czwartek, 29 grudnia 2016

Wyjaśnienie

 -Na prawdę mam takie ładne oczy?
Na dźwięk tego cudownego głosu odwróciłam się na pięcie, by ujrzeć chyba najcudowniejszy widok w całym moim życiu. Will...cały, o dziwo zdrowy i jak zawsze olśniewający, uśmiechał się do mnie łobuzersko. Ciemna plama pod jego rozdartą koszulą zniknęła, a na jej miejscu znów znajdowała się skóra. Po chwili całkowitego szoku ruszyłam szybko w jego stronę. Mimo ran jakie odniosłam prawie wręcz biegłam niemal nie zważając na ból w prawej nodze. Blondyn widząc, że ledwo idę podszedł kilka kroków i pochylił się by ułatwić mi zarzucenie mu rąk na szyję. Uniósł mnie w górę i okręcił wokół własnej osi. Roześmiałam się przez zatkany nos, kiedy stawiał mnie na ziemi. W tamtej chwili, kiedy stałam wtulona w jego ramię nie obchodziło mnie ani trochę jakim cudem stoi na nogach i żyje. Moje myśli kręciły się tylko wokół tego, że nie umarł, że wciąż mogę go przytulić.  Jedną dłonią gładził mnie po głowie, zupełnie tak jak robi to rodzic starający się podnieść na duchu swoje dziecko. Druga ręka przyciskała mnie do niego. Trwaliśmy w tym uścisku i żadne z nas nie chciało wypuścić z objęć drugiego. Przez chwilę naszła mnie nieodparta chęć by go pocałować, lecz wraz z tą chęcią przyszło wahanie czy nie skończy się to tak jak podczas naszej wspólnej misji. Przez chwilkę patrzyliśmy sobie w oczy i czekając aż to drugie zrobi pierwszy krok. Kiedy jednak Hazel podbiegła i przytuliła Willa przyjacielsko zorientowałam się, że moja szansa minęła. Po Hazel natychmiast podbiegli Frank i Leo. Poklepywali przyjaciela po plecach wyraźnie uradowani z jego powrotu z zaświatów. Piper objęła chłopaka i nawet złożyła na jego policzku przyjacielski pocałunek czym zasłużyła sobie na krzywe spojrzenie ze strony Jasona i mimo, że starałam się powstrzymać mojej. Wysoki syn Jupitera, kiedy tylko jego dziewczyna się oddaliła uśmiechnął się szeroko do Willa i poklepał go po ramieniu wymieniając przyjacielskie komentarze. Anabeth zachowała się podobnie jak Piper rzucając się w ramiona Willa, jednak zachowała ona troszkę taktu i nie pocałowała go w policzek, a jedynie delikatnie trącając go w ramię dała do zrozumienia, że nie pochwala jego żartu. Percy objął młodszego syna Apolla i poklepał go po plecach, po czym obaj się roześmiali, najwyraźniej przełamując wreszcie wytworzony między nimi dystans. Po wszystkich przywitaniach i rozmowach wreszcie opuściliśmy miejsce bitwy i udaliśmy się do statku w milczeniu. Anabeth i Percy szli objęci w taki sposób, że nie dało się rozróżnić kto kogo podtrzymuje. Piper delikatnie objęła w pasie Jasona uważając by nie naruszyć połamanych żeber. Frank i Hazel, którzy nie odnieśli większych strat szli obok syna Posejdona i jego dziewczyny rozmawiając z nimi przyjacielsko. Will, który jakimś cudem nie sprawiał wrażenia by cokolwiek go bolało szedł blisko mnie dyskretnie będąc gotowym by w razie czego mnie złapać, jednak idący obok Wicher jak zwykle świetnie wiedział czego mi potrzeba i pozwolił mi oprzeć się na nim co w wolnym tłumaczeniu znaczyło tyle, że unosił skrzydło zdecydowanie za wysoko bym mogła spokojnie dotykać nogami podłoża i iść w pełni samodzielnie. Wobec tego przez większość drogi praktycznie mnie niósł, co nie sprawiało mu chyba kłopotu. Patrząc na jego uniesiony, pełen dumy łeb można by nawet stwierdzić, że jest zadowolony z takiego stanu rzeczy. Kiedy wreszcie doszliśmy do okrętu czekał na nas już zdenerwowany całą sytuacją Hedge. Na widok Willa jego oczy zapałały taką nienawiścią, że jestem pewna, że gdyby wtedy rzucił się na niego mielibyśmy okazję oglądać najbardziej rozwścieczonego kozła na świecie w bojowym szale. 
-Co ON tu robi?!-wrzasnął wymachując kijem baseballowym. Wściekły satyr zbliżał się nieubłaganie i gdyby Frank nie stanął mu na drodze głowa Willa byłaby zapewne nieco wgnieciona.
-Spokojnie, trenerze, to przyjaciel.
-Przyjaciel?! Przyjaciel?!Jego nazywasz przyjacielem?! Doprawdy, Zhang myślałem, że masz nieco więcej oleju w głowie.-rozejrzał się po nas wszystkich-A wy?! Było go utłuc zanim zdąży powiedzieć Aaaa...
-Trenerze...-zaczęłam, lecz Hedge przerwał mi wpijając wzrok w syna Apolla
-Po co przywlokłeś tu swój nędzny tyłek, co?! Może ich przekonałeś, ale mnie nie zdołasz nigdy. Zobaczysz...wolę nigdy więcej nie spać niż spuścić cię na chwilę z oka.
-Ciebie też miło widzieć trenerze-odezwał się Will.
Satyr zacmokał z niezadowoleniem.
-Miło widzieć, miło widzieć, proszę jaki mądry się zrobił. Zobaczysz, już otwieram iryfon do Chejrona, jak tylko dostanę pozwolenie...
-Will jest dziewiątym-wypaliłam.
-Co ty tam mruczysz?-parsknął Hedge.
-Will jest dziewiątym-powtórzyłam już głośniej.-Jest dziewiątym członkiem naszej misji, nie możesz go tak po prostu...
-Że też musiało się wszystko skomplikować. Całe miesiące człowiek siedzi, planuje jak tu utłuc taką gnidę, a potem machają mu świstkiem przed nosem i koniec! Tyle marzeń.
-Tak w zasadzie to nie można cię trenerze do końca nazwać człowiekiem...-zwrócił mu uwagę Frank, na co cała załoga parsknęła śmiechem po części też na widok miny trenera, którego policzki pokryły się purpurą. Kiedy wszystko już było wyjaśnione weszliśmy na pokład Argo III z niemałą ulgą. Statek w trakcie podróży zaczęliśmy traktować niemal jak dom i tym też się dla nas stał. Will jako syn Apolla natychmiast kazał wszystkim rannym przenieść się do specjalnie wydzielonej sali. Pod jego nieobecność dość dobrym medykiem okazała się Piper, jednak nie mogła ona równać się z synem boga medycyny. Blondyn natychmiast zajął się wszystkim. Lekkie zadrapania Hazel i Franka wystarczyło przemyć nektarem, co mogli zrobić sami. Jason natychmiast został ułożony na łóżku, gdyż złamane żebra, jak ocenił Will, nie układają się pod skórą korzystnie i najlepiej jeśli podczas kuracji napojem bogów nie będzie się zbytnio ruszał. Na nieszczęście nektaru z każdą chwilą ubywało i w manierce zostało go już tylko troszkę. Oprócz niej mieliśmy go już na prawdę mało dlatego zazdrośnie strzegliśmy zasady, by na każdy wypadek nie zużywać więcej niż jedną manierkę. Po natarciu krwawiącej pręgi na plecach Piper, Solace zajął się Anabeth. Co chwila patrzył na mnie zdenerwowanym wzrokiem, który wynikał z tego, że już na samym początku powiedziałam, żeby wyleczył mnie ostatnią. Był powód dla którego tak na to nalegałam.Will nie miał rozeznania w sprawach ilości uzdrowicielskich lekarstw, a ja wolałam by najpierw moi przyjaciele zostali uzdrowieni. Syn Apolla zakładał właśnie córce Ateny opatrunek na krwawiące ramię, śmiejąc się przy tym z tego, że w leczeniu jej ramienia ma doświadczenie. Podejrzewam, że miało to związek z wydarzeniami na Manhattanie z okresu powstania Kronosa jednak nie dawałam głowy. Oprócz tego blondynka miała stłuczony nadgarstek i złamane żebro. Percy natomiast miał niewielką ranę z tyłu głowy, powstałą w wyniku upadku podczas bitwy, ranę ciętą na prawym udzie, oraz niewielki krwotok wewnętrzny. Will podejrzewał też uraz stawu skokowego, jednak nie dawał głowy. Na samym końcu tak jak o to prosiłam zwrócił się do mnie. Nektar pokrywał niecałe denko. Kazał mi położyć się na łóżku i zaczął rutynowe badanie.
-Boli cię coś jakoś szczególnie?
-Noga-odpowiedziałam bez wahania. Blondyn delikatnie podwinął nogawkę moich spodni, zdejmując uprzednio nagolenniki i lekko skrzywił się na widok mojego sinego kolana. Nie mówiąc nic polał je nektarem, a ja natychmiast poczułam ulgę. Spojrzał na mnie pytająco, więc wskazałam mu bok brzucha w który dość głęboko drasnął mnie Nico. Will sprawnie odpiął rzemienie mojej zbroi i podwinął mi koszulkę. Na widok krwawiącej ciągłej rany, z której niewielkim strumieniem ciekła ropa odwróciłam wzrok czując jak żółć podchodzi mi do gardła. Syn Apollina natomiast, ku mojemu wielkiemu zdumieniu delikatnym ruchem wylał nieco nektaru na wacik i wprawnie przeczyścił ranę.
-Nie kręci ci się w głowie od widoku krwi?-zapytałam sykając z bólu, kiedy dotknął centralnej części rany.
-Z zawrotami głowy najlepiej pracuję-wyjaśnił, po czym delikatnie wepchnął wacik nasączony nektarem głębiej w ranę, a mi lekko zamroczyło w oczach z bólu.-Przepraszam cię bardzo jeśli boli, ale nie mogę tego tak po prostu polać, bo tylko zamknie się u góry, a nie mogę dać ci tego do picia bo zbyt długo będzie krążyć w krwi zanim dojdzie do rany.
-Spokojnie, wytrzymam.
-Możliwe, że będę musiał szyć. Nektaru nie zostało za wiele, a Anabeth uświadomiła mnie, że niezbyt mogę wziąć więcej. 
Na samo słowo szyć w moich oczach błysnął strach. Nikt nigdy niczego mi nie zszywał więc nie miałam pojęcia czy będzie to bolało, czy Will da mi jakieś znieczulenie lub po prostu uśpi. Jednak syn Apolla był bardziej spostrzegawczy niż mi się wydawało.
-Nie będzie bolało jeśli nie będziesz się zbyt dużo ruszać-wyjaśnił. Następnie używając zwykłej wody wytarł mi czerwony od krwi brzuch Zaskakiwał mnie delikatnymi ruchami, praktycznie nie sprawiającymi bólu. W czasie gdy on mnie opatrywał cała reszta przeniosła się do mesy na wieczorny posiłek.
-Nie idziesz czegoś zjeść?-spytałam, gdy przygotowywał szwy. Zerknął na mnie spod brwi.
-Najpierw skończę z tobą-powiedział grobowym głosem.
Parsknęłam śmiechem i niemal natychmiast tego pożałowałam bowiem ostry ból w okolicach rany odebrał mi chęć do śmiechu.
-Mówiłem leż spokojnie-upomniał Will.
-Ale nie mówiłeś, że będziesz mnie rozśmieszał-odparłam uśmiechając się kącikiem ust.
-Teraz leż spokojnie, na prawdę spokojnie i nie ruszaj się w miarę możliwości.-pouczył
-Oddychać też mam przestać?
Pacnął mnie delikatnie po ręce.
-Nie bądź taka zabawna bo wbiję ci igłę za głęboko-roześmiał się z własnego żartu, który mi natomiast przysporzył strachu.
Kiedy zbliżył igłę do mojego ciała zamknęłam oczy i zacisnęłam dłonie na bokach łóżka. Ku mojemu zdumieniu praktycznie nie poczułam bólu podczas szycia. Owszem nieprzyjemne uczucie jakby ktoś dłubał mi w brzuchu towarzyszyło mi cały czas, jednak nie był to tak bolesny zabieg jak sobie wyobrażałam. Pod koniec nawet uchyliłam powieki i zdołałam popatrzeć w dół, na Willa, który w skupieniu pracował nad ostatnim szwem. Musiałam przyznać, że w świetle nastawionej na mój brzuch lampki i z tym słodkim wyrazem skupienia na twarzy i lekko wysuniętym koniuszkiem języka wyglądał bardzo atrakcyjnie. I te błękitne jak morze w Grecji oczy...Stop! Koniec! Musiałam natychmiast powściągnąć te myśli i stłumić wypełzający na policzki rumieniec. Gdybym ja w tamtej chwili wiedziała, że w głowie Willa rozgrywało się podobne starcie i trzymając ręce na moim brzuchu przez cały czas walczył by podobny rumieniec nie rozkwitł na jego twarzy, może sprawy potoczyłyby się inaczej. Leżąc bez ruchu przypomniałam sobie nasze wyznanie miłości które w obecnej sytuacji wydawało się całkiem nierealne, wręcz nierzeczywiste. Wspominając je miałam wrażenie, że był to sen..bardzo piękny...ale jednak sen. Rozterki tego typu przerwał mi w końcu syn Apolla.
-Skończyłem-oznajmił rozedrganym, wtedy myślałam, że od pracy, głosem.
Lekko podniosłam się do pozycji siedzącej, spuściłam nogi z łóżka i spojrzałam na opatrunek który Will założył na szwy. Przy powolnym ruchu nie bolało to tak bardzo. Blondyn odłożył igły i popatrzył na mnie.
-Ściągnę ci je za około tydzień-oznajmił po czym wzruszył ramionami-No chyba, że zdarzy się jakiś wypadek...
-Na Zeusa, błagam nie-jęknęłam, na co on odpowiedział uśmiechem. Odetchnął głęboko i podszedł do mnie. Oparł ręce o łóżko w taki sposób, że pomiędzy nimi znalazły się moje dyndające w powietrzu nogi. Nie powiem oczywiście żeby mi to przeszkadzało... W każdym razie, syn Apolla spojrzał mi prosto w oczy i powiedział poważnym głosem
-Chyba musimy porozmawiać. 
Na dźwięk tych słów lekko się zaniepokoiłam, jednak postanowiłam nie dać po sobie tego poznać.
-Oooo, jak poważnie zaczynasz-posłałam mu wymuszony uśmiech-No mów.
-Mara, nie traktuj mnie tak obojętnie-powiedział prosto z mostu-Myślałem, że może ta...-speszył się nieco-sytuacja...się rozwinie, a ty...w ogóle nie zaczynasz tematu.
-Ja nie zaczynam tematu?-moje zdziwienie nie mogło być w tamtej chwili większe-Ja zaczęłam temat już na naszej wspólnej misji kretynie! I teraz śmiesz mi wmawiać, że traktuję cię obojętnie?! Przecież to ty do cholery mnie wtedy odepchnąłeś, skąd mam wiedzieć, że nie zrobisz tego jeszcze raz?
-Przecież ci tłumaczyłem, że nie mogłem się wtedy zaangażować bardziej emocjonalnie bo..
-Bo domyśliliby się? Proszę cię...-prychnęłam- Jeżeli na prawdę nie chciałeś żeby się domyślili mogłeś wcisnąć im każdy cholerny kit! Nawet to, że chciałeś wzbudzić moje zaufanie!
-Może nie pomyślałem, okej?!-krzyknął a jego twarz zaczerwieniła się ze złości. Zdjął ręce z mojego łóżka.-Myślałem tylko o tym by cały ten plan nie wziął w łeb!
-Taaa akurat, myślałeś tylko o tym jak się wymigać ze wszelkich uczuć do mnie...nie żebyś jakiekolwiek kiedyś miał-mruknęłam.
Zatrzymał się i powoli spojrzał mi znów w oczy.
-Czekaj czekaj. Ty na prawdę dalej nie wierzysz, że coś do ciebie czuję?-z każdym krokiem znajdował się coraz bliżej, a po ostatnim prawie stykaliśmy się nosami kiedy znów oparł dłonie na łóżku. Znów poczułam przemożną chęć pocałowania go, lecz i tym razem postanowiłam, że nie zrobię tego kroku.
-Brakuje mi-cicho westchnęłam próbując ukryć drżenie głosu.-namacalnych dowodów...
Nie musiał długo roztrząsać o co mi chodzi, a na jego twarzy zakwitł łobuzerski uśmiech.
-No to proszę-odparł, po czym dotknął mojego policzka. Jego usta powoli zbliżały się do moich. Moje serce biło chyba dziesięć razy głośniej niż zwykle, a dłonie drżały kiedy je unosiłam. Kiedy nasze usta wreszcie się zetknęły czas wokół jakby zwolnił. Oboje poczuliśmy coś czego nigdy wcześniej żadne z nas nie poczuło. Praktycznie bezwiednie oddałam jego pocałunek, potem następny i następny. Moje dłonie wplotły się w jego jasne włosy, a jego ręka spoczęła na mojej talii. Bez chwili zastanowienia zeskoczyłam z łóżka, chcąc kontynuować pocałunek. To co zrobiłam okazało się jednym z największych błędów. Kiedy rozciągnęłam tułów moje ciało przeszył na powrót okropny ból. Oderwałam się od Willa i krzyknęłam z bólu zginając się w pół. Chłopak niemal natychmiast przytrzymał mnie bez ruchu tuż nas podłogą. Po dłuższej chwili poczułam, że ból sprowadza się do bardziej neutralnego stopnia.
-Lepiej?-spytał Will.
Kiwnęłam głową i bardzo powoli wstałam.
-Przepraszam-powiedziałam zawstydzona, że przerwałam nam taką chwilę. Syn Apolla uśmiechnął się do mnie i objął mnie ramieniem w pasie, jednocześnie delikatnie przyciągając do siebie.
-Zupełnie nie masz za co-wyszeptał, po czym jeszcze raz delikatnie pocałował mnie w usta, sprawiając, że w moim brzuchu, zamiast krwi zatrzepotały różnokolorowe motyle. Pierwszy raz tak na prawdę poczułam się...zabrzmi to może absurdalnie...ale pomimo rany, misji, mantry śmierci wiszącej nade mną...szczęśliwa.

czwartek, 22 grudnia 2016

#Wielki powrót

Na wstępie do tej notki chciałabym was z całego serca przeprosić.
Zachowałam się niedojrzale, samolubnie i bardzo nie w porządku nie informując was o mojej decyzji zaprzestania pisania na blogu.
Tak, nie przesłyszeliście się. Podjęłam decyzję o zamknięciu tego bloga....


Ale....no cóż.
Każdą decyzję można zmienić :D Mój kryzys twórczy, emocjonalny i uczuciowy minął, a przynajmniej taką mam nadzieję i postanowiłam kontynuować opowiadanie w które włożyłam już tak dużo wysiłku i na które w gruncie rzeczy mam pomysł.
Długo rozważałam czy nie powrócić do was pod...inną nazwą...z inną historią...no ale hej.
Miałam "odwagę" odejść bez słowa, to trzeba mieć odwagę powrócić z przeprosinami. Poza tym szczerze wątpię czy byłabym zdolna pisać z innego konta. Czułabym sie trochę.....zakłamana.
W każdym razie jeszcze raz z całego serca przepraszam. JEsteście najlepszymi czytelnikami pod słońcem. Przepraszam zarówno tych którzy odsunęli już tego bloga i uznali go za sprawę zamkniętą, tych którzy dopiero go poznali i mieli nadzieję na kontynuację, jak i tych moich najwierniejszych czytelników którzy wciąż wierzyli że wrócę i odświeżali archiwum codziennie :3.
Obiecuję na co tylko chcecie że już was nie zawiodę i proszę o wybaczenie za moje tchórzostwo.
Kocham was wszystkich.
~Pass


PS. next pojawi się na tym weekendzie idealnie na święta ;)

piątek, 16 września 2016

-Przerwa-

Nie wiem jak mam was przepraszać za dotychczasową nieobecność ale chcę żebyście wiedzieli, że nie jest to spowodowane lenistwem, jak można się po mnie spodziewać xD.
 Cała ta nieobecność była uzasadniona tym, że w tamtym tygodniu w czwartek miałam wypadek, wobec którego, złamałam sobie dwa palce. Jak się domyślacie ciężko mi z nimi pisać ;). Zresztą ten tekst pisze za mnie koleżanka, a ja dyktuje xD. Z góry chciałabym przeprosić, ale będziecie musieli zrozumieć, że do conajmniej następnego tygodnia nie dam rady pisać nextów, chyba że uda mi się wykombinować kogoś kto napisze co dyktuje.
Jeszcze raz przepraszam i proszę o zrozumienie w takiej sytuacji...
Mam nadzieję, że wytrwacie ;)

piątek, 2 września 2016

Rany

 Rzuciłam się w stronę chłopaka nie zważając na nic. Nawet na to, że moja krew tworzyła za mną szkarłatnie czerwoną ścieżkę. Odwróciłam chłopaka na plecy, by po chwili spojrzeć w jego przekrwione oczy. Był półprzytomny i ledwo zdołał skupić na mnie wzrok. Na samym środku jego piersi była ziejąca pustką czarna dziura z której sączyła się ciemna krew. Dotarło do mnie, że to właśnie on mnie popchnął. Przyjął na siebie cios, który od samego początku miał być wymierzony we mnie. Byłam przerażona, że to zrobił a jednocześnie bardzo mu wdzięczna. Nie mogłam jednak znieść tego, że kolejna osoba miała zginąć...Przeze mnie. Skarciłam się w duchu. Nie. Will nie może umrzeć. Nie! Spojrzałam jeszcze raz na dymiącą ranę po czym przeniosłam spojrzenie na jego cudownie błękitne oczy, z których powoli uchodziło życie. Kiedy na mnie spojrzał dostrzegłam tam również cierpienie. Z oczu popłynęły mi łzy.
-Dlaczego?-wychlipałam łapiąc go za zimną rękę.
-Rachel- wychrypiał, choć wcale nie oczekiwałam od niego odpowiedzi.- To była.....jej...wizja. Ja...po tamtej stronie-zwilżył usta- Nico strzelający do ciebie. Musiałem coś...-z jego piersi wyrwał się mokry kaszel wstrząsając całym jego ciałem.
-Myślałem, że nas zdradziłeś-odezwał się Percy podchodząc bliżej wraz z resztą załogi.
-Wszyscy myśleliśmy-dodała Piper ocierając zapuchnięte od płaczu oczy i pociągając nosem.
-Nienawidziłam cię-szepnęłam, czując się tak głupio jak to tylko możliwe.
Jak mogłam nienawidzić kogoś kto chwilę potem uratował mi życie?! Will jeszcze raz odkaszlnął i lekko się uśmiechnął.
-A...teraz?-spytał cicho.
-Oczywiście, że nie idioto!-krzyknęłam przełykając łzy-Uratowałeś mi moje głupie życie, do cholery!
-Jest więcej warte...niż moje.
Spojrzałam na niego ze stanowczością i pochyliłam się.
-Nigdy-szepnęłam, czując jak nadmiar łez gromadzi mi się pod powieką-Nigdy więcej tak nie mów.
Popatrzył na mnie z tym samym lekkim uśmiechem, od którego zrobiło mi się ciężko na sercu.
-Dla mnie-odchrząknął i zdołał dodać-zawsze było-wymamrotał cały czas patrząc mi w oczy. Nagle zrozumiałam z całą klarownością, że ten irytująco przystojny, wyglądający jak ratownik ze słonecznego patrolu chłopak, właśnie powiedział, że mnie kocha. Na swój zagmatwany, niezrozumiały sposób, powiedział właśnie to. Pochyliłam się jeszcze bardziej, tak, że prawie leżałam na podłodze obok niego i przytuliłam go delikatnie zbliżając usta do jego ucha.
-Ja ciebie też-wyszeptałam. Poczułam jego słabą dłoń na moich plecach i zaszlochałam. Odsunęłam się troszkę by widzieć całą jego twarz. To co zobaczyłam z tak bliska było wprost przerażające. Jego twarz była blada jak papier od drukarki, a ogólny wygląd przypominał....no cóż. Kojarzycie proces ususzania ciała tuż przed jego mumifikacją w starożytnym Egipcie? Podkrążone oczy chłopaka i ogólny zarys jego silnej kiedyś sylwetki teraz wyglądały jakby ten proces już się zaczął. Pierwsze łzy w końcu zaczęły skapywać po mojej brodzie. Wszystkie zbierały się dokładnie w miejscu jego rany, a ja cały czas patrzyłam w te cudne oczy i dalej irytująco przystojną twarz z głupawą nadzieją, że to wszystko to tylko zły sen. Jeden z najgorszych koszmarów jakie Fobetor -bóg koszmarów którego miałam nieprzyjemność spotkać na wyprawie z....Mellisą i Willem. Mellisa zginęła chcąc uratować ojca....przeze mnie. Will znajduje się w takim właśnie stanie...również przeze mnie. Nim zdążyłam opuścić głowę poczułam jego dłoń na moim policzku. Znów uniosłam wzrok na jego pełną cierpienia twarz. Przejechał wzrokiem po twarzach wszystkich zgromadzonych wokół niego i zatrzymał się na mnie.
-Przepraszam-wymamrotał do wszystkich nas razem i do każdego z osobna, po czym zamknął błękitne jak niebo w lecie oczy, a z jego płuc wypłynęło całe powietrze, zupełnie jakby pozbywał się go razem z duszą, która wraz z ostatnim tchnieniem rozpoczęła wędrówkę do Hadesu....a w jego przypadku...Elizjum. Głośno zaszlochałam i szorując kolanami o własną krew wymieszaną z jego krwią podciągnęłam się jeszcze bliżej. W panice chwyciłam go za ramiona i lekko potrząsnęłam, wciąż nie wierząc w to co się dzieje. 
-Will-krzyknęłam szukając przerażonym wzrokiem choć najmniejszych śladów życia na jego ciele. Potrząsnęłam nim jeszcze raz-No otwórz te swoje głupie, śliczne, cholerne oczy!
Podczas gdy przerażona, wydzierałam się na cały głos usiłując ocucić przyjaciela, reszta załogi Argo III, stała za mną, albo płacząc, albo wciąż starając się wyjść z szoku po bitwie. Jedynie Percy, choć oczy miał również pełne łez, pomyślał logicznie i rozejrzał się po komnacie w poszukiwaniu ewentualnego zagrożenia. Po rekonesansie znów do nas podszedł i objął szlochającą Anabeth, wpatrując się w martwe ciało Willa ze smutkiem. Wciąż nie dochodziło do mnie nic z tego co się wydarzyło. 
-Solace!-klepnęłam go otwartą dłonią w policzek-No obudź się! Żartuj sobie ze mnie! Wrzucaj mnie w błoto! Przejdź na drugą stronę! Cokolwiek....-zaszlochałam i oparłam się o jego klatkę piersiową-Tylko żyj...
Łzy wciąż płynęły po moich policzkach jak żywy wodospad, lądując nadal w jednym i tym samym miejscu, dokładnie na środku jego klatki piersiowej. Tam...gdzie powinno być serce. Wtuliłam się w jego szyję obejmując jego bezwładnie leżącą głowę rękami.
-Nie zostawiaj mnie...-wyszlochałam głaszcząc go drżącymi rękami po włosach-Błagam....Nie teraz-głos mi drżał i co chwila krztusiłam się łzami. Wciąż spazmatycznie głaskałam go po głowie mając nijaką nadzieję, że...to jeszcze nie jest...koniec. Nie mogłam znieść tego, że stało się to...znowu. Po raz kolejny już ktoś mi bliski zginął przeze mnie. Zamiast mnie. Dlaczego ten cholerny Nico nie mógł przebić mnie tym mieczem. Dobić tak, żeby już nikt nie musiał za mnie cierpieć? Dlaczego do jasnej cholery ja jeszcze żyję?! Wciąż szlochałam oparta o martwego chłopaka, mamrocząc niewyraźne prośby o pozostanie, gdy ktoś dotknął mojego ramienia.
-Mara-powiedział cicho Percy, kucając przy mnie. Jego głos drżał.-Musimy już...iść.
Spojrzałam z bólem na martwe ciało przyjaciela po czym przeniosłam spojrzenie na brata. Posłał mi wymuszony uśmiech próbując mnie pocieszyć, po czym dosłownie podźwignął mnie na nogi. Wicher podszedł do mnie i trącił mnie łbem w bok
-Dziękuję stary-szepnęłam przytulając się do smoka. Następnie zbliżyłam się do Szarego, kuśtykając i ciągnąc za sobą prawą nogę. Niezgrabnie ukłoniłam się przywódcy smoków i powiedziałam-Jesteśmy wam bardzo wdzięczni. Dziękujemy.
Smok popatrzył na mnie dłużej i przekazując mi wyraźny komunikat wbił spojrzenie w miejsce zbroi pod którym był naszyjnik, po czym rycząc donośnie wyleciał z pomieszczenia wraz z innymi smokami. Wraz z przyjaciółmi popatrzyliśmy po sobie, po swoich zapłakanych twarzach, zszokowanych oczach i ranach po walce po czym ruszyliśmy do wyjścia. Wchodziliśmy już do korytarza, gdy za naszymi plecami rozległ się znajomy głos
-Na prawdę mam takie ładne oczy?

           Znalezione obrazy dla zapytania crying girl gif tumblr


Koniec kolejnego rozdziału. Napiszcie czy się podobało, albo czy się nie podobało. Następny rozdział na pewno w piątek, być może w niedzielę. Zapraszam do komentowania. To dodatkowa motywacja do pisania nextów wcześniej ;)
Do nna <3
~Pass

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Poświęcenie

   Nico di Angelo niestrudzenie parował i bronił się przed moimi ciosami, a także zadawał własne, przed którymi uciekałam ostatkiem sił. Smoki ryczały ogłuszająco ścierając się ze sobą za pomocą pazurów, zębów i ognia. Moi towarzysze, zebrani w jedną zwartą gromadę wykańczali oddziały drakain. Obok całej tej sceny stał wciąż formujący się czarną energią z figurki, Chaos, wykrzykując swoim sługom rozkazy, głosem mrożącym krew w naszych żyłach. Will wciąż leżał zwinięty przy ścianie po drugiej stronie komnaty. Nagle niewielki oddział drakain zobaczył go i mając nadzieję, że ich pan zobacz jak zabijają jego sługę-zdrajcę, a swojego dawnego generała, ruszył na bezbronnego, nieprzytomnego syna Apolla. Gdyby nie wciąż zadający mi ciosy syn Hadesa, zapewne natychmiast rzuciłabym się ku niemu. Podążając za moim wzrokiem Percy zwrócił uwagę na leżącego pod ścianą blondyna. Mimo tego, że widział jak ponownie przechodzi na naszą stronę, zdawało mi się, że jeszcze do końca mu nie ufa. Jednak potem zrobił coś za co miałam ochotę rzucić mu się na szyję. Krzyknął coś do Jasona, stojącego nieco dalej, po czym splunął na podłogę i ruszył biegiem w stronę leżącego chłopaka, torując sobie drogę wśród drakain. Dobiegł do leżącego troszkę wcześniej od zastępu i jednym szarpnięciem przewrócił go na plecy i błyskawicznym przyłożeniem palców do boku szyi sprawdził mu puls. Najwidoczniej go wyczuł, bo równie szybko jak dotknął chłopaka zabrał palce i lekko nim potrząsnął. Nie zdążył jednak zrobić nic więcej, bo w tej chwili dobiegły do niego drakainy. Chłopak natychmiast uniósł się z klęczek i zmierzył się z pierwszą z nich. Podczas gdy on walczył z tym oddziałem, Nico wykorzystał moją rozproszoną uwagę i ciął mnie z całej siły w udo. Krzyknęłam krótko i zwaliłam się na posadzkę. Syn Hadesa tym czasem odwrócił się na pięcie i podbiegł do pana Chaosu. Jęcząc zdołałam wstać, po czym pokuśtykałam za nim. Okazało się to jedną z najgorszych decyzji jakie mogłam podjąć, gdyż kiedy Nico dotknął czystej energii chaosu wypływającej z figurki stało się coś dziwnego. Mrok który zazwyczaj go otaczał stał się jeszcze bardziej wyczuwalny. Aura śmierci którą emanował wydawała się przybrać w siłę. Lecz największa zmiana zaszła w wyglądzie chłopaka. Jego ciemne włosy nagle stały się jeszcze bardziej czarne, o ile było to możliwe. Kiedy się odwrócił dało się zauważyć, że jego lekko oliwkowa skóra, przybrała trupiobiały, niemal szary odcień, a jego miecz rozbłysł w rozbłysku ciemnej energii. A oczy....te oczy....Te same, które wprawiały mnie w osłupienie i przerażenie ilekroć spojrzałam w twarz Chaosu. Teraz te ziejące czarną pustką oczy patrzyły na mnie spod ciemnych pasm grzywki di Angelo. Na jego szyi zamigotał talizman, którego nigdy wcześniej nie widziałam. O dziwo wyglądał niemal tak samo jak ten który miałam pod zbroją, tyle, że ten Nica był czarny.
-Wreszcie zauważyłaś, co?-parsknął, patrząc na mnie z nienawiścią w czarnych oczach pozbawionych białek i tęczówek. Dotknął talizmanu na szyi-Władca smoków. Jedyny prawdziwy władca smoków.
-Smoki nie potrzebują władcy-warknęłam.
-Czyżby?-odwrócił się do swojego legionu i mimo walki jaką prowadził zagrzmiał-Czy potrzebujecie władcy?!
Ciemne smoki zaryczały ogłuszająco i jak jeden mąż zionęły ogniem na armię Szarego. Smok o kolorze stali uniósł lekko poranioną łapę i rozłożył skrzydła na pełną szerokość, po czym ryknął i rzucił się na wroga, a reszta smoków poszła w ślad za nim. Godząc przywódcę ciemnych smoków pazurem nawiązał ze mną kontakt wzrokowy. Talizman pod zbroją rozgrzał się, nieznośnie parząc skórę. W moim umyśle pojawił się prosty i krótki komunikat, jednak podczas jego przekazywania czułam się jakby talizman na szyi wypalał mi wyjątkowo bolesne piętno. Komunikat brzmiał:
"Ty"
Łaaał ja.. tak. O co chodzi? Pierwsze co pomyślałam to "Czy to jakiś słaby żart?" jednak potem zrozumiałam. Popatrzyłam na Nica twardo po czym spojrzałam w te ziejące pustką, pochłaniające oczy.
-To nie ty nim jesteś. To ja.
Z chwilą gdy to powiedziałam, na reszcie zrozumiałam o co cały czas chodziło. Moje moce. Te dodatkowe, były czymś co miało pomóc mi dojść do tego, do czego doszłam teraz. Z chwilą gdy wypowiedziałam te słowa poczułam jak coś ze mnie ulatuje. Jak coś mnie opuszcza, żeby coś innego mogło przyjść. Całe moje życie było przez Fata utkane tak by dojść do walki z Chaosem. Miało do niej dojść. Miałam do niej stanąć. Ale nie jako dziecko żywiołów. Nie jako dziewczyna o mocach ognia, wody, ziemi i powietrza. Miałam tam stanąć jako ja. Ta prawdziwa ja. Ta którą zawsze chciałam być. Miałam to zrobić i zrobię to. Stanę do walki z Chaosem. Jako ja. Władca smoków.
Pytanie pozostaje....kto w takim razie jest dzieckiem żywiołów?
Nie zdążyłam odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo Nico zrozumiał, że już wiem. Warknął coś cicho i nim smoki zbombardowały go ogniem, zasłonił się ciemnym murem. Jego ciemne smoki zdezorientowane wzbiły się w powietrze i powarkując, szybko wyleciały z komnaty. W tym właśnie momencie poczułam na moich plecach coś ciężkiego. Lekko odwracając głowę zauważyłam, że pojawił się mój ciemny płaszcz. Teraz wiedziałam już ,że stał się on czymś w rodzaju symbolu. Na przeciwko naszej armii smoków i przyjaciół, zostały już tylko dwie postaci. Nico di Angelo patrzący na mnie zabójczo i warczący na niego pan Chaosu.
-Twoja pycha jeszcze cię zgubi-warknął Chaos.
-Prędzej ciebie.
-Ostry język nie jest najmądrzejszym wyborem.
-Nie jesteś pierwszym który mi to mówi-odparłam.
-Ale ostatnim który mówi cokolwiek do ciebie.-syknął i machnął ręką w kierunku Nica. Sam szybko przeistoczył się w ciemną mgłę i razem z figurką zniknął w ciemnym rozbłysku, pozostawiając syna Hadesa samego na polu walki. Ten jednak wyglądał jak ktoś, kto czekał na tę chwilę całe życie. Z perspektywy czasu cały czas mówię sobie jaka głupia wtedy byłam. Jak mogłam nie zauważyć, że ta podła kreatura, syn Hadesa, stał obok pana Chaosu przez ten cały czas tylko z jednego powodu. Zbierał energię. Zbierał ją specjalnie żeby na tą chwilę starczyła mu idealnie. Dlaczego na wszystkich bogów zrozumiałam to dopiero wtedy kiedy ta właśnie energia leciała w moim kierunku niczym ciemny sztylet, ukierunkowana dokładnie w moje serce i dokładnie tak, bym nie mogła się uchylić. Nico di Angelo gdy tylko ostatnia strużka tejże śmiercionośnej energii wypłynęła z jego wyciągniętej ręki, rozpłynął się w cień z szyderczym uśmiechem i radością w ciemnych oczach. Nim ciemna energia, stworzona by zabić, by zabić mnie uderzyła, zamknęłam oczy. Jedyne co potem poczułam to coś jakby pchnięcie. Poleciałam w tył i uderzyłam boleśnie o posadzkę, czując jak kość w moim przedramieniu nie może już znieść przeciążenia. Otworzyłam oczy zaskoczona, że w ogóle żyję i odwróciłam się do przyjaciół ze słabym uśmiechem. Jednak ich twarze wyrażały tylko przerażenie i niedowierzanie. Ich spojrzenia, jednak nie były utkwione we mnie. Były...gdzieś dalej. Podążyłam za nimi i zobaczyłam widok, którego nie zapomnę do końca życia nawet gdyby miało skończyć się za chwilę. Kilka metrów ode mnie, leżało zwinięte niczym embrion ciało o jasnych włosach. Mimo że bardzo tego nie chciałam od razu wiedziałam kto to jest. I wiedziałam ,że przyjął na siebie cios. Cios przeznaczony dla mnie.
-Nie!!!-wrzasnęłam i rzuciłam się ku synowi Apolla


        Znalezione obrazy dla zapytania przerażona dziewczyna tumblr
 

Jest, w terminie xD
Powracam w całej okazałości i informuję, że w roku szkolnym nexty będą pojawiać się regularnie w każdy piątek, lecz dla pewności możecie zajrzeć też w niedzielę, bo w zależności od weny mogą się też wtedy pojawić. No więc następny jak się chyba domyślacie w piątek.
Do nna ;)
~Pass

wtorek, 23 sierpnia 2016

Zdrajca czy przyjaciel?

  Towarzysze patrzyli na mnie w całkowitym osłupieniu. Ja sama wciąż nie mogłam uwierzyć w to co się stało, chociaż trochę czasu już minęło. Najbardziej krzywdząca była mina Perciego. Kiedy na niego spojrzałam, łzy na powrót naleciały  mi do oczu. Twarz ułożyła mu się w grymas złości pomieszanej ze smutkiem, a w oczach było tak wielkie rozczarowanie jakiego nigdy nie widziałam u nikogo innego.
-Ja...-wyszeptałam-Nie chciałam...
-Przez przypadek walnęłaś ojca ognistym pociskiem?!-roześmiał się Chaos z niedowierzaniem.-Faktycznie. Widać, że nie chciałaś...
-Zamkniesz się wreszcie?!-wrzasnęłam, krztusząc się łzami i powodując jeszcze większy wybuch ironicznego śmiechu u pana Chaosu, Nica i ich świty. Nie bacząc na to odwróciłam się do towarzyszy.-Ja na prawdę nie....
-Jak mogłaś?-wyszeptał Percy, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
-To było...ja nie....nie panowałam nad mocą-tłumaczyłam się-To było takie...nagłe.
Percy posłał mi spojrzenie mówiące, że później to omówimy i podszedł do mnie. Potem zrobił coś czym zdziwił mnie do granic możliwości. Położył mi rękę na ramieniu.
-Wierzę ci-powiedział głośno i uśmiechnął się.
-Wszyscy ci wierzymy-dodał Jason i również posłał mi uśmiech.
Spojrzałam na nich z wdzięcznością i już miałam im podziękować, ale przerwał mi Chaos.
-Maro Jackson. Jak łatwo wyprowadzić cię z równowagi-warknął.-Tylko twój brat i przyjaciele sprawiają, że jeszcze nie siedzisz w koncie i nie ryczysz. Ciekawe co zrobisz jak ich zabraknie?
-Właściwie możesz od razu się poddać-syknął Nico przechadzając się w ich kierunku.-Nie macie żadnego wsparcia. Żadnej armii czekającej w gotowości. Jesteście słabi-zakreślił swoim czarnym mieczem szeroki łuk wokół nas-Wszyscy. Co do jednego. Zostaliście sami. Zupełnie sami.
Kiedy docierał do mnie sens jego słów i powoli zaczynałam mimowolnie przyznawać mu rację naszyjnik na mojej szyi zrobił się cieplejszy. W mojej głowie pojawił się niemal ogłuszający komunikat. "Już". Na ten sygnał, ku zdziwieniu Nica di Angelo, uśmiechnęłam się pewnie do niego i do swoich przyjaciół.
-Zdziwiłbyś się-powiedziałam i odwróciłam się do wlotu jaskini, mając palącą nadzieję, że nie ubzdurałam sobie tego wszystkiego. Na szczęście, już po kilku sekundach dało się słyszeć dźwięk, przywodzący na myśl łopot ogromnych skrzydeł. 23 czarne smoki Nica odwróciły pyski ku wyjściu wyczekując pojawienia się pobratymców. Nie musiały długo czekać. Jak na zawołanie, z ogromnym hałasem i rykiem, do komnaty wleciały dwa tuziny smoków z Szarym na czele. Moi towarzysze odruchowo cofnęli się, spodziewając się posiłków dla wroga, ale kiedy zobaczyli, że nowo przybyłe gady ustawiają się obok nich, uśmiechnęli się do siebie z aprobatą. Tuż obok mnie wylądował Wicher. Szybko pogłaskałam go po twardych łuskach i przeniosłam spojrzenie na zszokowanego syna Hadesa. Jednak po chwili szok i złość, które malowały się do tej pory na jego twarzy, ustąpiły miejsca sarkastycznej radości. Uniósł dłoń i pstryknął palcami, a wtedy obok niego pojawił się klęczący, zakurzony Will Solace z opalizująco białym mieczem w dłoni. Chłopak mimo, że brudny, krwawiący z rany na czole i zmęczony, wciąż był zabójczo przystojny. Zganiłam się w myślach za tą myśl i wbiłam w niego pełne nadziei spojrzenie. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć Chaos się odezwał.
-Dobrze się spisałeś Will-na sam dźwięk jego głosu wszyscy na sali się wzdrygnęli.-Rzekłbym wręcz, że wyśmienicie. Daj mi miecz.-wyciągnął w kierunku jasnowłosego chłopaka nie do końca zmaterializowaną pochłaniającą światło rękę.
Nico poklepał syna Apolla po ramieniu, a tamten ruszył w kierunku władcy mroku. Wtedy właśnie mój umysł ogarnął co się właściwie dzieje i krzyknęłam.
-Will, co to ma niby być?!
Chłopak zatrzymał się i spojrzał na mnie zaskoczony, podobnie zresztą jak syn Hadesa i sam Chaos.
-Nie rozumiem o czym mówisz.-odparł grobowym głosem.
-Nie mydl mi oczu-warknęłam-Daj nam ten miecz i wynośmy się stąd, tak jak pisałeś w tych cholernych  listach!
-Jakich listach?-zapytał pan Chaosu z nutą groźby w głosie, zwracając się do Willa.
Chłopak machnął ręką i odwrócił się do pana mroku.
-Listy. Tak wysyłałem listy. Obiecywałem im złudne nadzieje byleby ich tu doprowadzić-parsknął śmiechem-A oni głupi myśleli, że zdradziłbym mojego władcę.
Chaos uśmiechnął się zwycięsko i ponownie wyciągnął rękę w stronę miecza.
-Czyli to wszystko był...-zająknęłam się-sabotaż?
-A co myślałaś?-Will machnął mieczem, na którym tak bardzo wszystkim nam zależało i który miał tak wielkie znaczenie.-Że znów przejdę na waszą stronę? Jeśli tak to jesteś nie tylko naiwna ale też niewiarygodnie głupia.
Blondyn zrobił kolejny krok w stronę pana mroku, a wtedy nie wytrzymałam. Uniosłam w górę oba miecze i rzuciłam się na niego. Po prawdzie zrobiłabym wszystko, byleby tylko nie dać Chaosowi tknąć tego miecza. Zrobiłam wypad i skrzyżowałam ostrza z olśniewająco białym mieczem dzierżonym przez Willa. Nico di Angelo widząc jak atakuje syna Apolla rzucił się na mnie i zamachnął od tyłu. Odwróciłam się i utkwiłam pomiędzy synem Hadesa a Willem, ledwo odpierając ich ataki. Widząc to moi przyjaciele również rzucili się do walki, podobnie zresztą jak armia wroga. Smoki skrzyżowały pazury i zęby i zaczęły morderczy taniec śmierci. Ogień buchał dosłownie wszędzie. W samym środku tego zgiełku załoga Argo III walczyła z oddziałami drakain, próbując utorować sobie drogę do mnie. Ja w tym czasie nadal walczyłam ze zdrajcami. Zrobiłam wypad i pchnęłam Nica w tył, by ponownie skrzyżować miecze z Willem.
-Jak mogłeś?-warknęłam.
Uśmiechnął się perfidnie, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo z drugiej strony zaatakował go mój brat. Percy zdążył wymienić z nim tylko kilka ciosów, bo natychmiast otoczyły go dwa uzbrojone po zęby cyklopy. Wtedy znów zamachnęłam się na Willa. Niestety Nico również zdążył się już podnieść i wymierzył mi szybko cios rękojeścią swojego miecza. Czując silne uderzenie w lewe ramie, wypuściłam srebrny miecz, wyjąc z bólu. Nie miałam czasu by go podnieść, bo chwilę potem musiałam uskoczyć przed dwoma uderzeniami, mającymi rozpłatać mnie na pół.
-I co teraz córko Posejdona?-zaśmiał się Chaos-Dalej myślisz, że umiesz walczyć? Ten słabeusz Ares dobrze nauczył cię tylko jednego.-syknął po czym zacytował dawne słowa mojego nauczyciela walki-Zawsze znajdzie się ktoś silniejszy i lepiej przygotowany. Jeśli staniesz z nim do walki, będzie ona twoją ostatnią. Gotowa na ostatnią walkę?-zaśmiał się z własnego dowcipu i dalej przyglądał się jak cofam się przed gwałtownymi atakami Nica i Willa. Ostatkiem sił, nie widząc innej opcji, rzuciłam się w przód, pod nogi Nica. Przeturlałam się w lewo, jednocześnie zwalając z nóg syna Hadesa i znów wstałam na nogi. Nie zrobiłam tego jednak dość szybko, bo natychmiast, gdy się uniosłam Will zrobił sprawną paradę i szybkim ruchem nadgarstka wytrącił mi drugi miecz z ręki, po czym kopnął mnie niezbyt silnie w pierś. To niezbyt silnie, wystarczyło jednak bym straciła równowagę i runęła w tył. Zamarłam i leżąc z na wpół uniesioną głową przyglądałam się jak Will unosi nade mną miecz.
-Zabij!-ryknął Chaos, zwracając uwagę moich przyjaciół. Wyłapałam przerażone spojrzenie Piper i wyraz szoku na twarzy Franka, zanim syn Apolla nie opuścił miecza. Odwróciłam głowę, zamknęłam oczy gotowa na cios i szybką śmierć. Nie czując jednak nic przez kilka najbliższych sekund uchyliłam powieki, by zobaczyć co się stało. Ujrzałam, tuż obok, po mojej prawej stronie, biały miecz, ze srebrną rękojeścią i srebrnymi zdobieniami na ostrzu, wbity w ziemię w jednej trzeciej długości. Znów powoli obróciłam głowę, by zobaczyć wyciągniętą rękę Willa. Kiedy zrozumiałam już co zrobił, uśmiech zagościł na mojej twarzy. Chwyciłam jego dłoń i pozwoliłam się unieść w górę. Następnie podeszłam do wbitego w ziemię miecza i wyszarpnęłam go z podłoża. Syn Apolla pochwycił mój złoty miecz leżący na ziemi i stanął obok mnie. Zdążyłam pochwycić wściekłość bijącą z twarzy Nica di Angelo, kiedy całą komnatę wypełnił ogłuszający ryk.
-Zdrajca!!!-wrzasnął Chaos i machnął ręką. Jak na komendę, mój miecz wypadł z dłoni Willa, a chłopak przeleciał kilkanaście metrów w powietrzu, z każdym metrem nabierając szybkości, po czym rąbnął w przeciwległą ścianę.
-Nie zdrajca-powiedziałam cicho patrząc w mordercze i pochłaniające wszystko, rozgniewane oczy Chaosu.-Dobry przyjaciel-po tych słowach odwróciłam się i zatrzymałam opadający ku mojej głowie miecz mojego pierwszego prawdziwego wroga, Nica di Angelo.

                             


Znów się spóźniłam....
Już nawet tego nie komentuję, ale wreszcie mimo wszystko jest.
Mam nadzieję, że się podobał, bo postanowiłam, że zrobię sobie teraz przerwę. Kolejnego rozdziału spodziewajcie się w poniedziałek. Mam na niego bardzo fajny pomysł, myślę, że się spodoba.
A jak mi się udał ten?
Do nna <3
~Pass

wtorek, 16 sierpnia 2016

Izba

  Po kolejnym niemożliwie długim czasie wreszcie byliśmy już prawie u celu. Wyspa Izba była już tak blisko....Przerywały nam jednak ataki skalnych bogów. Od tamtego feralnego razu nie używaliśmy z Percym mocy. Tej...wspólnej mocy. Było to coś o czym nie rozmawialiśmy mimo, że nasze stosunki znów były nie najgorsze. Zdawałam sobie sprawę, że nasi towarzysze wciąż czekają na to, że wlecimy na pokład jak kapitan Ameryka i uratujemy sytuację. Tyle, że nie było to takie proste. Nie chodziło tylko o to, że nie wiedzieliśmy czy drugi raz zadziała to tak samo. Chodziło o to, że mimo naszego pokrewieństwa i tej bratersko siostrzanej miłości którą się darzyliśmy, żadne z nas nie chciało tego co mogło nam dać takie połączenie mocy. Zarówno ja i Percy chcieliśmy być przydatni, szanowani i pomocni...ale...osobno. Nie mówiąc już o tych koszmarnych bólach głowy które męczyły nas za każdym razem gdy używaliśmy naszych mocy. Anabeth i Hazel spekulowały, że być może po prostu trochę przeciążyliśmy nasze moce i teraz powstaje coś na kształt koszmarnych worów pod oczami po nieprzespanej nocy. Jednak bóle utrzymywały się dłużej niż wory....Po kilkunastu dniach nadal były obecne, może trochę zelżały, ale wciąż były. Sprawa z Anabeth i Piper wyjaśniła się na tyle by obie dziewczyny przestały skakać sobie do gardeł i nawet znów zaczęły normalnie rozmawiać. Oczywiście obie wciąż miały do siebie małą urazę, z której żaliły się Jasonowi i Perciemu, którzy zaś swoje żale wylewali Frankowi. Frank rzecz jasna wszystko mówił Hazel, która już wcześniej była dobrze powiadomiona przez Piper i Anabeth, które nie omieszkały też przekazać tego Leonowi, który opowiadał to wszystko Kalipso no i mi, gdyż by nie tracić więcej drachm niż było to konieczne postanowiliśmy rozmawiać z nią razem. Oczywiście po chwili rozmowy wychodziłam dając gołąbeczkom chwile samotności.
Muszę się wam z czegoś zwierzyć. Może macie mnie za taką zimną, wredną małpę, która za niczym nie tęskni i niczego nie żałuje, ale to nie do końca tak...Staram się, na prawdę staram się nie narzekać, nie myśleć o tym jak bardzo drażni mnie to wszystko. I jak bardzo brakuje mi pewnej osoby...Sytuacja na statku też niczego nie ułatwiała. Owszem Anabeth była moją przyjaciółką, a Percy bratem, ale to było dla mnie bolesne do oglądania. To...Anabeth i Percy, to Piper i Jason, Hazel i Frank...Nawet Leo i Kalipso...Oni wszyscy, mimo całej mojej sympatii do nich, boleśnie przypominali mi na każdym kroku, w najmniejszych gestach, trzymaniu za rękę, troskliwych spojrzeniach, obejmowaniu....przypominali mi, że ja...no właśnie....ja. Tylko ja. Że ja nie mam nikogo, nikogo na kogo mogłabym tak patrzeć, nikogo do kogo mogłabym się przytulić, złapać za rękę, wyżalić, wypłakać, komu mogłabym pokazać kim na prawdę jestem i kto by nie uciekł. Bo mimo wszystko, mimo wspaniałego ojca, bogów w postaci rodziny, genialnych przyjaciół, to brakowało mi właśnie tego...Dobrze, możecie myśleć:
Masz niecałe 16 lat! Na miłość za wcześnie!
Ale czy nie jest dla mnie też za wcześnie na wojnę? Na bezlitosne szkolenia posługiwania się bronią od kilku lat, czy nie było za wcześnie na porzucenie i całkowite zmienienie środowiska?
W takich sytuacjach człowiek dojrzeje znacznie szybciej. Tak. Ja też dojrzałam.
Nie chcę, byście myśleli, że się wam żale. Przepraszam z całego skamieniałego ( ;) ) serca jeżeli tak to odebraliście, ale po prostu musiałam, musiałam komuś to powiedzieć.
Uffff....zrobiło się strasznie ckliwo, nie uważacie?
No dobra, przejdźmy do czegoś znacznie przyjemniejszego niż czytanie moich uczuć, a mianowicie, do prawdziwej akcji. Pewnego dnia miałam bardzo krótki, ale bardzo dziwny sen. Zobaczyłam w nim parę bogów, których nie spodziewałam się spotkać razem w innym miejscu niż na okładce magazynu o modzie. W śnie odwiedzili mnie Afrodyta i Apollo. Bogini miłości i bóg lekarzy. O co chodziło? 
-Tylko jedno może uleczyć najgorsze rany...-powiedział Apollo, a jego głos rozmywał się jak fale na piasku plaży. Miałam właśnie zapytać co to takiego, gdy Afrodyta weszła mi w słowo.
-Wiesz co to...
-Brak ci tego-dodał Apollo z uśmiechem.
-Ale nie jest to proste-powiedziała poważnie Afrodyta-Uważaj gołąbeczko. Nie daj się sparzyć.
Nagle Apollo podszedł bliżej i szarpnął mnie za ramiona.
-Wstawaj, wstawaj....
Percy potrząsał mną krzycząc żebym wstała. Kiedy w końcu się otrząsnęłam oznajmił, że Izba jest już widoczna na horyzoncie. Odetchnęłam głęboko i kiedy wyszedł ubrałam się. Pierwszy raz nie miałam z tym problemu. Na granatowe dżinsy i koszulkę Obozu Herosów założyłam coś co akurat nadawało się na to mało przyjemne spotkanie z wrogami. Zbroję. Tą samą z którą uciekłam z Olimpu. Tę samą z którą przybyłam pierwszy raz na Wzgórze Herosów. Tę zarysowaną, brudną i nie raz ratującą mi tyłek zbroję. Zdjęłam miecze z zawieszek i schowałam je do pochw na plecach. Burze rudych włosów lekko przejechałam szczotką, ale nie związałam jej. Tyle lat walczyłam w rozpuszczonych włosach, więc było to coś na kształt tradycji. Kiedy wyszłam z kajuty zbroja zalśniła w świetle słońca. Zerknęłam na towarzyszy, również ubranych w greckie zbroje. No, może poza Hazel i Frankiem którzy przywdziali tradycyjne rzymskie odzienie bojowe. Wyglądaliśmy jak mały oddział gwardzistów. Wszyscy poza trenerem Hedge. Wciąż narzekał, że nie może iść i skopać tyłka mrocznej mordzie, ale ktoś musiał zostać na pokładzie. Argo III osiadł na morzu jakieś 20 metrów od wyspy. Spuściliśmy szalupę, którą dostaliśmy się na brzeg. Wyspa była stosunkowo mała. Mała lecz piękna. Piękne lasy rozpościerały się tuż przed nami, a nad nimi piętrzyły się skały i wzniesienia. Aż trudno było pomyśleć, że właśnie teraz, właśnie w tym miejscu, na tej wyspie Chaos ma zyskać kolejny przedmiot ważny dla jego powstania. Nie widząc innego wyjścia poszliśmy przed siebie. Niemal natychmiast natrafiliśmy na wydrążoną w skale jaskinię. W środku nie było widać żadnego światła, żadnego ruchu, ale ja...coś we mnie...w nas...wiedziało, że to właśnie tu.
Frank nerwowo przełknął ślinę.
-Jeszcze możemy zawrócić.
Rzuciliśmy mu pełne wyrzutu spojrzenie, na które podniósł ręce do góry w geście kapitulacji
-Tak tylko mówię.
-Tam jest miecz którego potrzebujemy-przypomniała Hazel, która jako jedyna nie spiorunowała spojrzeniem chłopaka.
-I pewnie też figurka-dodała Piper.
-A poza tym Will napisał, że powinniśmy tu przybyć. Myślę, że jest po naszej stronie-powiedziała Anabeth.
-Mógł wprowadzić nas w pułapkę-mruknął Jason.
-Na pewno to zrobił-powiedział już głośniej Percy.
-Nie możesz tego wiedzieć-warknęłam.
-Czyli ty wiesz? Tak bardzo ufasz swojemu kochasiowi zdrajcy?-zapytał kpiąco. To co powiedział przypomniało mi dokładnie wszystko i w jednej chwili zachciało mi się na niego rzucić. Leo jednak podszedł i położył mi rękę na ramieniu.
-Teraz chcecie się bić?-zapytał patrząc na nas jak na idiotów.-Serio?
Obrzuciliśmy się z bratem jeszcze jednym wściekłym spojrzeniem, po czym Percy syknął.
-Idziemy-i zanim ktokolwiek zdążył zaoponować wszedł do jaskini. Za nim weszła Anabeth, Piper, Hazel, Jason i Frank. Zostaliśmy tylko ja i Leo, który popatrzył na mnie karcąco po czym machnął ręką bym weszła przed niego. Tak więc, to właśnie on zamykał pochód. Ledwo przekroczył próg ciemnej jaskini, kiedy nagle błysnęły niewidoczne dotąd pochodnie oświetlając jaskinię, która okazała się być obszernym korytarzem. To, że światła zapaliły się same nie podobało nam się ani trochę, ale nie mieliśmy już wyboru. Poszliśmy dalej, aż doszliśmy do obszernej komnaty, która boleśnie przypominała mi komnatę z zeszłego lata i naszym oczom ukazał się przerażający widok. Na środku komnaty zobaczyłam uśmiechającego się złowieszczo Nica z armią drakain, minotaurów i cyklopów u boku. Co gorsza za nim stał pokaźny szereg ciemnych smoków. Czerń ich skrzydeł i cielsk niemal się zlewała, a czerwone ślepia wydawały się tylko szukać okazji do ataku. Tuż obok Nica stała czarna jak sam Tartar figurka Chaosu, a z niej wciąż sącząca się ciemna energia formowała pokaźną postać, która sama w sobie przywoływała na myśl najbardziej nieprzewidywalną burzę, najgroźniejsze tornado, najbardziej gwałtowne tsunami, zniszczenie w jednej osobie. Osobie samego pana i władcy mroku-tak o to stał przed nimi nie kto inny, a sam Chaos. Ze swoim mrocznym zastępem u boku, choć wciąż nie dokończony sprawiał wrażenie triumfującego. W sumie nie dziwiłam się. Gdybym miała do dyspozycji taką armię jak on zaprezentował tu, też bym się cieszyła. Cały czas jednak miałam okrutną świadomość, że nawet to co widzieliśmy teraz, to tylko niewielki odział prawdziwej armii Chaosu, armii która już niedługo miała spustoszyć cały świat. Już za kilka miesięcy...Moje myśli przerwał Nico di Angelo. Wyraźnie usatysfakcjonowany chłopak rozłożył szeroko ręce i zacmokał z zadowoleniem.
-I co? Ósemka słabeuszy pokona je?-w jego głosie dało się słyszeć kpinę. Spojrzałam na towarzyszy, na których nieulęknionych dotąd obliczach zaczął malować się najprawdziwszy strach. Wtedy właśnie przypomniałam sobie, że przecież nie zostaliśmy tak znowu całkiem sami. Wiedziałam, że jeżeli to zrobię, moja moc wygaśnie prawie cała, ale o bogowie, jeśli tego nie zrobię zginiemy szybciej niż by się mogło wydawać. Skupiłam całą swoją energię i dyskretnie przyciskając dłoń do miejsca na zbroi, pod którym znajdował się dobrze znany mi amulet, wypowiedziałam w umyśle jedno, proste słowo:
"Proszę"
A potem...potem nie odczułam kompletnie nic. Nie wiedziałam, czy powinnam była faktycznie coś odczuć, ale jednocześnie bałam się odpowiedzi zamiast tego postanowiłam uciąć sobie milusią pogawędkę.
-To cała twoja armia Chaosie?-mimo strachu zmusiłam się na kpiący ton-Widzisz? Aż drżymy ze strachu!
Roześmiałam się, mimo, że w środku byłam kłębkiem nerwów. Moi przyjaciele widocznie zrozumieli, że chcę go zagadać i również stanęli w bardziej rozluźnionych pozycjach. Jason spuścił nawet włócznię.
Tym razem jednak to Chaos się roześmiał.
-To? To nie jest nawet ćwierć mojej armii kochaniutka-ostatnie słowo wypowiedział jak najgorsze przekleństwo świata patrząc na nas w taki sposób, że natychmiast porzuciliśmy luzackie pozy usiłując opanować drżenie nóg.-A może chciałabyś jeszcze więcej pokazu mojej siły?
-To mi wystarczy-zapewniłam szybko, po czym widząc jego ironiczny uśmieszek dodałam-Jesteś zbyt przewidywalny.
-Wiesz, że mniej przewidywalny niż ty córko Posejdona-zatrzymał się, po czym poprawił-a może powinienem powiedzieć wyrodna córko Posejdona?
Moje oczy natychmiast powędrowały w górę. Błagam, błagam niech nie mówi dalej...on jednak kontynuował.
-Bo w końcu która córka rani swojego ojca tak, że do tej pory jest po tym ślad?-uśmiechnął się tak złowrogo, że aż przeszły mi ciarki po plecach-Która normalna córka nieomal zabija boga?
Zamarłam i wyszeptałam.
-To nie tak...
-Wiesz, że tak-powiedział głośno po czym złośliwie dodał-A może nie chciałaś, bym mówił to przy twoich towarzyszach? Ups, chyba się wygadałem...
-Zamknij się!-krzyknęłam.
-Uważaj na słowa dziecko!-ryknął-Bo zaraz skosztujesz tego samego czego twój tatuś od ciebie!
-Mara-odezwał się Percy drżącym głosem.-Czy to...-przełknął ślinę-Prawda?
Nie odpowiedziałam.
-Czy to prawda?-powtórzył.
Dalej milczałam, ze spuszczoną głową i łzami lśniącymi w oczach.
-Mara!-warknął.
Odwróciłam się do niego i uniosłam zapłakaną twarz.
-T...tak...to prawda.



            



Przepraszam za opóźnienie ale nawala mi wena. Mam pomysł na potem tylko muszę wymyślić zajmujące wprowadzenie. W każdym razie mam nadzieję, że rozdział był całkiem spk.
Do nna kochani ;)
~Pass

sobota, 13 sierpnia 2016

Przebudzenie

 Obudziłam się po czasie który był dla mnie jak mrugnięcie okiem, lecz jak się okazało dla moich towarzyszy było to znacznie dłużej. Ledwo uchyliłam powieki i dostrzegłam zapłakaną twarz Anabeth, która siedziała na krześle obok mojego łóżka. Rozchylając powieki zobaczyłam, że trzyma ona za rękę kogoś leżącego w łóżku obok. Mgliste wspomnienia z tamtego wydarzenia dały mi jasno do zrozumienia, że był to nie kto inny niż Percy. Może to dziwne, ale zaniepokoiłam się bardzo stanem mojego brata. Na tyle bardzo, że zapomniałam o bólu rozsadzającym mi głowę i szybko uniosłam się z poduszek. Natychmiast jednak znów na nie upadłam trzymając się za skronie i sycząc z bólu. Anabeth na ten dźwięk odwróciła zapłakaną twarz w moim kierunku, a gdy zobaczyła mnie przytomną w jej oczach błysnęła radość i nieopisana ulga. Puściła rękę Perciego i doskoczyła do mnie, zarzucając mi ręce na szyję i przytulając mocno. Zdziwiło mnie to żywiołowe powitanie, bo mimo, że była moją przyjaciółką zawsze miałam poczucie, że w takim momencie nawet mnie nie zauważy, przejmując się tylko i wyłącznie stanem swojego chłopaka. A tu proszę, jakie zaskoczenie! Martwiła się również o mnie. Może w nieco mniejszym stopniu niż o mojego brata, ale jednak. Odwzajemniłam uścisk wciąż trochę zszokowana takim przejawem emocji.
-Anabeth, co się stało?-wykrztusiłam.
Gwałtownie się odsunęła i spojrzała na mnie z oburzeniem.
-Ty się pytasz co się stało?!-podniosła głos i machnęła rękami na boki-Po coście idioci tak się przemęczali? Widać, że brak logicznego myślenia macie zapisany w genach! Dziedziczne!-fuknęła-Jak możesz się o coś takiego pytać?
-Wyobraź sobie, że nie wiem co się stało.-zdenerwowałam się lekko nadal niczego nie rozumiejąc.
-Nie wiesz?-znów zganiła mnie spojrzeniem stalowoszarych oczu, po czym nimi przewróciła-Oczywiście, że nie wiesz. Tiaaa, najlepiej powiedzieć, że się nie wie. Najpierw sobie dwójka debilów przekracza granice magicznych możliwości, potem przez cztery godziny nie da rady wyczuć u nich pulsu-zauważyłam, że głos jej drżał gdy to powiedziała. W sumie nie dziwię się. Sama byłam w niezłym szoku. W gruncie rzeczy można powiedzieć, że umarłam.-Potem nagle ożywają, ale wciąż są nie przytomni, a na koniec, kiedy już łaskawie się wybudza, mówią, że nic nie wiedzą-lamentowała-A ty się tu człowieku martw!
-J...j...ja.na..naprawdę umarłam?-zająknęłam się.
-Myślisz, że nie potrafię sprawdzić czy ktoś żyje?-warknęła tak, że aż się wzdrygnęłam.
-Potrafisz-powiedziałam z przekonaniem, tylko...
-Tylko co?
-Nie wierzę, że ja...-spojrzałam na wciąż nieprzytomnego Perciego i poprawiłam się-że my...umarliśmy.
-Ciesz się, że jednak odżyliście-w jej oczach błysnęła iskierka rozbawienia, gdy łapała Perciego za rękę.-Pewnie nawet Hades was nie chciał.
Zaśmiałam się i skinęłam głową w stronę Perciego.
-A on?
Ze smutkiem pokręciła głową, a w jej oczy wstąpiły łzy.
-Był martwy dłużej niż ty...
-Może się wybudzi...
-Na pewno się wybudzi-dodała wchodząca do pokoju Piper. Uśmiechnęła się do mnie i mrugnęła okiem.-Przyjemnie się spało?-zapytała i uścisnęła mnie równie mocno jak Anabeth.
-Podusicie mnie-jęknęłam, a one się roześmiały.
Piper sprawdziła puls Perciemu i uśmiechnęła się do Anabeth.
-W normie.
-Jakbym nie sprawdzała-mruknęła blondynka, na co córka Afrodyty odpowiedziała perlistym śmiechem, a następnie zwróciła się do mnie.
-Jak się czujesz?-spytała z troską w głosie.
Wzruszyłam ramionami i westchnęłam.
-Głowa mi zaraz pęknie, ale poza tym chyba wszystko dobrze.
-Wciąż nie mogę uwierzyć w to co się stało-usłyszałam jawny podziw w głosie brunetki-Czy ty zdajesz sobie sprawę co zrobiliście?
Obie wraz z Anabeth popatrzyły na mnie wyczekująco. Ja jednak musiałam oświadczyć im smutną prawdę.
-Nie-odparłam krótko.
-Mara-Blondynka potrząsnęła mnie lekko za ramiona-Pokonaliście BOGA!
Zmarszczyłam brwi, na co Piper przewróciła oczami.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę do czego jesteście zdolni?! Ile możecie zrobić?! To niesamowite! Ja...nie wiem co powiedzieć. Wiesz jak to może pomóc?
-Pewnie bardzo...
-Pewnie?! To jest wspaniała wiadomość! Nie musimy się już martwić mniejszymi zagrożeniami! Przecież to będzie dla was pestka....-córka bogini miłości wyraźnie się rozkręcała, ale niestety byłam zmuszona jej przerwać.
-Piper...-odchrząknęłam, by zwrócić jej uwagę.-My...no wiesz...nie jesteśmy robotami...nie damy rady wszystkiego....zmienić.
Przez jej twarz przemknęła sterta emocji: nadzieja, rozczarowanie, gorycz, żal, które po ułamku sekundy sprawnie zatuszowała.
-Ale przynajmniej trochę się zmieni.-uśmiechnęła się.
-Pipes-zaczęła Anabeth zerkając na mnie ostrożnie- Wiem, że Mara i Percy zrobili coś niesamowitego, ale przecież nie będą tego powtarzać w nieskończoność. Wiem, że chciałabyś żeby Jason był bezpieczniejszy, ale zrozum, że o ich bezpieczeństwo też trzeba dbać...
Córka Afrodyty zmarszczyła w oburzeniu brwi.
-Czy ty myślisz, że mam ich bezpieczeństwo w nosie?!-krzyknęła, na co ból mojej głowy się nasilił- Owszem zależy mi na Jasonie, ale to moi przyjaciele, Anabeth! Zależy mi na nich!
Blondynka poderwała się z krzesła, wypuszczając dłoń swojego chłopaka i mierząc przyjaciółkę wściekłym spojrzeniem.
-Gdyby faktycznie ci na nich zależało nie sugerowałabyś żeby zamęczyli się na śmierć walką z potworami, podczas gdy my siedzielibyśmy spokojnie w mesie i popijali herbatę!
-Niczego takiego nie sugerowałam!-wrzasnęła Piper.
Złapałam się za skronie i skuliłam na łóżku. Czułam, jakby w mojej głowie ktoś prowadził wyścig rydwanów z końmi o wyjątkowo ciężkich podkowach.
-Dziewczyny...-przerwałam im cicho, lecz nie zwróciły na mnie uwagi.
-Nie sugerowałaś?-Anabeth zaśmiała się sarkastycznie i zaczęła przedrzeźniać przyjaciółkę machając przy tym rękami- Nie musimy się już martwić zagrożeniami! To będzie dla was pestka! Wybijecie wszystko a ja będę mogła obściskiwać się z moim chłopakiem!
-Teraz przegięłaś-wrzasnęła Piper opierając dłoń na sztylecie przytroczonym do pasa.
-Przestańcie...-powiedziałam wciąż znosząc wzrastający z każdym ich krzykiem ból.
Nawet na mnie nie spoglądając Anabeth znów się zaśmiała. Tym razem jej ton był pełen pogardy.
-Grozisz mi McLean?! Naprawdę chcesz walki z córką bogini wojny?!
-Walki uczył mnie syn najwyższego z bogów...więc tak! Chcę!
Anabeth zacisnęła dłoń na rękojeści swojego miecza ze smoczej kości i wyciągnęła go z pochwy. Nim obie dziewczyny zdążyły skrzyżować broń wrzasnęłam.
-Możecie się wreszcie zamknąć?!-mimo rozsierdzającego mnie od środka bólu głowy przebiegłam po nich wściekłym spojrzeniem-Jak chcecie nawalać się mieczami na prawo i lewo to lepiej opuście ten pokój.-Machnęłam ręką w stronę Perciego-Niektórzy próbują dojść tu do siebie i wasze krzyki z pewnością mu w tym nie pomogą.
Piper obrzuciła jadowitym spojrzeniem Anabeth po czym przeniosła wzrok na mnie i Perciego. W jej oczach dało się wyczytać przeprosiny, lecz chwilę potem schowała sztylet i wyszła szybkim krokiem. Córka Ateny odwróciła się do mnie z mieszaniną żalu i wstydu na twarzy, po czym zajęła miejsce na krześle i ponownie łapiąc za rękę mojego brata odrzuciła broń, która z głuchym łomotem spadła na podłogę pokoju.
-Przepraszam, nie powinnam była-wymamrotała.
-Piper to twoja przyjaciółka-przypomniałam jej wolno siadając.
-Twoja też-powiedziała dobitnie- Więc nie powinna była proponować żebyś zamęczyła się na śmierć.
Przewróciłam lekko oczami.
-Anabeth wiem, że martwisz się o Perciego-zawahałam się po czym dopowiedziałam-i o mnie, ale Piper była szczęśliwa z tego co się stało. Podniosło ją na duchu pokonanie tego boga...yyy...jak mu tam było...
-Aegaeona-podpowiedziała.
-Właśnie. No więc pewnie bardzo ją to ucieszyło i stąd ten entuzjazm. Przecież wiesz, że nigdy by nie zaproponowała żebyśmy odwalali całą robotę. Byłaby temu tak bardzo przeciwna jak ty.
Córka Ateny zmarszczyła brwi i chyba doszło do niej, że przyjaciółka faktycznie nie miała złych intencji. Na jej policzkach rozkwitł rumieniec wstydu.
-Może faktycznie zareagowałam zbyt gwałtownie...-uśmiechnęła się do mnie-Pójdę z nią porozmawiać. Skoro mamy spędzić razem jeszcze tyle miesięcy chyba nie warto zadźgać się wzajemnie.
-No to by była raczej kiepska opcja-zaśmiałam się.
Anabeth wstała i pogłaskała Perciego po ręce wyraźnie się wahając.
-Przypilnuję go-zapewniłam ją, na co odpowiedziała uśmiechem.
-Dzięki Mara-odparła cicho i ruszyła w stronę wyjścia, zostawiając miecz na podłodze. Stojąc w drzwiach odwróciła się do mnie i powiedziała- Jesteś dobrą siostrą.
-A on bratem-popatrzyłam na dalej nieprzytomnego Perciego i znów przeniosłam spojrzenie na Anabeth. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i powiedziałam-No idź już się godzić...szwagierko.
Dziewczyna wyszczerzyła zęby w uśmiechu i wyszła. Opadłam na poduszkę i zaczęłam myśleć o tym co się stało. Z jakiegoś powodu czułam, że może wpłynąć to na przepowiednię. Może nawet zmienić jej sens. Pytanie brzmiało: jak bardzo? Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się czy przepowiednia w pełni dotyczy tylko i wyłącznie mnie. Z niepokojem zerknęłam na brata przytaczając w myślach całą przepowiednię. Zatrzymałam się na jednym wersie:
                                   Najdzielniejszy wojownik z wielu ran krwawi
                                    Śmiercią świat cały zrujnuje, lub go wybawi
"Najdzielniejszy wojownik". Zastanawiało mnie czy faktycznie chodziło tu o mnie. Równie dobrze mogło chodzić o Perciego. Znów spojrzałam na niego z niepokojem. Chociaż, jeżeli tak by na to patrzeć mogło także chodzić o Jasona, Leona, Franka, czy chociażby Anabeth, Piper, Hazel, lub tę rzymską pretorkę Reynę. Żadna z tych opcji mi się nie uśmiechała, ale zastanawiało mnie na kogo padnie. Po przed ostatniej przepowiedni śmierć poniósł Luke Castellan. Kto to będzie tym razem? Szczerze wątpiłam by mogło skończyć się to dobrze, choć miałam cichą, cichuteńką nadzieję, że może Apollo się pomylił recytując wtedy te wersy. W głębi serca wiedziałam, że każde słowo przepowiedni to prawda...wręcz czułam to, ale kto zabroni mi mieć choć odrobinę nadziei, że żaden przyjaciel nie zginie. Ale właściwie kogo mogła nazwać przyjacielem? Całą załogę Argo III tak, Nica di Angelo na pewno nie, ale.....co z Willem?
Wiedziała, że w gruncie rzeczy powinna go nienawidzić, ale dlaczego tego nie czuła? Owszem, na początku była złość, gorycz, żal, smutek, ale potem....jakby przeszło. Pozostało chłodne uczucie rozczarowania, choć z całego serca chciałam...ba, pragnęłam go nienawidzić. Nienawidzić za to jak wszystkich okłamał, jak udawał przyjaciela, jak zdradził... Jednak kiedy po raz pierwszy nam pomógł,  coś jakby we mnie pękło. Od tamtej pory wbrew rozsądkowi i przypuszczeniom żywię głupią, całkiem naiwną nadzieję, że coś się zmieni, że on tak na prawdę jest naszym przyjacielem, że....że nigdy nas nie zdradził. Po prawdzie wiem, że Anabeth zapewne wie więcej niż ja, ale myśl, że nie mogę jej spytać jest wprost rozdzierająca. Powoduje, że całkowicie nie wiem po czym stąpam. Rozmyślania przerwał mi czyjś stłumiony głos. Odwróciłam głowę i ujrzałam wpatrujące się we mnie, przymrużone, zielone oczy mojego brata. Uniosłam się na łokciu starając się nie poruszać się gwałtownie. Patrzyłam jak Percy przeciera oczy i próbuje wstać, po czym gwałtownie łapie się za głowę i opada na poduszkę sycząc z bólu. Następnie powiedział coś z czego śmiałam się przez długi czas później.
-Jeżeli jest jakaś porąbana bogini bólu głowy, to przysięgam znajdę ją i zabiorę na spacerek do Tartaru...

                       


Wróciłam, wielki powrót jupi ja jej!!!
No więc wracam z obozu z nową energią i nowym zapałem. Next przepowiadam na pojutrze lub wtorek w zależności od stanu mojego chorego umysłu ;).
Dla czytających mojego drugiego bloga next pojawi się jutro także podwójne święto.
No więc to tyle kochani.
Do nna <3
-Pass

niedziela, 31 lipca 2016

-Przepraszam-

Przepraszam, wiem, że next miał być dzisiaj ale zwyczajnie nie dam rady go napisać. Pakowanie zajmuje więcej czasu niż by sie mogło wydawać a jeszcze kilka innych rzeczy spadło mi na głowę. Przepraszam jeśli kogokolwiek zawiodłam tak jak samą siebie.
Wiem, że możecie już nie wierzyć w moje obietnice, ale next pojawi się natychmiast kiedy wrócę.
Jeszcze raz przepraszam

czwartek, 28 lipca 2016

Bóg, którego imienia nie potrafię wymówić

 Następne dni mijały we względnym spokoju, więc proszę nie każcie mi omawiać codziennych żmudnych prac przy silnikach, rurach, przewodach i bogowie wiedzą co tam jeszcze w tej maszynerii siedziało. Czasem zastanawiałam się, czy nie ma tam czegoś żywego próbującego uprzykrzyć nam życie. Zastanawiało mnie to na przykład, wtedy gdy wszystko szło dobrze, zapowiadało się, że nawet możemy skończyć wcześniej, a tu nagle BUM! Jedna głupia dziurka w przewodzie wystarczyła by cała maszyneria doznała krwotoku, który na szczęście szybko tamowaliśmy, co nie zmieniało jednak faktu iż znów musieliśmy powtarzać wszelkie niezbędne czynności, by podobna sytuacja nie powtórzyła się już nigdy więcej. Lecz (chyba was tym nie zaskoczę) powtarzała się. W końcu, gdy byliśmy w miarę gotowi wyruszyć, wyłowiliśmy kotwicę, cała maszyneria, wreszcie, całkowicie bez szwanku (to cud!) zadziałała i wypływaliśmy na otwarte morze, coś jak zwykle musiało pójść nie tak. Stojąc z bratem i Jasonem przy przedniej burcie usłyszałam nagle czyjś głośny lament.
-Dlaczego, na zielone kąpielówki Okeanosa, zawsze ja!? Czy ta parszywka Keto nie mogła raz w całym swoim nieśmiertelnym życiu wziąć czegoś na siebie?! Niby co ma mnie obchodzić, że jest w Tartarze?! Było nie dać się zabić temu idiocie od rzymian! Zaraz, jak on miał na imię....A zresztą, niby co ma to mnie obchodzić?! Pan wydaje polecenia, ja mam słuchać. Oczywiście, zawsze tak jest. Ten siedzi na ciemnym tyłku i macha rękami na prawo i lewo, a ty się tu człowieku martw żeby Posejdon nie przyłapał cię na spiskowaniu. Ale nie, ja wcale nie narzekam. Pan mówi załatw, Aegaeon zatapia. Tylko dlaczego na ziemiste palce u stóp Gai, na pokładzie tego marnego kajaku są aż dwoje dzieci Posejdona! Nie mógłbym zatopić jakiejś małej floty greków, bez dzieci tego starego wygi?! Powiedzmy dwadzieścia, no dobra trzydzieści okrętów, jak za starych dobrych czasów....
-Przepraszam!-krzyknęłam z góry statku, zwracając się do tajemniczego głosu. Wtedy po raz pierwszy dostrzegłam ruch. Z wody wyłonił się tęgi starzec o wzroście co najmniej postawnego siatkarza, z zaokrąglonym brzuchem i bujnymi wodorostowymi włosami i gloniastą brodą. Zerknął na mnie spode łba.
-Nie masz za co dziecko. To nie twoja wina, że urodziłaś się odmieńcem.-odrzekł.
Zmarszczyłam brwi.
-Że co?
-Że co, że co?-miotał się -To co usłyszałaś młoda damo. A teraz złaź z tego statku, żebym mógł cię utopić i iść do domu. Czy ty zdajesz sobie sprawę ile sztormów na morzach będę musiał nadrobić?!
Jason i Percy spojrzeli na mnie jakby chcieli wzrokiem zabronić mi odzywania się. Jednak jak się niestety okazuję o wiele łatwiej nakłonić mnie do mówienia niż do zamknięcia się. A poza tym Hera wpoiła mi, że nie należy kończyć rozmowy bez powiedzenia choćby "Do widzenia", więc śmiało możecie zrzucić moje gadulstwo na nią.
-Niestety nie mam pojęcia ile ich może być, ale jeśli mogę wiedzieć kto tu pana przysłał?
-Myślisz, że ci powiem?!-starzec gwałtownie podniósł głos.-Myślisz, że jestem taki głupi?! Otóż nie, nie jestem!
Z tymi słowami machnął zamaszyście ręką i potężna fala uderzyła o okręt z siłą kuli do burzenia domów. Na szczęście niebiański spiż, którym wzmocniony był kadłub nie poszedł na marne. Zamiast tego jednak, potężna fala zmiotła z pokładu wszystko na swojej drodze. Nawet niedojedzoną drożdżówkę Franka, który ledwo zdążył chwycić się steru by nie wypaść. Piper i Anabeth były wraz z Leonem pod pokładem, a Hazel siedziała w kajucie, męczona chorobą morską. Ja sama skończyłabym tak jak nieszczęsna słodkość mająca niedługo zniknąć w czeluści otworu gębowego rzymskiego pretora, gdyby nie Jason i Percy. Złapali mnie za oba nadgarstki, znalazłwszy wcześniej oparcie, o reling. Przez chwilę zwisałam między nimi, a wokół mnie mknęła morska woda, wypełniając mi płuca. Jako dziecko Posejdona umiałam oddychać pod wodą, ale nie nabyłam niestety umiejętności wysuszenia się pod nią. Wobec tego, gdy tylko fala przemknęła przez pokład z głośnym hukiem uderzyłam o pokład, plując i charcząc. Natychmiast skoczyłam na równe nogi i pomaszerowałam do rufy. Wystawiłam przez nią głowę, by zaraz napotkać dumne spojrzenie starca.
-Nie myślę, że jest pan głupi-rzekłam dyplomatycznie-Ale usłyszałam kawałek pana wcześniejszej....yyy...-miałam zamiar powiedzieć rozmowy, ale to nie było chyba na miejscu skoro mówił sam do siebie-...wcześniejszego...monologu-wydukałam-i wywnioskowałam, że yyy nie za bardzo lubi pan swoją pracę.
-A co ci niby do tego?-żachnął się Aegaeon.
-Mi? Absolutnie nic-natychmiast sprostowałam-Po prostu byłam ciekawa, co myśli sobie taki...wspaniały bóg jak ty!-kadziłam mu, jednocześnie zerkając w tył, by sprawdzić, czy reszta załogi rozumiała mój plan. Zdołałam zobaczyć, że na pokładzie jest teraz cała ósemka moich przyjaciół stojąca w kręgu i najwyraźniej omawiająca plan działania. Dobrze, pomyślałam i natychmiast kontynuowałam.-Bo wiesz, znaczy się, wie pan, panie...-przez chwilę szukałam jego imienia w zakamarkach pamięci. Przecież mówił coś o tym, pomyślałam zirytowana, gdy nagle coś podobnego pojawiło mi się w umyśle-Panie Agladonie.
Starzec dotychczas wyjątkowo zadowolony z pochlebstw zrobił nagle groźną minę.
-Jak mnie nazwałaś bezczelna smarkulo?!-zdecydowanie miał wybuchowy charakter.
-A...a....Agladon?-zająknęłam się.
-Śmiesz nazywać mnie nazwą karmy dla szczurów?!
Nie miałam pojęcia czy istnieje podobna karma o takiej nazwie, a jeszcze bardziej dziwiło mnie, że ktoś w ogóle ją kupuje. Znając usposobienie tego boga,  nie kupiłabym nic jadalnego zaczynającego się na Aeg...
Musiałam szybko naprostować sytuację i gorączkowo próbując zmienić temat nagle wpadłam na jego właściwe imię.
-Aegaeon!-wykrzyknęłam a na widok jego wciąż złej miny dodałam-Pan Aegaeon. Znaczy się, pan jest panem Aegaeonem-gubiłam się.
Stary bóg pokiwał ponuro głową.
-A wiesz może czego jestem bogiem?
-A czy musimy wchodzić w takie tematy?-uśmiechnęłam się nieco wymuszenie.
-Zastanawia mnie skąd wzięła ci się tamta pomyłka-wytłumaczył bawiąc się miniaturowym wodnym statkiem który wyczarował na wodzie.-I stwierdzam, że twoja wiedza wymaga sprawdzenia.
-Ach...tak-westchnęłam i znów zerknęłam za siebie. Wszyscy już najwidoczniej wiedzieli co mają robić bo rozpierzchli się po różnych częściach statku. Z żałością stwierdziłam, że nie widzę nigdzie Anabeth. O bogowie...ona na pewno by wiedziała-Jesteś...to znaczy jest pan...bogiem...ten, tego...
-Czen czego?-gloniastobrody założył ręce na piersi.
-Ale ma pan fajne glony!-krzyknęłam z udawanym entuzjazmem starając się gorączkowo zmienić bieg tej rozmowy-Znaczy się brodę! Używa pan jakiejś specjalnej odżywki regeneracyjnej?
Najwyraźniej udało mi się zbić go z tropu bo zrobił napuszoną minę.
-Niczego. Absolutnie niczego. Sama tak rośnie-mówił gładząc gęstą brodę.-A czemusz to się młoda dama tak zainteresowała stanem mojego owłosienia, hę?
-Po prostu mnie zaintrygowała-odparłam szybko-Zawsze bardzo...yyy...chciałam mieć taką.
Usłyszałam czyjś stłumiony śmiech za plecami. Podejrzewałam, że moja rozmowa mogła brzmieć trochę...hmmm...dziwnie.
-Wiesz-ożywił się starzec-Zawsze mogę ci podobną wyczarować!
Na widok mojej miny ktoś z boku znów parsknął śmiechem.
-Nie, chyba jednak podziękuję!
-Czyżby coś było z nią nie tak?-zdenerwował się (już nawet nie liczę po raz który)-Kim ty jesteś mała wredna flondro by mnie obrażać?! Mnie i moją brodę?! A może wydaje ci się to zabawne?! Śmieszy cię to?!
Teraz starzec już wrzeszczał. Wiedziałam, że nie uda mi się doprowadzić do pojednania, więc zerknęłam szybko przez ramię. Leo stojący przy sterze kiwnął głową i pociągnął za dźwignie. Kilka silników ożyło. Za moment statek miał zacząć się wznosić. Nie można było jednak pozwolić, by ten bóg naruszył choćby jeden przewód, bo znajdziemy się w punkcie wyjścia i na pewno nie zdążymy go naprawić. (znowu) Wobec tego odwróciłam znów do boga sztormów (Anabeth potem uświadomiła mnie kim był), wiedząc, że reszta moich towarzyszy czyha ukryta w różnych miejscach statku, opatulona silną Mgłą wytwarzaną przez Hazel, klęczącą przy rufie, przez którą wszyscy byli niewidzialni, nawet dla boga.
-Pytasz się kim jestem by cię obrażać?-zwróciłam się do starca z pewnym siebie uśmiechem, choć w środku trzęsłam się ze strachu by czasem nie zdążył przypuścić kontrataku.-Jestem Mara, córka Posejdona, a to mój brat i moi przyjaciele-machnęłam rękami na dwa boki i natychmiast ukazali się w faktycznych miejscach w których stali. Jason i Percy kilka metrów ode mnie wyciągali ręce przed siebie, stojące na beczkach Anabeth i Piper ściskały w dłoniach srebrne łuki, na cięciwach których lśniły strzały o grotach ostrych jak brzytwa, Frank również mierzył ze swojego łuku, a Leo podszedł do rufy i stanął obok mnie wyciągając dłoń.-Przekaż swojemu panu, że żeby nas zabić, trzeba czegoś więcej niż wynędzniały starzec z brodą z wodorostów.-powiedziałam i machnęłam ręką. w chwili gdy statek sterowany przez Hazel wznosił się w powietrze łucznicy wypuścili strzały, które wściekły bóg odbił wodą. Jason przywołał błyskawicę, a Leo kulę ognia i zaczęli bombardować nimi starca za wszelką cenę próbującego zranić nas, lub uszkodzić nasz okręt. Ja i Percy walczyliśmy o kontrolę nad wodą z tym, o dziwo potężnym bogiem. Sztorm wzrósł wokół wznoszącego się upierdliwie wolno okrętu. Kadłub zatrzeszczał gdy fala rozbiła się o niego. Gdy Frankowi Anabeth i Piper skończyły się strzały wszyscy troje natychmiast pobiegli do maszynowni oraz do Hazel. Leo i Jason zmęczeni ciągłym wysiłkiem jakiego wymagały ataki na boga, ledwo zipali a ja i Percy w ponurej koncentracji usiłowaliśmy odepchnąć coraz większe fale. W końcu, gdy Leo i Jason z wyczerpania upadli na pokład, a okrętowi brakowało już malutko, by znaleźć się poza zasięgiem starca, dokonało się coś, czego nie spodziewał się absolutnie nikt.Najwyraźniej zarówno ja jak i mój brat chcieliśmy usilnie utrzymać koncentrację jeszcze przez kilka sekund, ale oboje nie daliśmy rady. W ostatnim odruchu złapałam brata za rękę i wtedy stało się coś niewyobrażalnego. Nagle cała moc którą kierowaliśmy przeciwko starcowi jakby zwiększyła siłę. Przebiliśmy jego zasłonę, jego własne fale zaatakowały go jak wściekłe psy, a morskie głębiny pochłonęły go w swoje czeluści. Wokół statku wzrósł olbrzymi wodny mur, odgradzający go od reszty świata, na krótką chwilę. Spomiędzy naszych ściśniętych dłoni błysnęło oślepiające złote światło, po czym oboje, jak jeden mąż straciliśmy przytomność w sposób którego jeszcze nie doświadczyliśmy. Wszystko zamiast stać się jednolicie czarne, powaliło nas oślepiającą bielą, połączoną z błękitem. Naraz nawiedziła nas jedna myśl
"Czy to na pewno, tylko omdlenie?"


                                


Moim skromnym zdaniem rozdział był taki sobie, aczkolwiek zamierzam napisać dużo lepszy. Ten pisałam po kawałkach więc wybaczcie jeżeli jest nieskładny. Mam jakiś cięższy okres chyba, ale zamierzam się ustatkować. W każdym razie, następny i ostatni przed moim wyjazdem od 1-12 sierpnia next będzie w sobotę, albo niedzielę. I zamierzam dać wam na co czekać :D
Do nna ;)
~Pass


piątek, 22 lipca 2016

Zgoda?

 Po powrocie na Argo III od razu poszłam do kajuty. Byłam brudna, głodna i zmęczona, ale i tak nie mogłam położyć się spać. Jason zaproponował żeby każdy udał się do swoich pokoi na góra piętnaście minut by choć trochę odsapnąć. Potem wszyscy musieliśmy zabrać się za naprawianie statku. Póki co trener Hedge stał na rufie, wciąż zbulwersowany naszą miesięczną nieobecnością. Gdy byłam sama ze sobą po raz pierwszy zaczęłam dokładnie analizować to co stało się ostatnio, siedziałam ze spuszczoną głową i zastanawiałam się nad kłótnią z Percy'm, która właściwie wynikła zupełnie z niczego, akurat wtedy gdy zaczęliśmy się świetnie dogadywać. Nie dałam sobie jednak dużo czasu i szybko wstałam, by pójść pod prysznic. Kiedy się ubierałam zerknęłam mimowolnie na ranę na łydce, która nadal bolała, ale nie chciałam używać ambrozji. Mieliśmy jej stanowczo za mało. Wiedząc, że nie zostało mi dużo czasu szybko wciągnęłam czarne szorty, pomarańczowy podkoszulek Obozu Herosów, a na nogi założyłam również czarne glany. Zmieniłam bandaże na łydce i posmarowałam przecięcia na rękach i nogach jakąś leczniczą maścią dla ludzi. Wychodząc z pokoju w biegu związałam mokre włosy w kucyka, przy użyciu kraciastej bandany. Lekko kuśtykając wpadłam jeszcze do mesy, w której siedział akurat Frank. Przysadzisty Azjata pałaszował naleśniki z malinowym (sądząc po wyglądzie) dżemem. Podeszłam do swojego miejsca przy stole pomyślałam na co mam w danej chwili ochotę, a na moim talerzu natychmiast pojawił się wielki, ciemnoczerwony owoc granatu. Jedliśmy z synem Aresa ( albo Marsa, w rzymskim wypadku) w milczeniu i pośpiechu. Kiedy oboje skończyliśmy Frank zapytał.
-Idziesz do maszynowni?
Kiwnęłam głową i zerknęłam na niego.
-Mamy dużo pracy jeśli chcemy zdążyć ze wszystkim.
-Jeśli mam być szczery, to bardzo wątpię, żebyśmy zdążyli-wyznał.
-To mnie pocieszyłeś-westchnęłam, a Frank się roześmiał.
-Nie chcę być pesymistą, ale mimo tego, że mamy Leona, Festusa, nas wszystkich...nie jestem pewien czy szansa na wygranie tej wojny jest jeszcze możliwa.
Popatrzyłam na niego poważnie i zapytałam cicho.
-Naprawdę, myślisz, że to co teraz robimy nie ma już sensu?
-Nie powiedziałem, że nie ma sensu-zaoponował, a jego przypięta do koszulki oznaka pretora zalśniła w słońcu, jakby się z nim zgadzała-Powiedziałem, że mimo, że nikt nie przyjmuje tego do wiadomości, to może już być za późno.
-Niby dlaczego?-mój głos zabrzmiał ostrzej niż zamierzałam, ale Frank nie zareagował na to, tylko zaczął tłumaczyć.
-No bo wiesz. Przepowiednia wygłoszona dawno temu-podrapał się po głowie z zakłopotaniem.-Wcale nie musiała oznaczać, że to...
-Że to ja jestem tym dzieckiem z przepowiedni?
-No wiesz, nie jest powiedziane kiedy przepowiednia ma być spełniona...
-Sugerujesz może, że pan Chaosu wcale nie powstaje?-zapytałam z niedowierzaniem-Że to co widziałam na misji z Willem i Mellisą to nie była prawda?-nie wierzyłam, że Frank może aż tak mi nie wierzyć.
-Nie Mara-powiedział twardo-Chodzi mi o to, że może przepowiednia powinna być spełniona dawno temu. Może kiedyś, w odleglejszej przeszłości był ktoś...inny kto mógł to zrobić. Jakaś inna dziewiątka...
-Boisz się-stwierdziłam-Nie wierzysz, że wszystko zależy od naszej grupy.
-Może i nie wierzę, ale nie wmawiaj mi, że się boję-starał się zabrzmieć groźnie ale nie wyszło mu to za bardzo. Nie zdążyłam jednak nic powiedzieć bo doszliśmy już do maszynowni, w której pracowali już Leo, Jason, Percy i Piper. Anabeth nadeszła z drugiej strony i weszła razem z nami. Nie rozmawiałam już z Frankiem. Atmosfera między nami była gęsta jak smoła, którą Leo uzupełniał jakieś wiadro. Podeszłam do niego i zapytałam co mam robić. Zerkając ukradkiem na moją nogę usadził mnie przy głównym panelu kontrolnym, wręczył mi duży zestaw śrubokrętów i kazał porozkręcać wszystkie zawory, dźwignie i inne takie. Pracowaliśmy przez chwilę w milczeniu, aż wreszcie to właśnie syn Hefajstosa przerwał milczenie.
-Zastanawialiście się, że skoro tu minął miesiąc-urwał na chwilę, by powstrzymać kapanie z górnej części zaworu na suficie.
-To co?-pospieszyła go Hazel majstrująca przy głównym silniku.
-To zasadniczo, przez cały miesiąc nie zmienialiśmy majtek.-powiedział.
Wszyscy na chwilę przerwali pracę, by na niego popatrzeć. Po dłuższej chwili milczenia na raz cała nasza grupa wybuchnęła śmiechem. Leo wydawał się tak poważny gdy to mówił, że było to aż komiczne. Dalej dyskutowaliśmy na luzie o szansach naszego powodzenia. Frank nie zabierał głosu, podobnie jak ja. Po naszej rozmowie odechciało nam się o tym mówić. Jak już skończyliśmy pracę na ten dzień poszliśmy do mesy by zjeść kolację. Głównie była ona dość milcząca poza ustalaniem wieczornych wacht. Dziś przypadła mi warta z Percym. Na szczęście albo i nie. Miałam zamiar porozmawiać z nim o tym, co stało się między nami podczas misji. Przed ustaloną wachtą poszłam do pokoju, by przebrać się w coś cieplejszego. Wyszłam po niecałych pięciu minutach ubrana w wygodne dresy. Spotkałam się z Percy'm tuż przed wejściem do maszynowni. 
-No więc ja będę patrolował przy przodzie, a ty na tyłach statku, dobrze?-zapytał poważnie, nie patrząc mi się w oczy.
-Percy-westchnęłam-Czy nie możemy normalnie...
-Co normalnie?-warknął-Idę na wachtę.
Odwrócił się na pięcie i odszedł na przód Argo III. Spuściłam ramiona i również odeszłam na swoje miejsce zastanawiając się co z tym zrobić. Przez całą noc nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem.


Nad ranem, gdy oczy zamykały mi się nawet kiedy stałam, postanowiłam to zakończyć. Nie odejdę dopóki nie wytłumaczę temu upartemu debilowi, o co mi chodziło. Czy się pogodzimy, czy dalej nie będziemy się do siebie odzywać, nie będzie zależeć ode mnie, choć nie ukrywam, że wolałabym tę pierwszą opcję. W każdym razie, poszłam żwawym (jak na cało nocną wartę) tempem na górną część statku i podeszłam do stojącego tyłem Percy'ego. Założyłam ręce na piersi i wlepiłam oczy w tył jego głowy.
-Zamierzasz nawet niczego nie wyjaśniając spokojnie przestać się do mnie odzywać?
-Tak, właśnie to zamierzam-odparł nie odwracając się.
-Percy musimy o tym porozmawiać. Chciałabym to wyjaśnić.
-Ale ja nie. Mogłabyś z łaski swojej iść pilnować żeby nikt nie zaatakował twojej części statku?
Przewróciłam oczami i podeszłam do niego. Stanęłam dokładnie obok i oparłam się rękami o rufę statku nie odwracając głowy w kierunku brata.
-Będziemy się dalej zachowywać jak przedszkolaki, czy wreszcie porozmawiamy?
-Nie rozumiesz prostego przekazu?-zirytował się po czym powtórzył wolno, wyraźnie i z niemiłosiernym sarkazmem-Idź stąd.
-Nie dopóki nie dasz mi tego wyjaśnić.
-Doskonale zrozumiałem za pierwszym razem wyobraź sobie-warknął i odszedł kilka kroków. Dogoniłam go i tym razem stanęłam centralnie przed nim
-Stanie ci się coś jak posłuchasz mnie pięć minut?!
-Boję się, że spojrzysz mi w oczy i zamienię się w kamień-odszedł w innym kierunku.
-Daruj sobie te porównania do Meduzy.-syknęłam i złapałam go za rękę nim zdążył odejść. Odwrócił się y coś powiedzieć, ale wpadłam mu w słowo-Mogę coś powiedzieć? Proszę.
Zamarł z otwartymi ustami ale po chwili natychmiast je zamknął. Dał rękami znak żebym mówiła.
-Dziękuję-westchnęłam i wolno wypuściłam powietrze z płuc.-Kiedy powiedziałam, że przypominasz mi o tamtych chwilach, nie miałam na myśli, że żałuję, że się znowu spotkaliśmy.-zaczęłam tłumaczyć uważnie lustrując wzrokiem wszelkie zmiany w jego mimice twarzy i próbując odgadnąć co sobie w danej chwili myśli- Cieszę się, że znowu poznałam brata i, że nawet się do tej pory dogadywaliśmy.
-Na przykład jak cisnęłaś we mnie tornadem?-posłał mi wymuszony uśmiech.
Puściłam tą uwagę mimo uszu i mówiłam dalej.
-Na prawdę cieszyłam się...cieszę się ,że się spotkaliśmy, ale mimo woli na twój widok przypominam sobie o tamtych scenach.
-Ciekawe dlaczego akurat na mój...
-Percy. Byłeś tam, nie można powiedzieć, że brałeś w tym udział, ale byłeś. I dlatego mi o tym przypominasz. Posejdon też mi przypomina. Matka, zapewne też...
-Zapewne?-zadał to pytanie bez żadnego wyraźnego sarkazmu, przez co stwierdzić mogłam, że zdołał się choć trochę uspokoić.
-Z tobą i tatą chcę się widywać-tłumaczyłam-Owszem przypominacie mi to-przełknęłam ślinę. Rozmowa na takie tematy nie szła mi nigdy najlepiej-Ale mimo to lubię was...kocham...jesteście moją rodziną i bardzo chcę mieć z wami kontakt. Ale z matką...Z nią nie chce mieć do czynienia. Percy nie widziałam jej odkąd ostatni raz byłam w domu. To będzie osiem lat. Nie widziałam matki od co najmniej ośmiu lat-mówiąc to sama uświadomiłam sobie jak długi okres czasu to jest.-Nie chciałam, nie chcę i nigdy nie będę chcieć jej widzieć. Zrujnowała mi do cholery dzieciństwo-z każdą chwilą mówienie sprawiało mi coraz mniejszą trudność i gadałam jak najęta coraz szybciej, o wszystkim.-Myślisz, że na Olimpie miałam luz? Nie wiesz nawet jak ja chciałam wrócić na ziemię.
-A chciałaś?-zapytał z niedowierzaniem.
-W te najgorsze dni chciałam uciec, zabić się, cokolwiek-wyznałam.-Nie były to wakacje tak jak zapewne myślicie. Cały czas. Dzień w dzień ćwiczenia, nauka jeszcze raz ćwiczenia i jeszcze raz nauka. Bez dwóch miesięcy wolnego, bez dwóch dni w tygodniu wolnych. Bez wolnych popołudni, wieczorów i poranków. Cały czas ćwiczenia.
-To dlatego uciekłaś.
-Po części-szepnęłam. Akurat tematu rany ojca wolałam nie omawiać.-Ale chciałam, żebyś na prawdę wiedział, że cieszę się, że znowu się spotkaliście. Mimo wszystko.
-Ja też się cieszę-uśmiechnął się lekko- Przepraszam, że prawie wygadałem o ty twoim strachu.
Oddałam uśmiech i podeszłam. Przytuliłam brata, czując, że wreszcie, może wszystko między nami się ułoży.
-Kocham cię siostrzyczko-wyszeptał w moje włosy-Mimo wszystko.


                  


No znowu opóźnienie.
Ja już się nawet powiem szczerze nie tłumaczę.
Mimo wszystko, mam nadzieję, że next się podobał, chociaż był raczej spokojny. Skorzystałam z bardzo dobrej sugestii Toudi'ego ;) i dwa ostatnie nexty były raczej spokojniejsze. W następnym akcja powoli zacznie się rozkręcać i jeśli pozwolicie :D to będzie ona trochę przesunięta w czasie xD. Jak tam remont Nieznajoma?
Do nna
~Pass

wtorek, 19 lipca 2016

Serio...miesiąc?

 Na szczęście w drodze powrotnej nie napotkaliśmy żadnych przeciwności losu, nie licząc tego, że nie za bardzo dałam radę sama wznieść się w powietrze, nie mówiąc już o wniesieniu na szczyt urwiska przyjaciół. Wobec tego Jason zaniósł tam mnie i Percy'ego z prostego względu-nadal byliśmy ranni. Piper starała się jak mogła, korzystając z wyuczonych w Obozie ZPRH (zasad pomocy rannym herosom), ale w takich warunkach jakie mieliśmy nie zdołała zrobić czegoś więcej niż zmienić nam opatrunki, korzystając z bandaży, które o dziwo nosiła wymięte w wewnętrznej kieszeni dżinsowej kamizelki. Mimo to, nikt z nas (niech Zeus potępi naszą głupotę) nie wziął ze sobą wystarczającej porcji ambrozji, by choćby uśmierzyła ból. Jason po wyniesieniu nas na górę, zleciał z powrotem w dół by asekurować wychodzących po ścianie urwiska w bardziej tradycyjny sposób. Czekając na pozostałych siedzieliśmy dyndając nogami na krawędzi przepaści.
-To było...-zaczął Percy
-Mocne-dokończyłam.-Dalej mam takie dziwne uczucie. Takie swoiste...co by było gdyby?
-Gdyby co?
-Gdyby w tej właściwej wojnie, przeciwko mnie wystartował cały legion takich Mellis..
Percy wzruszył ramionami.
-Nie wykluczone, że właśnie to nasz wróg planuje zrobić. Musimy być nieugięci.
-Mówi ten, który nie potrafił zabić stwora udającego jego matkę-burknęłam.
-Naszą matkę-poprawił mnie.
Popatrzyłam na niego. Czy on na prawdę dalej wierzy, że to NASZA matka? No błagam...która matka do jasnej cholery tak bardzo nienawidzi swojego dziecka, że zostawia je samo pod blokiem, że wyrzuca je z domu przy pierwszej lepszej okazji zostawiając w ramionach ojca którego widziało pierwszy raz w życiu? Która matka jest tak nieugiętą żmiją jak Sally Jackson?
-Percy, między nami jest już mniej więcej okej, ale chcę żebyś wiedział-odetchnęłam głęboko-Że nigdy nie będę traktowała ją jak matkę. Nie po tym co zrobiła....
-Nigdy właściwie dokładnie nie wyjaśniłaś co zrobiła.-mruknął mierząc mnie oskarżycielskim spojrzeniem.
-Nie pomyślałeś, że to nie jest dla mnie takie proste?-powstrzymałam się od krzyku-Może z całych sił staram się zapomnieć, a ty cały czas chcesz mi to przypominać?
-Sugerujesz, że swoją osobą przypominam ci o tamtych wydarzeniach?-zapytał z niedowierzaniem.
To zamknęło mi usta. Spuściłam głowę ,nie wiedząc co odpowiedzieć. No bo co miałam zrobić? To mój brat, kocham go, ale...na bogów właśnie to czuję gdy go widzę. Cieszę się, że odzyskaliśmy kontakt, cieszę się, że się dogadujemy, ale co mam poradzić na to, że gdy go widzę, gdy z nim rozmawiam, gdzieś w zakamarkach umysłu cały czas pojawia się ten piekielny obraz gdy matka wyrzucała mnie z domu, gdy ojciec na siłę wyciągał mnie z mieszkania Jacksonów, jak zapierałam się rękami i nogami o framugi drzwi....i to jedno...najgorsze....jej mina kiedy wróciłam pierwszy raz po tym jak mnie zostawiła. Ta bezsilna złość, żal i pogarda jakie skierowała w moim kierunku wciąż mnie prześladowały. A właśnie wtedy gdy spotkałam się z Percy'm....to wszystko...wróciło.
-Rozumiem-parsknął mój brat po długiej chwili milczenia-Jedyne o czym myślisz jak mnie widzisz to tamte sceny? Na prawdę, znaczę dla ciebie tyle co jakieś stare denne wspomnienia?
-Percy, to nie tak-westchnęłam posyłając mu udręczone spojrzenie.
-Mylisz się Mara-odparł najwidoczniej do głębi urażony-Właśnie tak. 
Chciałam coś dodać, przeprosić, załagodzić sytuację, ale właśnie w tej chwili na krawędzi pojawiła się Anabeth. Widząc nas zmarszczyła brwi.
-Coś nie tak?
Szybko zaprzeczyłam i pomogłam jej wejść do końca. Wciąż lustrowała wzrokiem mnie i swojego chłopaka, ale zanim zdążyła ujawnić swoją, najpewniej słuszną, teorię spiskową na krawędzi urwiska pojawiła się reszta załogi, więc musiała odłożyć to do chwili aż wrócimy. Ostatni na twardym gruncie stanął Jason. Lekko zachwiał się na nogach, co było całkowicie zrozumiałe po tak długim czasie podczas którego wykorzystywał swoje moce. Ja zapewne padłabym po czasie o ponad połowę krótszym. Chciałam zamienić z Percy'm jeszcze kilka słów, ale uciekł w opowieści o tym co działo się gdy nas nie było. Frank oznajmił, że według nich minęło kilka godzin, ale Hybris orzekła, że w jaskini czas mija szybciej. Nie zrozumieliśmy co to może znaczyć, ale nie zawracaliśmy sobie tym głowy. Podczas powrotu cieszyliśmy się, że bogini bójek nie zajęła nam miesiąca, według przypuszczeń Willa, ale zaledwie kilka godzin. W końcu Percy zakańczając swoją opowieść dodał patrząc na mnie z perfidnym uśmiechem.
-Nawet zdołałem się dowiedzieć, czego boi się nasza-nakreślił cudzysłów w powietrzu-liderka.
Zamarłam, podobnie jak inni przyjaciele. Nie powie tego-uspokajałam się-Obiecał, że tego nie powie, ani nie będzie się śmiał. Obiecał. Jednak to co stało się chwilę później nieodwracalnie zniszczyło moje poczucie, że przez tą wyprawę nasze stosunki uległy zmianie na lepsze.
-Zgadnijcie, czego boi się taka nieustraszona wojowniczka?-drwił sobie.
-Percy nie powiesz tego-powiedziałam cicho drżącym głosem.
Byli tu moi przyjaciele. Jedyni, jakich miałam od bardzo, bardzo dawna, ale i tak nie chciałam, żeby byli świadomi, że w gardle ściska mnie od czegoś tak błahego. Niby jak będę wyglądać w ich oczach?! Jak kompletne zero.
-Za to ty mogłaś powiedzieć, że przypominam ci o tych najgorszych wspomnieniach związanych z matką?
Jego mina wskazywała na to, że dalej go to boli. W sumie ja też żałowałam, że nie mogłam zaprzeczyć wtedy gdy mnie o to spytał. Teraz jednak mogłam.
-Nic takiego nie powiedziałam-miałam napięty głos, ale to co powiedziałam zgadzało się z prawdą.
-Ale nie zaprzeczyłaś, kiedy cię o to spytałem-odparł zaciskając szczęki.
Cała reszta naszej grupy przyglądała się nam w napięciu, jak gdyby czekając które z nas wybuchnie pierwsze. Byli już świadkami naszych kłótni, więc wiedzieli mniej więcej do czego jesteśmy zdolni i mówiąc szczerze nie dziwiłam się ich zaniepokojeniu.
-Percy-próbowałam jeszcze raz się wytłumaczyć, w głębi duszy zastanawiając się czy powie czego się boję.-Ja na prawdę nie chciałam cię urazić..
-Gratulacje, udało ci się-warknął.
Mimo wszystko nie dałam się zbić z tropu i  kontynuowałam.
-Nie chodzi o to, że nie chcę z tobą rozmawiać ani cię widzieć, bo mi o wszystkim przypominasz. Po prostu tak jest i nie mam na to wpływu.
-Dzięki. Powinnaś zostać pocieszycielką.-syknął.
-Czy ty możesz przestać sobie ze mnie żartować?-nie wytrzymałam-Możesz wreszcie zachować się jak prawdziwy brat i zamknąć dziub w sprawie w której nie powinieneś się wypowiadać?!
-Nie mogę. Widocznie boisz się tego, że komukolwiek powiem czego się boisz, jeszcze bardziej niż tego.
Wywróciłam oczami i wbiłam w niego twarde spojrzenie.
-A co ty do jasnej cholery możesz o tym wiedzieć?! Siedzisz mi w głowie?!
-Nie ale znam cię wystarczająco długo.
-Zbyt krótko by wiedzieć takie rzeczy.
Naszą kłótnię przerwał czyjś krzyk. Zamilkliśmy i spojrzeliśmy w tamtą stronę. Nikt z nas nie patrzył nawet czy dobrze idziemy, bo byliśmy zbyt zaabsorbowani kłótnią, ale jakimś cudem, może dzięki zwierzchności bogów staliśmy teraz kilkadziesiąt metrów od naszego zacumowanego u brzegu statku. Tym, który krzyczał okazał się trener Hedge. Biegł w naszą stronę z szybkością o którą nie podejrzewałabym jego krótkich kozik nóżek.
-Wy skończeni kretyni!-wrzeszczał-Ja tu zachodzę w głowę, a ci spokojnie idą! Ja już was dorwę!
Nawet nie zdążyliśmy ruszyć się z miejsca w jego kierunku, kiedy on dobiegł do nas. Nawet nie zdyszany stanął przed nami wbijając w naszą grupę gniewne spojrzenie.
-Od kiedy taki okres czasu zajmuje pójście po materiały?-warknął.
-Ale trenerze-zaczął Jason.
-Nie treneruj mi tutaj! Mówcie gdzie byliście pomioty Tartaru!-widocznie był już wystarczająco wyprowadzony z równowagi by słuchać czyichkolwiek racjonalnych wyjaśnień. Mimo to Hazel podjęła próbę.
-Nie było nas zaledwie kilka godzin..
-Kilka godzin?!-wrzasnął trener-Wobec tego mamy jakieś inne pojęcie czasu!
-Ale kiedy to prawda-poparł ją Leo.
-O nie Valdez, nie dam się oszukać-najwidoczniej satyr dopiero się rozkręcał, podczas gdy my staliśmy zdębieni, nie wiedząc o co chodzi.-Ja się zamartwiałem przez cały ten cholerny okres czasu, szukałem możliwości skontaktowania się z którymś z obozów, żeby powiadomić o waszej śmierci, a wy co, wracacie jakby nigdy nic?!
-O jakiej śmierci?!-wykrzyknął Frank.
-A co miałem pomyśleć o waszej miesięcznej nieobecności?!-ryknął.
-Miesięcznej?-spytała zdezorientowana Anabeth.
-Oj, córko Ateny-pokręcił głową-A ja ci pisałem świetlaną przyszłość. Nie jasno się wyrażam?!
-Zupełnie nie-wtrąciła się Piper-Według nas minęło niecałe sześć godzin.
-Chyba razy pięć!-parsknął trener,
-Ej czekajcie-Jason machnął rękami w geście time out.
Wszyscy zamilkliśmy nie wiedząc co myśleć o tej dziwnej sytuacji. Najwyraźniej nawet trener Hedge postanowił posłuchać co syn Zeusa ma do powiedzenia, bo skończył wściekłą tyrradę, teraz patrząc na nas wściekle.
-Może Will wiedział o czymś o czym my nie wiedzieliśmy kiedy mówił, że stracimy miesiąc-zastanowił się Jason.
-Niby o czym?-spytał Leo.
-Hybris, przecież też mówiła coś takiego, prawda? Że czas w tej jaskini biegnie szybciej...-nagle oczy mu się rozszerzyły-Wiem! To są dwa inne wymiary czasowe. W jaskini jedna sekunda odpowiada kilku godzinom w realu. Czyli my spędziliśmy w jaskini kilka godzin, a na powierzchni minął...
-Miesiąc-dokończyła Anabeth.
-Właśnie.
-No to mamy problem-Percy odezwał się po raz pierwszy od zakończenia naszej kłótni.
-Czyli zostało nam....zaledwie kilka miesięcy-jęknęłam.
-Kilka miesięcy-powtórzył Frank-Kilka miesięcy, na znalezienie miecza, zabranie tej czarnej figurki, ogarnięcie płaszcza, zbroi i ocalenie świata.
-Nie mogło być lepiej-westchnęła Hazel.


         

No więc, tym razem byłam słowna.
Może w sumie dam radę jeszcze coś dzisiaj napisać....Jeżeli nie postaram się, żeby next był pojutrze. W każdym razie mam nadzieję,  że rozdział nie był nudny. 
Do nna ;*
~Pass