niedziela, 3 lipca 2016

Powstająca

 Anabeth rozglądnęła się niepewnie po grocie. Jason zmrużył oczy za oprawkami złotych okularów i zapytał.
-Kim jesteś?
On i Percy stali plecami do siebie rozglądając się na wszystkie strony. Mój brat miał czerwony policzek. Kobieta (po głosie zakładałam, że to kobieta) zaśmiała się upiornie.
-Sam musisz zgadnąć synu Jupitera.
Po tych słowach coś się zmieniło. W moim mózgu zapanowała nieopanowana wściekłość. Poczułam czyjś łokieć na moich plecach i odwróciłam się ze złością.
-Co ty robisz?!-krzyknęłam na Anabeth.
Zdziwił mnie ton mojego głosu. Wcale nie chciałam krzyczeć, nie chciałam być wściekła,a jednak z jakiegoś powodu byłam. Nie tylko ja zresztą. Pozostali również wyglądali jakby ktoś solidnie im nawtykał.
-Co ja robię?!-ryknęła Anabeth-To ty wszystko psujesz!
-Ty mała żmijo!-warknęłam i zrobiłam krok w jej stronę.
-Do mnie mówisz wyrzutku?!-Percy pchnął mnie z całej siły w tył. W jednej chwili wyciągnęłam miecze. W oczach mojego brata błysnęła wściekłość, po czym i on wyciągnął Orkan. Anabeth dobyła miecza z kości smoka, który miała od czasów Tartaru, a Jason swojej klingi z cesarskiego złota.
-Powiedział Glonomóżdżek-syknęła Anabeth zwracając się do swojego chłopaka.
-Nie cierpię glonów!-zawołał Jason z furią w głosie. Wyglądał jakby miał ochotę rzucić się na Anabeth.
-A ja nie cierpię ciebie!-krzyknął Percy nacierając na niego z mieczem.
-Mnie?!-warknęłam.
Moje myśli kotłowały się w głowie. Z jednej strony coś kazało mi ich zabić, obrazić, zmieszać z botem, ale z drugiej zastanawiałam się kto każe mi to zrobić. Niestety, uczucie wściekłości zwyciężało.
-Ciebie nie da się lubić!-syknęła Anabeth.
-Chcesz zginąć?!-ryknęłam unosząc miecze.
-Robi się ciekawie-zachichotał kobiecy głos w ciemności. Miałam już coś do niego powiedzieć, ale coś odwróciło moją uwagę od tej postaci.
-A może ty chcesz?!-krzyknął do mnie Jason odwracając się w moim kierunku.
-Ja podziękuję-warknął Percy-Ale twoja śmierć wielce mnie ucieszy.
-A więc chcesz walki?!-zawołałam ochrypniętym od wrzasku głosem.
-To walcz szycho!-Jason sparował mój pierwszy cios, po czym wyciągnął rękę.
Błyskawica pojawiła się znikąd i odbiła się od jego miecza ogłuszając mnie napięciem 4 000 Volt. Upadłam na posadzkę oszołomiona tym ciosem, ale walka wśród moich towarzyszy trwała. Nie byłam w stanie usłyszeć co mówili ale widziałam jak Anabeth unika fontanny wodnej Perciego i rzuca się na niego z mieczem. Po chwili Jason odtrącił ją wiatrem i ruszył na mojego brata. Córka Ateny w tym czasie wstała i zraniła go w ramię. Jason ryknął i odwrócił się do niej z furią. Anabeth rzuciła się na niego z mieczem, a ja wstałam. Zebrałam się w sobie i cisnęłam w Jasona kawałkiem ziemii.
-Zdrajcy!-krzyknęłam, po czym zostałam oblana od stóp do głów.
-Masz obsesję!-rzucił Percy zamachnąwszy się na mnie  mieczem w dłoni.-Od Willa, wszędzie widzisz zdrajców!
-Zostaw mnie!-ryknęłam i odparowałam jego uderzenie. Po chwili Percy został przewrócony przez szarżującą na niego Anabeth. Jason zwrócił się do mnie i wyciągnął dłoń przyzywając kolejną błyskawicę. Ledwo przed nią uskoczyłam i odpowiedziałam ogniem. Upadając uderzyłam się w głowę kamieniem. Zamroczyło mnie, kiedy syn Jupitera podchodził by zadać mi ostatni, śmiertelny cios ostrzem z cesarskiego złota.
"Ocknij się" warknął w mojej głowie czyjś szorstki głos. Potrząsnęłam głową. Wściekłość jakby mnie opuściła i wszystko zaczęło wydawać się kompletnie nielogiczne. O co się biliśmy? Dlaczego się kłóciliśmy? Po co się na siebie wściekaliśmy? Wtedy zrozumiałam. To ta wariatka z ciemności! Mąci nam w głowach! Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć Jason opuścił miecz na moją pierś. W panice rzuciłam się w prawo i ledwo uniknęłam ostrza, które wbiło się w glinę tuż obok mojej lewej ręki. Przetoczyłam się na bok i wstałam mimo zawrotów głowy wywołanych upadkiem. Szybko odtrąciłam Jasona od jego miecza, przy okazjji przewracając go w mokrą glinę. Zanim zdążył się podnieść pobiegłam do siłujących się Anabeth i Perciego. Muszę przyznać, że mimo znacznie większej siły fizycznej Perciego, Anabeth dzięki swojemu sprytowi radziła sobie równie dobrze. Nie widząc innego wyjścia wpadłam między nich i pchnęłam w przeciwne strony.
-Co ty robisz?!-wrzasnęła Anabeth zaślepiona dziką furią. Od razu ruszyła na mnie z mieczem. Uchyliłam się przed kolejnym śmiertelnym ciosem.
-Stop!-krzyknęłam. To był chyba najgłośniejszy okrzyk jaki z siebie wydałam w całym moim 16 letnim życiu. Percy, Anabeth i Jason który zdążył już podejść stanęli w miejscu w chwilowym szoku. Wypatrzyłam w tym okazję i zaczęłam mówić-Nie chcecie tego zrobić. Ta wstrętna małpa miesza nam w głowach.
-Ty mieszasz nam w głowach!-ryknął Jason i uniósł miecz.
Cofnęłam się i uniosłam ręce w uspokajającym geście. Prawie przestałam oddychać czekając aż któreś z nich w końcu mnie zabiję zanim zdążę wytłumaczyć. No cóż...dyplomacja nigdy nie była moją mocną stroną.
-Nie-zwróciłam się do niego z drżeniem w głosie-Ta baba z ciemności. Ta upiorna...
Anabeth opuściła miecz a w jej oczach błysnęło zrozumienie.
-Ona ma rację chłopcy-poparła mnie, ku mojej uldze. Córka Ateny prędzej ich do tego przekona niż ja.-Daliśmy się omamić.
-A jednak..-prychnął głos z ciemności-Córka Ateny i córka Posejdona....Jesteście inteligentniejsze niż mówili. Nawet ty Anabeth Chase.
-Skąd znasz moje nazwisko?-blondynka rozglądała się usiłując ją zobaczyć.
-Mam swoje źródła.
-Chłopaki-szepnęłam-przyjaźnimy się. Nie chcemy się pozabijać.
Jason opuścił miecz.
-Przepraszam.
-Ja też-dorzuciłam. Percy i Anabeth kiwnęli głowami.
-Nie wiecie co robicie-zagroził głos w ciemności.-Lepiej gdybyście zginęli od swoich mieczy. Jeszcze nie jest za późno, by ulżyć cierpieniom.
-Nie będziemy się zabijać wredna harpio-syknęłam.
-Odważni jesteście-przyznała, z nutą melancholii w głosie.
-To źle?
-Lepiej dla nas-mruknął bezcielesny głos-Dużo śmieszniej patrzy się na śmierć z winy umierającego.
-Może wreszcie się pokażesz-zarządała Anabeth-Chyba, że się boisz...
-Nie podpuszczaj mnie-warknął głos-Miałam do czynienia z dziećmi Ateny. Nie jesteście takie sprytne jak się wam wydaje.
-Powiedziała stara, bojąca się wyjść z cienia wiedźma-blondynka dalej podpuszczała ją do opuszczenia kryjówki.
-Wypuść nas-powiedział Jason.
Kobieta w ciemności zaśmiała się.
-Z własnej woli? Nigdy. Żeby wyjść potrzebujecie klucza...
-Jakiego klucza?-podchwycił Percy.
-Do drzwi Jackson do drzwi-westchnęła.-A mam go ja.
Odwróciłam się spodziewając się ujrzeć otwór na świat którym weszliśmy. Ale faktycznie...Zamiast niego stały tam teraz mosiężne, pancerne drzwi z kłódką z niebiańskiego spiżu.
-Po co to wszystko?-zastanawiała się Anabeth.-Skoro już nas masz, bez problemu mogłabyś nas zabić. Po co mówisz nam o kluczu?
Wtedy, na reszcie się ukazała. Powiem tak, piękna nie była. Ubrana w czarną szmatę kobieta grubo po czterdziestce, z zakrzywionymi brudnymi pazurami i rozczaochraną burzą czarno siwych włosów. Jej twarz przypominała twarze czarownic z bajek dla dzieci Tych z zakrzywionym, haczykowatym nosem i brodawkami. Ona była podobna, no może oprócz brodawek. Jej czarne jak obsydian oczy wyglądały jak puste oczodoły, które mogą zabrać cię w bezpośrednią podróż do Podziemia. Odwróciłam wzrok od jej twarzy a wtedy ona odpowiedziała na pytania Anabeth.
-Nie dostałam rozkazu zabicia was. Miałam albo zmusić was do śmierci z rąk najbliższych przyjaciół, albo opuźnić was najbardziej jak to możliwe. Oczywiście jeśli nie uda wam się zdobyć klucza, to nawet lepiej. Zostawię was sobie jako wierne sługi, a po wielkim powtaniu mego króla, przekażę wasz wątpliwy los do jego rozpatrzenia. Po czym najprawdopodobniej stracicie życie w starsznych męczarniach. Jupiii, koniec bajki-zaśmiała się upiornie.
-Jak mamy zdobyć klucz?-przzeszłam do konkretów.
-Jego nie można zdobyć, można go tylko ukraść-powiedziała chytrze.
-Komu?
-Myślisz, że wszystko wam powiem bezczelna smarkulo!?-wrzasnęła, po czym zniżyła głos-Sami się domyślcie. Podobnie jak domyślicie się tego kim jestem.
-A jak nie to co?-spytał Jason.
-Będę musiała was zabić-odparła z udawanym smutkiem piłując sobie paznokcie.
-Twój król nie będzie zły?-spytała Anabeth.
-Zrozumie-odparła bez cienia strachu wiedźma, po czym odrzuciła pilnik, który przy okazji zniknął za jej plecami-Kim jestem?
Patrząc na jej twarz, charakter, wygląd, nie domyślałam się. Dopiero gdy zwróciłam uwagę na jej szatę, zaczęło coś mi świtać. Na szmacie, którą była owinięta, na wysokości ramienia znajdował się mały znaczek. Miecz skrzyżowany z młotem i coś co mgliście przypominało zaciśniętą pięść nad nim.
-Wiem!-krzyknęłam, chociaż nadal nie mogłam przypomnieć sobie jej imienia.-Jesteś boginią niezgody, arogancji, przemocy i bezczelności!
-Bardzo ci jestem bliska nieprawdaż?-zaśmiała się wiedźma.
-Dalsza niż myślisz-odparłam.
-Oj, dziecinko, nie chodzi i o moje atrybuty-uśmiechnęła się chytrze-Imię.
-Jesteś, ta no....-pamięć jak na złość zaczęła mi szwankować. Wiedźma zbliżyła się do nas wyciągająz zza pasa czarny sztylet. Podeszła do mnie i zmierzyła mnie wzrokiem, kładąc mi ostrze sztyletu przy szyi.
-Hybris!-wrzasnęła Anabeth.
Sztylet na mojej szyi wyparował, a boginii odwróciła się z niesmakiem w jej stronę.
-Przemądrzała córeczka Ateny-warknęła, po czym machnęła ręką. Obok mnie pojawili się nagle Leo, Frank, Hazel i Piper.
-Co wy tu...?-zaczęła Piper, ale Hybris uniosła ręce.
Łańcuchy wystrzeliły z nikąd i oplotły wszystkich, pozostawiając tylko mnie i Perciego. Rzuciliśmy się w stronę spętanych, ale boginii, odepchnęła nas od nich.
-Spokój dzieci Posejdona!-krzyknęła.-Oglądanie was dwojga w tym zadaniu będzie zabawne. Macie dwie godziny. Nie zawiedźcie przyjaciół-warknęła po czym ruszyła ręką.
Przenieśliśmy się dokładnie w chwili, gdy łańcuchy naszych przyjaciół zaczęły się ścieśniać.

      



No, Jest w miarę wcześnie, także może uda mi się napisać jeszcze jeden. Mimo problemów, jakoś daję radę. Jestem z siebie dumna xD.
Do nna!
~Pass

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz