wtorek, 19 lipca 2016

Serio...miesiąc?

 Na szczęście w drodze powrotnej nie napotkaliśmy żadnych przeciwności losu, nie licząc tego, że nie za bardzo dałam radę sama wznieść się w powietrze, nie mówiąc już o wniesieniu na szczyt urwiska przyjaciół. Wobec tego Jason zaniósł tam mnie i Percy'ego z prostego względu-nadal byliśmy ranni. Piper starała się jak mogła, korzystając z wyuczonych w Obozie ZPRH (zasad pomocy rannym herosom), ale w takich warunkach jakie mieliśmy nie zdołała zrobić czegoś więcej niż zmienić nam opatrunki, korzystając z bandaży, które o dziwo nosiła wymięte w wewnętrznej kieszeni dżinsowej kamizelki. Mimo to, nikt z nas (niech Zeus potępi naszą głupotę) nie wziął ze sobą wystarczającej porcji ambrozji, by choćby uśmierzyła ból. Jason po wyniesieniu nas na górę, zleciał z powrotem w dół by asekurować wychodzących po ścianie urwiska w bardziej tradycyjny sposób. Czekając na pozostałych siedzieliśmy dyndając nogami na krawędzi przepaści.
-To było...-zaczął Percy
-Mocne-dokończyłam.-Dalej mam takie dziwne uczucie. Takie swoiste...co by było gdyby?
-Gdyby co?
-Gdyby w tej właściwej wojnie, przeciwko mnie wystartował cały legion takich Mellis..
Percy wzruszył ramionami.
-Nie wykluczone, że właśnie to nasz wróg planuje zrobić. Musimy być nieugięci.
-Mówi ten, który nie potrafił zabić stwora udającego jego matkę-burknęłam.
-Naszą matkę-poprawił mnie.
Popatrzyłam na niego. Czy on na prawdę dalej wierzy, że to NASZA matka? No błagam...która matka do jasnej cholery tak bardzo nienawidzi swojego dziecka, że zostawia je samo pod blokiem, że wyrzuca je z domu przy pierwszej lepszej okazji zostawiając w ramionach ojca którego widziało pierwszy raz w życiu? Która matka jest tak nieugiętą żmiją jak Sally Jackson?
-Percy, między nami jest już mniej więcej okej, ale chcę żebyś wiedział-odetchnęłam głęboko-Że nigdy nie będę traktowała ją jak matkę. Nie po tym co zrobiła....
-Nigdy właściwie dokładnie nie wyjaśniłaś co zrobiła.-mruknął mierząc mnie oskarżycielskim spojrzeniem.
-Nie pomyślałeś, że to nie jest dla mnie takie proste?-powstrzymałam się od krzyku-Może z całych sił staram się zapomnieć, a ty cały czas chcesz mi to przypominać?
-Sugerujesz, że swoją osobą przypominam ci o tamtych wydarzeniach?-zapytał z niedowierzaniem.
To zamknęło mi usta. Spuściłam głowę ,nie wiedząc co odpowiedzieć. No bo co miałam zrobić? To mój brat, kocham go, ale...na bogów właśnie to czuję gdy go widzę. Cieszę się, że odzyskaliśmy kontakt, cieszę się, że się dogadujemy, ale co mam poradzić na to, że gdy go widzę, gdy z nim rozmawiam, gdzieś w zakamarkach umysłu cały czas pojawia się ten piekielny obraz gdy matka wyrzucała mnie z domu, gdy ojciec na siłę wyciągał mnie z mieszkania Jacksonów, jak zapierałam się rękami i nogami o framugi drzwi....i to jedno...najgorsze....jej mina kiedy wróciłam pierwszy raz po tym jak mnie zostawiła. Ta bezsilna złość, żal i pogarda jakie skierowała w moim kierunku wciąż mnie prześladowały. A właśnie wtedy gdy spotkałam się z Percy'm....to wszystko...wróciło.
-Rozumiem-parsknął mój brat po długiej chwili milczenia-Jedyne o czym myślisz jak mnie widzisz to tamte sceny? Na prawdę, znaczę dla ciebie tyle co jakieś stare denne wspomnienia?
-Percy, to nie tak-westchnęłam posyłając mu udręczone spojrzenie.
-Mylisz się Mara-odparł najwidoczniej do głębi urażony-Właśnie tak. 
Chciałam coś dodać, przeprosić, załagodzić sytuację, ale właśnie w tej chwili na krawędzi pojawiła się Anabeth. Widząc nas zmarszczyła brwi.
-Coś nie tak?
Szybko zaprzeczyłam i pomogłam jej wejść do końca. Wciąż lustrowała wzrokiem mnie i swojego chłopaka, ale zanim zdążyła ujawnić swoją, najpewniej słuszną, teorię spiskową na krawędzi urwiska pojawiła się reszta załogi, więc musiała odłożyć to do chwili aż wrócimy. Ostatni na twardym gruncie stanął Jason. Lekko zachwiał się na nogach, co było całkowicie zrozumiałe po tak długim czasie podczas którego wykorzystywał swoje moce. Ja zapewne padłabym po czasie o ponad połowę krótszym. Chciałam zamienić z Percy'm jeszcze kilka słów, ale uciekł w opowieści o tym co działo się gdy nas nie było. Frank oznajmił, że według nich minęło kilka godzin, ale Hybris orzekła, że w jaskini czas mija szybciej. Nie zrozumieliśmy co to może znaczyć, ale nie zawracaliśmy sobie tym głowy. Podczas powrotu cieszyliśmy się, że bogini bójek nie zajęła nam miesiąca, według przypuszczeń Willa, ale zaledwie kilka godzin. W końcu Percy zakańczając swoją opowieść dodał patrząc na mnie z perfidnym uśmiechem.
-Nawet zdołałem się dowiedzieć, czego boi się nasza-nakreślił cudzysłów w powietrzu-liderka.
Zamarłam, podobnie jak inni przyjaciele. Nie powie tego-uspokajałam się-Obiecał, że tego nie powie, ani nie będzie się śmiał. Obiecał. Jednak to co stało się chwilę później nieodwracalnie zniszczyło moje poczucie, że przez tą wyprawę nasze stosunki uległy zmianie na lepsze.
-Zgadnijcie, czego boi się taka nieustraszona wojowniczka?-drwił sobie.
-Percy nie powiesz tego-powiedziałam cicho drżącym głosem.
Byli tu moi przyjaciele. Jedyni, jakich miałam od bardzo, bardzo dawna, ale i tak nie chciałam, żeby byli świadomi, że w gardle ściska mnie od czegoś tak błahego. Niby jak będę wyglądać w ich oczach?! Jak kompletne zero.
-Za to ty mogłaś powiedzieć, że przypominam ci o tych najgorszych wspomnieniach związanych z matką?
Jego mina wskazywała na to, że dalej go to boli. W sumie ja też żałowałam, że nie mogłam zaprzeczyć wtedy gdy mnie o to spytał. Teraz jednak mogłam.
-Nic takiego nie powiedziałam-miałam napięty głos, ale to co powiedziałam zgadzało się z prawdą.
-Ale nie zaprzeczyłaś, kiedy cię o to spytałem-odparł zaciskając szczęki.
Cała reszta naszej grupy przyglądała się nam w napięciu, jak gdyby czekając które z nas wybuchnie pierwsze. Byli już świadkami naszych kłótni, więc wiedzieli mniej więcej do czego jesteśmy zdolni i mówiąc szczerze nie dziwiłam się ich zaniepokojeniu.
-Percy-próbowałam jeszcze raz się wytłumaczyć, w głębi duszy zastanawiając się czy powie czego się boję.-Ja na prawdę nie chciałam cię urazić..
-Gratulacje, udało ci się-warknął.
Mimo wszystko nie dałam się zbić z tropu i  kontynuowałam.
-Nie chodzi o to, że nie chcę z tobą rozmawiać ani cię widzieć, bo mi o wszystkim przypominasz. Po prostu tak jest i nie mam na to wpływu.
-Dzięki. Powinnaś zostać pocieszycielką.-syknął.
-Czy ty możesz przestać sobie ze mnie żartować?-nie wytrzymałam-Możesz wreszcie zachować się jak prawdziwy brat i zamknąć dziub w sprawie w której nie powinieneś się wypowiadać?!
-Nie mogę. Widocznie boisz się tego, że komukolwiek powiem czego się boisz, jeszcze bardziej niż tego.
Wywróciłam oczami i wbiłam w niego twarde spojrzenie.
-A co ty do jasnej cholery możesz o tym wiedzieć?! Siedzisz mi w głowie?!
-Nie ale znam cię wystarczająco długo.
-Zbyt krótko by wiedzieć takie rzeczy.
Naszą kłótnię przerwał czyjś krzyk. Zamilkliśmy i spojrzeliśmy w tamtą stronę. Nikt z nas nie patrzył nawet czy dobrze idziemy, bo byliśmy zbyt zaabsorbowani kłótnią, ale jakimś cudem, może dzięki zwierzchności bogów staliśmy teraz kilkadziesiąt metrów od naszego zacumowanego u brzegu statku. Tym, który krzyczał okazał się trener Hedge. Biegł w naszą stronę z szybkością o którą nie podejrzewałabym jego krótkich kozik nóżek.
-Wy skończeni kretyni!-wrzeszczał-Ja tu zachodzę w głowę, a ci spokojnie idą! Ja już was dorwę!
Nawet nie zdążyliśmy ruszyć się z miejsca w jego kierunku, kiedy on dobiegł do nas. Nawet nie zdyszany stanął przed nami wbijając w naszą grupę gniewne spojrzenie.
-Od kiedy taki okres czasu zajmuje pójście po materiały?-warknął.
-Ale trenerze-zaczął Jason.
-Nie treneruj mi tutaj! Mówcie gdzie byliście pomioty Tartaru!-widocznie był już wystarczająco wyprowadzony z równowagi by słuchać czyichkolwiek racjonalnych wyjaśnień. Mimo to Hazel podjęła próbę.
-Nie było nas zaledwie kilka godzin..
-Kilka godzin?!-wrzasnął trener-Wobec tego mamy jakieś inne pojęcie czasu!
-Ale kiedy to prawda-poparł ją Leo.
-O nie Valdez, nie dam się oszukać-najwidoczniej satyr dopiero się rozkręcał, podczas gdy my staliśmy zdębieni, nie wiedząc o co chodzi.-Ja się zamartwiałem przez cały ten cholerny okres czasu, szukałem możliwości skontaktowania się z którymś z obozów, żeby powiadomić o waszej śmierci, a wy co, wracacie jakby nigdy nic?!
-O jakiej śmierci?!-wykrzyknął Frank.
-A co miałem pomyśleć o waszej miesięcznej nieobecności?!-ryknął.
-Miesięcznej?-spytała zdezorientowana Anabeth.
-Oj, córko Ateny-pokręcił głową-A ja ci pisałem świetlaną przyszłość. Nie jasno się wyrażam?!
-Zupełnie nie-wtrąciła się Piper-Według nas minęło niecałe sześć godzin.
-Chyba razy pięć!-parsknął trener,
-Ej czekajcie-Jason machnął rękami w geście time out.
Wszyscy zamilkliśmy nie wiedząc co myśleć o tej dziwnej sytuacji. Najwyraźniej nawet trener Hedge postanowił posłuchać co syn Zeusa ma do powiedzenia, bo skończył wściekłą tyrradę, teraz patrząc na nas wściekle.
-Może Will wiedział o czymś o czym my nie wiedzieliśmy kiedy mówił, że stracimy miesiąc-zastanowił się Jason.
-Niby o czym?-spytał Leo.
-Hybris, przecież też mówiła coś takiego, prawda? Że czas w tej jaskini biegnie szybciej...-nagle oczy mu się rozszerzyły-Wiem! To są dwa inne wymiary czasowe. W jaskini jedna sekunda odpowiada kilku godzinom w realu. Czyli my spędziliśmy w jaskini kilka godzin, a na powierzchni minął...
-Miesiąc-dokończyła Anabeth.
-Właśnie.
-No to mamy problem-Percy odezwał się po raz pierwszy od zakończenia naszej kłótni.
-Czyli zostało nam....zaledwie kilka miesięcy-jęknęłam.
-Kilka miesięcy-powtórzył Frank-Kilka miesięcy, na znalezienie miecza, zabranie tej czarnej figurki, ogarnięcie płaszcza, zbroi i ocalenie świata.
-Nie mogło być lepiej-westchnęła Hazel.


         

No więc, tym razem byłam słowna.
Może w sumie dam radę jeszcze coś dzisiaj napisać....Jeżeli nie postaram się, żeby next był pojutrze. W każdym razie mam nadzieję,  że rozdział nie był nudny. 
Do nna ;*
~Pass

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz