wtorek, 2 maja 2017

Loch

 Wrzasnęłam i szarpnęłam nogą, ale istota jej uczepiona wcale nie zamierzała mnie puścić. wyglądała...źle...Jakby połączyć harpię z najohydniejszą syreną z deformacją twarzy można by otrzymać coś...podobnego. Próbowałam pobudzić jakąś moc, machnąć ręką i przywołać fale, jednak czułam się jakby otaczał mnie mur za który nie mogłam sięgnąć. Próbowałam wszystkiego, nawet ruszyć kamieniem na odległym dnie...nie dałam rady. Jedyne co mogłam to oddychać, jednak nie ułatwiało mi to absolutnie niczego poza tym, że się nie topiłam. Po dłuższej chwili przestałam się szarpać. Dość szybko zdałam sobie sprawę, że istota zabierze mnie tam gdzie chce, bez względu na to jak bardzo będę się opierała. Poza tym w głębi oceanu moja widoczność była tak ograniczona, że ledwo widziałam zarys swoich nóg i twarzy kobiety...nie powiem, że chciałam ją oglądać. Nie zwalniałyśmy. Ciągnęła mnie w równym jednostajnym tempie, które po chwili przestało być tak odczuwalne. Coraz bardziej doskwierało mi jednak przeraźliwe zimno które zwiększało się wraz z głębokością. W ciągu dość długiego czasu podczas którego analizowałam właściwie wszystko co właśnie się wydarzyło istota w końcu doholowała mnie na miejsce. Dotknęłam stopami dna oceanu, a ona puściła moją nogę i natychmiast ścisnęła mi ręce za plecami jednocześnie uniemożliwiając mi podniesienie głowy. Szarpnęłam się raz ale właściwie był to tylko symboliczny opór. Dobrze wiedziałam, że koszmarek który mnie uprowadził nie okazał nawet 1/10 swoich możliwości, więc postanowiłam czekać na rozwój sytuacji mając nadzieję, że nie jest to ostatnia podróż w moim życiu, bo jakoś nie uśmiechało mi się spędzać ostatnie minuty życia pochylając głowę na rozkaz istoty brzydszej ode mnie...co i tak było dużym wyczynem. W końcu wiedźma pchnęła mnie na piach jednocześnie puszczając i burknęła coś w niezrozumiałym dla mnie języku. Wyplułam drobinki które wpadły mi do buzi i podniosłam głowę. Leżałam przed podwodną budowlą większą od central parku. Gwizdnęłam cicho pod nosem na widok wyglądającego drogo nawet jak na standardy Manhattanu pałacu.
No no no Pontus się urządził przez te tysiąclecia- pomyślałam, kiedy zza drzwi wypłynęła istota podobna do tej która mnie eskortowała. Odwróciłam wzrok kiedy otworzyła usta. Nie był to widok który zachęcał do konwersacji z nią. Burknęła coś do istoty która mnie przywiozła w języku niezrozumiałym dla mnie, lecz równie ohydnie brzmiącym jak ona sama. Tamta odpowiedziała jej w równie skrzeczącym narzeczu po czym odpłynęła z zadziwiającą szybkością. Wiedźma stanęła przede mną i machnęła ręką na stojących za nią uzbrojonych trytonów. Zaraz...trytonów? Popatrzyłam na nich kiedy do mnie podchodzili. Przecież trytoni od wieków trzymali się z moim ojcem, który był przecież ojcem pierwszych z nich. 
-Zdrajcy-prychnęłam i odsunęłam się nie dając się pochwycić. Półsyreni nie odezwali się-Byliście wierni mojemu ojcu przez tyle lat! Jak mogliście...
-Jesteśmy wierni zwycięzcom-odparł jeden z nich przy okazji podpływając bliżej. Spojrzał mi w oczy i dodał-Tym razem Posejdon do nich nie należy.
Schylił się w moją stronę próbując ująć mnie za ramię, jednak znów odskoczyłam. Kiedy zaczęłam już snuć plan by wstać i uciec, choć pewnie nie miałoby to większego sensu zważywszy na mocno ufortyfikowaną wierzę warowną po mojej prawej, tryton uniósł wzrok na kogoś za mną i kiwnął głową. Poczułam mocne uderzenie w tak zwany słaby punkt i z jękiem osunęłam się na ziemię. 
 Kiedy otworzyłam oczy natychmiast poczułam obezwładniający ból głowy. Uderzenie nie było może silne ale dobrze wymierzone. Jęknęłam i uniosłam głowę. Zwisałam bezwładnie pomiędzy dwoma trytonami, którzy trzymali mnie między sobą jak worek ziemniaków i przyjmowali polecenia od jakiejś o dziwo normalnie wyglądającej kobiety również obutej w zbroje. Wymienili kilka słów w dziwnym języku i ponieśli mnie korytarzem po lewej stronie. Próbowałam stanąć na nogi, jednak strażnik po lewej uderzył mnie w kark
-Nie wstawaj jeśli nie chcesz dostać jeszcze raz-powiedział z lekką kpiną w głosie i zatrzymał się przed drzwiami celi. Przekręcił klucz i wrzucił mnie do ciemnego małego lochu.  Podpełzłam do krat kiedy je zamykał
-Mój ojciec was zniszczy-wiedziałam, że było to tak potrzebne jak płuca rybie i dało tyle co nic jednak nie mogłam się oprzeć by troszkę ich nie zastraszyć łudząc się, że może zmienią zdanie. 
Jednak trytoni tylko się roześmiali
-Posejdon już nam nie zagraża-zakpił ten który mnie uderzył-A przynajmniej niedługo nie będzie.
-Co mu zrobiliście?-warknęłam
-My? Nic-odparł tryton i zadzwonił mi kluczem przed twarzą. Kiedy szybko wyciągnęłam rękę między kratami odsunął go z mojego zasięgu i odwrócił się-Możesz być pewna, że ani ty ani twój brat nic już nie zdziałacie. 
-Zostawicie nas tu?-siliłam się na kpiący głos pomimo podskórnego strachu-Bez przesłuchań, bez rozmów? Nie lepiej od razu nas zabić?
-Nie nam o tym decydować. Oczekujcie spotkania dzieci Posejdona-roześmiali się ponownie i zamknęli kolejne drzwi. Usłyszałam szczęk klucza w kolejnych drzwiach i usiadłam w celi. Już wiedziałam, że nie mam absolutnie żadnej szansy ucieczki. Z jednymi drzwiami może miałabym szanse sobie poradzić, ale z kolejnymi, mocno zabezpieczonymi? Bez klucza nie miałam szans zwłaszcza, że byłam pewna, że tuż za nimi czeka straż. Rozejrzałam się po mojej celi i zobaczyłam skuloną ciemną postać w kącie. 
-Percy!-szybko podpełzłam do niego obawiając się najgorszego. Chwyciłam go za bok i odwróciłam na plecy. Pomimo wszechogarniającej wody był suchy. Zaczęłam zastanawiać się czy jego moce w takim razie działają poprawnie, czy jest to dla niego coś podobnego jak oddychanie. Czy robi to odruchowo. Schyliłam się do niego i poczułam oddech na policzku. Odetchnęłam głęboko i usiadłam obok niego, kiedy zaczął się poruszać i stękać. Po chwili otworzył oczy i z jękiem podparł łokciem. Zerknął na mnie zamglonym spojrzeniem.
-Mamy wielki problem-oznajmiłam.
Przewrócił oczami pocierając czoło dłonią
-Zdążyłem zauważyć gdy dostałem rękojeścią miecza w głowę.-zerknął na mnie i spytał-U ciebie wszystko w porządku?
Jasne byłam trochę obolała ale nie stało się nic wielkiego, więc tylko kiwnęłam głową. Moje włosy zawirowały wokół głowy, więc zgarnęłam je i jednym ruchem wsadziłam za kołnierz koszulki. Nie dało to może dużo ale biorąc pod uwagę to, że byliśmy kilka kilometrów pod poziomem morza i tak nie dałyby się okiełznać. Mój brat powoli podniósł się na kolana i zamknął oczy. Wiedziałam, że próbował skoncentrować się by użyć mocy. Ponieważ wcześniej sama tego próbowałam położyłam mu rękę na ramieniu.
-To nic nie da. Pró....-w tym momencie woda przed jego twarzą zadrżała. Otworzyłam szeroko oczy czując wstępującą w moje myśli nadzieję, kiedy Percy jęknął z bólu i padł na podłogę trzymając się za głowę.
Zbliżyłam się kiedy wstawał
-Auuuua-syknął-Jakbym dostał z kopyta od Mrocznego...-zastanowił się chwilę po czym mruknął-Nie żeby to się nie zdarzyło.
-Poradziłeś sobie świetnie-pochwaliłam go i uśmiechnęłam się zdziwiona tym co powiedziałam. Chyba nigdy w życiu nie powiedziałam mu nic na temat jego umiejętności-Ja nawet kropelki nie ruszyłam.
-Pewnie dlatego, że jestem starszy-wzruszył ramionami-No wiesz, więcej praktyki.
Pokręciłam głową,
-O ile dobrze pamiętam zacząłeś praktykę w wieku 13 lat. Ja miałam 6.
Zerknął na mnie z dziwnym uśmieszkiem.
-A ty niby skąd to wiesz? Śledziłaś mnie?
-Oczywiście, że nie głupku-roześmiałam się, choć w sumie mogłabym przyznać mu rację. Kiedy byłam mniejsza interesowałam się życiem brata chyba jeszcze bardziej niż swoim. Przy każdej okazji pytałam o Percy'ego. Co robi, jak sobie radzi w szkole. Pomimo tego co myśleli o rodzicach herosi, olimpijczycy na prawdę interesowali się ich życiem i mimo braku kontaktu wiedzieli o nich dokładnie wszystko.-Po prostu wszyscy herosi...no...wiesz..13 lat...potwory.
-Plączesz się w zeznaniach siostrzyczko-zaśmiał się.
Lekko trąciłam go w ramie.
-A tak poważnie. Na prawdę jestem pod wrażeniem, Nie udało mi się użyć mocy nawet na powierzchni tej wody.
-Serio?-zdziwił się- Gdyby trytoni nie pozbawili mnie przytomności zmyłbym ich stamtąd. Dopiero odkąd się obudziłem nie mogę nic zrobić.
-Najwidoczniej nie zawsze jesteśmy tacy wyjątkowi jak nam się wydaje-odwróciłam głowę i uśmiechnęłam się smutno. Po chwili milczenia potrząsnęłam głową, wstałam i podeszłam do wzmacnianych krat-Najważniejsze pytanie na teraz brzmi. Jak my się stąd do jasnej cholery wydostaniemy?

                                  Podobny obraz

Hahahahah tak wm wm znowu spóźnienie tym razem to jednak nie moja wina. Publikowałam tego nexta już jakiś czas temu jednak jak się okazało bloggerowi coś odbiło i gdy dzisiaj weszłam pisać kolejnego wyświetlił mi się komunikat o nieopublikowanym tekście i awarii serwisu. Wobec tego przepraszam za to, że nie sprawdziłam wcześniej xD
Do nna kochani <3 Co powiedzielibyście na najbliższą sobotę?
~Pass

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Burzowe chmury

  O tym, jak wielkie mamy kłopoty zorientowaliśmy się od razu. Woda która wlała się na pokład dosłownie ścięła mnie z nóg. Percy i Anabeth usiedzieli na swoim miejscu głównie przez to, że chłopak przytrzymał się poręczy schodów otaczając przy okazji swoją dziewczynę ramionami. Podniosłam z podłogi mokrą głowę i spojrzałam na brata. Ten również patrzył na mnie. "Dzieci Posejdona"... Zdawaliśmy sobie sprawę, że głos dochodzący z głębi oceanu nie jest ani trochę tak przyjazny jak byśmy tego chcieli. Pomimo, że brzmiał jak stara, niewyłączana pralka budził coś na kształt respektu.
-Dzieci Posejdona!-zagrzmiał, a mnie ciarki przebiegły po plecach-Poddajcie się, a może oszczędzę resztę załogi!
Nie poruszyłam się nawet o milimetr. Ten bezruch był odpowiedzią mojego instynktu na gniewny i promieniujący siłą głos boga...zakładając, że to był bóg oczywiście, chociaż w tamtej chwili nie widziałam innych perspektyw niż bóg, lub wyjątkowo wkurzony płetwonurek z megafonem...wykluczając raczej tę drugą opcję. Znów zerknęłam na brata i poruszając wargami, bezgłośnie zapytałam
-Kto to?
Percy pokręcił głową i odrzucił włosy w tył. Tylko on ze znajdujących się na pokładzie był całkowicie suchy. Pomimo, że również byłam dzieckiem Posejdona, różnie ukierunkowana moc sprawiała, że z żadnego z żywiołów jakimi władałam nie mogłam korzystać w pełni. Właściwie moja całkowita moc była porównywalna z mocą brata, jednak on mógł pozwolić sobie na znacznie więcej, ponieważ następstwem różnokierunkowości moich umiejętności było to, że przy korzystaniu z mocy męczyłam się znacznie bardziej niż inni herosi.
-Kim jesteś?-odezwał się Percy dość stanowczym jak na tą chwilę głosem. Zaczęłam zastanawiać się gdzie są nasi towarzysze i czy na prawdę tego nie słyszą...
-Gdybyście tylko byli godni odpowiedzi...-parsknął-Poddajcie się!
-Nasz ojciec jest panem mórz i oceanów-oznajmił mój brat wstając i podchodząc do burty. Odważne posunięcie jak na to, że fala nadchodząca z przeciwległej strony mogła go łatwo wyrzucić do morza gdzie byłby narażony na pełen gniew swojego rozmówcy.-Może wykurzyć cię stąd kiedy będzie chciał.
Głos o dziwo roześmiał się. Tubalnym lekko drwiącym śmiechem.
-Wasz ojciec już tu nie panuje-syknął-A przynajmniej nie na długo...
-Kim jesteś żeby mu grozić?-zdenerwował się Percy. Anabeth cicho pokręciła głową w jego kierunku, jednak nie widział tego gestu. Blondynka obawiała się, że tego typu prowokacja jeszcze bardziej rozwścieczy wroga. Zapewne całkiem słusznie- Pewnie kolejnym bożkiem fal czy piasku na dnie. Nie możesz mu zagrażać.
-Kim jestem? Otóż pyskaty...jak to cię ta blondyna nazwała...ah, tak...Glonomóżdżku!-spojrzałyśmy po sobie z Anabeth przestraszone. Tego przezwiska nie używała już jakiś czas...Czy nieznajomy ich podsłuchiwał?-Kimś, kto już raz prawie zniszczył twego ojca...kto już raz prawie zgładził zaszytego w swojej norze samozwańczego króla. Jestem kimś kogo twój ojciec boi się bardziej niż sobie wyobrażasz...Bardziej niż Okeanosa...
Chciałabym powiedzieć, że po tych słowach klasnęłam w dłonie z triumfalnym uśmiechem i powiedziałam wszystkim z km rozmawiamy, rzucając przy tym jakiś błyskotliwy sposób wyrwania nas z opresji. Czy bardzo was zdziwię jeśli powiem, że wcale tak nie było? Pewnie nie...
A czy zdziwię was jeszcze bardziej jeśli hipotetycznie na rozwiązanie wpadła Anabeth? Zapewne również nie....Nie ma co, Atena nie odstawia fuszerki.
-To Pontus-powiedziała cicho unosząc głowę. Nie powiedziała tego zbyt głośno, jednak każdy z nas usłyszał...i co znacznie mniej podobało się mnie i bratu zobaczyliśmy niemal natychmiast błysk przerażenia w oczach blondynki.
-Kolejne żałosne dziecko Ateny-zadrwił Pontus (kto to u licha jest?!Bóg proszku do prania?!)-Przynajmniej pradawne mity wkułaś na pamięć, co? Ale ma rację. Przynajmniej wiecie z kim rozmawiacie nieszczęśnicy.
-Ja nie bardzo-mruknęłam pod nosem podnosząc się na kolana. Nie ma co jak na jakiegoś pradawnego boga czegoś tam miał całkiem niezły aparat słuchowy.
-Można było się domyślić. Dzieci tego starego głupca nigdy nie były zbyt błyskotliwe...Jestem pierwotnym bóstwem wód przerośnięty szczurze laboratoryjny Gai!!!-wrzasnął, co jako, że zwracał się do mnie, przemożnie mnie zdziwiło-Każda kropla tego oceanu należy do mnie! Należała od wieków!
-Nic już nie należy do ciebie odkąd wyrzekłeś się jej na rzecz Okeanosa-odezwała się córka Ateny również podnosząc się ze schodów.
-To, że zniknąłem nie znaczy, że przestałem się interesować moją własnością! Nie egzekwowałem jej przez długie tysiąclecia-warknął, po czym zrobił chwilę przerwy. Wewnętrznie czułam, że uśmiecha się szyderczo.-Starożytni bogowie się budzą, wasza cywilizacja upada i nie zdołacie tego zatrzymać. Skoro nie chcieliście pójść po dobroci, załatwimy sprawę inaczej. Niczego już nie powstrzymacie.
Po tych słowach w pokład uderzyła wielka, ponad 5-metrowa ściana wody, która zrzuciła mnie z kolan, a Anabeth podcięła nogi. Percy obrócił się by ją powstrzymać, lecz z jakiegoś powodu woda go nie posłuchała. Błysk zdziwienia i dekoncentracji w jego oczach wystarczył by fala pchnęła go za burtę i pochłonęła w swoje odmęty, z których nie wynurzył się nawet na chwilę.

 Wokół szalały przywołane z nikąd nowe, większe fale i błyskały błyskawice.
-Percy!!!-usłyszałam przerażony krzyk Anabeth, która już podnosiła się na nogi. Fala zmyła mnie w stronę burty z której wypadł mój brat więc podźwignęłam na nogi mój przemoczony i przemarznięty tyłek i rzuciłam się w stronę rufy nie myśląc zbyt wiele, co pewnie przyczyniło się do dalszego rozwoju sytuacji.
-Mara, nie podchodź!-wrzasnęła na sekundę przed tym, gdy dotknęłam palcami poręczy. Zdążyłam się jeszcze tylko obrócić kiedy kolejna wielka fala opadła mi na twarz. Zostałam zmieciona z okrętu niczym nic nie znaczący paproch...nie żebym dla tego Pontusa szczególnie wiele znaczyła... Wpadłabym do oceanu w ślad za bratem, gdyby coś nie chwyciło mnie za nadgarstek. Podniosłam głowę i ujrzałam wykrzywioną z wysiłku twarz Anabeth, która tkwiła przewieszona przez burtę i usiłowała wciągnąć mnie z powrotem. Mokre, blond włosy zwisały jej w nieładzie wokół twarzy. Zadyndałam nogami w powietrzu usiłując oprzeć stopy o coś i pomóc przyjaciółce, jednak bok okrętu był za daleko. Córka Ateny stęknęła i podciągnęła mnie w górę, kiedy kolejna fala uderzyła ją w plecy. Mimo, że mocno zapierała się nogami i trzymała burtę, siła i impet nagłego uderzenia wypchnął ją równie łatwo jak mnie i Percy'ego. Wpadłyśmy do ciemnej, mętnej wody w tym samym momencie w którym z kajuty na statku wybiegli nasi zdyszani towarzysze, którzy jak się potem okazało byli zajęci zupełnie innymi kłopotami. Kiedy tylko dotknęłam tafli wody poczułam jak cała energia i zgromadzona we mnie moc ulatuje ze mnie, jakby podpięli mnie do odkurzacza. Zmęczenie wzięte jakby z nikąd nagle zaczęło ogarniać całe moje ciało i skłoniło do zaciśnięcia powiek. Potrząsnęłam jednak głową. Otworzyłam oczy i szczękając pod wodą zębami podpłynęłam do Anabeth, którą fale zepchnęły głębiej. Chwyciłam ją za rękę i szarpnęłam w górę usiłując wskazać jej drogę. Wynurzyłyśmy się na powietrze, a blondynka zaczęła gorączkowo łapać powietrze jak ryba wyciągnięta na brzeg, choć w tej sytuacji było właściwie zupełnie odwrotnie. Córka Ateny jednak nie pooddychała długo, bo sztorm z każdą chwilą nabierał siły i rzucał nami na wszystkie strony, co chwila pozbawiając tchu. Trzymałyśmy się kurczowo za ręce, by nie zgubić siebie na wzajem. Nasi towarzysze chyba zorientowali się co się dzieje, bo Jason wyleciał ze statku niczym blond superman i skierował się w naszą stronę. Chciałam poderwać się z wody i wyciągnąć z niej przyjaciółkę, jednak czułam się kompletnie wyczerpana. Był co prawda jeszcze jeden powód dla którego nie mogłam się podnieść. Coś obwiązało mi łydkę i ściskało z każdą chwilą mocniej, kiedy fale rzucały nami na wszystkie strony. Z początku myślałam, że to glon, dopóki Jason nie złapał Anabeth za rękę i nie wyciągnął drugiej w moją stronę. Wyciągnęłam się w jego stronę i otarłam się palcami o jego palce mając zamiar je zacisnąć, kiedy nagle to coś oplatające mi nogę gwałtownym ruchem godnym najlepszego przeciągacza liny, pociągnął mnie pod powierzchnię. Wciąż trzymałyśmy się z córką Ateny za ręce jednak tym szybkim jak błyskawic przywołana przez Jasona ruchem, kompletnie pozbawiono nas kontaktu. Schyliłam się by rozplątać to coś z nogi i zobaczyłam zawieszoną tuż pod moją stopą twarz. Wyjątkowo upiorną twarz...


             Znalezione obrazy dla zapytania sztorm gif



Ja wiem wiem, spóźniam się ciągle xD
Przyzwyczajcie się, że nexty nie zawsze będą w terminie przynajmniej do wakacji. Potem postaram się poprawić ;) A więc mam nadzieję, że jakoś szczególnie was nie zanudziłam i, że dalej czytacie te wypociny. 
Dziękuję, że jest was tak dużo. Patrzę na statystyki i nie wierzę hahah
Zachęcam do komentowania bo prawie nikt z was tego nie robi xD
Do nna kochani <3
~Pass

niedziela, 12 marca 2017

Plan


 Rozmowa z moim bratem jak można się domyślać nie przebiegła w atmosferze żartu i śmiechów. Nie zamierzałam podczas niej denerwować go jeszcze bardziej, więc kosztem prawie przegryzionego języka powstrzymałam się od wygłoszenia jakiegokolwiek komentarza, nawet gdy Percy dość dobitnie wyjaśnił, co zrobi Willowi jeśli ten choć się do mnie zbliży. W gruncie rzeczy wiedziałam, że mój brat wymyślił tę regułę pod wpływem nagłej złości i liczyłam na to, że jak troszkę ochłonie przemyśli swoją decyzję jeszcze raz. Tak właściwie dopiero teraz, po tej rozmowie zdałam sobie sprawę, że odkąd się dogadaliśmy to właśnie Percy stał się kimś w rodzaju mojego opiekuna i jednocześnie, ile razy byśmy się nie kłócili, mojego najlepszego przyjaciela, któremu mogłam powiedzieć absolutnie wszystko. Po dłuższej chwili nieco luźniejszej rozmowy wyszliśmy z kuchni i zeszliśmy na pokład. Oprócz nas była tam tylko Anabeth, która wyraźnie czekała aż opuścimy pomieszczenie. Natychmiast do nas podeszła i usiedliśmy wszyscy troje na schodkach prowadzących z górnego pokładu.
-Will powiedział mi co się stało-zaczęła córka Ateny chwytając swojego chłopaka za rękę- Percy chyba zareagowałeś...
-Wszystko już sobie wyjaśniliśmy-przerwałam jej z lekkim uśmiechem. Przyznam, że zrobiłam to głównie po to by choć troszkę podlizać się bratu i przyspieszyć zmianę jego decyzji, jednak nie przewidziałam tego, że brat znał ją lepiej niż jej się wydawało. Obrzucił ją lekko drwiącym spojrzeniem, po czym powiedział
-Skoro tak, uważasz, to temat chyba jest już zamknięty-uśmiechnął się półgębkiem do Anabeth po czym dodał- i nie muszę go jeszcze rozważać...
Podniosłam nagle wzrok znad swoich butów. Chcąc przekabacić brata na swoją stronę tylko bardziej pogorszyłam swoją sytuację. Otworzyłam usta, jednak po chwili głośno je zamknęłam. Nie mogłam powiedzieć już nic co mogłoby poprawić stosunek mojego brata do tej sprawy. Nie musiałam jednak długo czekać zanim nie usłyszałam chichotów ze strony Perciego i Anabeth. Oboje patrzyli na mnie wyjątkowo rozbawieni.
-Przyznaje, że nie znamy się może za długo-zaczęła blondynka-ale nigdy nie widziałam żeby tak cię zatkało.
Roześmialiśmy się, po czym nagle Percy spoważniał i popatrzył na nas obie.
-Co my właściwie teraz robimy?
Zarówno ja jak i Anabeth zdziwione tym pytaniem natychmiast zamilkłyśmy i pozwoliłyśmy mu kontynuować.
-Oczywiście, mamy miecz, super, mamy talizman, świetnie, mamy płaszcz, ale co teraz? Gdzie my teraz płyniemy? 
-Musimy znaleźć figurkę-oznajmiła córka Ateny- Will ostatnio podał Leonowi współrzędne miejsca gdzie Chaos pojawia się najczęściej.
Była to malutka wyspa, z pozoru nie groźna z w miarę prostą drogą z naszego obecnego miejsca. Szkoda tylko, że ta nie sprawiająca niebezpiecznych pozorów wyspa znajduje się w samym środku obszaru określanego jako zguba żeglarzy, położona w sercu gwałtownych wiatrów i burz. Przez obozowiczów często nazywany siedliskiem potworów, jednak wam ten obszar jest zapewne lepiej znany jako Trójkąt Bermudzki.
Z tego co wiem zarówno Percy jak i Anabeth już tam byli jednak nie wydawali się chętni do opowiadań na ten temat, a ja, widząc, że nie jest to zbyt przyjemny temat nie naciskałam zbytnio.
-Tak wiem, że mamy określone współrzędne ale czy w ogóle zastanawialiśmy się jak my zdobędziemy tą figurkę, a przede wszystkim, co będzie potem?
-Pewnie postąpimy tak jak umawialiśmy się z Chejronem i Reyną-powiedziałam, lecz bez większego przekonania. Wiedziałam co prawda, że oba obozy miały przygotowywać się do wojny z armią Chaosu, jednak od ostatniego iryfonu, który zakończył się szybkim przerwaniem rozmowy ze strony Obozu nie mieliśmy od nich żadnej wiadomości, ani też nie odbierali połączeń. Co prawda podejrzewaliśmy, że iryfonowi mógł zaszkodzić sam Chaos, jednak...coś nam tu nie pasowało.
-Popłyniemy do Grecji-zgodził się Percy-Ale pytanie brzmi, co zrobimy jeśli....-potarł czoło z wyraźnie zaniepokojoną miną-Jeśli oni się nie zjawią?
-Przegramy-odparła wprost Anabeth.
Wraz z bratem popatrzyliśmy na nią. Jasne, że żadne z nas nie chciało zawalić, jasne, że zrobiliśmy w tym kierunku już bardzo dużo, pewnie, że dawniej zdarzało się pokonać Kronosa czy Gaję, jednak...Chaos? Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to największe zagrożenie ze wszystkich, oraz, że o ile o wcześniejszych przeciwnikach wiedzieliśmy dość dużo, to o nim? Nie wiemy tak na prawdę nic. Zdawaliśmy sobie sprawę, że mierzymy się z konkurentem któremu prawdopodobnie nie będziemy w stanie dorównać i wielce denerwowało nas to, w jaki sposób bezczelnie, ale też umiejętnie sobie z nami pogrywał. Robił dosłownie wszystko byśmy nie podejrzewali do czego jest zdolny. Miał przed nami tyle tajemnic, podczas gdy my? My byliśmy odsłonięci, całkowicie przewidywalni i w głębi duszy każdy z nas zadawał sobie pytanie dlaczego jeszcze żyjemy? Skoro Chaos doskonale przewidywał nasze plany i zamiary, a zaskoczyć go udało się nam tylko raz, to właściwie po co ta cała szopka? Co przeszkadza mu przerobić nas na karmę dla drakain dosłownie w każdej chwili? Zmarnował już tyle okazji, że wydawało nam się to coraz bardziej podejrzane.
-Chejron dalej nie daje znaku życia?-spytałam przerywając natłok myśli.
Córka Ateny pokręciła przecząco głową.
-A Reyna?
-Z tego co wiem ostatnio kontaktowała się z Frankiem-oznajmił Percy, jednak widząc ulgę na mojej twarzy ze smutkiem pokręcił głową-Nie była to przyjacielska pogadanka. Reyna ma problemy z organizacją obozu Jupiter.
-Przecież po porażce Gai miało się poprawić-przypomniała Anabeth.
-I tak było. Jednak nowe zagrożenie, nowe decyzje, nowi przeciwnicy....
-Błagam cię. Jeśli gdzieś na horyzoncie pojawi się jakiś nowy Oktawian osobiście podpalę mu katapultę pod tyłkiem.
Znając historię z tym upierdliwym buntownikiem roześmiałam się. Mój brat z aprobatą pokiwał głową.
-Z wielką chęcią bym ci w tym pomógł-zapewnił ją-Jednak wywnioskowałem z rozmowy z Frankiem, że obejdzie się bez tego typu manifestacji.
-Kto się stawia?-zaciekawiła się dziewczyna
-Wymienił kilka imion, ale żadne z nich nie mówi mi nic, pomimo tego, że spędziłem tam 8 miesięcy.
Anabeth zmarszczyła brwi wspominając długą rozłąkę z ukochanym. Percy widząc jej minę dotknął jej dłoni złożonej na kolanach.
-Hej-pogłaskał ją delikatnie i przysunął się bliżej jednocześnie z wielką czułością dotykając jej policzka. Blondynka podniosła wzrok na jego twarz-Nigdy więcej nie pozwolę żeby nas rozdzielono. Nigdy.
Anabeth uśmiechnęła się smutno.
-Nie zawsze będzie to zależeć tylko od ciebie Percy. Nie dasz rady zapobiec wszystkiemu.
Pokiwał głową i spojrzał jej głęboko w oczy.
-Będę próbował. Dopóki tylko starczy mi sił. Przyrzekam...
-Percy-westchnęła dziewczyna próbując powstrzymać go przed wiążącą obietnicą.
-Przysięgam na Styks Anabeth-powiedział pomimo jej protestu.
Zobaczyłam łzy w jej oczach i pełne miłości i uwielbienia spojrzenie którym obdarzyła mojego brata. Wtedy właśnie poczułam, że powinnam ich teraz zostawić. Dotknęłam ramienia przyjaciółki i odeszłam zostawiając parę na osobności. Słowa mojego brata na prawdę mnie wzruszyły więc tylko mogłam sobie wyobrażać jak wzruszyły jego dziewczynę. Podeszłam blisko do dziobu statku i oparłam się o rufę. Zapatrzyłam się w morze i jego ciemnozielony odcień. Uśmiechnęłam się pod nosem czując bujanie fal i patrząc na to jak dziób statku rozbija fale na dwie części. Morze to poniekąd naturalne środowisko wszystkich dzieci Posejdona i wśród wszystkich żywiołów właśnie przy tym czułam się najlepiej. Uniosłam rękę i kręciłam małe kółeczka aż pojawiło się tam miniaturowe wodne tornado. Na jego widok mój uśmiech stał się szerszy. To tornado to pierwsza rzecz jakiej nauczył mnie mój ojciec. Nie było mi jednak dane cieszyć się tym długo. Chwilkę potem gigantyczna fala wlała się przez bok pokładu dosłownie ścinając mnie z nóg i oblewając od stóp do głów lodowatą morską wodą. Anabeth i Percy podnieśli głowy żeby zobaczyć co się dzieje. Na raz jakby niebo zaszło ciemnymi chmurami a woda wzburzyła się jeszcze bardziej. Właśnie wtedy z głębi wód wydobył się wyjątkowo głęboki syczący głos.
-Witajcie, dzieci Posejdona

piątek, 27 stycznia 2017

Kłopoty

 Następny dzień również zaczął się niepozornie. Wspólnie zjedliśmy śniadanie. My -wyspane...chłopaki-nie do końca. Wszystkie wstałyśmy i poszłyśmy do mesy w tym samym momencie, a kiedy tam doszłyśmy okazało się, że nocni wartownicy już na nas czekali. Ledwo żywi, z podkrążonymi oczami i zwieszonymi głowami nie zauważyli w najmniejszym stopniu naszych w moim i Anabeth przypadkach spektakularnych zmian. Co prawda nie miałyśmy o to do nich pretensji, ani nawet tego nie oczekiwałyśmy po na pewno długiej dla nich nocy. Dlatego też nie zaczynając tematu usiadłyśmy i w milczeniu zaczęliśmy jeść. W końcu to właśnie córka Ateny przerwała ciszę.
-Jak było w nocy?-spytała zerkając na zmęczonych chłopaków. Siedzący obok mnie Will uniósł głowę i odetchnął głęboko.
-Nudno.-skwitował.
Szturchnęłam go w bok i uśmiechnęłam się półgębkiem.
-Raczej powinniście się cieszyć. Wiecie...żadnych potworów, zabijania, stawania oko w oko ze śmiercią...
-Posiedź sobie bezczynnie 10 godzin to wtedy pogadamy-spojrzał na mnie Percy.
-My za to miałyśmy bardzo produktywną noc-roześmiała się Hazel, a wraz z nią my wszystkie. Anabeth bezwiednie zarzuciła włosami i dotknęła grzywki. Percy przyjrzał się jej uważnie, po czym stwierdził.
-Ładnie dzisiaj wyglądasz.
Blondynka przewróciła delikatnie oczami i zerknęła na niego z ukosa.
-Tylko dzisiaj?-spytała co spowodowało śmiech w większości grupy. Percy zaczerwienił się.
-Nie no nie tylko dzisiaj, ale dzisiaj wyjątkowo....To znaczy...nie chodzi o to, że normalnie nie wyglądasz...Bo wyglądasz...tylko dzisiaj jakoś...no..wiesz...
-Pogrążasz się braciszku-zachichotałam, czym zasłużyłam sobie na jego rozgniewane spojrzenie. 
Rozmowa zeszła już na inny temat, jednak nadal było dość wesoło, kiedy nagle milczący przez dłuższą chwilę Percy wypalił.
-Wiem! Twoje włosy!
Cała załoga wybuchła śmiechem z jego nagłego przejawu entuzjazmu. Tylko jego dziewczyna zachowała powagę i zabawnie unosząc brew spytała.
-Co z nimi?
-No wiesz...-zamotał się Percy-Ścięłaś je. Wiesz, nawet ładnie. Znaczy nie to, że wcześniej nie było...
-Oj, zamknij się już-przerwała mu córka Ateny i nachyliła się całując go czule w policzek.
Jak można się było przekonać, taki argument był zdecydowanie najbardziej adekwatny jak na mojego brata. Lekki rumieniec wypłynął na jego policzki kiedy uśmiechnął się do swojej dziewczyny.
-Dobra. To my pójdziemy na wartę-zatarła ręce Hazel-A wy chłopcy, prześpijcie się.-Mówiąc to ścisnęła lekko ramię siedzącego obok Franka. Wraz z nią wstała też Piper i obie wyszły z mesy. Chłopaki też zwlekli się z siedzeń i ruszyli ku drzwiom. Ja i Anabeth miałyśmy posprzątać, jednak córka Ateny rozmawiała jeszcze z Percym, czego oczywiście nie miałam jej za złe. Wobec tego zaczęłam zbierać naczynia wymagające umycia. 
-Pomóc ci?-Anabetch zaczęła zbierać się szybko do wstania, ale powstrzymałam ją machnięciem ręki.
-Nie...pogadajcie sobie-mrugnęłam okiem do brata chcąc wynagrodzić mu wcześniejsze nieprzychylne komentarze na jego temat. 
Córka Ateny uśmiechnęła się do mnie po czym wróciła do rozmowy ze swoim chłopakiem trzymając go za rękę. Ja natomiast poszłam do naszej prowizorycznej kuchni wyposażonej jedynie w zlew z wodą, uzupełnianą przy każdym razie kiedy osiadaliśmy na wodzie. Jako że teraz pływaliśmy nie było problemu z jej brakiem. Praca szła mi nawet szybko, kiedy nagle ktoś położył mi dłoń na ramieniu. Przestraszyło mnie to, więc wzdrygnęłam się i natychmiastowo się odwróciłam bezwiednie zaciskając dłonie w pięści. Gdy zobaczyłam zdziwioną twarz Willa tuż przed nosem zrobiło mi się bardzo głupio. Cała czerwona na twarzy zerknęłam na zaciśnięte ręce i odwróciłam się znów do kranu wkładając ręce w naczynia
-Przepraszam...taki odruch.
-Bardzo dobry odruch-pochwalił mnie blondyn kiwając głową, po czym wskazał na piętrzące się w zlewie naczynia.-Pomóc ci?
Wzruszyłam ramionami nie odrywając się od mycia.
-Jeśli wolisz zmywanie naczyń od odpoczynku....
Zaśmiał się pod nosem.
-Nie tak bym to ujął, ale pomogę ci.-mówiąc to chwycił za ścierkę i zaczął wycierać umyte przeze mnie naczynia. Po chwili milczenia....miłego milczenia...Solace lekko szturchnął mnie w ramię i wskazał głową na moje włosy. 
-Ślicznie ci w tych włosach-powiedział.
Uśmiechnęłam się szeroko usiłując zakryć wypełzające na policzki rumieńce. Nic mądrego nie przychodziło mi do głowy więc odparłam po prostu.
-Dziękuję.
-Wiesz, tak na prawdę to wczoraj trochę się poobijaliśmy-przyznał się.
-To znaczy?-uniosłam brew i zmierzyłam go ciekawym spojrzeniem.
-No wiesz...posiedzieliśmy wszyscy na kadłubie i pogadaliśmy. Nawet fajnie było. Na prawdę to są równi goście.
-Wiem. A Percy, już się tak nie czepia?-zainteresowałam się i podałam mu talerz.
-Nie tak bardzo. Jasne, czasem rzuci jakąś kąśliwą uwagę ale niezbyt często.
-To dobrze. Nie darzył cię wielką sympatią.
Roześmialiśmy się. 
-Wydaje mi się, że do niedawna nikt nie darzył mnie jakąkolwiek sympatią-uśmiechnął się do mnie zawadiacko.
-Nie przesadzaj-westchnęłam- Nie tak znowu nikt...
Zrobił zdziwioną minę i oparł się tyłem o szafkę spoglądając mi w oczy.
-Taak? A kto na przykład?
Wzruszyłam ramionami usiłując na szybko wymyślić jakąś sensowną odpowiedź. Niestety nie udało mi się i pozostało mi do końca życia przeklinać swoją własną głupotę w tej chwili. Troszkę zdenerwowało mnie, że postawił mnie w takiej sytuacji, więc ze złością wręczyłam mu kubek.
-Domyśl się-powiedziałam naburmuszona jednak natychmiast zdałam sobie sprawę, że zabrzmiało to bardzo głupio. Zerknęłam na ledwie powstrzymującego śmiech syna Apolla. Na moją twarz wstąpił uśmiech i lekkim machnięciem dłoni skierowałam na niego prysk wody.-Ehhh przestań.
Zaskoczony Will zrobił wielkie oczy jednak natychmiast pojawił się w nich łobuzerski rozbłysk i złapał mnie w pasie usiłując nałożyć mi na twarz mokrą ścierkę. Ze śmiechem zaczęłam się wyrywać i szarpać, jednak blondyn nie odpuszczał, a szmatka z każdą chwilą zbliżała się do mojej twarzy z zamiarem wytarcia w nią brudu. Śmialiśmy się i rzucaliśmy się po całej kuchni jak nienormalni. Nagle, kiedy już prawie przestałam się bronić pod naporem łaskotek statkiem coś wstrząsnęło. Oboje zwaliliśmy się na podłogę. Ja upadłam na plecy, a Will twarzą w dół upadłby na mnie, jednak zdołał podeprzeć się na ręce w której trzymał ścierkę, bowiem drugą miał pod moimi plecami. Zapadła cisza a my w jednej chwili spojrzeliśmy sobie w oczy. W tym momencie do kuchni wbiegł Percy. Najpierw rozglądnął się po pomieszczeniu, a gdy zobaczył nas leżących na podłodze i chłopaka na  mnie na jego twarzy pojawił się grymas złości.
-Co tu się dzieje do cholery?-wycedził przez zęby.
Will natychmiast przetoczył się na prawo, wstał i pomógł mi. Między czasie zaczęliśmy się tłumaczyć.
-Percy, to nie tak, to przez wstrząs.
-I akurat przez wstrząs wylądowaliście w takiej pozycji!?-wrzasnął po czym podszedł do Willa i pchnął go na szafkę-A ty masz się wreszcie odczepić od mojej siostry!
-Stary, spokoj...
-Nie będę spokojny Solace! Jak jeszcze raz zobaczę jak z nią rozmawiasz...
-Percy proszę..-weszłam pomiędzy niego a Willa i położyłam mu ręce na ramionach-To nie tak...
-Ta...wmów mi jeszcze, że nie wiem co widziałem!-znów popatrzył wilkiem na Willa za moimi plecami-Nie wmówisz mi że nic się nie stało Mara...
-Ale kiedy na prawdę...
-Możesz przestać go bronić?!-krzyknął i szarpnąwszy mnie za ramię odsunął mnie na bok. Znów podszedł do Willa-Wynoś się Solace...poradzimy sobie doskonale bez ciebie.
Blondyn wyglądał jakby miał ochotę się sprzeciwić, ale spojrzał w moje przerażone sytuacją oczy i zrozumiał, że lepiej będzie zejść mu tymczasowo z drogi. Wobec tego minął Perciego i chciał przejść obok mnie do drzwi, jednak mój brat zagrodził mu drogę.
-Mówię poważnie. Odczep się od niej.
Will wyszedł. Z chwilą gdy drzwi się zamknęły Percy odwrócił się twarzą do mnie i mierząc mnie surowym spojrzeniem powiedział poważnie.
-Teraz sobie dobrze porozmawiamy....


Znalezione obrazy dla zapytania przestraszona dziewczyna gif



Tak wiem, spóźnienie było, jednak zrozumcie. Choroba :'(.
W każdym razie mam nadzieję że wynagrodziłam wam poślizg xD Dzięki że jesteście i proszę o komentarze xD
~Pass

niedziela, 8 stycznia 2017

Metamorfoza

 Tego dnia nie myśleliśmy praktycznie o niczym innym niż tylko o odpoczynku. Wyczerpujące wydarzenia mające miejsce do wczorajszego dnia praktycznie całkiem nas wyczerpały. Postanowiliśmy, że mimo iż ruszymy w dalszą drogę to przynajmniej przez jeden dzień nie będziemy rozmawiać o misji ani głowić się nad jej dalszym przebiegiem. Normalnie jak co dzień zebraliśmy się na śniadanie w mesie i pierwszy raz...miejsce obok mnie nie było wolne.
Na moim talerzu standardowo, jak zawsze gdy miałam dobry humor pojawiły się niebieskie naleśniki. Tym razem jednak nie pojawiły się one na talerzu Percy'ego. No tak....trzeba być nim żeby jeść pizzę na śniadanie. Chwilę ciszy podczas której wszyscy rozkoszowaliśmy się smakiem ciepłego śniadania, którego od dnia przed bitwą nie jedliśmy, przerwał Jason, który głośno odetchnął i uśmiechnął się.
-Nie wiem jak wy, ale ja zdecydowanie wolę taki porządek rzeczy niż uganianie się za stadem drakain, walczenie ze smokami i rozkminianie kto jest po której stronie-roześmiał się w kierunku Willa.
-Mi też to nie przeszkadza-poparł go Leo, po czym zwrócił się do syna Apolla i zapytał jak prawdziwy twórca okrętu.-A jak ci się podoba Argo III? 
-Fantastyczny-odparł blondyn-Nie znam się na tym ale wydaje mi się, że wprowadziłeś kilka ulepszeń, których nie było przy Argo II?
-Nie kilka, a wiele-odparła za syna Hefajstosa Piper-Żebyś widział jak się przy tym wszyscy urobili. Co chwila zmieniał koncepcję! Myślałam, że go rozszarpię.
Wszyscy się zaśmiali, a Frank dodał.
-Wiesz...jak czasami przychodzi mi z nim rozmawiać to w ogóle się nie dziwię.
-Powiedział ten który przyszedł na gotowe!-roześmiał się Percy.-Nawet nie zasmakował ciężkiej pracy przy codziennych zmianach planów, a już się wypowiada.
-My się napracowaliśmy-zaoponowała Hazel-Przygotowywaliśmy się psychicznie do ponownego spotkania z wami.
Takie luźne docinki z samego rana wyraźnie poprawiły humor wszystkim członkom załogi. Nareszcie była nas pełna dziewiątka. Trener Hedge nie mógł uczestniczyć w śniadaniu ponieważ ubzdurał sobie, że systemom nakierowującym Leona nie jest w stanie zaufać do końca i sterczał przy sterze karząc donosić sobie posiłki. Oczywiście nie robił tam nic innego niż rozmawianie ze swoją żoną Molly i małym synkiem Chuckiem, lecz mimo, że lubił całą załogę najwidoczniej nie chciał by ktoś z nas słyszał te rozmowy. Po skończonym posiłku chłopaki uparli się, że oni dopilnują wszystkich mechanicznych spraw teraz, by dziewczyny mogły odpocząć. Odpocząć....taaa...Żadna z nas nie była na tyle zmęczona by chcieć się położyć więc zostałyśmy w mesie i zajęłyśmy się normalnymi babskimi pogaduchami. No wiecie...jak wszystkie dziewczyny...gadałyśmy o urwanych paskach od zbroi, źle dopasowanych napierśnikach, pękniętych tarczach i uszczerbionych mieczach, gdy nagle Piper popatrzyła na mnie poważnym wzrokiem.
-Mara, tak wiem, jesteśmy na śmiercionośnej misji ale na Zeusa Wszechmogącego, co ty masz na głowie?
To pytanie tak bardzo zbiło mnie z pantałyku, że kompletnie nie wiedziałam co odpowiedzieć. Zrobiłam zapewne minę w stylu głupiej blondynki (nie obrażając blondynek oczywiście...potrafią nieźle zaleźć za skórę) i bąknęłam
-Co takiego?
Wzrok Hazel, Anabeth i Piper dokładnie skupił się na lustrowaniu mojej figury i sylwetki. Odruchowo przycisnęłam ramiona do siebie i bezwiednie się zgarbiłam. Nie lubiłam kiedy uwaga na zbyt długo skupiała się na mnie.
-Nie jestem wybitną znawczynią mody i wyglądu jak obecna tu córka Afrodyty-rzekła Anabeth żartobliwie szturchając łokciem Piper-Ale faktycznie Mara, odkąd odcięłaś te włosy wyglądasz...dziwnie...
-Dziwnie, czyli jak?-udałam naburmuszoną na co dziewczyny się roześmiały. Hazel wstała od stołu i podeszła do mnie.
-Brzydziej-oznajmiła z delikatnym uśmiechem, jakby chciała za wszelką cenę zaznaczyć, że nie powiedziała tego złośliwie. Na te słowa, choć pewnie powinnam się była obrazić wręcz roześmiałam się w duchu. Córka Plutona zawsze była dość bezpośrednia, ale nie spodziewałam się po niej takiej dobitności.-Zróbmy coś z tym.
-Niby co chcecie z tym zrobić?-zaskoczyłam się tym naburmuszonym tonem. Najwidoczniej nie byłam dobra w kontrolowaniu mojego głosu.
-Wszystko jedno-westchnęła Piper-Ale na pewno coś trzeba.
-Że niby teraz?-starałam się nie wyrażać aż tak bardzo wątpliwości co do ich pomysłu.
-Oczywiście, że nie-zaprzeczyła Anabeth  błyskiem w oku-Jeżeli uda nam się przekonać chłopaków, że nie jesteśmy zmęczone i, że chcemy wziąć tą wartę, wtedy nie będą mieli wyjścia i będą skazani na nocną.
-Zawsze wiedziałam, że jesteś sprytna-stwierdziła Hazel i się roześmiała-Ale żeby aż tak...
Dziewczyny wesoło się roześmiały i poszły załatwić sprawę z chłopakami. Ja nadal zaskoczona zostałam w mesie. Okej...pomyślałam. Chyba musiałam nieco skorygować moje zdanie i spostrzeżenia o każdej z nich. Zdałam sobie sprawę, że do tej pory patrzyłam na dziewczyny przez pryzmat wspólnych bitew, ich wcześniejszych dokonań i w dużej mierze polegałam na opowieściach o poprzedniej misji Argo II, zapominając zupełnie o tym, że mimo iż były bohaterkami, strategami i wojaczkami, były także dziewczynami. A każda dziewczyna raz na jakiś czas chce zrobić coś...na prawdę dziewczęcego. Pomyślałam sobie, że w sumie raz się żyje i może i mi przyda się taka...dość miła odmiana od codziennego życia na okręcie. Roześmiałam się sama do siebie na myśl o zdaniu które wypowiedziała Piper, a które rozpoczęło tą całkiem nową na misji konwersację, po czym wstałam i wyszłam z mesy. W drzwiach minęłam Willa, który tylko pokręcił głową i  zaśmiał się na mój widok.
-Anabeth nieźle się targuje. Nasz uroczy plan żeby zostawić was na noc chyba właśnie wziął w łeb-wskazał głową miejsce w którym blondynka z uśmiechem powiedziała coś do Percy'ego i pocałowała go w policzek.
-A nasz właśnie się ziścił-zaśmiałam się-Miłej nocy-posłałam mu delikatną sójkę w bok, na co on roześmiał się i przyciągnął mnie do siebie uważając na szwy i pocałował prosto w usta. Nie był to co prawda jakoś wybitnie długi pocałunek, ale w zupełności wystarczył jako zapewnienie, że wczorajsze wyznania nie były tylko jednodniowe. Kiedy się od siebie odsunęliśmy miałam delikatne rumieńce na policzkach, które postanowiłam zakryć szerokim uśmiechem, jakim obdarzyłam blondyna. Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, po czym odwróciłam się i odeszłam w stronę mojego obszaru patrolu, usiłując przegnać rumieniec z policzków.


 Warta skończyła się około 18:30 i uprzedzając pytania...tak...była nudna. Punktualnie zjawili się chłopcy by zmienić nas na stanowiskach. Do mnie podszedł Percy i z niezadowolonym uśmieszkiem mruknął.
-Jesteś wolna.
-Oj tam, braciszku nie przesadzaj-roześmiałam się.-Odeśpisz jutro.
Nie zdałam sobie sprawy, że tym samym dałam mu okazję do jeszcze lepszej riposty.
-Ty się tak nie ciesz jak szczerbaty do sera. Ty też nie odeśpisz-Ruchem głowy wskazał na moje włosy-Czeka cię chyba mała rewolucja.
Przewróciłam oczami.
-Nie wiem czy dobrze robię godząc się na to-westchnęłam.
-Bardzo dobrze-zapewnił mnie z szelmowskim błyskiem w zielonych oczach-Gorzej już nie będzie.
Pokazałam mu język, na co on tylko roześmiał się jeszcze bardziej, bowiem wiedział, że tą słowną potyczkę wygrał ze znaczną przewagą. Z duszą na ramieniu udałam się  do pokoju Piper, gdzie już chwilkę później zgromadziła się reszta dziewczyn.
-Trochę jak piżamowe przyjęcie, nie?-zaśmiała się Piper.
-Błagam cię nie pogarszaj mi humoru-odparłam.
Dziewczyny całkowicie mnie zignorowały po czym posadziły na krześle przed toaletką córki Afrodyty. Było w niej miejsce na wszelkie możliwe akcesoria do makijażu, jednak Piper praktycznie nigdy się nie malowała, więc wszystkie dodatkowe półki oprócz tej na szczotkę do włosów, perfumy i krem nawilżający świeciły pustkami. Gospodyni pokoju wyjęła z wypchanej rzeczami szuflady nożyczki i grzebień po czym położyła je na stoliku przede mną. 
-Chyba żartujesz...-zaczęłam, lecz nie Anabeth nie dała mi skończyć.
-On nie żartuje-zapewniła z uśmiechem-Tak cię wypięknimy, że Willowi wyjdą oczy z orbit.
Już miałam zamiar zaprotestować, jako, że nie chciałam, żeby cokolwiek na jego twarzy zmieniło swe położenie, jednak tym razem ubiegła mnie Hazel.
-Nawet się nie próbuj wykręcać. Wszyscy wiemy, że macie się ku sobie, ale jeśli nie chcesz poruszać tego tematu, to dobrze...nie będziemy.
Odetchnęłam z ulgą, po czym jeszcze raz spojrzałam na nożyczki. Do głowy przyszedł mi pewien pomysł.
-Okej-rzuciłam. Dziewczyny które spodziewały się moich dalszych wymówek wlepiły we mnie wzrok zaskoczone.-Zgadzam się.
-Zgadzasz się?-zapytała z niedowierzaniem Piper.
-Zgadzam się-potwierdziłam, po czym uniosłam palec-Ale...
-Eh...-westchnęła Anabeth-zupełnie jak brat. Nic bezinteresownie-zaśmiała się.
-Wy też zrobicie coś z włosami-postawiłam warunek.
-Niby co?-zdziwiła się córka Afrodyty.
-Wszystko jedno. Trochę przytniemy, tu i tam-odparłam wymigująco mając nadzieję, że to nie ja będę mieć władzę nad nożyczkami, bo w takim razie na prawdę współczułam dziewczynom-Chociaż trochę. Mówiłaś Piper, że to trochę jak piżama party-podchwyciłam-To niech to będzie piżama party. A na takich imprezach chyba chodzi o to, żeby robić wszystko razem nie?
-No...-zawahała się Hazel-Tak...
-No to co? Robimy metamorfozę?-zaśmiałam się.
Córka Ateny wzruszyła ramionami
-Mnie tam wszystko jedno. Włosy i tak odrosną.
-Dziewczyny?
-Ja też wchodzę-zapewniła Hazel. Spojrzenia naszych trzech par oczu spoczęły na wyraźnie wahającej się Piper. Dziewczyna spojrzała na nas po kolei po czym roześmiała się.
-No dobrze, niech wam będzie.
-No i świetnie.-uśmiechnęłam się do dziewczyn.- No to od kogo zaczynamy?
Wszystkie trzy popatrzyły na mnie jak na szaleńca.
-Tobie to się chyba najbardziej przyda-zasugerowała dyplomatycznie Anabeth po czym wskazała na lustro. 
Szybko się do niego odwróciłam, żeby przyjrzeć się swojemu odbiciu i o mało co nie odskoczyć z przestrachem. Faktycznie, sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Po warcie na podwórku wciąż miałam lekko zaczerwienione policzki i nos. Blizna na dolnej wardze wydawała się jeszcze bardziej widoczna niż kiedykolwiek, a pod oczami miałam lekkie cienie. Włosy...eh....włosy. Sięgające do pasa rude loki były w kompletnym nieładzie, a gdzieniegdzie widoczne były okropne kołtuny. Oczywiście ścięty przód włosów wyglądał jakby ktoś zaczął podcinanie końcówek i nożyczki mu się omsknęły. Krótsze pasma sięgały mniej więcej ramion. Jęknęłam i dotknęłam włosów.
-Dobrze. Zacznijcie coś z nimi robić.
-Kochana-zaczęła Piper sięgając po nożyczki i spojrzała mi w oczy przez lustro-Coś to może z nimi zrobić huragan Cathrina. My zrobimy coś spektakularnego.
Po tych słowach dziewczyny przystąpiły do pracy. Anabeth i Hazel na zmianę spryskiwały moje włosy wodą i rozczesywały je, a Piper pomagała im rozplątywać niechcące się poddać czesaniu kołtuny.
-Na Hadesa-westchnęła Anabeth-Kiedy ty je ostatnio czesałaś?
-Jak widzisz to nie jest takie łatwe-odparłam zaciskając zęby, kiedy pod wpływem mocniejszego pociągnięcia moja głowa poleciała w tył. Kiedy skończyły się mordować z czesaniem moich mokrych włosów uważnie przyjrzały się mojej głowie.
-Nie masz pociągłej twarzy-stwierdziła Hazel.
-To...dobrze?-zawahałam się.
-To znaczy, że krótkie włosy nie będą wcale tak brzydko wyglądać-wyjaśniła Piper.
-Hola, hola-zaniepokoiłam się-Jak bardzo krótkie?
-Spokojnie-Anabetch roześmiała się widząc moje zdenerwowanie-Przecież nie zetniemy ci ich do brody. A co powiecie na to, żeby z tyłu były dłuższe?-spytała pozostałych dziewczyn.
-To mogłoby całkiem nieźle wyglądać-przyznała jej rację córka Hadesa.
Piper szybko spojrzała na moje włosy po czym chwyciła nożyczki.
-No to tniemy-powiedziała córka Afrodyty i ze skupieniem wymierzyła pierwsze cięcie.
Po zakończonej pracy wyciągnęła z szuflady suszarkę i szybko wysuszyła mi włosy przejeżdżając przy tym po nich palcami. Odwróciła mnie w stronę jej i pozostałych dziewczyn. Wszystkie uśmiechnęły się do siebie.
-Super jest-stwierdziła Anabeth patrząc na mnie z błyskiem w szarych oczach.
-Mogę już się odwrócić?-spytałam a gulka pozytywnego zdenerwowania stanęła mi w gardle. Kiedy jednak się odwróciłam i spojrzałam w swoje odbicie, aż się uśmiechnęłam na jego widok. Najkrótsze włosy sięgały mi nieco powyżej ramienia i stopniowo ich długość się zwiększała, tworząc bardzo ładną falę. Najdłuższe włosy sięgały połowy ramienia. Potrząsnęłam głową, a loki podskoczyły po czym wróciły na miejsce.
-Dzięki dziewczyny-roześmiałam się i przytuliłam każdą z nich. Następna w kolejce była Hazel. Jej włosy sięgały nieco za łopatki i właściwie nie potrzebowały większych poprawek. W końcu Piper, którą dla żartu ochrzciłyśmy mistrzynią cięcia, tylko troszkę przycięła jej zniszczone końcówki i lekko pocieniowała jej ciemne włosy. Anabeth której blond proste włosy sięgały łokci poprosiła nas o coś spektakularnego, więc zabrałyśmy się do roboty. Oprócz skrócenia jej włosów do piersi, również lekko je pocieniowałyśmy, a córka Afrodyty posługując się swoją inwencją twórczą lekko podcięła je z przodu i przełożyła na jedną stronę. Blondynka z krótszymi, podciętymi włosami i grzywką na bok wyglądała na prawdę świetnie, przez co Piper uznała ją za dzieło swojego życia a ja i Hazel zdecydowanie podzielałyśmy jej zdanie. W przypadku brunetki tak samo jak u Hazel nie trzeba było robić wiele. Właściwie oprócz delikatnego podcięcia końcówek nie zrobiłyśmy nic, bowiem troszkę bałyśmy się, że mogłybyśmy wszystko zepsuć. W końcu Hazel odważyła się na ścięcie włosów córki Afrodyty i pomimo, że nie zrobiła nic poza wyrównaniem ich długości, poradziła sobie dobrze. 
-Wyglądamy super-wyraziła swoją opinię na sam koniec.
-Jestem tego samego zdania-poparłam ją. Chociaż nie wiem czy jak położę się spać to ich nie zniszczę-roześmiałam się.
-Spróbuj tylko-Piper żartobliwie zagroziła mi palcem.
-Przynajmniej masz mniej do rozczesywania-roześmiała się Anabeth, po czym przewróciła oczami-O ile znajdziesz czas to robić.
-Jak coś to zwrócę się do was-zaśmiałam się.
-Na mnie nie licz-westchnęła Hazel-Miałabym mięśnie jak Herkules gdybym codziennie musiała drzeć szczotką te twoje włosy.
-Połowę głowy mi wydarłyście-uśmiechnęłam się do nich-drugiej połowy stracić nie chce.
-Może i krótkie włosy ci pasują-stwierdziła Piper-Ale łysa głowa już zdecydowanie nie.
Po jeszcze chwilce rozmowy każda z nas rozeszła się do swoich pokoi. Zasypiając dotknęłam świeżo ściętych włosów i stwierdziłam, że byłabym głupia gdybym zostawiła je w poprzednim stanie. Nie wiedziałam wtedy o tym, że już następnego dnia przyjdzie nam zmierzyć się z kłopotami znacznie większymi niż kołtun we włosach.



            Podobny obraz

Next diametralnie inny od poprzednich. Wydaje mi się, że jest po prostu....bardziej nastolatkowy niż inne, ale uważam, że taka odskocznia od codziennej akcji może się przydać w ogólnym zarysie bloga. Dajcie znać jak się podobało
~Pass