-Ej Gadziomordy! Twój pysk wygląda jakby przebiegła po nim Maciora z Kolchidy!
Podczas ataku na pierwszego potwora krzyczałam różne bzdury, które miały za zadanie odwrócić uwagę pozostałych. Nie za bardzo mi to wyszło. Zdołałam jedynie wbić srebrne ostrze w kark potwora, niemal na pewno go zabijając. Potem drugi gadziomordy złapał mnie zębami za koszulkę i oderwał od ciała pobratymca. Szarpałam się w jego pysku, ale wypuścił mnie dopiero gdy zdzieliłam go drugim ostrzem w oko. Spadłam nagle i zanim zdążyłam zareagować uderzyłam o fale z wielkim pluskiem. Usłyszałam czyjś przerażony okrzyk dobiegający ze statku. Wynurzyłam głowę, ale nie było mi dane pomyśleć nad tym gdzie podziały się te piekielne istoty, bo to one znalazły mnie. Jeden z czterech pozostałych chwycił mnie pazurami za włosy i szarpnął w górę. Krzyknęłam z bólu i zamachałam nogami w powietrzu. Wisiałam w pazurach potwora zawieszona na własnych włosach. Miecze w moich dłoniach zaczęły mi ciążyć, podobnie jak wszystko inne. Ból rozchodzący się z głowy palił mnie niemiłosiernie. W końcu jednym szybkim cięciem machnęłam nad głową ucinając sobie włosy i ponownie spadłam w morze. Tym razem od razu zrobiłam się czujniejsza. Zanim którykolwiek z potworów zorientował się gdzie spadłam, wystrzeliłam z morza i wbiłam jeden z mieczy w brzuch potwora, który nadal trzymał w pazurach moje obcięte włosy. Zawył ogłuszająco i szybko zamilkł. Rozsypał się w szary pył obsypując mnie całą niczym popiół. Nie dałam rady jednak uciec przed kolejnym atakiem. Kolejny potwór spadł na mnie z góry i boleśnie przeorał mi pazurami plecy. Przed oczami stanęły mi mroczki. Pragnęłam tylko zanurzyć się w chłodnej wodzie ale moi przeciwnicy nie dali mi zaznać tej rozkoszy. Kolejna istota uderzyła mnie swoim wężowatym ciałem i posłała mnie w stronę statku. Uderzyłam o jego bok, boleśnie wyginając przy tym ciało. W górze dało się słyszeć kolejne przerażone okrzyki moich przyjaciół. Tym razem udało mi się zanurzyć w wodzie. Nie miałam, tak jak Percy umiejętności regenerowania się pod wodą, ale żywioł ojca zawsze dodawał mi sił. Chociaż ból dalej mnie paraliżował, zdołałam w końcu stwierdzić, że mam tylko jedno wyjście. Głęboko odetchnęłam i wystrzeliłam z wody ostatkiem sił unosząc się w powietrzu. Zawisłam jak najdalej Argo III mogłam i czekałam. Wszystkie trzy pozostałe potwory z determinacją podążały w moim kierunku. Na ułamek sekundy przed spotkaniem z trzema uzębionymi potworami wzbiłam się jeszcze wyżej i czerpiąc z kompletnych rezerw mojej mocy cisnęłam w zderzające się istoty kulą ognia. Wybuch słychać było chyba nawet w obozie. Szary, podpalony proch wyglądał nieco jak fajerwerki, ale nie było już tak fajnie, gdy spadało się wśród tego prochu. Wyczerpana i ledwo żywa nie dałam rady przywołać nawet lekkiego wicherku, a co dopiero podrzucić się na Argo III. Na sekundę przed omdleniem poczułam jak w mojej ręce ląduje jakiś świstek papieru. Potem, pochłonęła mnie błogosławiona ciemność, w której złapały mnie czyjeś ramiona i zaniosły na statek. Po nie wiadomo jak długim czasie w ciemności zaczęłam słyszeć głosy.
-Budzi się!
-Mara, Mara!
-To było super!
-Żyjesz?
-Ja też chcę tak wybuchać!
-Zamknij się Leo!
-Mara!-poczułam lekkie klepnięcie w policzek i otworzyłam oczy gwałtownie wciągając powietrze.
Nade mną gromadziła się cała załoga, łącznie z trenerem Hedge który ostatnio siedział głównie w swojej kajucie.
-Obudziła się-westchnął satyr.
-Co się stało, gdzie jest...-spróbowałam się podnieść, ale natychmiast syknęłam z bólu. Plecy paliły mnie żywym ogniem, a łokieć lewej ręki pulsował z bólu, na równi z dołem klatki piersiowej,
-Nie ruszaj się-nakazała Piper. Dopiero teraz zauważyłam, że leżałam w pokoju, w którym sprawowaliśmy zawsze opiekę medyczną, a cała moja lewa ręka była zabandażowana, podobnie jak plecy i kolano. Czułam też, że na podbródku rośnie mi wielki siniak.
-Opatrzyłyśmy cię-rzekła Hazel, pomagając mi się na powrót położyć-Dostałaś ambrozję, ale nawet ona nie uleczy takich obrażeń od razu.
Kiwnęłam głową i potarłam oczy prawą ręką
-Długo byłam nieprzytomna?
-Dwa dni-odparł cicho Percy
-Dwa dni?!-Wybałuszyłam na niego oczy. Widząc, że nie żartuje wymusiłam złośliwy uśmiech-Najgorsze dwa dni twojego życia braciszku.
-Chyba najszczęśliwsze-roześmiał się.
Niby się ze sobą droczyliśmy, ale po spojrzeniu jakim się nawzajem obdarzyliśmy można było stwierdzić, że obojgu nam ulżyło, że między nami jest znów jak między prawdziwym rodzeństwem.
-To było niesamowite-powiedział w końcu Frank.
-Raczej desperackie-spuściłam głowę by uniknąć ich spojrzeń.
-Niemożliwe-dodała Anabeth.
-Ledwo przeżyłam-przypomniałam jej, po czym uciekłam do innego tematu-Przepłynęliśmy bez problemu?
-Przez cieśninę tak-westchnął Jason.
-Ale zaraz potem zaatakował nas wąż morski-dodała Hazel
-Teraz osiedliśmy gdzieś na Maroko i naprawiamy szkody-poinformował mnie trener Hedge.
-Kto naprawia?-spytałam patrząc na nich wszystkich.
Zaczerwienili się
-No....-zaczęła Piper-my.
-Jak to wy skoro tu wszyscy stoicie?
-Musieliśmy z tobą pogadać
-Pogadaliście. Proszę was, mamy niecałe pięć miesięcy-stęknęłam.
Zaśmiali się.
-Chyba ja tu jestem generałem-wymamrotał Leo, po czym zwrócił się do pozostałych i wypiął teatralnie pierś-Zhang, Levesque, Grace, proszę za mną.
Wytypowani wraz z trenerem Hedge opuścili pokój ze śmiechem
-A wy?-spytałam Perciego, Anabeth i Piper.
-My musimy porozmawiać-odparła poważnie córka Ateny i wskazała na kartkę leżącą na szafce nocnej.
Spróbowałam jej dosięgnąć ale natychmiast mimo woli skrzywiłam się z bólu. Piper zatrzymała moje dalsze próby i szybko podała mi kartkę. Była wymięta i nieco przypalona, ale dało się odczytać tekst nabazgrany na niej, pospiesznym niedbałym pismem, które mimo tego wyglądało jak żywcem wyjęte z Konstytucji. Tylko jedna znana mi osoba ma taki charakter pisma. A z wiadomości od tej osoby nigdy nie wiadomo czy należy się cieszyć czy płakać. Odetchnęłam szybko i wlepiłam wzrok w tekst.
To znowu ja
Natychmiast wzbijcie się w powietrze. Teraz, to bogowie skalni nie są waszymi najgroźniejszymi przeciwnikami. Wroga może zdezorientować wasza wiedza co do tego kiedy należy się wzbić ale nie będzie podejrzewał mnie. Pod wodą czyha coś czemu nie dacie rady. Muszę znaleźć miecz ze smoczego zęba. Dostarczę go na wyspie Izbie na Majorce. Bądźcie tam za 2 miesiące. Uważajcie na powstającą. Będzie kosztować miesiąc. Musiałem
Will Solace
Mam wodę zamiast mózgu-mruknęłam.
-Jak Percy na co dzień-roześmiała się Anabeth.
Mój brat zmierzył ją udawanie obrażonym spojrzeniem, na co dziewczyna pocałowała go w policzek.
-Wracając-przerwała im Piper wyraźnie rozbawiona zachowaniem pary- Czy myślicie to co ja?
-A mianowicie?-nie zrozumiał Percy.
-Piper chodzi o to, że Will, być może znów przeszedł na naszą stronę.-wytłumaczyła Anabeth grobowym głosem. Zamilkliśmy. Po chwili myślenia zapytałam.
-A co jeśli....
-Jeśli co?-dopytała Piper.
-Jeśli on tak na prawdę nigdy nas nie zdradził?
-Z własnej woli stał się szpiegiem-zamyślił się Percy.
-Albo to najlepsza prawda jaką słyszałam w życiu-popatrzyłam im w oczy-albo najgenialniejsze kłamstwo.
Po mega długiej nieobecności jest. Miały być dzisiaj dwa, ale wróciłam dopiero z dorywczej pracy i najzwyczajniej w świecie nie mam siły xd. Ale za to jutro walnę wam kilka ;)
Jak się podobało?


.gif)