środa, 29 czerwca 2016

Czy wiadomości zawsze przychodzą potworami?

 Wzbiłam się w powietrze i najszybciej jak dałam radę poleciałam do rufy statku. Jeszcze w drodze zobaczyłam zmierzające w moją stronę szare kształty. Było to pięć szarych istot. Wyglądały tak dziwacznie, że niemal strasznie. Skrzydła potworów przypominały do złudzenia skrzydła orła, pysk zdecydowanie należał do smoka, ciało było długie i wężowate, a pazury zaostrzone jak u jastrzębia. Chociaż uczyłam się na Olimpie i w Obozie bardzo dużo, wciąż nie mogłam skojarzyć tych potworów. Po chwili zrozumiałam, że o to im chodziło. Mówiąc, że te potwory są dla mnie nowe, Herakles wcale nie musiał mieć na myśli tylko tych konkretnych. Zupełnie jak ten krab. Może właśnie takie potwory będą stanowić armię Chaosu? Podleciałam do statku i szybko zrelacjonowałam i m moją rozmowę z Heraklesem, pomijając oczywiście groźby, którymi go poczęstowałam. Na wieść, że będę musiała pokonać te potwory sama, Percy wydawał się równie przerażony jak ja sama, ale nie mieliśmy czasu na długie rozmowy o tej misji, bo szare szkarady dolatywały już do statku. Na powrót wzbiłam się w niebo ale od razu poczułam kończącą się  moc. Może i miałam wiele możliwości wykorzystania energii ale  wiązało się to także z tym, że miałam o wiele szybsze jej zużycie. W jednej chwili pożałowałam, że zdecydowałam się na lot do statku. Mogłam spokojnie tam dopłynąć! Może zużyłabym jej mniej! Ale nie miałam już czasu na rozmyślanie pod tytułem co by było gdyby...Wyciągnęłam miecze i zaatakowałam pierwsza. Nie miałam planu, nie miałam w zasadzie nawet jego zarysu. Pod tym względem nie różnimy się od siebie z Percym. Oboje działamy pod wpływem impulsu. I ten właśnie impuls nakazał mi zaatakować pierwszego potwora od prawej strony. Krzyknęłam przy tym
-Ej Gadziomordy! Twój pysk wygląda jakby przebiegła po nim Maciora z Kolchidy!
 Podczas ataku na pierwszego potwora krzyczałam różne bzdury, które miały za zadanie odwrócić uwagę pozostałych. Nie za bardzo mi to wyszło. Zdołałam jedynie wbić srebrne ostrze w kark potwora, niemal na pewno go zabijając. Potem drugi gadziomordy złapał mnie zębami za koszulkę i oderwał od ciała pobratymca. Szarpałam się w jego pysku, ale wypuścił mnie dopiero gdy zdzieliłam go drugim ostrzem w oko. Spadłam nagle i zanim zdążyłam zareagować uderzyłam o fale z  wielkim pluskiem. Usłyszałam czyjś przerażony okrzyk dobiegający ze statku. Wynurzyłam głowę, ale nie było mi dane pomyśleć nad tym gdzie podziały się te piekielne istoty, bo to one znalazły mnie. Jeden z czterech pozostałych chwycił mnie pazurami za włosy i szarpnął w górę. Krzyknęłam z bólu i zamachałam nogami w powietrzu. Wisiałam w pazurach potwora zawieszona na własnych włosach. Miecze w moich dłoniach zaczęły mi ciążyć, podobnie jak wszystko inne. Ból rozchodzący się z głowy palił mnie niemiłosiernie. W końcu jednym szybkim cięciem machnęłam nad głową ucinając sobie włosy i ponownie spadłam w morze. Tym razem od razu zrobiłam się czujniejsza. Zanim którykolwiek z potworów zorientował się gdzie spadłam, wystrzeliłam z morza i wbiłam jeden z mieczy w brzuch potwora, który nadal trzymał w pazurach moje obcięte włosy. Zawył ogłuszająco i szybko zamilkł. Rozsypał się w szary pył obsypując mnie całą niczym popiół. Nie dałam rady jednak uciec przed kolejnym atakiem. Kolejny potwór spadł na mnie z góry i boleśnie przeorał mi pazurami plecy. Przed oczami stanęły mi mroczki. Pragnęłam tylko zanurzyć się w chłodnej wodzie ale moi przeciwnicy nie dali mi zaznać tej rozkoszy. Kolejna istota uderzyła mnie swoim wężowatym ciałem i posłała mnie w stronę statku. Uderzyłam o jego bok, boleśnie wyginając przy tym ciało. W górze dało się słyszeć kolejne przerażone okrzyki moich przyjaciół. Tym razem udało mi się zanurzyć w wodzie. Nie miałam, tak jak Percy umiejętności regenerowania się pod wodą, ale żywioł ojca zawsze dodawał mi sił. Chociaż ból dalej mnie paraliżował, zdołałam w końcu stwierdzić, że mam tylko jedno wyjście. Głęboko odetchnęłam i wystrzeliłam z wody ostatkiem sił unosząc się w powietrzu. Zawisłam jak najdalej Argo III mogłam i czekałam. Wszystkie trzy pozostałe potwory z determinacją podążały w moim kierunku. Na ułamek sekundy przed spotkaniem z trzema uzębionymi potworami wzbiłam się jeszcze wyżej i czerpiąc z kompletnych rezerw mojej mocy cisnęłam w zderzające się istoty kulą ognia. Wybuch słychać było chyba nawet w obozie. Szary, podpalony proch wyglądał nieco jak fajerwerki, ale nie było już tak fajnie, gdy spadało się wśród tego prochu. Wyczerpana i ledwo żywa nie dałam rady przywołać nawet lekkiego wicherku, a co dopiero podrzucić się na Argo III. Na sekundę przed omdleniem poczułam jak w mojej ręce ląduje jakiś świstek papieru. Potem, pochłonęła mnie błogosławiona ciemność, w której złapały mnie czyjeś ramiona i zaniosły na statek. Po nie wiadomo jak długim czasie w ciemności zaczęłam słyszeć głosy.
-Budzi się!
-Mara, Mara!
-To było super!
-Żyjesz?
-Ja też chcę tak wybuchać!
-Zamknij się Leo!
-Mara!-poczułam lekkie klepnięcie w policzek i otworzyłam oczy gwałtownie wciągając powietrze.
Nade mną gromadziła się cała załoga, łącznie z trenerem Hedge który ostatnio siedział głównie w swojej kajucie.
-Obudziła się-westchnął satyr.
-Co się stało, gdzie jest...-spróbowałam się podnieść, ale natychmiast syknęłam z bólu. Plecy paliły mnie żywym ogniem, a łokieć lewej ręki pulsował z bólu, na równi z dołem klatki piersiowej,
-Nie ruszaj się-nakazała Piper. Dopiero teraz zauważyłam, że leżałam w pokoju, w którym sprawowaliśmy zawsze opiekę medyczną, a cała moja lewa ręka była zabandażowana, podobnie jak plecy i kolano. Czułam też, że na podbródku rośnie mi wielki siniak.
-Opatrzyłyśmy cię-rzekła Hazel, pomagając mi się na powrót położyć-Dostałaś ambrozję, ale nawet ona nie uleczy takich obrażeń od razu.
Kiwnęłam głową i potarłam oczy prawą ręką
-Długo byłam nieprzytomna?
-Dwa dni-odparł cicho Percy
-Dwa dni?!-Wybałuszyłam na niego oczy. Widząc, że nie żartuje wymusiłam złośliwy uśmiech-Najgorsze dwa dni twojego życia braciszku.
-Chyba najszczęśliwsze-roześmiał się.
Niby się ze sobą droczyliśmy, ale po spojrzeniu jakim się nawzajem obdarzyliśmy można było stwierdzić, że obojgu nam ulżyło, że między nami jest znów jak między prawdziwym rodzeństwem.
-To było niesamowite-powiedział w końcu Frank.
-Raczej desperackie-spuściłam głowę by uniknąć ich spojrzeń.
-Niemożliwe-dodała Anabeth.
-Ledwo przeżyłam-przypomniałam jej, po czym uciekłam do innego tematu-Przepłynęliśmy bez problemu?
-Przez cieśninę tak-westchnął Jason.
-Ale zaraz potem zaatakował nas wąż morski-dodała Hazel
-Teraz osiedliśmy gdzieś na Maroko i naprawiamy szkody-poinformował mnie trener Hedge.
-Kto naprawia?-spytałam patrząc na nich wszystkich.
Zaczerwienili się
-No....-zaczęła Piper-my.
-Jak to wy skoro tu wszyscy stoicie?
-Musieliśmy z tobą pogadać
-Pogadaliście. Proszę was, mamy niecałe pięć miesięcy-stęknęłam.
Zaśmiali się.
-Chyba ja tu jestem generałem-wymamrotał Leo, po czym zwrócił się do pozostałych i wypiął teatralnie pierś-Zhang, Levesque, Grace,  proszę za mną.
Wytypowani wraz z trenerem Hedge opuścili pokój ze śmiechem
-A wy?-spytałam Perciego, Anabeth i Piper.
-My musimy porozmawiać-odparła poważnie córka Ateny i wskazała na kartkę leżącą na szafce nocnej.
Spróbowałam jej dosięgnąć ale natychmiast mimo woli skrzywiłam się z bólu. Piper zatrzymała moje dalsze próby i szybko podała mi kartkę. Była wymięta i nieco przypalona, ale dało się odczytać tekst nabazgrany na niej, pospiesznym niedbałym pismem, które mimo tego wyglądało jak żywcem wyjęte z Konstytucji. Tylko jedna znana mi osoba ma taki charakter pisma. A z wiadomości od tej osoby nigdy nie wiadomo czy należy się cieszyć czy płakać. Odetchnęłam szybko i wlepiłam wzrok w tekst.

   To znowu ja
  Natychmiast wzbijcie się w powietrze. Teraz, to bogowie skalni nie są waszymi najgroźniejszymi przeciwnikami. Wroga może zdezorientować wasza wiedza co do tego kiedy należy się wzbić ale nie będzie podejrzewał mnie.  Pod wodą czyha coś czemu nie dacie rady. Muszę znaleźć miecz ze smoczego zęba. Dostarczę go na wyspie Izbie na Majorce. Bądźcie tam za 2 miesiące. Uważajcie na powstającą. Będzie kosztować miesiąc. Musiałem
                                                                                                                     Will Solace

Mam wodę zamiast mózgu-mruknęłam.
-Jak Percy na co dzień-roześmiała się Anabeth.
Mój brat zmierzył ją udawanie obrażonym spojrzeniem, na co dziewczyna pocałowała go w policzek. 
-Wracając-przerwała im Piper wyraźnie rozbawiona zachowaniem pary- Czy myślicie to co ja?
-A mianowicie?-nie zrozumiał Percy.
-Piper chodzi o to, że Will, być może znów przeszedł na naszą stronę.-wytłumaczyła Anabeth grobowym głosem. Zamilkliśmy. Po chwili myślenia zapytałam.
-A co jeśli....
-Jeśli co?-dopytała Piper.
-Jeśli on tak na prawdę nigdy nas nie zdradził?
-Z własnej woli stał się szpiegiem-zamyślił się Percy.
-Albo to najlepsza prawda jaką słyszałam w życiu-popatrzyłam im w oczy-albo najgenialniejsze kłamstwo.

        


Po mega długiej nieobecności jest. Miały być dzisiaj dwa, ale wróciłam dopiero z dorywczej pracy i najzwyczajniej w świecie nie mam siły xd. Ale za to jutro walnę wam kilka ;)
Jak się podobało?


wtorek, 28 czerwca 2016

-ogłoszenia parafialne-

Nie wiem jak mam was przepraszać. W ostatnich dniach sprzymierzyło się przeciw mnie dosłownie wszystko!
1. ruter się zepsuł i nie miałam internetu ;(
2. musiałam oddać kompa do naprawy ;( :(
3. Zapomniałam kompletnie hasła do konta i nie mogłam się zalogować nigdzie indziej :( :( :(.
Bardzo bardzo bardzo przepraszam za mega długą nieobecność. Wobec braku neta musiałam tradycyjnie pisać na kartkach ;) więc nie próżnowałam. Teraz będę zapierdzielać z rozdziałami jak najszybciej żeby to wynagrodzić. Jestem tak  wściekła na mojego brata za zrzucenie rutera z parapetu, że chyba stworzę jakąś idiotyczną postać i nazwę ją Filip. xD.
W każdym razie po raz tysięczny przepraszam. Zrobię wszystko żeby next pojawił się dzisiaj. Albo w nocy.
PRZEPRASZAAAAAAAM!!!!!!
~ta głupia idiotka Pass

wtorek, 21 czerwca 2016

Ahoj zdrajco!

 -Perseuszu Jacksonie!-ryknęła Anabeth, maszerując po pokładzie.
Mój brat odwrócił się na pięcie i wbił w nią spojrzenie przerażonych  oczu. Raczej nie przywykł do widoku swojej dziewczyny aż tak rozwścieczonej i to w dodatku na niego. Mimo wszystko podszedł kilka kroków do dziewczyny.
-Anabeth, ja na prawdę przepraszam-zaczął się tłumaczyć-Nie wiem jak mogłem w to wątpić. ani jak mogłem powiedzieć coś takiego. Jestem idiotą, przepra...-Córka Ateny zamknęła mu usta pocałunkiem. Percy wyglądał na bardzo zaskoczonego, ale nie protestował (dziwne byłoby gdyby tak). Po chwili.....no dobra....dłuższej chwili....oderwali się od siebie. Anabeth wlepiła w niego zimne jak stal spojrzenie.
-To był dowód.-syknęła-A to kara...
W tym momencie uniosła rękę i trzasnęła mojego biednego braciszka w policzek (hihihi dobrze mu tak), po czym odwróciła się i starając się zachować powagę poszła do maszynowni. Cała załoga zataczała się ze śmiechu, no może z wyjątkiem wciąż zaskoczonego Percy''ego. Mimo wszystko uśmiechał się, co wzięłam jako dobry znak.
-Jak ma to oznaczać kolejny pocałunek, to idę nadstawić drugi-wyszeptał, powodując kolejną salwę śmiechu całej grupy.
-Nigdy więcej nie ośmielisz się wątpić-zaśmiał się Jason.
-Spróbował by-prychnęła Piper, sprzedając synowi Jupitera kuksańca w żebra.
-Myślicie, że mam do niej iść?-zamyślił się Percy.
-Daj jej chwilę-parsknęłam-Musi skończyć się śmiać.
Przyjaciele roześmiali się, a mój kochany braciszek nie omieszkał podejść i sprzedać mi kopniaka. Odwdzięczyłam się mu, wbijając mu palce między żebra. Skrzywił się, na to nieprzyjemne uczucie.
-Czy wszystkie dziewczyny muszą być takie brutalne?-stęknął.
Wzruszyłam ramionami i udałam zdziwienie.
-Jakie brutalne? To sposób komunikacji.
Percy wykrzywił się do mnie ironicznie, po czym odwrócił się w stronę wejścia do maszynowni, by pójść do swojej dziewczyny, kiedy zastygł w bezruchu z przerażeniem na twarzy.
-Non plus ultra-wyszeptał po rzymsku. Zdziwiło mnie to na tyle, by odwrócić się i zobaczyć na co patrzy. Przed statkiem były dwa wielkie słupy, oddzielające ocean od Morza Śródziemnego. Na nich, wypisane było wielkimi wyraźnymi literami NON PLUS ULTRA. Pamiętałam z lekcji z Herą (a jednak na coś się przydały), że zdanie to znaczyło ANI KROKU DALEJ i kompletnie nie wiedziałam czego tu się bać. Rozejrzałam się mając nadzieję, że ktoś z obecnych będzie tak samo zdezorientowany. Wszyscy pozostali jednak wydawali się tak samo przerażeni jak mój brat.
-Herakles-szepnęła zszokowana Piper-Jak mogliśmy zapomnieć! Przecież płyniemy na Morze Śródziemne do jasnej-tu użyła skomplikowanej mieszanki greckich przekleństw. Nareszcie zrozumiałam o co im chodziło. Strażnikiem cieśniny, przez którą musieliśmy przepłynąć, był właśnie jeden z najbardziej znanych greckich herosów.-Herakles. Hazel pobiegła do maszynowni i zawołała Anabeth i Leona. Byli tak samo zdenerwowani jak reszta.
-Vlakas-krzyknęła Anabeth. W wolnym tłumaczeniu starożytnej greki oznaczało to nazwanie samej siebie idiotką. Westchnęła-Przepraszam was, powinnam o tym pamiętać.
-Nie twoja wina-zaoponował Frank-wszyscy powinniśmy pamiętać.
-Wiecie, że musimy do niego iść, nie?-upewnił się Leo.
-Oczywiście, że tak-Percy potarł czoło-ale kto pójdzie?
-Na pewno nie ja ani Piper-powiedział szybko Jason-Byliśmy tam ostatnim razem i obawiam się, że nie zapamiętał nas najlepiej.
-Kokosy latały na rekordowe odległości-zaśmiał się syn Hefajstosa.
-Percy też nie powinien iść-dodała Piper-syn Posejdona....
-A Mara?-wtrąciła się Anabeth.
W duchu bardzo się ucieszyłam, że rozważyła taką opcję. Gdybym sama się zgłosiła, wątpię, czy ktoś z nich by mnie puścił. Ale jeśli zaproponowała to nasza strategiczna mistrzyni? Oczywiście mój brat musiał zgłosić swoje obiekcje...
-Ona też jest córką Posejdona-zaoponował.
Córka Ateny przewróciła oczami.
-Wiem Percy, ale ma też powiązania z Zeusem....
-I z Herą-dodał mój brat.
-Oj przestań!-krzyknęłam i westchnęłam-Po prostu przeszkadza ci, że umiem latać a ty nie!
-Mi to przeszkadza?-wykrzyknął Percy i parsknął-Chyba w twoich snach.
-Zostawmy już to-zaproponowałam. Mój brat kiwnął głową i założył ręce na piersi- Ja pójdę. Tylko mnie nie zna. Może zaskoczę go swoją uroczą osobowością.
-Raczej rozdętym ego-syknął Percy. Klepnęłam go w ramie i uśmiechnęłam się.
-Faktycznie to może być dobry pomysł-przyznał Frank- Skoro cię nie zna...
-Na jego miejscu nie chciałbym poznawać-mruknął mój wiecznie wtrącający się brat, śmiejąc się cicho.
-Jak wrócę to się policzymy-warknęłam i zmrużyłam oczy.
-Niech idzie Mara-zadecydował Jason.
-Sama?-spytała Hazel.
-Tak sama.-odpowiedziałam, teraz już całkiem poważna.-Was kojarzy, chyba nie zbyt dobrze.-Po tych słowach odwróciłam się i krzyknęłam do będącego przy sterze Festusa.
-Festus! Zatrzymaj statek!
Mechaniczny smok obrzucił mnie spojrzeniem rubinowych oczu i zatrzymał łajbę. Znów spojrzałam na towarzyszy.
-Dalej polecę sama.- Oderwałam stopy od podłoża i już miałam przywołać wiatry kiedy Percy złapał mnie za łokieć.
-Poradzisz sobie?-spytał cicho zaniepokojony.
Uśmiechnęłam się do niego. Widocznie na prawdę się o mnie martwił.
-Przez trzy lata sobie radziłam. Dam radę braciszku.
Po tych słowach pofrunęłam. Kawałek leciałam, ale nie chcąc się zbyt przemęczać osiadłam na fali, która pod moimi stopami ułożyła się w kształt deski surfingowej. Dopływając do wyspy ujrzałam na niej pokaźnej budowy młodego mężczyznę o złotych włosach. Heraklesa. Patrzył na mnie ponuro. Odbiłam się od fali i doleciałam do brzegu. Zatrzymałam się u jego stóp. Przewyższał mnie niemal o połowę (nie żebym była szczególnie wysoka). Spojrzał na mnie z góry.
-Jeżeli zapytasz, gdzie moja lwia skóra ukręcę ci głowę bez wyjaśnień-burknął.
Odpowiedziałam m hardym spojrzeniem.
-Pewnie masz ją gdzieś niedaleko. Pozwolisz naszemu statkowi przepłynąć?
-Od razu przechodzisz do sedna-zaśmiał się ponuro.
-To chyba dobrze-założyłam ręce na piersiach.
łMoże-zamyślił się-ale moja odpowiedź na pytanie brzmi nie.
No dobra, teraz się wkurzyłam....
-Niby czemu?!-machnęłam rękami, krzycząc z frustracji- Ja tu próbuję świat ratować idioto! Nie mam czasu na kaprysy pomniejszych bogów!
Herakles zmarszczył brwi i założył ręce na muskularnej piersi.
-Pomniejszych?-spytał groźnie marszcząc czoło.
Wzruszyłam ramionami kompletnie nie wzruszona. Ares był takim samym mięśniakiem. A tacy jak on, szanują tylko siłę.
-Olimpijczykiem to ty nie jesteś-warknęłam.
Wprawiając mnie w totalne osłupienie, zaśmiał się i odrzucił głowę w tył.
-Żelazna z ciebie dama Maro Jackson.
-Skąd znasz moje imię?-spytałam podejrzliwie.
-Z tego samego źródła z którego wiem o twoich mocach i o tym, że masz na statku moich dawnych nieprzyjaciół.
-Bogowie ci powiedzieli?-zapytałam nie bardzo w to wierząc.
-Nie ci o których myślisz-uśmiechnął się szyderczo.
-Chaos-wyplułam to imię jak najgorszą obelgę. Po błękitnym, bezchmurnym niebie przetoczył się grom.
-Radziłbym nie wymawiać imienia szefa- poradził z nutą ostrzeżenia w głosie Herakles.
Szefa?
Potaknął i wbił we mnie spojrzenie jasno niebieskich oczu. Takich samych jak u Jasona. Prawdę mówiąc to podobieństwo, przyprawiało mnie o dreszcze.
-Zdrajca-syknęłam dobywając mieczy.-Bogowie dali ci nieśmiertelność ty niewdzięczny gnojku!
-Odłóż te nożyki dziecinko, bo tylko się skompromitujesz-powiedział spokojnie. Następnie jego głos spoważniał-Bogowie nic mi nie dali! Sam sobie na to zapracowałem!
Prychnęłam i poczęstowałam go wiązanką greckich przekleństw.
-Jeżeli chcesz, bym was przepuścił musisz coś zrobić.
-Już sobie wyobrażam-warknęłam, ale Herakles kontynuował.
-Musisz pokonać potwora...
-A to nowość-przerwałam mu.
Spojrzał na mnie przeciągle.
-Ten potwór jest dla ciebie nowy.-odwrócił się do naszego statku-Nie tylko dla ciebie.
-Czyli zdradziłeś bogów dla możliwości szczucia herosów nowymi potworami?-spytałam z niedowierzaniem
-Zrobiłem to dla czegoś znacznie większego-odparł chytrze.
-Dla tego samego stanowiska jakie miałeś do dziś?!-krzyknęłam i podeszłam bliżej. Żeby spojrzeć mu  oczy, musiałam zadzierać głowę w górę-Jesteś żałosny! Chaos cię wykiwał!- po niebie znowu przetoczył się grom. Spojrzałam na nie pogardliwie i wrzasnęłam-Pogódź się z tym idioto! Będę mówić twoje imię kiedy mi się to będzie podobało!
-Odważne słowa jak na zwierzynę w potrzasku-przyznał Herakles.
-W jakim potrzasku? Ja mogę w każdej chwili odejść. Popatrz na siebie i wreszcie odpowiedz sobie, kto tak na prawdę jest w potrzasku.
-Nie odejdziesz jeśli ci nie pozwolę
-Chcesz walki Heraklesie?-starałam się wyglądać groźnie i nie sprawiać wrażenia, że boję się odpowiedzi tak. Roześmiał się.
-Nie ze mną przyjdzie ci walczyć-wycofał się do wejścia jaskini-Masz to zrobić sama. Pozwolę wam przepłynąć, jeśli go pokonasz. A właściwie je. W każdym razie życzę miłego gnicia na łąkach Asfodelowych.
Po tych słowach wstąpił w cień jaskini i rozpłynął się w mroku.
           



Znów przepraszam za opóźnienie, jestem tępa, no ale cóż poradzić. Następny rozdział pojawi się ok. może jutro, pojutrze, a może w piątek. Zależy od weny xD.
~Pass


środa, 15 czerwca 2016

Kłótnia

Po przeczytaniu listu wszyscy zamilkli. Trener Hedge, który podczas ataku kraba oglądał amerykański boks (nie wiem jak głośno musiał być ten boks, skoro nic nie słyszał) wyszedł ze swojej kanciapy i słysząc fragment listu Willa, sam zamarł. Frank oraz Hazel, którzy wcześniej bardzo dobrze znali Willa, ale dopiero niedawno dowiedzieli się o zdradzie, mieli bardzo niepewne miny.
-Lecimy-rzekł pewnym tonem Percy, przerywając ciszę.
Zmierzyłam go uważnym spojrzeniem i przypomniałam.
-Will chce żebyśmy płynęli.
-Właśnie dlatego polecimy.
-Percy, on nas ostrzega-zaoponowała Anabeth
-Ja tam myślę, że to pułapka. Taka jesteś dobra w strategii, a się nie domyślasz?-spytał ironicznie.
Anabeth szybko odbiła pałeczkę.
-Wiem więcej niż ty Glonomóżdżku i lepiej żebyś my płynęli.
-Wiesz coś więcej?-podchwycił mój brat- To może się tą wiedzą podzielisz?
-Nie mogę-rzekła żałośnie i spuściła głowę-Przyrzekłam,  że nie powiem.
-Masz przed nami tajemnice?-zdziwił się Percy-Przede mną?
Córka Ateny zaczerwieniła się, ale zaraz dumnie podniosła głowę i spojrzała swojemu chłopakowi prosto w oczy.
-Tak Percy. Mam i musisz to zrozumieć. Właśnie dlatego powierzył mi tą tajemnicę, bo wiedział, że jej dochowam.
-Powierzył-parsknął zazdrośnie mój brat-A kto taki, jeśli można wiedzieć?
-Nieważne-Anabeth wbiła spojrzenie w podłogę.
-Dla mnie akurat, bardzo ważne-warknął Percy.
Zorientowałam się, że wszyscy patrzymy na nich jak na mecz ping ponga. Postanowiłam przerwać tę rozmowę. Pierwszy raz widziałam jak ta dwójka na poważnie się kłóci i nie powiem, by był to mój ulubiony widok.
-Dobra, koniec z tym-westchnęłam-Braciszku ogarnij się i wrzuć na luz. Anabeth cię nie zdradza, nie prowadzi podwójnego życia, więc nie masz się o co martwić.
-Skąd wiesz?-syknął.
Córka Ateny wyprostowała się zaskoczona, po czym jej twarz wykrzywiła się w grymasie złości.
-Czyżbyś coś sugerował Glonomóżdżku?-spytała groźnym szeptem, a przezwisko, które zawsze wypowiadała czule, zabrzmiało teraz chłodno i opryskliwie.
-A co jeśli tak?-Percy spojrzał jej w oczy z powątpiewaniem.
-Percy przestań-wtrąciłam się patrząc ze złością na brata-Nigdy więcej tak nie mów. Wracając, co robimy?
Chciałam jak najszybciej zmienić temat i chyba mi się udało. Reszta załogi nie chciała dalej słuchać ich kłótni i zaczęła szybko odpowiadać, nie dając im możliwości dojścia do głosu.
-Jestem za morzem-szybko powiedziała Piper.
-Ja wyjątkowo też-poparł ją Jason, nerwowo zerkając na pokłóconych.
-I ja-rzekła Hazel
-No ja oczywiście też-dodał Frank.
Leo kiwnął głową i również potwierdził, że woli zostać na morzu według rad jego byłego przyjaciela.
-Morze-wycedziła Anabeth
-Wyjątkowo powietrze-syknął Percy
-Dlaczego na złote bokserki Midasa musisz być tak cholernie uparty!-krzyknęła córka Ateny wznosząc ręce ku niebu.
Znów przerwałam tą wymianę zdań zanim Percy zdążył jeszcze bardziej skomplikować sytuację.
-A więc morze-zadecydowałam-Przegłosowane.
-Od kiedy obowiązuje prawo demokracji-spytał wkurzony syn Posejdona.
-Od teraz-odwarknęłam-Odczep się wreszcie!
-Jak sobie księżniczka życzy-odrzekł z sarkazmem i wyszedł głośno i gniewnie tupiąc nogami. Nie miałam zamiaru ruszyć za bratem. Wiedziałam, że tylko pogorszę sprawę.
-Ja pójdę-westchnął Jason i wyszedł w ślad za przyjacielem. Frank i Leo poszli zobaczyć czy wszystko gra w sterowni. Ja, Anabeth, Hazel i Piper poszłyśmy do mesy i klapnęłyśmy na krzesłach obok siebie. Anabeth uderzyła pięścią w stół.
-Jaki on jest przeraźliwie głupi-syknęła i schowała twarz w dłoniach.
-Boi się-stwierdziłam
-Ale czego?-zdziwiła się Hazel
-Tego, że Anabeth już na nim  nie zależy-wytłumaczyłam
-Ale zależy-westchnęła Piper i zerknęła na córkę Ateny-Prawda?
-Oczywiście, że tak-warknęła.
-To Will powierzył ci tą tajemnicę, prawda?-szepnęłam
-Tak-potaknęła cicho. Z niewiadomych powodów zdenerwowało mnie to. A więc jej powiedział, ale mi już nie raczył tak? Co za idiota..."Ogarnij się" Potrząsnęłam sobą w myślach. Nie jestem zazdrosna ok? Nic już do niego nie czuję. Znaczy nie żebym kiedykolwiek czuła, znaczy...Ech pogubiłam się już...
-Mara, nie denerwuj się tak-uśmiechnęła się Piper.
-Co?-udałam zdziwienie-Nie ma czym
Przewróciła oczami. Wszystkie przyjaciółki zebrane w pomieszczeniu wbiły we mnie pewne spojrzenie, co kazało mi przypuszczać, że wiedzą lepiej niż ja co czuję do tego gnojka. Zarumieniłam się.
-Och, przestańcie się tak patrzyć-westchnęłam.
-Podoba ci się?-drążyła Anabeth
-Może..-szepnęłam.
-Co tam mamroczesz?-droczyła się Piper.
-Dobra tak, pasuje?
-Co pasuje?-spytała Hazel uśmiechając się szeroko-Powiedz to.
-No, może trochę mi się podoba-czułam jak moje policzki dosłownie płoną-Ale jest zdrajcą.
-Nie wiadomo-mruknęła Anabeth, po czym chyba zdała sobie sprawę, że powiedziała to głośno.
-Co chcesz przez to powiedzieć?-spytałam.
-Nic-odparła Anabeth, po czym widząc nasze spojrzenia dodała-Nie mogę mówić.
Westchnęłyśmy.
-Więc co zamierzasz zrobić z Percym?-spytała córka Afrodyty.
-Sama nie wiem-blondynka zwiesiła głowę-Z jednej strony mam ochotę mu przywalić, a z drugiej zapewnić go, że go kocham. I co ja mam zrobić.
Wszystkie się zamyśliły. Wszystkie, oprócz mnie. Dla mnie sprawa była prosta. Zawsze robiłam to co uważałam za słuszne i dalej uważam, że jest to najlepsza strategia.
-Zrób i jedno i drugie.-powiedziałam, przerywając ciszę.
Dziewczyny wbiły we mnie zaskoczone spojrzenie.
-Ale...-zaczęła Hazel.
-Nie ma żadnego ale-zaoponowałam-Po prostu nie myśl. Idź i zrób co masz zrobić.
Anabeth kiwnęła głową i wstała.
-Współczuję twojemu chłopakowi-oznajmiła.
Przewróciłam oczami, po czym wyszłyśmy

 Przepraszam za żałośnie krótki next ale jestem nieogarnięta, bo jutro mam komers. Obiecuję że będzie coś wiekszegona weekendzie 
~Pass

piątek, 10 czerwca 2016

Krab listonosz

Percy wydawał mi się na prawdę skruszony. Stał jak ciele przed wejściem ze zgarbionymi plecami i żalem na twarzy. Z całego serca pragnęłam powiedzieć mu, że nic się nie stało, ale...to byłoby kłamstwo. Bo tak na prawdę stało się i myślę, że on też to wiedział. Stałam tam jak idiotka i patrzyłam się na niego niepewnie. Musiał wyczytać wątpliwość w moich oczach bo westchnął i powiedział.
-Zrozum. Ja nigdy w życiu tak nie myślałem i nie myślę. Poniosło mnie. Wiem, że byłem jak dotąd beznadziejnym starszym bratem, ale proszę cię Mara. Daj mi jeszcze jedną szansę a będę cię wspierał we wszystkim co postanowisz. Zawsze.
-We wszystkim?-upewniłam się.
-Tak.
Założyłam ręce na piersiach i popatrzyłam na niego przymrużając oczy.
-A w sprawie Willa?
Zacisnął szczęki, a wzrok uciekł mu w bok. Wyraźnie nie spodziewał się takiej deklaracji. Westchnął i znów na mnie popatrzył.
-Jeszcze go nie rozgryzłem ale,-zająknął się po czym powiedział przez zaciśnięte zęby-Też.
Nie obchodziło mnie ile trudu w to włożył. Ważne, że to powiedział i wiedziałam, że dotrzyma słowa. Wobec tego podeszłam do niego i przytuliłam mojego brata stając na palcach by dosięgnąć brodą do jego ramienia.
-Też przepraszam-szepnęłam-Za Anabeth, tornado, ogień...
-Oboje mamy za co-roześmiał się.
Odsunęłam się od niego i wyszczerzyłam zęby w zadowolonym uśmiechu. Atmosfera wyraźnie się oczyściła przez naszą rozmowę. Percy z wyraźną ulgą odetchnął głęboko i wyszedł z pomieszczenia, by wyjść na pokład. Właśnie lądowaliśmy na oceanie, ku radości nas obojga. Statek już zaczął rytmicznie kołysać się pobudzany przez fale. Hazel natychmiast zrobiła się zielona jak dojrzałe awokado. Mimo swojej strasznej choroby lokomocyjnej zdołała opanować chęć zwrócenia swojej pierwszej wielkiej uczty w Obozie Jupiter. Porozmawiałam z nowoprzybyłymi Rzymianami i muszę stwierdzić, że są na prawdę w porządku. Trochę zaskoczyła mnie wiadomość, że Frank to pretor Rzymu, w końcu nie wyglądał na tak wysoko postawioną osobę, ale niech im będzie. Zdążyliśmy się dość dobrze poznać, kiedy zadzwonił dzwonek na obiad. Cała załoga zgromadziła się w mesie. Zostało jeszcze tylko jedno puste miejsce. Po mojej lewej stronie stało krzesło na którym zasiadać miał dołączony w połowie drogi. Jego tożsamość wciąż pozostawała tajemnicą. Podczas posiłku dużo się śmialiśmy i rozmawialiśmy o najróżniejszych sprawach. Opowiadaliśmy też głupie i całkiem zabawne historie z naszego życia. Właśnie zaśmiewaliśmy się z mojej opowieści o tym jak jeden ze smoków przez przypadek prawie mnie połknął (powiedzmy, że znalazłam się bliżej jego migdałków niżbym chciała), kiedy poczuliśmy,  że statek ostro przechyla się w prawo. Z początku nie wydawało się to dziwne, byliśmy w końcu na morzu. Ale gdy wstrząsnęło nami tek, że wylądowałam twarzą w meksykańskiej tortilli Franka, zaczęliśmy podejrzewać, że to może nie być fala. Wybiegliśmy na pokład (nie komentując mojej umorusanej ostrym sosem twarzy) i zastaliśmy tam widok, po którym każdy z nas pomyślał sobie "Czy moje życie nie jest już wystarczająco dziwaczne?". Na pokład wchodził właśnie wielki krab.
"Chwila chwila" pomyślicie sobie "Krab? Serio Mara? Kraby są takie milutkie, mają fajne szczypczyki, czułka i wyglądają jak małe czerwone truskawki." Ale nie, mylicie się. Nasz krab miał szczypce jak pół pokładu, czułka prawie takiej samej długości a na dodatek sterczały z nich dziwne kulkowate narzędzia przypominające paralizatory (nie miałam ochoty sprawdzać) i w dodatku ten "milusi" krab miał wyraźny zamiar zatopić nasz okręt i przy okazji uczynić nas tak martwymi jak się tylko da. Każdy z nas chwycił broń którą akurat miał pod ręką. Ja szybko chwyciłam moje dwa ulubione miecze z cesarskiego złota i niebiańskiego spiżu, po czym stanęłam obok przyjaciół. Frank Zhang zapewne z przyzwyczajenia zaczął wykrzykiwać legionowe komendy. Pomimo, że załoga składała się głównie z Greków wszyscy złączyli się w idealny szyk i ruszyli na potwora. Zamierzałam właśnie do niech dołączyć, ale w mojej zrytej głowie zrodził się pewien może trochę szalony pomysł.A gdyby tak spróbować wykorzystać jego broń przeciwko niemu? Jeżeli to coś na czułkach faktycznie przewodzi prąd to czy wielki krab nie powinien od tego zginąć? Nie zdążyłam jednak dobrze przemyśleć tego planu, bo moi towarzysze zaczęli już atakować potwora, chcąc zmusić go do ucieczki w wodę. Niestety ten ani myślał się poddawać. Niemal niedbałym ruchem zamachnął się na Anabeth. Dziewczyna nie miałaby czasu na ucieczkę. Mój kochany braciszek kierując się zapewne instynktem (bo przecież nie mózgiem) rzucił się pomiędzy ją a czułek. Kiedy jego końcówka go dotknęła zaczął dygotać, przy akompaniamencie trzasków elektryczności, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia co do paralizatora na czułku. Blondynka wrzasnęła i doskoczyła do oszołomionego Percy'ego kiedy powód tego omdlenia się odsunął. Dziewczyna stanęła nad swoim chłopakiem i za pomocą miecza broniła ich oboje przed gwałtownymi atakami obu czułków. Nawet z odległości w której stałam łatwo było zobaczyć, że długo tak nie wytrzyma. Niestety inni też ledwo sobie radzili. Piper stała przy prawym szczypcu, przez co prawie została nim zmiażdżona. Na szczęście Frank w porę dał radę zamienić się w słonia. Z pomocą silnej trąby udało mu się powstrzymać opadające szczypce kraba na tak długo, aż Piper wykaraskała się spod nich. Patrzyłam na nich i zorientowałam się, że wśród tego wszystkiego ja dalej...stoję. Właśnie miałam ruszyć do walki, kiedy moją uwagę przykuł Festus, usiłujący jednocześnie utrzymać statek nad powierzchnią wody i szukać okazji do ataku. Nie myśląc za wiele rzuciłam się ku niemu. Bez wahania (co nie było za pewne zbyt mądre) sprawnie wskoczyłam na jego grzbiet i dźgnęłam go piętami w metaliczny tułów. Zchowałam miecze i wystartowaliśmy. Latanie bez siodła nie stanowiło dla mnie większego problemu po latach ze smokami. Skierowałam maszynę dalej od okrętu i zawróciłam. Muszę przyznać, że Festus jest na prawdę szybki i zwrotny. Oblecieliśmy przeciwnika dokoła i zanurkowaliśmy ku niemu, by zajść go od tyłu. Gdy byliśmy już prawie nad nim wrzasnęłam na całe gardło
-Kryć się!- co wszyscy uczynili bez większej zachęty. Smok zionął ogniem z precyzją godną automatona. Dosłownie spalił potworowi jeden z czułków i przypiekł plecy. Krab zawył a Festus wzniósł się wyżej i obrócił do góry nogami by podziwiać swoje dzieło. Jak ja kocham smoki! Mieliśmy właśnie powtarzać manewr ale krabiątko najwyraźniej się ocknęło, a czułek nie był tak doszczętnie spalony jak mogłoby się wydawać. Odwrócił się ku nam i wystrzelił potężną błyskawicę. Zadygotałam poparzona, a włosy stanęły mi dęba. Już miałam osunąć się w ciemność i stracić przytomność, ale nie mogłam sobie na to pozwolić. Mimo bólu i mroczków przed oczami otrząsnęłam się i wraz z Festusem niezgrabnie poszybowaliśmy na pokład, co i tak było zadziwiającym wyczynem zważywszy na jego przepalone (zapewne) przewody.
-Jason!- wrzasnęłam znowu (a potem wszyscy się dziwią dlaczego boli mnie gardło)- Na mój znak dawaj błyskawicę w czułek!
Nie czekałam na odpowiedź. Zanim smok opadł na pokład, zeskoczyłam z niego prosto na grzbiet potwora pomagając sobie wiatrami. Jego grzbiet był śliski a głowa gąbczasta przez co nie biegłam szybciej niż przeciętna pielgrzymka. Gdy dotarłam na głowę już wiedziałam, że mi się uda. Stąd mógł dosięgnąć mnie jedynie czułkiem, co faktycznie próbował zrobić. Obrócił paralizator ku mnie i wtedy ledwo uchylając się przed błyskawicą zdecydowałam się na kolejne ryzyko. Mimo trudu wybiłam się z całej siły i skoczyłam na czubek. Trzymając końcówkę skierowaną w stronę kraba próbowałam utrzymać się nogami. Kiedy spytacie czy warto ujeżdżać elektrycznie naładowane czułki krabów odpowiem nie. Zdecydowanie nie polecam. W końcu zwisając na samych rękach udało mi się dosięgnąć stopami ziemi, nie wypuszczając przy okazji nieustannie wijącego się czułka. Ubaw po pachy.
-Mara!-krzyknął Jason odpierając ataki szczypca.-Kiedy?
-Daj mi chwilę!-odkrzyknęłam-Staram się!
-Nie możesz starać się szybciej!
-To nie takie proste-warknęłam przez zaciśnięte zęby.
Powoli ale skutecznie zdołałam, wytężając wszystkie mięśnie dotrzeć bliżej gęby kraba nie dając się zabić, co uważam za niezłe osiągnięcie. Przetrwałam nawet jak w ataku szału uniósł mnie na wysokość 5 metrów i wił czułkiem jak wściekły, co udało mi się opanować dopiero jak lekko go poparzyłam. Moje ramiona płonęły żywym ogniem z bólu ale dałam radę. Przystawiłam końcówkę czułka do policzka (czy jak to się tam nazywa w przypadku kraba) potwora i wrzasnęłam.
-Już!
Z nieba spadła wielka błyskawica, a ja na ułamek sekundy przed tym jak uderzyła puściłam czułek. Uderzenie zatrzęsło całym statkiem. Ja sama poszybowałam kilka metrów dalej i upadłam na pokład. Wielki krab rozleciał się w czerwony pył by udać się na wesołą wędrówkę do Tartaru gdzie zazna wiecznych męk (jej). Wraz z czerwonym pyłem na pokład spadło jeszcze coś dziwnego. Jakiś przypalony biały zwitek. Otrząsnęłam się i wstałam chwiejnie na nogi. Obejrzałam się na towarzyszy. Percy, już ocucony siedział na pokładzie z twarzą w dłoniach. Anabeth klęczała obok niego i trzymała się za czerwoną rękę. Gdyby nie to, że mogła zażyć ambrozję powstałyby gigantyczne siniaki. w sumie i tak musiało boleć. Kawałek dalej Piper siedziała przy omdlałym z wysiłku jakiego wymagało sprowadzenie tak wielkiej błyskawicy na bezchmurne niebo i próbowała go budzić. Przy prawej burcie wstawali już Leo i Hazel. Koło wejścia do sterowni leżał oszołomiony goryl (zapewne Frank). Podeszłam by sprawdzić co z nim ale zdążył już zmienić się w normalnego chińsko kanadyjskiego nastolatka jakim był. Oko miał paskudnie opuchnięte, a z głębokiej rany na ramieniu lała się krew. Rzuciłam mu pudełeczko z ambrozją którą zawsze miałam przy sobie.
-Dzięki-rzucił, po czym zjadł wybornie smakującą olimpijską przekąskę. Jego opuchlizna zelżała a z rany nie lała się już krew. Podałam mu rękę którą złapał z wdzięcznością. Poddźwignęłam go na nogi, a reszta naszej załogi zgromadziła się wokół nas. Na widok Percy'ego parsknęłam śmiechem. Na jego głowie znajdował się wyjątkowo rozczochrany irokez.
-Wyglądasz jakbyś suszył sobie włosy dmuchawą do liści.
-Ciebie za to pomyliłbym z buszmanką-zgrabnie odbił piłeczkę. Spojrzałam w okno na swoje odbicie. Musiałam niestety przyznać mu rację. Każdy z burzy moich rudych włosów sterczał w inną stronę tworząc swoistą aureolę wokół mojej twarzy. Westchnęłam i przygładziłam włosy, co nawiasem mówiąc nie wiele pomogło.
-W sumie to masz rację.
-Ja zawsze mam rację.
-A we Wróżkę Zębuszkę też wierzysz?
Wszyscy zaśmiali się z naszych żartów. Muszę przyznać, że chociaż niedawno odzyskałam brata, czułam się jakbyśmy nie rozstawali się nigdy. Rozumieliśmy się dobrze, a słowne potyczki toczyły się zawsze w ramach żartu i były tak swobodne jakbyśmy nie robili nic innego.
-No to atak szalonego kraba mamy z głowy-stwierdził Leo.
-Co następne?-spytała Anabeth unosząc wzrok w kierunku nieba.
Za nami zaklekotał Festus. Syn Hefajstosa westchnął i popatrzył na mnie
-Ja na prawdę jestem wyrozumiałym człowiekiem. Tak wiem, musiałaś nas ratować ble ble ble. Ale dlaczego spaliłaś smoka?
Zaśmiałam się, a Leo westchnął.
-To na szczęście nic takiego. Trzeba tylko wymienić przewodniki.
-Duża ulga.
-A tak w ogóle to nawet sobie poradziłaś-stwierdził Frank, zwracając się do mnie.
-Jak na babę bez miecza- dodał Jason.
-Wypraszam sobie-żąchnęłam się.- Mam miecze.
Dotknęłam zawieszki i w moich dłoniach natychmiast pojawił się niebiański spiż i cesarskie złoto. Frank zagwizdał z uznaniem
-Niezła sztuczka.
-Przydaje się.-odparłam.
Nagle Anabeth coś zaniepokoiło. Ze zmarszczonym czołem odeszła od naszej grupy i podniosła z pokładu zwitek papieru który wypadł z potwora. Rozwinęła go i przelustrowała wzrokiem. Jej twarz wykrzywiła sie w grymasie zdziwienia, po czym zbladła.
-Co tam pisze?-spytała Piper.
Anabeth popatrzyła wprost na mnie i podała mi papier. List napisany był znajomym zgrzebnym pismem. Wstrzymałam oddech gdy rozpoznałam jego charakter i zaczęłam czytać wiadomość dostarczoną specjalną kurierską przesyłką wykonywaną przez głupiego potwora który przy okazji prawie zabił klientów.
    

 Maro!
Niedługo zrozumiesz, po co to zrobiłem. Mam nadzieję, że nie ucierpieliście w starciu z potworem. Wiem, że nie jestem zbyt wiarygodny ale proszę was nie wzbijajcie się teraz w powietrze. W morzu będzie wam trudno, ale jeśli polecicie zostaniecie strąceni w przeciągu kilku minut. Nie mogę napisać nic więcej. Uważajcie na Śródziemie.
                                                                      Will.


Przepraszam za opóźnienie ale znów wkradły się problemy z internetem. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie zawiodłam ;). Możliwe, że rozdział pojawi się w niedzielę, ale nic nie obiecuję. 
~Pass :D
    



































































































































































































































































































niedziela, 5 czerwca 2016

Mam się jej bać?

Nie było mi dane długo przebywać sam na sam ze sobą. Po kilku minutach do drzwi zaczęli dobijać się Piper i Jason.
-Mara otwórz te cholerne drzwi!-blondyn był sfrustrowany całą tą sytuacją i bardzo zły na przyjaciela za to co powiedział. Wiedział, że opanowanie mocy mogło być dla nich obu łatwe, ale dla mnie stanowiło duży problem. W końcu nie miałam tylko jednej umiejętności. Chłopak walił pięściami w moje drzwi, ale nie otwierałam. Zamiast tego coraz bardziej gorączkowo szukałam sposobu by uciec i skończyć ich kłopoty. W końcu jednak musiałam się poddać. Czaromowa Piper była zbyt potężna. Podejrzewam, że ta dziewczyna byłaby w stanie zmusić Hadesa do przyjaznego uśmiechu, a co dopiero mnie do wyjścia z durnego pokoju. Więc, kiedy krzyknęła.
-Mara, wyjdź natychmiast!- musiałam, wbrew mojej woli otworzyć drzwi. Czułam się tak jakbym nie miała kontroli nad rękami. Po chwili stałam już oko w oko z zatroskaną córką Afrodyty i jej chłopakiem. Otarłam zapłakaną twarz i zaplotłam ręce na piersiach.
-Nienawidzę tego twojego głosu-warknęłam, na co dziewczyna odpowiedziała uśmiechem, który nie utrzymał się długo na jej pięknej twarzy. Podniosła wzrok i popatrzyła na mnie poważnie.
-Nie przejmuj się tym kretynem-powiedziała, a ja spuściłam głowę.
-Jest spoko, ale czasem w ogóle nie myśli co mówi-dodał Jason.
-On w ogóle nie myśli-syknęłam, a chłopak zdobył się na uśmiech.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam blondyna nigdy nie podejrzewałam, że zostaniemy tak serdecznymi przyjaciółmi. Wtedy sprawiał wrażenie nadętego lalusia, ale teraz...Musiałam przyznać, że absolutnie nie był lalusiowaty.
-Choć na górę-zaproponowała Piper.
Pokręciłam głową i cofnęłam się o krok.
-W życiu.
-Mara, jego tam nie ma. Pogadajmy na świeżym powietrzu.-przekonywał syn Zeusa.
-Dobra.-westchnęłam i poszłam za nimi.
Wbrew pozorom wcale nie przejmowałam się moim bratem. Bardziej chodziło o Anabeth. Nie potrafiłam sobie darować, że zrobiłam jej krzywdę. To przecież była moja wina! Wyszliśmy schodami na górę. Na pokładzie nie było nikogo oprócz Leona i Festusa. Hazel i Frank pewnie poszli się rozpakować. Wiatr rozwiał mi włosy i owiał moją zaczerwienioną twarz chłodnym wietrzykiem. Lecieliśmy wysoko w chmurach, które otaczały nas niczym miękka kołderka. Szybkim krokiem podeszliśmy do syna Hefajstosa i jego mechanicznego smoka. Chłopak odwrócił się i rzucił mi zaniepokojone spojrzenie.
-Anabeth nie ma ci tego za złe-powiedział, gdy tylko podeszliśmy. Przynajmniej jeden z nic wszystkich rozumiał o co tak na prawdę chodzi.
-Zrobiłam jej krzywdę...
-Nie umyślnie-przerwał mi i uśmiechnął się.-Ale muszę przyznać. To tornado było niezłe.
Zaśmiałam się. Ten nieco niemądry brunet zawsze umiał mnie rozbawić. Zbliżyłam się do Festusa i pogłaskałam go po stalowej głowie. Rubinowe oczy popatrzyły na mnie z zaciekawieniem. Łeb smoka zbliżył się do mojej twarzy i trącił mnie w szyję. Zrozumiałam o co mu chodzi. Przecież nie byłam nigdy na tyle blisko niego, by mógł wyczuć kamień ze smoczej jamy. Najwyraźniej nawet mechaniczne smoki wiedzą co on oznacza. Sięgnęłam pod koszulkę i wyciągnęłam wielobarwny naszyjnik. Mechanizm zbliżył nozdrza i powąchał go. Potem zrobił coś czego nikt z nas się nie spodziewał. Odstąpił krok w tył i ugiął przednie łapy wpatrując się z blaskiem czerwonych oczu we mnie. Byłam oszołomiona. Podeszłam do smoka i szepnęłam.
-Festus wstań, ja nie jestem...
Wtedy smok zaryczał donośnie i wstał. Popatrzył na mnie przenikliwie i trącił mnie pyskiem w ramie, po czym wolnym krokiem olbrzymich łap, odszedł w stronę mechanizmów kierujących statkiem. Odwróciłam się w stronę przyjaciół i parsknęłam śmiechem.
-Czy on właśnie-zaczął Jason.
-Przed tobą?-przerwał mu Leo całkiem zaskoczony.
Wzruszyłam ramionami.
-To pewnie przez medalion.
-Musisz mi go kiedyś pożyczyć-westchnął syn Hefajstosa.
-Zapomnij-odparła Piper i zwróciła się do mnie-Mara, to było niesamowite.
-Smoki często tak na niego reagują-odparłam z uśmiechem chowając medalion pod koszulkę.
-Raczej, na ciebie-zwrócił uwagę Jason.
Nie zdążyliśmy dokończyć rozmowy, bo spod pokładu wyszedł własnie Percy. Miał skruszoną minę i kierował się w naszą stronę. Uśmiech zamarł mi na ustach. Ruszyłam przed siebie, mijając go bez słowa.
Złapał mnie za rękę, ale wyszarpnęłam ją.
-Mara, porozmawiajmy.
-Nie mamy o czym. Miałeś całkowitą rację-odparłam grobowym głosem, cały czas zmierzając przed siebie.
Zastąpił mi drogę.
-Właśnie, że nie miałem.
-Wobec tego pasuje ci, że nie chce mi się z tobą gadać?-warknęłam i jeszcze raz go minęłam.
-A z Anabeth?-zawołał za mną. Zatrzymałam się i odwróciłam się do niego.-Ona chce z tobą pogadać. Kazała mi cię zawołać.
-Gdzie?
-W jej kajucie-odparł.
Weszłam pod pokład bez słowa i minęłam kilka drzwi do kajut innych członków załogi, aż stanęłam przed tymi właściwymi. Zamarłam z ręką na klamce po czym jeszcze raz odetchnęłam. O nie, Mara Jackson nie tchórzy. Weszłam bez pukania i zobaczyłam Anabeth siedzącą na łóżku i podpartą poduszkami. Uśmiechała się.
-Usiądź.
Spełniłam jej prośbę i natychmiast zaczęłam mówić.
-Anabeth, ja na prawdę nie chciałam.  Przepraszam cię bardzo. Jesteś moją przyjaciółką, wspierasz mnie od mojego przybycia a ja zachowuję się jakbym chciała cię zabić przy pierwszej lepszej okazji. Jeżeli chcesz żebym odeszła to to zrobię, tylko powie...
-Stop!-przerwała mi Anabeth-Nie chcę. Nikt nie chce. To nie twoja wina.
-Moja-spuściłam głowę.
-Wcale nie-zaprzeczyła-Nie obwiniaj się. To dla ciebie niebezpieczne
-Co?-nie zrozumiałam skąd ona może wiedzieć co jest dla mnie niebezpieczne, skoro ja tego nie wiem.
Uśmiechnęła się
-Nauczyłam się rozpoznawać czyjeś słabości dawno temu. Twoja jest jedną z częstszych. Innym wybaczasz łatwo, ale sobie?
-Bo ja wszystko robię nie tak!-westchnęłam, zła na siebie-Tylko wszystko komplikuję.
-Nie prawda. Starasz się tylko okiełznać moce. I tak radzisz sobie świetnie. Takie wybuchy mają prawo się zdarzać nawet najlepszym.
-Skąd ty to wszystko wiesz?
-Jestem córką Ateny-wzruszyła ramionami-Wypada mi wiedzieć takie rzeczy.
-Chyba masz rację...
-On nie chciał-teraz postanowiła przejść na temat Percy'ego
Zaśmiałam się ponuro i spojrzałam na nią z powątpiewaniem
-Wyglądało jakby chciał.
-Wcale tak nie myśli-broniła go-Cieszy się, że wróciłaś. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo.
-Tia...
-Na prawdę. Jestem jego dziewczyną. Myślisz, że nie mówi mi takich rzeczy?
-Serio?
Pokiwała głową i trąciła mnie w ramię.
-Nie lubię kłamać.
-Dzięki Anabeth-szepnęłam, ale byłam pewna, że usłyszała.
-Mara?
-Co?
-Co jest między tobą i Willem?-tym pytaniem kompletnie zbiła mnie z tropu.
-Nic...Znaczy wcześniej myślałam, że coś-zaczęłam się w tym wszystkim plątać-No ale później zdradził no więc nic. Chyba nic.
-Mara, ja wiem.
-Co znowu wiesz?
-Wszystko co przytrafiło się na waszej wyprawie.
Zamurowało mnie. Popatrzyłam na nią w kompletnym szoku i spytałam.
-Skąd?
-Nieważne-szybko zmieniła kierunek rozmowy.-Nawet o waszym pocałunku.
-Nie całowaliśmy się-zaprzeczyłam szybko, ale Anabeth pokręciła głową.
-Mara, on na prawdę tego chciał.
-Więc dlaczego się odsunął?-zamrugałam gwałtownie by cofnąć napływające do oczu łzy. Nie uszło to uwadze córki Ateny.
-Wiedział co przyjdzie mu zrobić. Zrobił to dla twojego dobra. Nie chciał żebyś cierpiała bardziej.
-Nie rozumiem.
-Ja też z początku nie rozumiałam, ale teraz już wszystko wiem. On przeszedł na tamtą stronę tylko z jednego powodu.
-Poszedł do Nica-syknęłam,a Anabeth przewróciła oczami.
-Oczywiście, że nie kretynko! Chciał cię chronić.
-Nie potrzebuję ochrony.-warknęłam
-Może teraz nie, ale potem?
-Przecież nie miał szans wiedzieć co będzie potem. Chyba, że-nagle wpadło mi coś do głowy.
Blondynka pokiwała głową i dokończyła rozpoczęte przeze mnie zdanie.
-Chyba, że ktoś mu o tym powiedział.
-Rachel-podniosłam wzrok w idealnym momencie by zauważyć jak uśmiech rozkwita na jej twarzy.
-Jednak glonomóżdżkowatość nie jest u was dziedziczna.
Roześmiałam się, a wtedy dziewczyna podniosła się z poduszek.
-Chodźmy do mesy. Poznasz Franka i Hazel. Są super.
-Ale ty...Możesz wstawać?-zaniepokoiłam się, lecz Anabeth od razu mnie uspokoiła.
-Jadłam ambrozję. Już nic mi nie jest. Chodźmy.
Sprawnie wstała i już po chwili obie wychodziłyśmy z pokoju w którym dowiedziałam się, że należy bardzo uważać na to co się mówi przy córce Ateny. Ta dziewczyna umie wyciągnąć zaskakująco trafne wnioski. Poszłyśmy do mesy, gdzie wszystko zdążyło już wrócić do normalnego wyglądu po huraganie jaki rozpętaliśmy z Percy'm. Stali tam: niska dziewczyna z kręconymi włosami i krępy osiłek który przywodził na myśl Azjatyckie rejony. Anabeth przedstawiła nas sobie.
-Pewnie zdążyliście się już wszystkiego dowiedzieć-westchnęłam.
Kiwnęli głowami.
-To nie twoja wina-natychmiast powiedziała Hazel-Wiem jak to jest. Ja też długo nie opanowałam mocy.
-Szlachetne kamienie?-upewniłam się.
Przytaknęła. Frank spojrzał na mnie.
-Serio mieszkałaś na Olimpie?
-Owszem.
-I ze smokami?-dopytywał
-Tak.
-Pewnie było super. Ja umiem się zmieniać w smoka.
-Nie tylko w smoka z tego co słyszałam.-uśmiechnęłam się do niego-Złota rybka?
Frank zaczerwienił się na to wspomnienie a Hazel wybuchnęła śmiechem. Nagle dziewczyna przestała się śmiać. Odchrząknęła i wskazała coś za moimi plecami. Odwróciłam się i zauważyłam Percy'ego stojącego w drzwiach mesy i posyłającego mi niepewne spojrzenie. Zbierałam się do wyjścia z pomieszczenia, ale zastąpił mi drogę do drzwi i powiedział skruszonym głosem.
-Siostrzyczko....Przepraszam.
                     
Tak tak wiem, znowu dzień opóźnienia.
Ale patrząc na to pozytywnie to lepiej niż dwa tygodnie xD.
Nastepny rozdział za tydzień, a może nawet wcześniej. Zależy od mojej weny i fajnego pomysłu. Dziękuję, że jesteście i wchodzicie nawet jak nic nie dodaję. Mam super czytelników <3
~Pass

środa, 1 czerwca 2016

Jedna głupia wizja, a tyle szkód

Wszystko zaczęło się od tego głupiego noża do masła Piper. Tak...mam na myśli Katioptris. Ten cholerny scyzoryk wpędził nas w ponury nastrój już pierwszego dnia. Innymi słowy nie mogło być lepiej! Nie dość, że dzisiaj miałam poznać tych nowych...Hazel i Franka....to jeszcze te wieści. Po zjedzeniu śniadania wstawaliśmy wszyscy od stołu gdy córka Afrodyty krzyknęła. Wpatrywała się w swój sztylet ze skupioną miną, przez kilkanaście minut nie odzywając się ani słowem. My siedzieliśmy jak na szpilkach i wpatrywaliśmy się w nią z wyczekiwaniem. Po chwili drżącymi rękami odłożyła go na stół.
-Co widziałaś?-nie mogła wytrzymać Anabeth.
-Coś...dziwnego.
Leo przewrócił oczami i zabębnił palcami o stół.
-Coś tak dziwnego jak braci Hoodów w urzędzie bankowym czy coś niepokojącego?
-Zdecydowanie to drugie-odparła i przetarła twarz dłońmi.
-Na bogów, Pipes powiesz wreszcie?-zniecierpliwił się Jason i położył dłoń na ramieniu dziewczyny.
-W wizji była noc. Najpierw widziałam tylko gwiazdy...ale potem...Cała zgraja czarnych jak węgiel smoków. Było ich tyle, że nawet nie umiałam ogarnąć ich wzrokiem. Na samym czele leciał jeden, największy...
-Drago-wyplułam to imię niczym przekleństwo.
-Kto?-zdezorientował się Percy.
-Coś jakby najlepszy z mrocznych smoków. Taki-pomyślałam chwilę-przywódca. U nas jest to Szary. Ani on, ani jego konkurent po tamtej stronie nie są najstarsi, ale zdecydowanie najsilniejsi. A o to chodzi...
-Zrozumiałem
-Nareszcie- teatralnie przewróciłam oczami.
-Zamknijcie się i dajcie dziewczynie dokończyć- warknął trener Hedge.
-Dziękuję-odezwała się na powrót Piper i kontynuowała opowieść-Na grzbiecie tego smoka dojrzałam jeźdźca...
-Nico-wyrwało mi się.
Satyr spiorunował mnie wzrokiem nakazującym milczenie, pod groźbą użycia kija baseballowego.
-Tak. Nico-brunetka nie zważyła na wzrok trenera i opowiadała dalej- Drago zleciał w dół do wejścia jakiejś jaskini a u jej wejścia syn Hadesa zeskoczył na ziemię. Z jaskini wyszedł wtedy Will-zrobiła krótką przerwę i spojrzała na mnie ostentacyjnie. Zignorowałam to i spuściłam wzrok.-W ręce trzymał taki czarny zakrzywiony jak róg miecz. Powiedział coś takiego "Mam go. Za niedługo Pan będzie mógł go użyć. " Nico chyba coś odpowiedział ale nie dosłyszałam jego słów, bo scena się zmieniła. Ujrzałam nas w jakiejś komnacie. Może pałacu...trudno powiedzieć. Jakaś wielka, mglista, czarna postać.
-Chaos-szepnęłam, a Piper pokiwała w zamyśleniu głową
-Możliwe. Była półprzezroczysta i zdawała się gromadzić dziwną, czarną energię wokół siebie. Po jego obu stronach stały te czarne smoki, a po prawej Nico i Will. Syn Apolla trzymał ten sam miecz w takim geście jakby chciał go komuś dać. Ten...Czarny Pan-zająknęła się-on powiedział coś w stylu "Spełnij swą powinność Solace. Wreszcie ukrócę jej nędzny żywot. Daj mi go". I wtedy coś mnie zaskoczyło.-przerwała na chwilę.
-Co?-spytał Leo.
-Will...on...popatrzył w naszą stronę, chyba na Marę-wszystkie oczy skupiły się na mnie-i powiedział "Nie".  Wtedy się urwało.
 I ja się pytam o co tu na Hadesa chodzi?! Dlaczego to musi być tak cholernie bardzo zagmatwane?! Nie może być jasnych i przejrzystych rzeczy. Zawsze wszystko musi się pomieszać. "Myślałaś, że wszystko wiesz Maro? A może jeszcze jedna nie dająca się rozwiązać zagadka?" Prawie słyszałam śmiech Czarnej Gęby.
-Jesteś pewna, że powiedział nie?-szepnęłam otwierając oczy ze zdumienia.
-Tak-córka Afrodyty spojrzała na mnie z ponurą pewnością-Ale jedno mnie ciekawi. Gdy na ciebie spojrzał, miał wyraz twarzy jakby....czegoś dowodził.
Wtedy zrozumiałam.
-Obietnica.
-Stop!-Jason wykonał gest time stop.-Jaka znowu obietnica?
-Bo...-starałam się ukryć czerwone policzki. Nie bardzo wiedziałam co powiedzieć, a zdecydowanie nie pomagało mi, że Percy patrzył na mnie badawczo-Na tej naszej misji...On przysiągł na Styks, że nie pozwoli mnie skrzywdzić-wyrzuciłam z siebie.
Zamurowało ich.
-Mara. Jesteś pewna, że on przysiągł na Styks?-spytała Anabeth.
-Na 100%-odparłam.
-Jeżeli złamie przysięgę...-zaczął Jason.
-Nie złamie-powiedziałam z dziwną pewnością w głosie. Nie wiem dlaczego, ale odczułam nagle przemożną chęć bronienia tego kłamliwego zdrajcy.
-On nas zdradził-przypomniał mi Percy-Dlaczego go bronisz?
-Bo mu ufam- po chwili poprawiłam się- To znaczy ufałam....-zająknęłam się i westchnęłam-Sama już nie wiem.
-Ufasz zdrajcy?-spytał z niedowierzaniem mój brat.
-W sumie...-zastanowiłam się-Może on wcale nie jest zdrajcą...
-To by pasowała-podchwycił Leo. Od zdrady Willa cały czas myślał nad innym wyjaśnieniem sytuacji. Zaprzyjaźnił się z synem Apolla i nigdy do końca nie wierzył w jego zdradę.- Może faktycznie Mara ma rację...
-Mara chciałaby wierzyć, że ją ma-warknął Percy.
Oburzyłam się. Teraz to już przesadził.
-A nawet jeśli to co?! Czy ty czasem nie uznałeś Luke'a za przyjaciela po zdradzie?!
Zaniemówił
-To całkiem inna sytuacja...
-A mi się wydaje, że nie ma różnicy. To by pasowało do słów Rachel...
Zamyśliłam się.
-Jakich znowu słów?-dopytywała córka Ateny.
-Kiedy wsiadaliśmy, podbiegła i chwyciła mnie za ramie. Mamrotała coś bez ładu i składu ale między innymi powiedziała ,że ktoś musiał, żebym mu wybaczyła i takie tam. Sama nie wiedziałam  o kim mówiła ale teraz podejrzewam, że o Willu.
Na samą myśl w moim umyśle pojawiła się iskierka nadziei, którą postanowił zniszczyć mój brat.
-Tego oczywiście też nam nie raczyłaś powiedzieć wcześniej?!-zirytował się.
-O co ci znowu chodzi?
-Nie powinnaś niczego zatajać!-wrzasnął tak, że aż się zatrzęsłam-Jesteśmy drużyną! Wiesz co to w ogóle znaczy?!
-Percy, przesadzasz-odezwała się cicho Anabeth ale jej przerwałam.
-Nie uważaj się za lepszego!-ryknęłam-Radziłam sobie sama przez 3 cholerne lata! Przyzwyczaiłam się do tego, że nie mogę ufać nikomu poza sobą.
-To się odzwyczaj!
-Nie przyszło ci do głowy, że to nie takie proste?!-głos mi zadrżał kiedy krzyczałam.
-Bo to jest proste, Mara.
-Zamknij się już!!!-wrzasnęłam, a z moich zaciśniętych na stole palców wyskoczyła iskra i oparzyła Percy'ego w ramię.
Syknął z bólu i potarł ranę. Z prędkością błyskawicy wstał od stołu i skierował się ku wyjściu. Anabeth poszła za nim.
-Percy, ja na prawdę nie...-zaczęłam się tłumaczyć, ale nie dał mi dokończyć. Odwrócił się z grymasem złości na twarzy i nim się obejrzałam byłam mokra od stóp do głów. Zalana lodowato zimną wodą, przestałam próbować przepraszać. Wkurzyłam się....no dobra....bardzo się wkurzyłam i wysłałam w jego stronę małe tornado. Uciekając przed nim wybiegł na pokład, a ja za nim. Reszta naszych, wciąż oszołomionych towarzyszy powlokła się za nami, a córka Ateny bezsilnie próbowała uspokoić mojego brata. Ten jednak nic sobie z tego nie robił. Podniósł wielką falę wody i zniszczył moje tornado, przy okazji oblewając mnie wodą po raz drugi. Zadrżałam, gdy poczułam na skórze niską temperaturę cieczy. Uniosłam ręce by wystrzelić w niego wodą, ale właśnie wtedy stało się coś czego od zawsze obawiałam się najbardziej. Straciłam kontrolę nad mocą. Zamiast strumienia wody z mojej ręki wystrzeliła smuga wiatru po czym niekontrolowanie skręciła. Zamiast rozbić się o maszt uderzyła w Anabeth z taką mocą, że blondynka z krzykiem przeleciała pół długości pokładu i uderzyła przednią burtę. Popędziliśmy ku niej w jednej chwili. Była przytomna, ale bardzo obolała. Byłam przerażona tym, co zrobiłam. Najpierw Posejdon! Potem Mellisa! A teraz Anabeth! I to wszystko moja wina! Podeszła bliżej i cała roztrzęsiona szepnęłam.
-Anabeth, ja...przepraszam....nie chciałam-mamrotałam, wpatrując się w nią wielkimi z przerażenia oczami. Chciałam jej dotknąć, ale wtedy klęczący przy dziewczynie Percy odwrócił się do mnie i pchnął mnie w tył z taką siłą, że prawie rozwaliłam sobie głowę o pokład.
-Nie dotykaj jej!-wrzasnął. Byłam na granicy płaczu. Łzy już zaczęły zbierać mi się koło oczu.
-Percy, to nie jej....-wyszeptała Anabeth, ale jej chłopak jej przerwał.
-Właśnie, że to jej wina! Gdyby nie ona, nie byłabyś ranna, siedzielibyśmy w obozie i nie groziłoby nam niebezpieczeństwo! Ona wszystko zepsuła!
W tle jego krzyku ryknął Festus, zwiastując rychłe przybycie Rzymian. Ale ja byłam skupiona tylko i wyłącznie na słowach brata. Łzy pociekły mi po policzkach. Podniosłam się, czując, że niedługo na moich łokciach zagoszczą wielkie siniaki. Zapłakana spojrzałam mu w oczy.
-Przepraszam.-wyszeptałam jeszcze raz.
-Nie obchodzą mnie twoje przeprosiny!-wrzasnął mi w twarz-Wolałbym gdybyś nigdy się nie pojawiła!-po chwili zrozumiał chyba co przed chwilą powiedział. Gniew na jego twarzy ustąpił miejsca szokowi-Mara...ja...
-Masz rację-chlipnęłam-Nigdy więcej nie sprawię ci kłopotu.
Płacząc odwróciłam się na pięcie i pobiegłam ile sił w nogach do drugiego końca statku. Miałam ochotę wyskoczyć. Polecieć do Jamy i zapomnieć.
-Przesadziłeś-usłyszałam jak ktoś wypowiedział te słowa do mojego brata. Byłam już przy burcie. Wyskoczyłabym, gdyby przede mną nagle nie zmaterializował się bułany koń z dwoma nastolatkami na grzbiecie.Dziewczyna-Hazel Levesque wyglądała na kilka lat młodszą ode mnie a chłopak-Frank Zhang-na mniej więcej mój wiek. Na widok mojej zapłakanej twarzy szepnął
-Coś przegapiliśmy?
-Dużo-odparłam i odwróciłam się. Wbiegłam pod pokład nie zwracając uwagi na nawoływania i wparowałam do swojego pokoju. Zatrzasnęłam drzwi i oparłam się o nie. Wtedy całkiem się rozkleiłam.
         
Tak tak wiem. 
Jestem nieobowiązkowa i nie potrafię dotrzymywać terminów. 
Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie może poza tym, że średnio miałam pomysł na ten rozdział, aż do dzisiaj. Dziękuję za cierpliwość i za to, że wchodzicie na tego bloga, nawet jeśli nic nie zamieszczam od dłuższego czasu. Jesteście super <3
Następny rozdział tym razem na 1000000000% w sobote.
~Pass