wtorek, 2 maja 2017

Loch

 Wrzasnęłam i szarpnęłam nogą, ale istota jej uczepiona wcale nie zamierzała mnie puścić. wyglądała...źle...Jakby połączyć harpię z najohydniejszą syreną z deformacją twarzy można by otrzymać coś...podobnego. Próbowałam pobudzić jakąś moc, machnąć ręką i przywołać fale, jednak czułam się jakby otaczał mnie mur za który nie mogłam sięgnąć. Próbowałam wszystkiego, nawet ruszyć kamieniem na odległym dnie...nie dałam rady. Jedyne co mogłam to oddychać, jednak nie ułatwiało mi to absolutnie niczego poza tym, że się nie topiłam. Po dłuższej chwili przestałam się szarpać. Dość szybko zdałam sobie sprawę, że istota zabierze mnie tam gdzie chce, bez względu na to jak bardzo będę się opierała. Poza tym w głębi oceanu moja widoczność była tak ograniczona, że ledwo widziałam zarys swoich nóg i twarzy kobiety...nie powiem, że chciałam ją oglądać. Nie zwalniałyśmy. Ciągnęła mnie w równym jednostajnym tempie, które po chwili przestało być tak odczuwalne. Coraz bardziej doskwierało mi jednak przeraźliwe zimno które zwiększało się wraz z głębokością. W ciągu dość długiego czasu podczas którego analizowałam właściwie wszystko co właśnie się wydarzyło istota w końcu doholowała mnie na miejsce. Dotknęłam stopami dna oceanu, a ona puściła moją nogę i natychmiast ścisnęła mi ręce za plecami jednocześnie uniemożliwiając mi podniesienie głowy. Szarpnęłam się raz ale właściwie był to tylko symboliczny opór. Dobrze wiedziałam, że koszmarek który mnie uprowadził nie okazał nawet 1/10 swoich możliwości, więc postanowiłam czekać na rozwój sytuacji mając nadzieję, że nie jest to ostatnia podróż w moim życiu, bo jakoś nie uśmiechało mi się spędzać ostatnie minuty życia pochylając głowę na rozkaz istoty brzydszej ode mnie...co i tak było dużym wyczynem. W końcu wiedźma pchnęła mnie na piach jednocześnie puszczając i burknęła coś w niezrozumiałym dla mnie języku. Wyplułam drobinki które wpadły mi do buzi i podniosłam głowę. Leżałam przed podwodną budowlą większą od central parku. Gwizdnęłam cicho pod nosem na widok wyglądającego drogo nawet jak na standardy Manhattanu pałacu.
No no no Pontus się urządził przez te tysiąclecia- pomyślałam, kiedy zza drzwi wypłynęła istota podobna do tej która mnie eskortowała. Odwróciłam wzrok kiedy otworzyła usta. Nie był to widok który zachęcał do konwersacji z nią. Burknęła coś do istoty która mnie przywiozła w języku niezrozumiałym dla mnie, lecz równie ohydnie brzmiącym jak ona sama. Tamta odpowiedziała jej w równie skrzeczącym narzeczu po czym odpłynęła z zadziwiającą szybkością. Wiedźma stanęła przede mną i machnęła ręką na stojących za nią uzbrojonych trytonów. Zaraz...trytonów? Popatrzyłam na nich kiedy do mnie podchodzili. Przecież trytoni od wieków trzymali się z moim ojcem, który był przecież ojcem pierwszych z nich. 
-Zdrajcy-prychnęłam i odsunęłam się nie dając się pochwycić. Półsyreni nie odezwali się-Byliście wierni mojemu ojcu przez tyle lat! Jak mogliście...
-Jesteśmy wierni zwycięzcom-odparł jeden z nich przy okazji podpływając bliżej. Spojrzał mi w oczy i dodał-Tym razem Posejdon do nich nie należy.
Schylił się w moją stronę próbując ująć mnie za ramię, jednak znów odskoczyłam. Kiedy zaczęłam już snuć plan by wstać i uciec, choć pewnie nie miałoby to większego sensu zważywszy na mocno ufortyfikowaną wierzę warowną po mojej prawej, tryton uniósł wzrok na kogoś za mną i kiwnął głową. Poczułam mocne uderzenie w tak zwany słaby punkt i z jękiem osunęłam się na ziemię. 
 Kiedy otworzyłam oczy natychmiast poczułam obezwładniający ból głowy. Uderzenie nie było może silne ale dobrze wymierzone. Jęknęłam i uniosłam głowę. Zwisałam bezwładnie pomiędzy dwoma trytonami, którzy trzymali mnie między sobą jak worek ziemniaków i przyjmowali polecenia od jakiejś o dziwo normalnie wyglądającej kobiety również obutej w zbroje. Wymienili kilka słów w dziwnym języku i ponieśli mnie korytarzem po lewej stronie. Próbowałam stanąć na nogi, jednak strażnik po lewej uderzył mnie w kark
-Nie wstawaj jeśli nie chcesz dostać jeszcze raz-powiedział z lekką kpiną w głosie i zatrzymał się przed drzwiami celi. Przekręcił klucz i wrzucił mnie do ciemnego małego lochu.  Podpełzłam do krat kiedy je zamykał
-Mój ojciec was zniszczy-wiedziałam, że było to tak potrzebne jak płuca rybie i dało tyle co nic jednak nie mogłam się oprzeć by troszkę ich nie zastraszyć łudząc się, że może zmienią zdanie. 
Jednak trytoni tylko się roześmiali
-Posejdon już nam nie zagraża-zakpił ten który mnie uderzył-A przynajmniej niedługo nie będzie.
-Co mu zrobiliście?-warknęłam
-My? Nic-odparł tryton i zadzwonił mi kluczem przed twarzą. Kiedy szybko wyciągnęłam rękę między kratami odsunął go z mojego zasięgu i odwrócił się-Możesz być pewna, że ani ty ani twój brat nic już nie zdziałacie. 
-Zostawicie nas tu?-siliłam się na kpiący głos pomimo podskórnego strachu-Bez przesłuchań, bez rozmów? Nie lepiej od razu nas zabić?
-Nie nam o tym decydować. Oczekujcie spotkania dzieci Posejdona-roześmiali się ponownie i zamknęli kolejne drzwi. Usłyszałam szczęk klucza w kolejnych drzwiach i usiadłam w celi. Już wiedziałam, że nie mam absolutnie żadnej szansy ucieczki. Z jednymi drzwiami może miałabym szanse sobie poradzić, ale z kolejnymi, mocno zabezpieczonymi? Bez klucza nie miałam szans zwłaszcza, że byłam pewna, że tuż za nimi czeka straż. Rozejrzałam się po mojej celi i zobaczyłam skuloną ciemną postać w kącie. 
-Percy!-szybko podpełzłam do niego obawiając się najgorszego. Chwyciłam go za bok i odwróciłam na plecy. Pomimo wszechogarniającej wody był suchy. Zaczęłam zastanawiać się czy jego moce w takim razie działają poprawnie, czy jest to dla niego coś podobnego jak oddychanie. Czy robi to odruchowo. Schyliłam się do niego i poczułam oddech na policzku. Odetchnęłam głęboko i usiadłam obok niego, kiedy zaczął się poruszać i stękać. Po chwili otworzył oczy i z jękiem podparł łokciem. Zerknął na mnie zamglonym spojrzeniem.
-Mamy wielki problem-oznajmiłam.
Przewrócił oczami pocierając czoło dłonią
-Zdążyłem zauważyć gdy dostałem rękojeścią miecza w głowę.-zerknął na mnie i spytał-U ciebie wszystko w porządku?
Jasne byłam trochę obolała ale nie stało się nic wielkiego, więc tylko kiwnęłam głową. Moje włosy zawirowały wokół głowy, więc zgarnęłam je i jednym ruchem wsadziłam za kołnierz koszulki. Nie dało to może dużo ale biorąc pod uwagę to, że byliśmy kilka kilometrów pod poziomem morza i tak nie dałyby się okiełznać. Mój brat powoli podniósł się na kolana i zamknął oczy. Wiedziałam, że próbował skoncentrować się by użyć mocy. Ponieważ wcześniej sama tego próbowałam położyłam mu rękę na ramieniu.
-To nic nie da. Pró....-w tym momencie woda przed jego twarzą zadrżała. Otworzyłam szeroko oczy czując wstępującą w moje myśli nadzieję, kiedy Percy jęknął z bólu i padł na podłogę trzymając się za głowę.
Zbliżyłam się kiedy wstawał
-Auuuua-syknął-Jakbym dostał z kopyta od Mrocznego...-zastanowił się chwilę po czym mruknął-Nie żeby to się nie zdarzyło.
-Poradziłeś sobie świetnie-pochwaliłam go i uśmiechnęłam się zdziwiona tym co powiedziałam. Chyba nigdy w życiu nie powiedziałam mu nic na temat jego umiejętności-Ja nawet kropelki nie ruszyłam.
-Pewnie dlatego, że jestem starszy-wzruszył ramionami-No wiesz, więcej praktyki.
Pokręciłam głową,
-O ile dobrze pamiętam zacząłeś praktykę w wieku 13 lat. Ja miałam 6.
Zerknął na mnie z dziwnym uśmieszkiem.
-A ty niby skąd to wiesz? Śledziłaś mnie?
-Oczywiście, że nie głupku-roześmiałam się, choć w sumie mogłabym przyznać mu rację. Kiedy byłam mniejsza interesowałam się życiem brata chyba jeszcze bardziej niż swoim. Przy każdej okazji pytałam o Percy'ego. Co robi, jak sobie radzi w szkole. Pomimo tego co myśleli o rodzicach herosi, olimpijczycy na prawdę interesowali się ich życiem i mimo braku kontaktu wiedzieli o nich dokładnie wszystko.-Po prostu wszyscy herosi...no...wiesz..13 lat...potwory.
-Plączesz się w zeznaniach siostrzyczko-zaśmiał się.
Lekko trąciłam go w ramie.
-A tak poważnie. Na prawdę jestem pod wrażeniem, Nie udało mi się użyć mocy nawet na powierzchni tej wody.
-Serio?-zdziwił się- Gdyby trytoni nie pozbawili mnie przytomności zmyłbym ich stamtąd. Dopiero odkąd się obudziłem nie mogę nic zrobić.
-Najwidoczniej nie zawsze jesteśmy tacy wyjątkowi jak nam się wydaje-odwróciłam głowę i uśmiechnęłam się smutno. Po chwili milczenia potrząsnęłam głową, wstałam i podeszłam do wzmacnianych krat-Najważniejsze pytanie na teraz brzmi. Jak my się stąd do jasnej cholery wydostaniemy?

                                  Podobny obraz

Hahahahah tak wm wm znowu spóźnienie tym razem to jednak nie moja wina. Publikowałam tego nexta już jakiś czas temu jednak jak się okazało bloggerowi coś odbiło i gdy dzisiaj weszłam pisać kolejnego wyświetlił mi się komunikat o nieopublikowanym tekście i awarii serwisu. Wobec tego przepraszam za to, że nie sprawdziłam wcześniej xD
Do nna kochani <3 Co powiedzielibyście na najbliższą sobotę?
~Pass

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz