-Anabeth, co się stało?-wykrztusiłam.
Gwałtownie się odsunęła i spojrzała na mnie z oburzeniem.
-Ty się pytasz co się stało?!-podniosła głos i machnęła rękami na boki-Po coście idioci tak się przemęczali? Widać, że brak logicznego myślenia macie zapisany w genach! Dziedziczne!-fuknęła-Jak możesz się o coś takiego pytać?
-Wyobraź sobie, że nie wiem co się stało.-zdenerwowałam się lekko nadal niczego nie rozumiejąc.
-Nie wiesz?-znów zganiła mnie spojrzeniem stalowoszarych oczu, po czym nimi przewróciła-Oczywiście, że nie wiesz. Tiaaa, najlepiej powiedzieć, że się nie wie. Najpierw sobie dwójka debilów przekracza granice magicznych możliwości, potem przez cztery godziny nie da rady wyczuć u nich pulsu-zauważyłam, że głos jej drżał gdy to powiedziała. W sumie nie dziwię się. Sama byłam w niezłym szoku. W gruncie rzeczy można powiedzieć, że umarłam.-Potem nagle ożywają, ale wciąż są nie przytomni, a na koniec, kiedy już łaskawie się wybudza, mówią, że nic nie wiedzą-lamentowała-A ty się tu człowieku martw!
-J...j...ja.na..naprawdę umarłam?-zająknęłam się.
-Myślisz, że nie potrafię sprawdzić czy ktoś żyje?-warknęła tak, że aż się wzdrygnęłam.
-Potrafisz-powiedziałam z przekonaniem, tylko...
-Tylko co?
-Nie wierzę, że ja...-spojrzałam na wciąż nieprzytomnego Perciego i poprawiłam się-że my...umarliśmy.
-Ciesz się, że jednak odżyliście-w jej oczach błysnęła iskierka rozbawienia, gdy łapała Perciego za rękę.-Pewnie nawet Hades was nie chciał.
Zaśmiałam się i skinęłam głową w stronę Perciego.
-A on?
Ze smutkiem pokręciła głową, a w jej oczy wstąpiły łzy.
-Był martwy dłużej niż ty...
-Może się wybudzi...
-Na pewno się wybudzi-dodała wchodząca do pokoju Piper. Uśmiechnęła się do mnie i mrugnęła okiem.-Przyjemnie się spało?-zapytała i uścisnęła mnie równie mocno jak Anabeth.
-Podusicie mnie-jęknęłam, a one się roześmiały.
Piper sprawdziła puls Perciemu i uśmiechnęła się do Anabeth.
-W normie.
-Jakbym nie sprawdzała-mruknęła blondynka, na co córka Afrodyty odpowiedziała perlistym śmiechem, a następnie zwróciła się do mnie.
-Jak się czujesz?-spytała z troską w głosie.
Wzruszyłam ramionami i westchnęłam.
-Głowa mi zaraz pęknie, ale poza tym chyba wszystko dobrze.
-Wciąż nie mogę uwierzyć w to co się stało-usłyszałam jawny podziw w głosie brunetki-Czy ty zdajesz sobie sprawę co zrobiliście?
Obie wraz z Anabeth popatrzyły na mnie wyczekująco. Ja jednak musiałam oświadczyć im smutną prawdę.
-Nie-odparłam krótko.
-Mara-Blondynka potrząsnęła mnie lekko za ramiona-Pokonaliście BOGA!
Zmarszczyłam brwi, na co Piper przewróciła oczami.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę do czego jesteście zdolni?! Ile możecie zrobić?! To niesamowite! Ja...nie wiem co powiedzieć. Wiesz jak to może pomóc?
-Pewnie bardzo...
-Pewnie?! To jest wspaniała wiadomość! Nie musimy się już martwić mniejszymi zagrożeniami! Przecież to będzie dla was pestka....-córka bogini miłości wyraźnie się rozkręcała, ale niestety byłam zmuszona jej przerwać.
-Piper...-odchrząknęłam, by zwrócić jej uwagę.-My...no wiesz...nie jesteśmy robotami...nie damy rady wszystkiego....zmienić.
Przez jej twarz przemknęła sterta emocji: nadzieja, rozczarowanie, gorycz, żal, które po ułamku sekundy sprawnie zatuszowała.
-Ale przynajmniej trochę się zmieni.-uśmiechnęła się.
-Pipes-zaczęła Anabeth zerkając na mnie ostrożnie- Wiem, że Mara i Percy zrobili coś niesamowitego, ale przecież nie będą tego powtarzać w nieskończoność. Wiem, że chciałabyś żeby Jason był bezpieczniejszy, ale zrozum, że o ich bezpieczeństwo też trzeba dbać...
Córka Afrodyty zmarszczyła w oburzeniu brwi.
-Czy ty myślisz, że mam ich bezpieczeństwo w nosie?!-krzyknęła, na co ból mojej głowy się nasilił- Owszem zależy mi na Jasonie, ale to moi przyjaciele, Anabeth! Zależy mi na nich!
Blondynka poderwała się z krzesła, wypuszczając dłoń swojego chłopaka i mierząc przyjaciółkę wściekłym spojrzeniem.
-Gdyby faktycznie ci na nich zależało nie sugerowałabyś żeby zamęczyli się na śmierć walką z potworami, podczas gdy my siedzielibyśmy spokojnie w mesie i popijali herbatę!
-Niczego takiego nie sugerowałam!-wrzasnęła Piper.
Złapałam się za skronie i skuliłam na łóżku. Czułam, jakby w mojej głowie ktoś prowadził wyścig rydwanów z końmi o wyjątkowo ciężkich podkowach.
-Dziewczyny...-przerwałam im cicho, lecz nie zwróciły na mnie uwagi.
-Nie sugerowałaś?-Anabeth zaśmiała się sarkastycznie i zaczęła przedrzeźniać przyjaciółkę machając przy tym rękami- Nie musimy się już martwić zagrożeniami! To będzie dla was pestka! Wybijecie wszystko a ja będę mogła obściskiwać się z moim chłopakiem!
-Teraz przegięłaś-wrzasnęła Piper opierając dłoń na sztylecie przytroczonym do pasa.
-Przestańcie...-powiedziałam wciąż znosząc wzrastający z każdym ich krzykiem ból.
Nawet na mnie nie spoglądając Anabeth znów się zaśmiała. Tym razem jej ton był pełen pogardy.
-Grozisz mi McLean?! Naprawdę chcesz walki z córką bogini wojny?!
-Walki uczył mnie syn najwyższego z bogów...więc tak! Chcę!
Anabeth zacisnęła dłoń na rękojeści swojego miecza ze smoczej kości i wyciągnęła go z pochwy. Nim obie dziewczyny zdążyły skrzyżować broń wrzasnęłam.
-Możecie się wreszcie zamknąć?!-mimo rozsierdzającego mnie od środka bólu głowy przebiegłam po nich wściekłym spojrzeniem-Jak chcecie nawalać się mieczami na prawo i lewo to lepiej opuście ten pokój.-Machnęłam ręką w stronę Perciego-Niektórzy próbują dojść tu do siebie i wasze krzyki z pewnością mu w tym nie pomogą.
Piper obrzuciła jadowitym spojrzeniem Anabeth po czym przeniosła wzrok na mnie i Perciego. W jej oczach dało się wyczytać przeprosiny, lecz chwilę potem schowała sztylet i wyszła szybkim krokiem. Córka Ateny odwróciła się do mnie z mieszaniną żalu i wstydu na twarzy, po czym zajęła miejsce na krześle i ponownie łapiąc za rękę mojego brata odrzuciła broń, która z głuchym łomotem spadła na podłogę pokoju.
-Przepraszam, nie powinnam była-wymamrotała.
-Piper to twoja przyjaciółka-przypomniałam jej wolno siadając.
-Twoja też-powiedziała dobitnie- Więc nie powinna była proponować żebyś zamęczyła się na śmierć.
Przewróciłam lekko oczami.
-Anabeth wiem, że martwisz się o Perciego-zawahałam się po czym dopowiedziałam-i o mnie, ale Piper była szczęśliwa z tego co się stało. Podniosło ją na duchu pokonanie tego boga...yyy...jak mu tam było...
-Aegaeona-podpowiedziała.
-Właśnie. No więc pewnie bardzo ją to ucieszyło i stąd ten entuzjazm. Przecież wiesz, że nigdy by nie zaproponowała żebyśmy odwalali całą robotę. Byłaby temu tak bardzo przeciwna jak ty.
Córka Ateny zmarszczyła brwi i chyba doszło do niej, że przyjaciółka faktycznie nie miała złych intencji. Na jej policzkach rozkwitł rumieniec wstydu.
-Może faktycznie zareagowałam zbyt gwałtownie...-uśmiechnęła się do mnie-Pójdę z nią porozmawiać. Skoro mamy spędzić razem jeszcze tyle miesięcy chyba nie warto zadźgać się wzajemnie.
-No to by była raczej kiepska opcja-zaśmiałam się.
Anabeth wstała i pogłaskała Perciego po ręce wyraźnie się wahając.
-Przypilnuję go-zapewniłam ją, na co odpowiedziała uśmiechem.
-Dzięki Mara-odparła cicho i ruszyła w stronę wyjścia, zostawiając miecz na podłodze. Stojąc w drzwiach odwróciła się do mnie i powiedziała- Jesteś dobrą siostrą.
-A on bratem-popatrzyłam na dalej nieprzytomnego Perciego i znów przeniosłam spojrzenie na Anabeth. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i powiedziałam-No idź już się godzić...szwagierko.
Dziewczyna wyszczerzyła zęby w uśmiechu i wyszła. Opadłam na poduszkę i zaczęłam myśleć o tym co się stało. Z jakiegoś powodu czułam, że może wpłynąć to na przepowiednię. Może nawet zmienić jej sens. Pytanie brzmiało: jak bardzo? Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się czy przepowiednia w pełni dotyczy tylko i wyłącznie mnie. Z niepokojem zerknęłam na brata przytaczając w myślach całą przepowiednię. Zatrzymałam się na jednym wersie:
Najdzielniejszy wojownik z wielu ran krwawi
Śmiercią świat cały zrujnuje, lub go wybawi
"Najdzielniejszy wojownik". Zastanawiało mnie czy faktycznie chodziło tu o mnie. Równie dobrze mogło chodzić o Perciego. Znów spojrzałam na niego z niepokojem. Chociaż, jeżeli tak by na to patrzeć mogło także chodzić o Jasona, Leona, Franka, czy chociażby Anabeth, Piper, Hazel, lub tę rzymską pretorkę Reynę. Żadna z tych opcji mi się nie uśmiechała, ale zastanawiało mnie na kogo padnie. Po przed ostatniej przepowiedni śmierć poniósł Luke Castellan. Kto to będzie tym razem? Szczerze wątpiłam by mogło skończyć się to dobrze, choć miałam cichą, cichuteńką nadzieję, że może Apollo się pomylił recytując wtedy te wersy. W głębi serca wiedziałam, że każde słowo przepowiedni to prawda...wręcz czułam to, ale kto zabroni mi mieć choć odrobinę nadziei, że żaden przyjaciel nie zginie. Ale właściwie kogo mogła nazwać przyjacielem? Całą załogę Argo III tak, Nica di Angelo na pewno nie, ale.....co z Willem?
Wiedziała, że w gruncie rzeczy powinna go nienawidzić, ale dlaczego tego nie czuła? Owszem, na początku była złość, gorycz, żal, smutek, ale potem....jakby przeszło. Pozostało chłodne uczucie rozczarowania, choć z całego serca chciałam...ba, pragnęłam go nienawidzić. Nienawidzić za to jak wszystkich okłamał, jak udawał przyjaciela, jak zdradził... Jednak kiedy po raz pierwszy nam pomógł, coś jakby we mnie pękło. Od tamtej pory wbrew rozsądkowi i przypuszczeniom żywię głupią, całkiem naiwną nadzieję, że coś się zmieni, że on tak na prawdę jest naszym przyjacielem, że....że nigdy nas nie zdradził. Po prawdzie wiem, że Anabeth zapewne wie więcej niż ja, ale myśl, że nie mogę jej spytać jest wprost rozdzierająca. Powoduje, że całkowicie nie wiem po czym stąpam. Rozmyślania przerwał mi czyjś stłumiony głos. Odwróciłam głowę i ujrzałam wpatrujące się we mnie, przymrużone, zielone oczy mojego brata. Uniosłam się na łokciu starając się nie poruszać się gwałtownie. Patrzyłam jak Percy przeciera oczy i próbuje wstać, po czym gwałtownie łapie się za głowę i opada na poduszkę sycząc z bólu. Następnie powiedział coś z czego śmiałam się przez długi czas później.
-Jeżeli jest jakaś porąbana bogini bólu głowy, to przysięgam znajdę ją i zabiorę na spacerek do Tartaru...

Wróciłam, wielki powrót jupi ja jej!!!
No więc wracam z obozu z nową energią i nowym zapałem. Next przepowiadam na pojutrze lub wtorek w zależności od stanu mojego chorego umysłu ;).
Dla czytających mojego drugiego bloga next pojawi się jutro także podwójne święto.
No więc to tyle kochani.
Do nna <3
-Pass
-W normie.
-Jakbym nie sprawdzała-mruknęła blondynka, na co córka Afrodyty odpowiedziała perlistym śmiechem, a następnie zwróciła się do mnie.
-Jak się czujesz?-spytała z troską w głosie.
Wzruszyłam ramionami i westchnęłam.
-Głowa mi zaraz pęknie, ale poza tym chyba wszystko dobrze.
-Wciąż nie mogę uwierzyć w to co się stało-usłyszałam jawny podziw w głosie brunetki-Czy ty zdajesz sobie sprawę co zrobiliście?
Obie wraz z Anabeth popatrzyły na mnie wyczekująco. Ja jednak musiałam oświadczyć im smutną prawdę.
-Nie-odparłam krótko.
-Mara-Blondynka potrząsnęła mnie lekko za ramiona-Pokonaliście BOGA!
Zmarszczyłam brwi, na co Piper przewróciła oczami.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę do czego jesteście zdolni?! Ile możecie zrobić?! To niesamowite! Ja...nie wiem co powiedzieć. Wiesz jak to może pomóc?
-Pewnie bardzo...
-Pewnie?! To jest wspaniała wiadomość! Nie musimy się już martwić mniejszymi zagrożeniami! Przecież to będzie dla was pestka....-córka bogini miłości wyraźnie się rozkręcała, ale niestety byłam zmuszona jej przerwać.
-Piper...-odchrząknęłam, by zwrócić jej uwagę.-My...no wiesz...nie jesteśmy robotami...nie damy rady wszystkiego....zmienić.
Przez jej twarz przemknęła sterta emocji: nadzieja, rozczarowanie, gorycz, żal, które po ułamku sekundy sprawnie zatuszowała.
-Ale przynajmniej trochę się zmieni.-uśmiechnęła się.
-Pipes-zaczęła Anabeth zerkając na mnie ostrożnie- Wiem, że Mara i Percy zrobili coś niesamowitego, ale przecież nie będą tego powtarzać w nieskończoność. Wiem, że chciałabyś żeby Jason był bezpieczniejszy, ale zrozum, że o ich bezpieczeństwo też trzeba dbać...
Córka Afrodyty zmarszczyła w oburzeniu brwi.
-Czy ty myślisz, że mam ich bezpieczeństwo w nosie?!-krzyknęła, na co ból mojej głowy się nasilił- Owszem zależy mi na Jasonie, ale to moi przyjaciele, Anabeth! Zależy mi na nich!
Blondynka poderwała się z krzesła, wypuszczając dłoń swojego chłopaka i mierząc przyjaciółkę wściekłym spojrzeniem.
-Gdyby faktycznie ci na nich zależało nie sugerowałabyś żeby zamęczyli się na śmierć walką z potworami, podczas gdy my siedzielibyśmy spokojnie w mesie i popijali herbatę!
-Niczego takiego nie sugerowałam!-wrzasnęła Piper.
Złapałam się za skronie i skuliłam na łóżku. Czułam, jakby w mojej głowie ktoś prowadził wyścig rydwanów z końmi o wyjątkowo ciężkich podkowach.
-Dziewczyny...-przerwałam im cicho, lecz nie zwróciły na mnie uwagi.
-Nie sugerowałaś?-Anabeth zaśmiała się sarkastycznie i zaczęła przedrzeźniać przyjaciółkę machając przy tym rękami- Nie musimy się już martwić zagrożeniami! To będzie dla was pestka! Wybijecie wszystko a ja będę mogła obściskiwać się z moim chłopakiem!
-Teraz przegięłaś-wrzasnęła Piper opierając dłoń na sztylecie przytroczonym do pasa.
-Przestańcie...-powiedziałam wciąż znosząc wzrastający z każdym ich krzykiem ból.
Nawet na mnie nie spoglądając Anabeth znów się zaśmiała. Tym razem jej ton był pełen pogardy.
-Grozisz mi McLean?! Naprawdę chcesz walki z córką bogini wojny?!
-Walki uczył mnie syn najwyższego z bogów...więc tak! Chcę!
Anabeth zacisnęła dłoń na rękojeści swojego miecza ze smoczej kości i wyciągnęła go z pochwy. Nim obie dziewczyny zdążyły skrzyżować broń wrzasnęłam.
-Możecie się wreszcie zamknąć?!-mimo rozsierdzającego mnie od środka bólu głowy przebiegłam po nich wściekłym spojrzeniem-Jak chcecie nawalać się mieczami na prawo i lewo to lepiej opuście ten pokój.-Machnęłam ręką w stronę Perciego-Niektórzy próbują dojść tu do siebie i wasze krzyki z pewnością mu w tym nie pomogą.
Piper obrzuciła jadowitym spojrzeniem Anabeth po czym przeniosła wzrok na mnie i Perciego. W jej oczach dało się wyczytać przeprosiny, lecz chwilę potem schowała sztylet i wyszła szybkim krokiem. Córka Ateny odwróciła się do mnie z mieszaniną żalu i wstydu na twarzy, po czym zajęła miejsce na krześle i ponownie łapiąc za rękę mojego brata odrzuciła broń, która z głuchym łomotem spadła na podłogę pokoju.
-Przepraszam, nie powinnam była-wymamrotała.
-Piper to twoja przyjaciółka-przypomniałam jej wolno siadając.
-Twoja też-powiedziała dobitnie- Więc nie powinna była proponować żebyś zamęczyła się na śmierć.
Przewróciłam lekko oczami.
-Anabeth wiem, że martwisz się o Perciego-zawahałam się po czym dopowiedziałam-i o mnie, ale Piper była szczęśliwa z tego co się stało. Podniosło ją na duchu pokonanie tego boga...yyy...jak mu tam było...
-Aegaeona-podpowiedziała.
-Właśnie. No więc pewnie bardzo ją to ucieszyło i stąd ten entuzjazm. Przecież wiesz, że nigdy by nie zaproponowała żebyśmy odwalali całą robotę. Byłaby temu tak bardzo przeciwna jak ty.
Córka Ateny zmarszczyła brwi i chyba doszło do niej, że przyjaciółka faktycznie nie miała złych intencji. Na jej policzkach rozkwitł rumieniec wstydu.
-Może faktycznie zareagowałam zbyt gwałtownie...-uśmiechnęła się do mnie-Pójdę z nią porozmawiać. Skoro mamy spędzić razem jeszcze tyle miesięcy chyba nie warto zadźgać się wzajemnie.
-No to by była raczej kiepska opcja-zaśmiałam się.
Anabeth wstała i pogłaskała Perciego po ręce wyraźnie się wahając.
-Przypilnuję go-zapewniłam ją, na co odpowiedziała uśmiechem.
-Dzięki Mara-odparła cicho i ruszyła w stronę wyjścia, zostawiając miecz na podłodze. Stojąc w drzwiach odwróciła się do mnie i powiedziała- Jesteś dobrą siostrą.
-A on bratem-popatrzyłam na dalej nieprzytomnego Perciego i znów przeniosłam spojrzenie na Anabeth. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i powiedziałam-No idź już się godzić...szwagierko.
Dziewczyna wyszczerzyła zęby w uśmiechu i wyszła. Opadłam na poduszkę i zaczęłam myśleć o tym co się stało. Z jakiegoś powodu czułam, że może wpłynąć to na przepowiednię. Może nawet zmienić jej sens. Pytanie brzmiało: jak bardzo? Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się czy przepowiednia w pełni dotyczy tylko i wyłącznie mnie. Z niepokojem zerknęłam na brata przytaczając w myślach całą przepowiednię. Zatrzymałam się na jednym wersie:
Najdzielniejszy wojownik z wielu ran krwawi
Śmiercią świat cały zrujnuje, lub go wybawi
"Najdzielniejszy wojownik". Zastanawiało mnie czy faktycznie chodziło tu o mnie. Równie dobrze mogło chodzić o Perciego. Znów spojrzałam na niego z niepokojem. Chociaż, jeżeli tak by na to patrzeć mogło także chodzić o Jasona, Leona, Franka, czy chociażby Anabeth, Piper, Hazel, lub tę rzymską pretorkę Reynę. Żadna z tych opcji mi się nie uśmiechała, ale zastanawiało mnie na kogo padnie. Po przed ostatniej przepowiedni śmierć poniósł Luke Castellan. Kto to będzie tym razem? Szczerze wątpiłam by mogło skończyć się to dobrze, choć miałam cichą, cichuteńką nadzieję, że może Apollo się pomylił recytując wtedy te wersy. W głębi serca wiedziałam, że każde słowo przepowiedni to prawda...wręcz czułam to, ale kto zabroni mi mieć choć odrobinę nadziei, że żaden przyjaciel nie zginie. Ale właściwie kogo mogła nazwać przyjacielem? Całą załogę Argo III tak, Nica di Angelo na pewno nie, ale.....co z Willem?
Wiedziała, że w gruncie rzeczy powinna go nienawidzić, ale dlaczego tego nie czuła? Owszem, na początku była złość, gorycz, żal, smutek, ale potem....jakby przeszło. Pozostało chłodne uczucie rozczarowania, choć z całego serca chciałam...ba, pragnęłam go nienawidzić. Nienawidzić za to jak wszystkich okłamał, jak udawał przyjaciela, jak zdradził... Jednak kiedy po raz pierwszy nam pomógł, coś jakby we mnie pękło. Od tamtej pory wbrew rozsądkowi i przypuszczeniom żywię głupią, całkiem naiwną nadzieję, że coś się zmieni, że on tak na prawdę jest naszym przyjacielem, że....że nigdy nas nie zdradził. Po prawdzie wiem, że Anabeth zapewne wie więcej niż ja, ale myśl, że nie mogę jej spytać jest wprost rozdzierająca. Powoduje, że całkowicie nie wiem po czym stąpam. Rozmyślania przerwał mi czyjś stłumiony głos. Odwróciłam głowę i ujrzałam wpatrujące się we mnie, przymrużone, zielone oczy mojego brata. Uniosłam się na łokciu starając się nie poruszać się gwałtownie. Patrzyłam jak Percy przeciera oczy i próbuje wstać, po czym gwałtownie łapie się za głowę i opada na poduszkę sycząc z bólu. Następnie powiedział coś z czego śmiałam się przez długi czas później.
-Jeżeli jest jakaś porąbana bogini bólu głowy, to przysięgam znajdę ją i zabiorę na spacerek do Tartaru...
Wróciłam, wielki powrót jupi ja jej!!!
No więc wracam z obozu z nową energią i nowym zapałem. Next przepowiadam na pojutrze lub wtorek w zależności od stanu mojego chorego umysłu ;).
Dla czytających mojego drugiego bloga next pojawi się jutro także podwójne święto.
No więc to tyle kochani.
Do nna <3
-Pass
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz