niedziela, 5 czerwca 2016

Mam się jej bać?

Nie było mi dane długo przebywać sam na sam ze sobą. Po kilku minutach do drzwi zaczęli dobijać się Piper i Jason.
-Mara otwórz te cholerne drzwi!-blondyn był sfrustrowany całą tą sytuacją i bardzo zły na przyjaciela za to co powiedział. Wiedział, że opanowanie mocy mogło być dla nich obu łatwe, ale dla mnie stanowiło duży problem. W końcu nie miałam tylko jednej umiejętności. Chłopak walił pięściami w moje drzwi, ale nie otwierałam. Zamiast tego coraz bardziej gorączkowo szukałam sposobu by uciec i skończyć ich kłopoty. W końcu jednak musiałam się poddać. Czaromowa Piper była zbyt potężna. Podejrzewam, że ta dziewczyna byłaby w stanie zmusić Hadesa do przyjaznego uśmiechu, a co dopiero mnie do wyjścia z durnego pokoju. Więc, kiedy krzyknęła.
-Mara, wyjdź natychmiast!- musiałam, wbrew mojej woli otworzyć drzwi. Czułam się tak jakbym nie miała kontroli nad rękami. Po chwili stałam już oko w oko z zatroskaną córką Afrodyty i jej chłopakiem. Otarłam zapłakaną twarz i zaplotłam ręce na piersiach.
-Nienawidzę tego twojego głosu-warknęłam, na co dziewczyna odpowiedziała uśmiechem, który nie utrzymał się długo na jej pięknej twarzy. Podniosła wzrok i popatrzyła na mnie poważnie.
-Nie przejmuj się tym kretynem-powiedziała, a ja spuściłam głowę.
-Jest spoko, ale czasem w ogóle nie myśli co mówi-dodał Jason.
-On w ogóle nie myśli-syknęłam, a chłopak zdobył się na uśmiech.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam blondyna nigdy nie podejrzewałam, że zostaniemy tak serdecznymi przyjaciółmi. Wtedy sprawiał wrażenie nadętego lalusia, ale teraz...Musiałam przyznać, że absolutnie nie był lalusiowaty.
-Choć na górę-zaproponowała Piper.
Pokręciłam głową i cofnęłam się o krok.
-W życiu.
-Mara, jego tam nie ma. Pogadajmy na świeżym powietrzu.-przekonywał syn Zeusa.
-Dobra.-westchnęłam i poszłam za nimi.
Wbrew pozorom wcale nie przejmowałam się moim bratem. Bardziej chodziło o Anabeth. Nie potrafiłam sobie darować, że zrobiłam jej krzywdę. To przecież była moja wina! Wyszliśmy schodami na górę. Na pokładzie nie było nikogo oprócz Leona i Festusa. Hazel i Frank pewnie poszli się rozpakować. Wiatr rozwiał mi włosy i owiał moją zaczerwienioną twarz chłodnym wietrzykiem. Lecieliśmy wysoko w chmurach, które otaczały nas niczym miękka kołderka. Szybkim krokiem podeszliśmy do syna Hefajstosa i jego mechanicznego smoka. Chłopak odwrócił się i rzucił mi zaniepokojone spojrzenie.
-Anabeth nie ma ci tego za złe-powiedział, gdy tylko podeszliśmy. Przynajmniej jeden z nic wszystkich rozumiał o co tak na prawdę chodzi.
-Zrobiłam jej krzywdę...
-Nie umyślnie-przerwał mi i uśmiechnął się.-Ale muszę przyznać. To tornado było niezłe.
Zaśmiałam się. Ten nieco niemądry brunet zawsze umiał mnie rozbawić. Zbliżyłam się do Festusa i pogłaskałam go po stalowej głowie. Rubinowe oczy popatrzyły na mnie z zaciekawieniem. Łeb smoka zbliżył się do mojej twarzy i trącił mnie w szyję. Zrozumiałam o co mu chodzi. Przecież nie byłam nigdy na tyle blisko niego, by mógł wyczuć kamień ze smoczej jamy. Najwyraźniej nawet mechaniczne smoki wiedzą co on oznacza. Sięgnęłam pod koszulkę i wyciągnęłam wielobarwny naszyjnik. Mechanizm zbliżył nozdrza i powąchał go. Potem zrobił coś czego nikt z nas się nie spodziewał. Odstąpił krok w tył i ugiął przednie łapy wpatrując się z blaskiem czerwonych oczu we mnie. Byłam oszołomiona. Podeszłam do smoka i szepnęłam.
-Festus wstań, ja nie jestem...
Wtedy smok zaryczał donośnie i wstał. Popatrzył na mnie przenikliwie i trącił mnie pyskiem w ramie, po czym wolnym krokiem olbrzymich łap, odszedł w stronę mechanizmów kierujących statkiem. Odwróciłam się w stronę przyjaciół i parsknęłam śmiechem.
-Czy on właśnie-zaczął Jason.
-Przed tobą?-przerwał mu Leo całkiem zaskoczony.
Wzruszyłam ramionami.
-To pewnie przez medalion.
-Musisz mi go kiedyś pożyczyć-westchnął syn Hefajstosa.
-Zapomnij-odparła Piper i zwróciła się do mnie-Mara, to było niesamowite.
-Smoki często tak na niego reagują-odparłam z uśmiechem chowając medalion pod koszulkę.
-Raczej, na ciebie-zwrócił uwagę Jason.
Nie zdążyliśmy dokończyć rozmowy, bo spod pokładu wyszedł własnie Percy. Miał skruszoną minę i kierował się w naszą stronę. Uśmiech zamarł mi na ustach. Ruszyłam przed siebie, mijając go bez słowa.
Złapał mnie za rękę, ale wyszarpnęłam ją.
-Mara, porozmawiajmy.
-Nie mamy o czym. Miałeś całkowitą rację-odparłam grobowym głosem, cały czas zmierzając przed siebie.
Zastąpił mi drogę.
-Właśnie, że nie miałem.
-Wobec tego pasuje ci, że nie chce mi się z tobą gadać?-warknęłam i jeszcze raz go minęłam.
-A z Anabeth?-zawołał za mną. Zatrzymałam się i odwróciłam się do niego.-Ona chce z tobą pogadać. Kazała mi cię zawołać.
-Gdzie?
-W jej kajucie-odparł.
Weszłam pod pokład bez słowa i minęłam kilka drzwi do kajut innych członków załogi, aż stanęłam przed tymi właściwymi. Zamarłam z ręką na klamce po czym jeszcze raz odetchnęłam. O nie, Mara Jackson nie tchórzy. Weszłam bez pukania i zobaczyłam Anabeth siedzącą na łóżku i podpartą poduszkami. Uśmiechała się.
-Usiądź.
Spełniłam jej prośbę i natychmiast zaczęłam mówić.
-Anabeth, ja na prawdę nie chciałam.  Przepraszam cię bardzo. Jesteś moją przyjaciółką, wspierasz mnie od mojego przybycia a ja zachowuję się jakbym chciała cię zabić przy pierwszej lepszej okazji. Jeżeli chcesz żebym odeszła to to zrobię, tylko powie...
-Stop!-przerwała mi Anabeth-Nie chcę. Nikt nie chce. To nie twoja wina.
-Moja-spuściłam głowę.
-Wcale nie-zaprzeczyła-Nie obwiniaj się. To dla ciebie niebezpieczne
-Co?-nie zrozumiałam skąd ona może wiedzieć co jest dla mnie niebezpieczne, skoro ja tego nie wiem.
Uśmiechnęła się
-Nauczyłam się rozpoznawać czyjeś słabości dawno temu. Twoja jest jedną z częstszych. Innym wybaczasz łatwo, ale sobie?
-Bo ja wszystko robię nie tak!-westchnęłam, zła na siebie-Tylko wszystko komplikuję.
-Nie prawda. Starasz się tylko okiełznać moce. I tak radzisz sobie świetnie. Takie wybuchy mają prawo się zdarzać nawet najlepszym.
-Skąd ty to wszystko wiesz?
-Jestem córką Ateny-wzruszyła ramionami-Wypada mi wiedzieć takie rzeczy.
-Chyba masz rację...
-On nie chciał-teraz postanowiła przejść na temat Percy'ego
Zaśmiałam się ponuro i spojrzałam na nią z powątpiewaniem
-Wyglądało jakby chciał.
-Wcale tak nie myśli-broniła go-Cieszy się, że wróciłaś. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo.
-Tia...
-Na prawdę. Jestem jego dziewczyną. Myślisz, że nie mówi mi takich rzeczy?
-Serio?
Pokiwała głową i trąciła mnie w ramię.
-Nie lubię kłamać.
-Dzięki Anabeth-szepnęłam, ale byłam pewna, że usłyszała.
-Mara?
-Co?
-Co jest między tobą i Willem?-tym pytaniem kompletnie zbiła mnie z tropu.
-Nic...Znaczy wcześniej myślałam, że coś-zaczęłam się w tym wszystkim plątać-No ale później zdradził no więc nic. Chyba nic.
-Mara, ja wiem.
-Co znowu wiesz?
-Wszystko co przytrafiło się na waszej wyprawie.
Zamurowało mnie. Popatrzyłam na nią w kompletnym szoku i spytałam.
-Skąd?
-Nieważne-szybko zmieniła kierunek rozmowy.-Nawet o waszym pocałunku.
-Nie całowaliśmy się-zaprzeczyłam szybko, ale Anabeth pokręciła głową.
-Mara, on na prawdę tego chciał.
-Więc dlaczego się odsunął?-zamrugałam gwałtownie by cofnąć napływające do oczu łzy. Nie uszło to uwadze córki Ateny.
-Wiedział co przyjdzie mu zrobić. Zrobił to dla twojego dobra. Nie chciał żebyś cierpiała bardziej.
-Nie rozumiem.
-Ja też z początku nie rozumiałam, ale teraz już wszystko wiem. On przeszedł na tamtą stronę tylko z jednego powodu.
-Poszedł do Nica-syknęłam,a Anabeth przewróciła oczami.
-Oczywiście, że nie kretynko! Chciał cię chronić.
-Nie potrzebuję ochrony.-warknęłam
-Może teraz nie, ale potem?
-Przecież nie miał szans wiedzieć co będzie potem. Chyba, że-nagle wpadło mi coś do głowy.
Blondynka pokiwała głową i dokończyła rozpoczęte przeze mnie zdanie.
-Chyba, że ktoś mu o tym powiedział.
-Rachel-podniosłam wzrok w idealnym momencie by zauważyć jak uśmiech rozkwita na jej twarzy.
-Jednak glonomóżdżkowatość nie jest u was dziedziczna.
Roześmiałam się, a wtedy dziewczyna podniosła się z poduszek.
-Chodźmy do mesy. Poznasz Franka i Hazel. Są super.
-Ale ty...Możesz wstawać?-zaniepokoiłam się, lecz Anabeth od razu mnie uspokoiła.
-Jadłam ambrozję. Już nic mi nie jest. Chodźmy.
Sprawnie wstała i już po chwili obie wychodziłyśmy z pokoju w którym dowiedziałam się, że należy bardzo uważać na to co się mówi przy córce Ateny. Ta dziewczyna umie wyciągnąć zaskakująco trafne wnioski. Poszłyśmy do mesy, gdzie wszystko zdążyło już wrócić do normalnego wyglądu po huraganie jaki rozpętaliśmy z Percy'm. Stali tam: niska dziewczyna z kręconymi włosami i krępy osiłek który przywodził na myśl Azjatyckie rejony. Anabeth przedstawiła nas sobie.
-Pewnie zdążyliście się już wszystkiego dowiedzieć-westchnęłam.
Kiwnęli głowami.
-To nie twoja wina-natychmiast powiedziała Hazel-Wiem jak to jest. Ja też długo nie opanowałam mocy.
-Szlachetne kamienie?-upewniłam się.
Przytaknęła. Frank spojrzał na mnie.
-Serio mieszkałaś na Olimpie?
-Owszem.
-I ze smokami?-dopytywał
-Tak.
-Pewnie było super. Ja umiem się zmieniać w smoka.
-Nie tylko w smoka z tego co słyszałam.-uśmiechnęłam się do niego-Złota rybka?
Frank zaczerwienił się na to wspomnienie a Hazel wybuchnęła śmiechem. Nagle dziewczyna przestała się śmiać. Odchrząknęła i wskazała coś za moimi plecami. Odwróciłam się i zauważyłam Percy'ego stojącego w drzwiach mesy i posyłającego mi niepewne spojrzenie. Zbierałam się do wyjścia z pomieszczenia, ale zastąpił mi drogę do drzwi i powiedział skruszonym głosem.
-Siostrzyczko....Przepraszam.
                     
Tak tak wiem, znowu dzień opóźnienia.
Ale patrząc na to pozytywnie to lepiej niż dwa tygodnie xD.
Nastepny rozdział za tydzień, a może nawet wcześniej. Zależy od mojej weny i fajnego pomysłu. Dziękuję, że jesteście i wchodzicie nawet jak nic nie dodaję. Mam super czytelników <3
~Pass

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz