niedziela, 17 lipca 2016

Jak zabić

 Nie lecieliśmy długo. Po chwili chwyciłam Perciego za rękę i opanowałam nasz lot do łagodnego opadania. Osiedliśmy na dnie bez większych problemów. Jak się okazało wylądowaliśmy w niedużej jaskini, od której odbijał jeden boczny korytarz. Jaskinia była częściowo oświetlona, podobnie jak tunel, wobec czego nie czułam większego lęku. Puściłam rękę brata i poszliśmy w kierunku korytarza. Chcąc upewnić się, że nie jest to podpucha, która może zaraz zmiażdżyć nas oboje, wyciągnęłam rękę i dotknęłam ścian. Były z ciemnego, twardego kamienia, na moje oko, wydawały się solidne. Tunel był wąski....bardzo wąski...Kolejne pochodnie mijały moje włosy o centymetry. Szłam wyprostowana, ale nie miałam za dużej swobody ruchów, ze względu na ściany, które pozwoliły mi na ruszanie się na boki, o jakiś centymetr. I tak Percy miał gorzej. Był ode mnie szerszy w barkach, więc lekko się obrócił i szedł bokiem. Nie wiedząc czego możemy się spodziewać nie odzywaliśmy się. Poruszaliśmy się szybko i cicho mimo ran. Percy szedł zgarbiony z ręką na brzuchu, a ja utykałam na lewą nogę i starałam się w miarę możliwości nie ruszać prawym ramieniem. Mimo wszystko staraliśmy się jak najszybciej przeć do przodu. Największą motywacją byli dla nas uwięzieni przyjaciele. Modliłam się do bogów, by nie zaczęli się znów kłócić. Im więcej czasu spędzali przy królowej bójek i sarkazmu tym bardziej rywalizacja mogłaby rzucić im się na mózg. Po chwili moja zraniona noga napotkała przeszkodę. Potknęłam się i z cichym jękiem poleciałam do przodu. Gdyby Percy mnie nie przytrzymał zapoznałabym się bliżej ze schodami. Od razu uprzedzam wszelkie pytania. Nie, nie jestem aż tak ślepa by nie zauważyć schodów. Jak się okazało maskowało je dość potężne zaklęcie niewidzialności. Patrząc na nie miało się złudzenie, że przed tobą ciągnie się dalszy korytarz. Ostrożnie zaczęłam wspinać się po niewidzialnych stopniach. Nie pomagało mi w tym to, że miały różną wielkość i wysokość. Parę razy i ja i Percy potknęliśmy się klnąc cicho. Po około 50-ciu stopniach ujrzałam przed sobą słabo oświetloną jaskinię. Nie widzieliśmy za dużo, przez wszechobecne filary podtrzymujące sufit. Ze względu na to, że nie jesteśmy tacy głupi na jakich wyglądamy od razu schroniliśmy się za najbliższym filarem, nie wiedząc co może czyhać za pozostałymi. Percy sięgnął po Orkan do kieszeni, ale ja złapałam go za nadgarstek kręcąc głową. Miecze mogłyby okazać się zbyt widoczne, ale na szczęście miałam przy sobie coś co mogło być w tej sytuacji odpowiednie. Podciągnęłam koszulkę, ukazując elastyczny, przylegający do skóry pas z kieszeniami. Sięgnęłam zdrową ręką do kieszeni na środku i pogrzebałam w niej chwilę, zanurzając rękę aż po łokieć. Percy patrzył na mnie zszokowany. Wzruszyłam ramionami i starałam się przesłać mu spojrzenie oznaczające, że później wytłumaczę. Chyba zrozumiał bo kiwnął głową. Pas z kieszeniami był prezentem od Hefajstosa na 9 urodziny. Kieszenie były schowkami pozaprzestrzennymi i mieściły więcej niż mogłoby się wydawać. Wyjęłam z nich dwa czarne sztylety wykonane ze stygijskiego żelaza. Kiedyś pomagałam Hadesowi ukryć to, że zgubił swój hełm mroku i za to otrzymałam od niego te bronie. Jeden ze sztyletów podałam Perciemu i naciągnęłam koszulkę. Mój brat zaryzykował wychylenie zza filaru głowy. Gdy tylko to zrobił rozległ się znajomy głos, który sprawił, że na moje plecy wstąpiły ciarki.
-Witam, witam. Kogo my tu mamy. Wychodź synalku-warknęła Sally Jackson-Wiem, że przyprowadziłeś tą pokrakę.
Zagryzłam zęby. Faktycznie. Hybris miała rację. Ta misja mogła być dla niej całkiem zabawna. Może dlatego, że dla mnie absolutnie nie była. Spotkanie z matką, to coś, co mogło sprawić, że i ja i mój brat się złamiemy i poróżnimy, o co jej chodziło. Każde z nas miało inne wspomnienia związane z matką. W jego przypadku były dobre. W moim wręcz przeciwnie. Mimo to ani ja ani Percy nie chcieliśmy się ruszyć zza filara. Syn Posejdona schował głowę z powrotem i spojrzał na mnie zszokowany. Widocznie bardzo wstrząsnęło nim to, że nasza matka została użyta do tego zadania. Zerknęłam na niego twardo. Zbyt długo byłam szkolona na bezwzględnego wojownika, żeby chcieć się wycofać. Wychyliłam lekko głowę i ujrzałam kilka filarów dalej, przechadzającą się, po widocznie wolnej od kolumn wysepce. Chodziła odwrócona ode mnie tyłem. Miała gęste ciemne włosy do połowy łopatki. Obok niej zauważyłam drugą postać. Niższą, z jeszcze ciemniejszymi włosami. Mimo, że była odwrócona bez trudu ją rozpoznałam.
Nico di Angelo.
-Wyłaź pogromco smoków-zawołał, co zirytowało mnie podwójnie. Nie byłam żadnym pogromcą. Nigdy nie zabiłam przyjaznego, dobrego smoka. Byłam ich przyjaciółką, albo, według Wichra-siostrą. Nagle uderzyła we mnie nagła i nieposkromiona chęć bitwy. Opanował mnie gniew tak mocny, jakiego nigdy nie czułam. Chciałam wypaść zza filara i powycinać w pień te dwie osoby, które celowo i z pełną premedytacją zniszczyły mi życie.Odwróciłam się do Perciego ogarnięta nagłą chęcią mordu. Mój brat wyglądał podobnie. Tyle,  że między nami była jedna różnica. Ja byłam wściekła na Nica i matkę. On na Nica....i mnie. Uniósł dłoń zaciśniętą na sztylecie chcąc wbić go we mnie, ale znieruchomiał. Mój własny gniew również wyparował jak zrozumiałam co się dzieje. To ta przeklęta żmija, Hybris! Miesza nam w głowach, żebyśmy dali się zabić. Dopiero teraz komizm sytuacji uderzył mnie z pełną, niezachwianą myślami tej głupiej bogini klarownością. Niby co nasza matka miałaby robić w podziemiach przy morzu Śródziemnym? I co miałaby robić tam z Niciem. Jego w podziemiach mogłabym jeszcze ogarnąć, ale przecież nie przyszedłby tu z nią! Nasunęła mi się myśl, że właściwie mogły to być inne istoty w przebraniu tej dwójki. Zmiennokrztałtni, albo chociażby groniowie ( podobne z wyglądu do nietoperzy, również mające zdolność zmiany kształtu, niezależnie od rozmiaru przybieranego ciała). Czymkolwiek by nie byli, to, że zesłała ich tu mistrzyni ciętej riposty, nakazywało przypuszczać, że byli potężni, a taki nieprzemyślany nagły atak ułatwiłby im pozbawienie nas życia. Patrzyliśmy jak chodzą po komnacie, gdy nagle Percy szturchnął mnie w ramię i wskazał znajdujące się za nimi mosiężne drzwi z dziurką od klucza. Podniósł zdobyty wcześniej klucz trzymany w dłoni i uśmiechnął się. Zdobienia jakimi był pokryty pasowały do zdobień na drzwiach. Zrozumieliśmy, że drogi ucieczki miały strzec fałszywe postacie znajomych osób. Wyczaiłam moment, kiedy zarówno Nico jak i Sally byli w najdalszym miejscu ode mnie, odwróceni tyłem i cicho kuśtykając przemknęłam za bliższy filar. Percy zrobił to samo, tyle, że za inny. Powtórzyliśmy to samo, słysząc ciągłe nawołujące nas głosy. Oboje znajdowaliśmy się teraz za najbliższymi wysepce kolumnami, gdy nagle usłyszeliśmy coś bardzo niepokojącego. Ciszę. Kierowana wyłącznie instynktem schyliłam się, cudem unikając miecza, który pojawił się nagle chcąc odciąć mi głowę. Wiedząc, że i tak zostałam zdemaskowana wyskoczyłam zza filara i spojrzałam na trzymającego broń która mnie zaskoczyła Nica i dzierżącą włócznię matkę, stojącą niedaleko filaru Perciego. On został zaskoczony w ten sam sposób, bo wyskoczył tak samo jak ja. Nie czekając na nic rzuciłam się na Nica. Jego długi miecz dawał mu znaczną przewagę nad moim krótkim sztyletem, więc odrzuciłam go w bok i ledwo unikając ciosu chwyciłam breloczek. W mojej lewej dłoni pojawił się złoty miecz z cesarskiego złota. Wzięłabym jeszcze jeden, z niebiańskiego spiżu, ale wolałam nie próbować z moim wciąż piekącym bólem ramieniem. Zaczęłam zręcznie parować ciosy szukając okazji do ataku, ale mój przeciwnik był równie dobrym szermierzem jak prawdziwy Nico. Po chwili, wyraźnie czując, że chcę go zabić potwór przekształcił się. Teraz walczył ze mną Leo Valdez. Ciężko było mi go atakować, ale cały czas powtarzałam sobie, że to nie prawdziwy Leo. Po chwili istota znów się zmieniła. Teraz walczyłam z Posejdonem. Zagryzłam wargi i przeszłam do defensywy. Szybko zerknęłam na Perciego. Nadal walczył z potworem udającym naszą matkę i po jego zmartwionej minie sądziłam, że nie da rady jej zabić. W końcu istota z którą walczyłam postanowiła ostatecznie mnie dobić. Znów zmieniła wygląd. Na ten najgorszy. Teraz przypominała Mellisę. Poczucie winy, które pojawiło się już przy potyczce z Posejdonem wzrosło niemal stukrotnie. Czy na prawdę dam radę zabić coś co przypomina osobę która uchroniła mnie przed śmiercią? Która zginęła przeze mnie. Odparłam jeszcze jeden atak i odbiegłam kuśtykając. Pseudo-Mellisa pobiegła za mną. Kiedy w końcu się zatrzymałam, tuż obok mnie walczył Percy. Oboje odpieraliśmy ataki, ale jakaś blokada w naszych umysłach nie pozwalała nam zabić tych osób. Czułam, że w innym przypadku na pewno dałabym radę, tłumacząc sobie, że to tylko potwór przybierający kształt tej osoby, ale teraz...Nie mogłam zabić kogoś tak bardzo przypominającego zmarłą przeze mnie dziewczynę. Potwory zyskiwały nad nami przewagę, ale wtedy stało się coś niespodziewanego. Spotkałam się z Percym wzrokiem i zupełnie jakbyśmy czytali sobie w myślach zrozumieliśmy co musimy zrobić. Jednocześnie rzuciliśmy się w bok unikając ciosu naszych przeciwników i zamieniając się miejscami. Mając w myślach "To tylko potwór" przeszyłam udającego Sally Jackson potwora mieczem, nim zdążył zmienić kształt. Percy zrobił to samo z podobizną Mellisy. Gdy oba potwory skonały ich właściwe kształty się ujawniły. Zgodnie z moim przypuszczeniem byli to groniowie. Zerknęliśmy na siebie z bratem dysząc ciężko po wyczerpującej walce. Nie odnieśliśmy większych obrażeń oprócz tych które mieliśmy już wcześniej.
-Dobra robota-skinął mi Percy.
Uśmiechnęłam się i trąciłam go ramieniem.
-Mam nadzieję, że to już koniec. Nie wiem czy przeżyjemy kolejne zadanie.
-Chodźmy sprawdzić.
Zebraliśmy z podłogi sztylety, które schowałam do pasa i podeszliśmy do drzwi.
-Nie sądzisz, że wyglądają jak te, za którymi zamknięci byli nasi przyjaciele?-spytałam, a mój brat wzruszył ramionami.
-Nie zwracałem na nie wtedy szczególnej uwagi...
Przewróciłam oczami, a on włożył klucz do otworu i przekręcił. Coś szczęknęło i wrota otwarły się. W jednej chwili doznaliśmy dziwnego uczucia, jakby zwijania się w jakiś punkt gdzieś w okolicach pępka, a kiedy dezorientujące uczucie minęło, wokół nas nie było już jaskini, filarów, trupów groniów. Była szeroka dolina, która kończyła się wysoką skarpą. Ta sama dolina w której byliśmy zanim dostaliśmy się do jaskini Hybris. Z ciężkim sercem wymieniliśmy się zaniepokojonymi spojrzeniami i przekroczyliśmy próg jaskini znajdującej się przed nami. Nim tam weszliśmy usłyszeliśmy czyjś radosny krzyk. Cofnęliśmy się z powrotem do doliny przestraszeni, a wtedy z ciemnego wejścia do jaskini wyłoniły się cudownie znajome postacie. Cała szóstka naszych przyjaciół objęła nas rozemocjonowana. Krzyczeli jeden przez drugiego, co działo się gdy nas nie było. Gdy skończyli Frank powiedział.
-Przed chwilą Hybris zrobiła minę jakby miała zamia zwymiotować i oznajmiła, że mamy wyjść. Jak wam się udało zdobyć klucz?
-Co wam się stało?-krzyknęła Piper oglądając nasze rany.
Zerknęliśmy po sobie z Percym.
-To bardzo długa historia.


                  


Znowu okazała się niesłowną gnidą.
Niech mnie Tartar pochłonie xD. Przepraszam, że spóźniłam się z rozdziałem (znowu), nie mam nic na swoje usprawiedliwienie (znowu) no i jestem niesłowna (znowu).
W każdym razie, mam nadzieję, że next był spk. Dziękuję za to, że tak dużo osób wchodzi na tego bloga. Zachęcam do komentowania. Hahahh Nieznajoma, cb nie muszę zachęcać :*
I ten....kończę.
Do nna ;P
~Pass

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz