piątek, 1 lipca 2016

Usterka

Nie wiem dlaczego, ale tym razem nikt nie oponował przed wzbiciem się w powietrze według sugestii Willa, nawet mój brat. Wbrew rozsądkowi wszyscy zaczęliśmy mu ufać, co mogła albo nam pomóc, albo doprowadzić do zguby. Od ostatniej wiadomości minęły dwa tygodnie. Moje plecy jako tako się zagoiły, ale powstały dwie paskudne blizny, ciągnące się od prawej łopatki aż do krzyża. Jeżeli mam być szczera, nie przeszkadzały mi ani trochę. Jeżeli mam wymienić najważniejsze rzeczy których nauczyłam się na Olimpie, wśród nich znalazłyby się słowa Aresa, gdy po walce z nim na miecze, została mi mała blizna na przedramieniu.
-Nie należy wstydzić się żadnych blizn pozyskanych w walce. To największa nagroda i duma dla wojownika, jakim być możę, wkrótce się staniesz.
Powiedział wtedy. Piper po ściągnięciu mi opatrunku bała się powiedzieć, że zostaną blizny. Jakież było jej zdziwienie gdy wzruszyłam ramionami i powiedziałam.
-Super.
Wyjaśniłam jej o co w tej radości chodziło, ale ona i tak pokręciła z niedowierzaniem głową i oznajmiła, że trzeba mieć na nazwisko Jackson, by cieszyć się z blizn. Percy również nie miał do nich uprzedzeń. Może nie skakał z radości, gdy jakąś miał (nie żebym ja to robiła, proszę pamiętać), ale absolutnie mu nie przeszkadzały. W każdym razie nie zamierzałam płakać nad rozlanym mlekiem. Nie widziałam jej, nie bolała, niech sobie będzie. Stojąc przy sterze wraz z Festusem, usłyszałam jak Leo zaciekle klnie w maszynowni. Krótko mówiąc, nie przebierał w słowach. Roześmiałam się gdy usłyszałam do czego porównywał stare uszczelki Argo III. Zeszłam więc do maszynowni, by ogarnąć co takiego się tam dzieje, ale to co zobaczyłam przeskoczyło moje najśmielsze oczekiwania. Stało się to powodem dla którego moja przepona mogła zostać trwale uszkodzona od nadmiaru śmiechu. Dokładnie po środku brudnej, uwalanej ciemną mazią maszynowni, stał Leo, a właściwie coś oblanego smarem, gliną i czymś o zapachu wapna, co mgliście przypominało sylwetkę syna Hefajstosa. U jego stóp rozła kałuża tej przedziwnej mieszanki, a nad jego głową, wisiała pęknięta rura, z której nadal kapała kleista czarna ciecz. Wokół kałuży leżały narzędzia, oraz zapasowe części, przez co maszynownia wyglądała jeszcze bardziej jak pobojowisko, niż zwykle. Na widok mojego napadu śmiechu, Leo obrzucił pomieszczenie zdegustowanym spojrzeniem i popatrzył na mnie krzywo.
-Uważasz, że to śmieszne?-spytał naburmuszony.
-Tak!-dalej trzęsłam się ze śmiechu na ten komiczny widok, ale ruszyłam by pomóc przyjacielowi.
-Musimy jeszcze raz iść po smołę, glinę, wapno i niebiański spiż-syn Hefajstosa usilnie starał się nie zwracać najmniejszej uwagi na mój śmiech, co bawiło mnie jeszcze bardziej. Wycelował we mnie czarny od smoły palec- Nie byłaś ostatnio szukać tego przeklętego cholerstwa, ale teraz ci nie odpuszczę!
Fakt. Tuż po moim przebudzeniu wszyscy oprócz trenera Hedge i mnie udali się po te brakujące rzeczy. Nie wspominali pobytu u drakain, cyklopów i złych hipokampów zbyt dobrze, więc wolałam nie drążyć tematu. Mimo tego przytyku, do mojej ostatniej nieobecności, widok czarnego Leona z włosami oklapniętymi wokół twarzy i chęcią mordu w oczach rozbawiał mnie tak bardzo, że nie mogłam się powstrzymać od kolejnego napadu śmiechu. Syn Hefajstosa w końcu nie wytrzymał.
-Zobaczymy czy teraz też będzie ci do śmiechu?!-krzyknął z zawadiackim uśmiechem i rzucił się na mnie.
Po krótkiej, pełnej śmiechu szarpaninie leżałam w kałuży smaru, a Leo trzymał mnie za nadgarstki. Mimo że byłam tak brudna jak on, ze śmiechem obrzucaliśmy się substancją. Jak teraz pomyśle, dobrze było mieć takiego kumpla, który nieważne co zrobi, zawsze będzie potrafił mnie rozbawić. Właśnie przewróciłam go na ziemię i trzęcąc się ze śmiechu postawiłam stopę na jego klatce piersiowej, kiedy tuż przed moim nosem zamigotał obraz iryfonu. Znajdowała się w nim piękna jak zawsze Kalipso. Na mój widok zmrużyła oczy i zacmokała z niezadowoleniem.
-Pytanie numer jeden. Jesteś Marą czy smołowym potworem? Dwa. Gdzie na brudny kombinezon Hefajstosa jest Leo? I trzy. Zdajesz sobie sprawę, że twoje włosy wyglądają jak martwy skunks?
Przewróciłam oczami i uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
-Oddalam ostatnie pytanie. Co do wcześniejszych dwóch. W tej chwili jestem smołowym potworem, a Leo jest...-nie zdążyłam dokończyć, bo w tej chwili Leo strącił moją stopę ze swojej piersi i wyskoczył tuż obok mnie.
-Cześć skarbie!-krzyknął radośnie (zbyt radośnie jak na mój gust.)- Stęskniłaś się?
-Oddalam to idiotyczne pytanie-powtórzyła moje słowa i skierowała wściekłe spojrzenie na swojego chłopaka- Gdybym mogła walnęłabym cię tak mocno, że obudziłbyś się na Ogyggi!
-Za co?-zdziwił się syn Hefajstosa.
-Ty się jeszcze pytasz Valdez?!-wrzasnęła-Nie dzwoniłeś od dwóch dni!!
Jej głos brzmiał tak zabawnie, gdy krzyczała, że wraz z Leonem ledwo powstrzymywaliśmy się od śmiechu. Teraz Kalipso skupiła swoje piorunujące spojrzenie na mnie.
-Uważasz to za zabawne?
-Szeczerze?-roześmiałam się, po czym zaczęłam ją małpować, żywo gestykulując rękami-Nie widziałam małpiej gęby Leona od dwóch dni! Jak ja to przeżyję?!
-Zarobiłam kuksańca w bok od syna Hefajstosa.
-Pogadamy jak będziesz mieć chłopaka-żąchneła się dziewczyna.
-Oj, długo będzie musiała czekać-parsknął Leo.
-Mara, zadzwonie do ciebie później-poinformowała mnie-A teraz daj mi się pogodzić z tym perfidnym szczurem.
-Co ja zrobiłem?-westchnął Leo, po czym dodał przewracając oczami-Znowu...
-Oszczędź go-poradziłam-ktoś to musi naprawić-rozłożyłam ręce, pokazując w jak opłakanym stanie jest maszynownia.-A więc zostawiam was gołąbeczki sam na sam...
Już miałam odchodzić, gdy usłyszałam za plecami głos Kalipso.
-Mara!-odwróciłam się i napotkałam złośliwy uśmiech przyjaciółki-Ale umyj się z łaski swojej przed naszą rozmową. Czasem trzeba...
Leo zachichotał.
-Ha, ha, ha-parsknęłam-bardzo śmieszne....
Po chwili wyszłam i zostawiłam zakochanych sam na sam ze sobą i swoimi problebami skali światowej... Po kilku godzinach podczas których zdążyłam się umyć, przebrać i skończyć patrol, Leo wyszedł z maszynowni. Oparł się o rufę i westchnął.
-Wolę nie myśleć co będzie jak się ożenię-mruknął, po czym odszedł kilka kroków i zawołał-Ludziki! Obiad! Znaczy zebranie! Znaczy planowanie własnej śmierci!
-Obiad najlepiej brzmi-stwierdziła wychodząca z kajuty Hazel.
-Idźcie kamraci!-huknał trener Hedge spod steru-Ja popilnuję łajby! Ahoj!
-Marynarski dialekt dalej mu nie wychodzi-mruknęła Anabeth.
-Bo Perciemu i Marze to co innego-zaśmiała się Piper.
-Tia...-mruknęłam i dołączyłam do reszty w mesie. Podczas obiadu jak zwykle rozmawialiśmy o tym co nam się nie udało, co jeszcze musimy zrobić i z czym mamy aktualnie problem.
-Potrzeba gliny, wapnia, smoły i spiżu-powtórzył po raz kolejny Leo-Jest nas osiem, plus trener Hedge, ale ktoś musi popilnować statku. Ja idę po smołę i spiż-zaklepał sobie Leo.
Ostatnio przyniesienie ich stanowiło najmniej problemu, więc od razu zaczęło się zaklepywanie miejsc. Zanim zdążyłam krzyknąć "Ja też", było już postanowione, że po smołę idą Piper, Hazel, Frank i Leo. Wobec tego Anabeth, Percy, Jason i ja mieliśmy załatwić całą resztę. Po skończonym posiłku poszliśmy po rzeczy. Chłopaki jako, że z Anabeth byłyśmy dziewczynami, z przyzwyczajenia zachowywali się jak nasi ochroniarze. W końcu kiedy Jason powiedział, że lepiej będzie jak pójdziey w środku, nie wytrzymałyśmy.
-Dość tego-krzyknęła Anabeth.
-Nie potrzebujemy osobistych goryli na brudne gatki Zeusa! Odwalcie się-poparłam ją.
Chłopaki przystanęli zaskoczeni, ale już po chwili zaczęli kręcić z niedowierzaniem głowami.
-Po kim ona ma charakter-westchnął Percy patrząc na mnie.
-Na pewno nie po tobie.-odparł Jason, czym zarobił sobię na kopniaka.
Szłyśmy z Anabeth przodem, dopóki, o mały włos nie spadłyśmy z klifu.
Córka Ateny zdążyła wychamować. Ja...nie. Spadłam z urwiska, ale na szczęście złapałam się skarpy.
-Dobra-sapnęłam-Udzielam pozwolenia na gorylowanie. Pomóżcie mi-jęknełam czując ból w palcach, którymi rozpaczliwie chwytałam się skarpy.
Dobra, okej, wiem. Mogłam spokojnie użyć wiatrów i nie fatygować pozostałych do pomocy, ale ze względu na moje bardzo szybkie wyczerpywanie energii, postanowiłam korzystać z mocy najmniej jak to możliwe. Bo w końcu nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. Jason i Percy złapali mnie za przedramienia i podciągnęli w górę.
-No siostra-stęknął Percy-Swoje ważysz.
Jason i Anabeth się roześmiali, a ja szturchnęłam brata w ramię.
-Chyba ktoś tu dawno siłowni nie odwiedzał.
Przysłuchujący się naszym sprzeczkom córka Ateny i syn Zeusa pokładali się ze śmiechu, aż w końcu Anabeth zwróciła nam uwagę.
-Na dole jest wapno.
W tym momencie właśnie przyszedł czas na użycie mocy. Jason złapał Perciego za ręce, a ja chwyciłam Anabeth i zeskoczyliśmy z klifu, kontrolując kierunek i prędkość spadania. Na dole wapna było, że się tak wyrażę od cholery, więc napełniliśmy wiadra, które po tej czynności magicznie się skurczyły, tak, byśmy mogli schować je sobie do kieszeni.
-To teraz ta mniej przyjemna część-westchnął Jason.
-Glina?-spytałam, a Anabeth pokiwała głową.
Nie byłoby problemu, gdyby nie to, że największego skupiska strzegły skalniaki. Żeby w przybliżeniu ogarnąć ich wygląd, wyobraźcie sobie, że przed wami stoi wielka skała, która zamiast nóg i rąk ma podłużne kamienie, a głowa to prostokątny kawałek skały, pokryty mchem, rzeźbiącym oczy, usta i nos. Skalniaki mają możliwość kurczenia się i powiększania do ogromnych rozmiarów. Oprócz tego poruszały wszystkimi kamieniami w promieniu 50 metrów i były w stanie zwołać je przeciwko przeciwnikom. Jedynym sposobem na ich zabicie było odcięcie głowy, które było tak trudne jak przecięcie drzewa nożykiem do masła. Mimo to, nasze spiżowe i złote miecze radziły sobie całkiem nieźle i zaczęliśmy kosić je w równym tempie, nie unikając niestety ataków mniejszych kamyczków, po których z pewnością zostaną siniaki. Po pokonaniu strażników wejścia do jaskini, weszliśmy przez okrągły otwór. W środku była wielka komnata, z podłogą pokrytą gliną. Wyglądała na nieodwiedzaną i dziwnie cichą
-Nie podoba mi się to-szepnął Percy.
-Mnie też-odparł Jason.
-Bierzmy glinę-stwierdziła Anabeth-Im szybciej ją weźmiemy, tym szybciej stąd wyjdziemy.
Przystalśmy na to i zaczęliśmy pracę. Zebraną glinę skurczyliśmy w misach i schowaliśmy je do plecaków.
-Dziwnie łatwo poszło-stwierdził Jason.
Niestety powiedział to za wcześnie. Ni stąd ni z owąd otoczyła nas największa armia wielkich skalniaków jaką w życiu widziałam. Odwróciliśmy się do siebie plecami i zaczęliśmy bronić się rozpaczliwie, co chwila zacieśniając nasz krąg. Kosiliśmy je nawet sprawnie dopóki jeden z nich, chcąc znokautować mnie, trafił na opór mojego brata. Kiedy Percy poleciał na Anabeth i oboje się przewrócili, wypatrzyłam okazję. Podbiegłam do Jasona i krzyknęłam.
-Zróbmy tornado!
Syn Zeusa kiwnął głową i wokół nas zaczął wirować wiatr. Po chwili Anabeth i Percy doczołgali się do nas i nie chcąc stracić gruntu pod nogami złapali nas za ręce. Po chwili przywoływania wiatrów zachwiałam się. Percy widząc to wypuścił spod ziemi lekką fontannę wody i pomógł Jasonowi tworzyć wir. Poczułam się lekko niepotrzebna. Nie dałam rady. Dlaczego muszę się tak szybko męczyć?! PO chwili jednak, potężny wir chłopaków, który zmiótł skalniaki, rozpadł się w jednej chwili. Znów wszyscy wstaliśmy i odwróciliśmy się do siebie plecami czekając na atak. Po chwili czyjś niewyobrażalnie syczący głos przemówił do nas z gniewem.
-Jesteście słabsi niż przypuszczałam.

          





No więc rozdział jest.
Myślałam, że mnie za przeproszeniem cholera weźmie jak każde i, oraz o musiałam przekopiować. Dlatego zeszło mi tak długo. Od wtorku, góra środy mam klawiaturę więc nie będzie problemu.  Przepraszam za kolejne przeszkody, ale gdy tylko się skończą ogarnę szybciej kolejne nexty ;). Do jutra!
~Pass

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz