła Anabeth, Piper, Hazel, Jason i Frank. Zostaliśmy tylko ja i Leo, który popatrzył na mnie karcąco po czym machnął ręką bym weszła przed niego. Tak więc, to właśnie on zamykał pochód. Ledwo przekroczył próg ciemnej jaskini, kiedy nagle błysnęły niewidoczne dotąd pochodnie oświetlając jaskinię, która okazała się być obszernym korytarzem. To, że światła zapaliły się same nie podobało nam się ani trochę, ale nie mieliśmy już wyboru. Poszliśmy dalej, aż doszliśmy do obszernej komnaty, która boleśnie przypominała mi komnatę z zeszłego lata i naszym oczom ukazał się przerażający widok. Na środku komnaty zobaczyłam uśmiechającego się złowieszczo Nica z armią drakain, minotaurów i cyklopów u boku. Co gorsza za nim stał pokaźny szereg ciemnych smoków. Czerń ich skrzydeł i cielsk niemal się zlewała, a czerwone ślepia wydawały się tylko szukać okazji do ataku. Tuż obok Nica stała czarna jak sam Tartar figurka Chaosu, a z niej wciąż sącząca się ciemna energia formowała pokaźną postać, która sama w sobie przywoływała na myśl najbardziej nieprzewidywalną burzę, najgroźniejsze tornado, najbardziej gwałtowne tsunami, zniszczenie w jednej osobie. Osobie samego pana i władcy mroku-tak o to stał przed nimi nie kto inny, a sam Chaos. Ze swoim mrocznym zastępem u boku, choć wciąż nie dokończony sprawiał wrażenie triumfującego. W sumie nie dziwiłam się. Gdybym miała do dyspozycji taką armię jak on zaprezentował tu, też bym się cieszyła. Cały czas jednak miałam okrutną świadomość, że nawet to co widzieliśmy teraz, to tylko niewielki odział prawdziwej armii Chaosu, armii która już niedługo miała spustoszyć cały świat. Już za kilka miesięcy...Moje myśli przerwał Nico di Angelo. Wyraźnie usatysfakcjonowany chłopak rozłożył szeroko ręce i zacmokał z zadowoleniem.
-I co? Ósemka słabeuszy pokona je?-w jego głosie dało się słyszeć kpinę. Spojrzałam na towarzyszy, na których nieulęknionych dotąd obliczach zaczął malować się najprawdziwszy strach. Wtedy właśnie przypomniałam sobie, że przecież nie zostaliśmy tak znowu całkiem sami. Wiedziałam, że jeżeli to zrobię, moja moc wygaśnie prawie cała, ale o bogowie, jeśli tego nie zrobię zginiemy szybciej niż by się mogło wydawać. Skupiłam całą swoją energię i dyskretnie przyciskając dłoń do miejsca na zbroi, pod którym znajdował się dobrze znany mi amulet, wypowiedziałam w umyśle jedno, proste słowo:
"Proszę"
A potem...potem nie odczułam kompletnie nic. Nie wiedziałam, czy powinnam była faktycznie coś odczuć, ale jednocześnie bałam się odpowiedzi zamiast tego postanowiłam uciąć sobie milusią pogawędkę.
-To cała twoja armia Chaosie?-mimo strachu zmusiłam się na kpiący ton-Widzisz? Aż drżymy ze strachu!
Roześmiałam się, mimo, że w środku byłam kłębkiem nerwów. Moi przyjaciele widocznie zrozumieli, że chcę go zagadać i również stanęli w bardziej rozluźnionych pozycjach. Jason spuścił nawet włócznię.
Tym razem jednak to Chaos się roześmiał.
-To? To nie jest nawet ćwierć mojej armii kochaniutka-ostatnie słowo wypowiedział jak najgorsze przekleństwo świata patrząc na nas w taki sposób, że natychmiast porzuciliśmy luzackie pozy usiłując opanować drżenie nóg.-A może chciałabyś jeszcze więcej pokazu mojej siły?
-To mi wystarczy-zapewniłam szybko, po czym widząc jego ironiczny uśmieszek dodałam-Jesteś zbyt przewidywalny.
-Wiesz, że mniej przewidywalny niż ty córko Posejdona-zatrzymał się, po czym poprawił-a może powinienem powiedzieć wyrodna córko Posejdona?
Moje oczy natychmiast powędrowały w górę. Błagam, błagam niech nie mówi dalej...on jednak kontynuował.
-Bo w końcu która córka rani swojego ojca tak, że do tej pory jest po tym ślad?-uśmiechnął się tak złowrogo, że aż przeszły mi ciarki po plecach-Która normalna córka nieomal zabija boga?
Zamarłam i wyszeptałam.
-To nie tak...
-Wiesz, że tak-powiedział głośno po czym złośliwie dodał-A może nie chciałaś, bym mówił to przy twoich towarzyszach? Ups, chyba się wygadałem...
-Zamknij się!-krzyknęłam.
-Uważaj na słowa dziecko!-ryknął-Bo zaraz skosztujesz tego samego czego twój tatuś od ciebie!
-Mara-odezwał się Percy drżącym głosem.-Czy to...-przełknął ślinę-Prawda?
Nie odpowiedziałam.
-Czy to prawda?-powtórzył.
Dalej milczałam, ze spuszczoną głową i łzami lśniącymi w oczach.
-Mara!-warknął.
Odwróciłam się do niego i uniosłam zapłakaną twarz.
-T...tak...to prawda.
Przepraszam za opóźnienie ale nawala mi wena. Mam pomysł na potem tylko muszę wymyślić zajmujące wprowadzenie. W każdym razie mam nadzieję, że rozdział był całkiem spk.
Do nna kochani ;)
~Pass