piątek, 10 czerwca 2016

Krab listonosz

Percy wydawał mi się na prawdę skruszony. Stał jak ciele przed wejściem ze zgarbionymi plecami i żalem na twarzy. Z całego serca pragnęłam powiedzieć mu, że nic się nie stało, ale...to byłoby kłamstwo. Bo tak na prawdę stało się i myślę, że on też to wiedział. Stałam tam jak idiotka i patrzyłam się na niego niepewnie. Musiał wyczytać wątpliwość w moich oczach bo westchnął i powiedział.
-Zrozum. Ja nigdy w życiu tak nie myślałem i nie myślę. Poniosło mnie. Wiem, że byłem jak dotąd beznadziejnym starszym bratem, ale proszę cię Mara. Daj mi jeszcze jedną szansę a będę cię wspierał we wszystkim co postanowisz. Zawsze.
-We wszystkim?-upewniłam się.
-Tak.
Założyłam ręce na piersiach i popatrzyłam na niego przymrużając oczy.
-A w sprawie Willa?
Zacisnął szczęki, a wzrok uciekł mu w bok. Wyraźnie nie spodziewał się takiej deklaracji. Westchnął i znów na mnie popatrzył.
-Jeszcze go nie rozgryzłem ale,-zająknął się po czym powiedział przez zaciśnięte zęby-Też.
Nie obchodziło mnie ile trudu w to włożył. Ważne, że to powiedział i wiedziałam, że dotrzyma słowa. Wobec tego podeszłam do niego i przytuliłam mojego brata stając na palcach by dosięgnąć brodą do jego ramienia.
-Też przepraszam-szepnęłam-Za Anabeth, tornado, ogień...
-Oboje mamy za co-roześmiał się.
Odsunęłam się od niego i wyszczerzyłam zęby w zadowolonym uśmiechu. Atmosfera wyraźnie się oczyściła przez naszą rozmowę. Percy z wyraźną ulgą odetchnął głęboko i wyszedł z pomieszczenia, by wyjść na pokład. Właśnie lądowaliśmy na oceanie, ku radości nas obojga. Statek już zaczął rytmicznie kołysać się pobudzany przez fale. Hazel natychmiast zrobiła się zielona jak dojrzałe awokado. Mimo swojej strasznej choroby lokomocyjnej zdołała opanować chęć zwrócenia swojej pierwszej wielkiej uczty w Obozie Jupiter. Porozmawiałam z nowoprzybyłymi Rzymianami i muszę stwierdzić, że są na prawdę w porządku. Trochę zaskoczyła mnie wiadomość, że Frank to pretor Rzymu, w końcu nie wyglądał na tak wysoko postawioną osobę, ale niech im będzie. Zdążyliśmy się dość dobrze poznać, kiedy zadzwonił dzwonek na obiad. Cała załoga zgromadziła się w mesie. Zostało jeszcze tylko jedno puste miejsce. Po mojej lewej stronie stało krzesło na którym zasiadać miał dołączony w połowie drogi. Jego tożsamość wciąż pozostawała tajemnicą. Podczas posiłku dużo się śmialiśmy i rozmawialiśmy o najróżniejszych sprawach. Opowiadaliśmy też głupie i całkiem zabawne historie z naszego życia. Właśnie zaśmiewaliśmy się z mojej opowieści o tym jak jeden ze smoków przez przypadek prawie mnie połknął (powiedzmy, że znalazłam się bliżej jego migdałków niżbym chciała), kiedy poczuliśmy,  że statek ostro przechyla się w prawo. Z początku nie wydawało się to dziwne, byliśmy w końcu na morzu. Ale gdy wstrząsnęło nami tek, że wylądowałam twarzą w meksykańskiej tortilli Franka, zaczęliśmy podejrzewać, że to może nie być fala. Wybiegliśmy na pokład (nie komentując mojej umorusanej ostrym sosem twarzy) i zastaliśmy tam widok, po którym każdy z nas pomyślał sobie "Czy moje życie nie jest już wystarczająco dziwaczne?". Na pokład wchodził właśnie wielki krab.
"Chwila chwila" pomyślicie sobie "Krab? Serio Mara? Kraby są takie milutkie, mają fajne szczypczyki, czułka i wyglądają jak małe czerwone truskawki." Ale nie, mylicie się. Nasz krab miał szczypce jak pół pokładu, czułka prawie takiej samej długości a na dodatek sterczały z nich dziwne kulkowate narzędzia przypominające paralizatory (nie miałam ochoty sprawdzać) i w dodatku ten "milusi" krab miał wyraźny zamiar zatopić nasz okręt i przy okazji uczynić nas tak martwymi jak się tylko da. Każdy z nas chwycił broń którą akurat miał pod ręką. Ja szybko chwyciłam moje dwa ulubione miecze z cesarskiego złota i niebiańskiego spiżu, po czym stanęłam obok przyjaciół. Frank Zhang zapewne z przyzwyczajenia zaczął wykrzykiwać legionowe komendy. Pomimo, że załoga składała się głównie z Greków wszyscy złączyli się w idealny szyk i ruszyli na potwora. Zamierzałam właśnie do niech dołączyć, ale w mojej zrytej głowie zrodził się pewien może trochę szalony pomysł.A gdyby tak spróbować wykorzystać jego broń przeciwko niemu? Jeżeli to coś na czułkach faktycznie przewodzi prąd to czy wielki krab nie powinien od tego zginąć? Nie zdążyłam jednak dobrze przemyśleć tego planu, bo moi towarzysze zaczęli już atakować potwora, chcąc zmusić go do ucieczki w wodę. Niestety ten ani myślał się poddawać. Niemal niedbałym ruchem zamachnął się na Anabeth. Dziewczyna nie miałaby czasu na ucieczkę. Mój kochany braciszek kierując się zapewne instynktem (bo przecież nie mózgiem) rzucił się pomiędzy ją a czułek. Kiedy jego końcówka go dotknęła zaczął dygotać, przy akompaniamencie trzasków elektryczności, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia co do paralizatora na czułku. Blondynka wrzasnęła i doskoczyła do oszołomionego Percy'ego kiedy powód tego omdlenia się odsunął. Dziewczyna stanęła nad swoim chłopakiem i za pomocą miecza broniła ich oboje przed gwałtownymi atakami obu czułków. Nawet z odległości w której stałam łatwo było zobaczyć, że długo tak nie wytrzyma. Niestety inni też ledwo sobie radzili. Piper stała przy prawym szczypcu, przez co prawie została nim zmiażdżona. Na szczęście Frank w porę dał radę zamienić się w słonia. Z pomocą silnej trąby udało mu się powstrzymać opadające szczypce kraba na tak długo, aż Piper wykaraskała się spod nich. Patrzyłam na nich i zorientowałam się, że wśród tego wszystkiego ja dalej...stoję. Właśnie miałam ruszyć do walki, kiedy moją uwagę przykuł Festus, usiłujący jednocześnie utrzymać statek nad powierzchnią wody i szukać okazji do ataku. Nie myśląc za wiele rzuciłam się ku niemu. Bez wahania (co nie było za pewne zbyt mądre) sprawnie wskoczyłam na jego grzbiet i dźgnęłam go piętami w metaliczny tułów. Zchowałam miecze i wystartowaliśmy. Latanie bez siodła nie stanowiło dla mnie większego problemu po latach ze smokami. Skierowałam maszynę dalej od okrętu i zawróciłam. Muszę przyznać, że Festus jest na prawdę szybki i zwrotny. Oblecieliśmy przeciwnika dokoła i zanurkowaliśmy ku niemu, by zajść go od tyłu. Gdy byliśmy już prawie nad nim wrzasnęłam na całe gardło
-Kryć się!- co wszyscy uczynili bez większej zachęty. Smok zionął ogniem z precyzją godną automatona. Dosłownie spalił potworowi jeden z czułków i przypiekł plecy. Krab zawył a Festus wzniósł się wyżej i obrócił do góry nogami by podziwiać swoje dzieło. Jak ja kocham smoki! Mieliśmy właśnie powtarzać manewr ale krabiątko najwyraźniej się ocknęło, a czułek nie był tak doszczętnie spalony jak mogłoby się wydawać. Odwrócił się ku nam i wystrzelił potężną błyskawicę. Zadygotałam poparzona, a włosy stanęły mi dęba. Już miałam osunąć się w ciemność i stracić przytomność, ale nie mogłam sobie na to pozwolić. Mimo bólu i mroczków przed oczami otrząsnęłam się i wraz z Festusem niezgrabnie poszybowaliśmy na pokład, co i tak było zadziwiającym wyczynem zważywszy na jego przepalone (zapewne) przewody.
-Jason!- wrzasnęłam znowu (a potem wszyscy się dziwią dlaczego boli mnie gardło)- Na mój znak dawaj błyskawicę w czułek!
Nie czekałam na odpowiedź. Zanim smok opadł na pokład, zeskoczyłam z niego prosto na grzbiet potwora pomagając sobie wiatrami. Jego grzbiet był śliski a głowa gąbczasta przez co nie biegłam szybciej niż przeciętna pielgrzymka. Gdy dotarłam na głowę już wiedziałam, że mi się uda. Stąd mógł dosięgnąć mnie jedynie czułkiem, co faktycznie próbował zrobić. Obrócił paralizator ku mnie i wtedy ledwo uchylając się przed błyskawicą zdecydowałam się na kolejne ryzyko. Mimo trudu wybiłam się z całej siły i skoczyłam na czubek. Trzymając końcówkę skierowaną w stronę kraba próbowałam utrzymać się nogami. Kiedy spytacie czy warto ujeżdżać elektrycznie naładowane czułki krabów odpowiem nie. Zdecydowanie nie polecam. W końcu zwisając na samych rękach udało mi się dosięgnąć stopami ziemi, nie wypuszczając przy okazji nieustannie wijącego się czułka. Ubaw po pachy.
-Mara!-krzyknął Jason odpierając ataki szczypca.-Kiedy?
-Daj mi chwilę!-odkrzyknęłam-Staram się!
-Nie możesz starać się szybciej!
-To nie takie proste-warknęłam przez zaciśnięte zęby.
Powoli ale skutecznie zdołałam, wytężając wszystkie mięśnie dotrzeć bliżej gęby kraba nie dając się zabić, co uważam za niezłe osiągnięcie. Przetrwałam nawet jak w ataku szału uniósł mnie na wysokość 5 metrów i wił czułkiem jak wściekły, co udało mi się opanować dopiero jak lekko go poparzyłam. Moje ramiona płonęły żywym ogniem z bólu ale dałam radę. Przystawiłam końcówkę czułka do policzka (czy jak to się tam nazywa w przypadku kraba) potwora i wrzasnęłam.
-Już!
Z nieba spadła wielka błyskawica, a ja na ułamek sekundy przed tym jak uderzyła puściłam czułek. Uderzenie zatrzęsło całym statkiem. Ja sama poszybowałam kilka metrów dalej i upadłam na pokład. Wielki krab rozleciał się w czerwony pył by udać się na wesołą wędrówkę do Tartaru gdzie zazna wiecznych męk (jej). Wraz z czerwonym pyłem na pokład spadło jeszcze coś dziwnego. Jakiś przypalony biały zwitek. Otrząsnęłam się i wstałam chwiejnie na nogi. Obejrzałam się na towarzyszy. Percy, już ocucony siedział na pokładzie z twarzą w dłoniach. Anabeth klęczała obok niego i trzymała się za czerwoną rękę. Gdyby nie to, że mogła zażyć ambrozję powstałyby gigantyczne siniaki. w sumie i tak musiało boleć. Kawałek dalej Piper siedziała przy omdlałym z wysiłku jakiego wymagało sprowadzenie tak wielkiej błyskawicy na bezchmurne niebo i próbowała go budzić. Przy prawej burcie wstawali już Leo i Hazel. Koło wejścia do sterowni leżał oszołomiony goryl (zapewne Frank). Podeszłam by sprawdzić co z nim ale zdążył już zmienić się w normalnego chińsko kanadyjskiego nastolatka jakim był. Oko miał paskudnie opuchnięte, a z głębokiej rany na ramieniu lała się krew. Rzuciłam mu pudełeczko z ambrozją którą zawsze miałam przy sobie.
-Dzięki-rzucił, po czym zjadł wybornie smakującą olimpijską przekąskę. Jego opuchlizna zelżała a z rany nie lała się już krew. Podałam mu rękę którą złapał z wdzięcznością. Poddźwignęłam go na nogi, a reszta naszej załogi zgromadziła się wokół nas. Na widok Percy'ego parsknęłam śmiechem. Na jego głowie znajdował się wyjątkowo rozczochrany irokez.
-Wyglądasz jakbyś suszył sobie włosy dmuchawą do liści.
-Ciebie za to pomyliłbym z buszmanką-zgrabnie odbił piłeczkę. Spojrzałam w okno na swoje odbicie. Musiałam niestety przyznać mu rację. Każdy z burzy moich rudych włosów sterczał w inną stronę tworząc swoistą aureolę wokół mojej twarzy. Westchnęłam i przygładziłam włosy, co nawiasem mówiąc nie wiele pomogło.
-W sumie to masz rację.
-Ja zawsze mam rację.
-A we Wróżkę Zębuszkę też wierzysz?
Wszyscy zaśmiali się z naszych żartów. Muszę przyznać, że chociaż niedawno odzyskałam brata, czułam się jakbyśmy nie rozstawali się nigdy. Rozumieliśmy się dobrze, a słowne potyczki toczyły się zawsze w ramach żartu i były tak swobodne jakbyśmy nie robili nic innego.
-No to atak szalonego kraba mamy z głowy-stwierdził Leo.
-Co następne?-spytała Anabeth unosząc wzrok w kierunku nieba.
Za nami zaklekotał Festus. Syn Hefajstosa westchnął i popatrzył na mnie
-Ja na prawdę jestem wyrozumiałym człowiekiem. Tak wiem, musiałaś nas ratować ble ble ble. Ale dlaczego spaliłaś smoka?
Zaśmiałam się, a Leo westchnął.
-To na szczęście nic takiego. Trzeba tylko wymienić przewodniki.
-Duża ulga.
-A tak w ogóle to nawet sobie poradziłaś-stwierdził Frank, zwracając się do mnie.
-Jak na babę bez miecza- dodał Jason.
-Wypraszam sobie-żąchnęłam się.- Mam miecze.
Dotknęłam zawieszki i w moich dłoniach natychmiast pojawił się niebiański spiż i cesarskie złoto. Frank zagwizdał z uznaniem
-Niezła sztuczka.
-Przydaje się.-odparłam.
Nagle Anabeth coś zaniepokoiło. Ze zmarszczonym czołem odeszła od naszej grupy i podniosła z pokładu zwitek papieru który wypadł z potwora. Rozwinęła go i przelustrowała wzrokiem. Jej twarz wykrzywiła sie w grymasie zdziwienia, po czym zbladła.
-Co tam pisze?-spytała Piper.
Anabeth popatrzyła wprost na mnie i podała mi papier. List napisany był znajomym zgrzebnym pismem. Wstrzymałam oddech gdy rozpoznałam jego charakter i zaczęłam czytać wiadomość dostarczoną specjalną kurierską przesyłką wykonywaną przez głupiego potwora który przy okazji prawie zabił klientów.
    

 Maro!
Niedługo zrozumiesz, po co to zrobiłem. Mam nadzieję, że nie ucierpieliście w starciu z potworem. Wiem, że nie jestem zbyt wiarygodny ale proszę was nie wzbijajcie się teraz w powietrze. W morzu będzie wam trudno, ale jeśli polecicie zostaniecie strąceni w przeciągu kilku minut. Nie mogę napisać nic więcej. Uważajcie na Śródziemie.
                                                                      Will.


Przepraszam za opóźnienie ale znów wkradły się problemy z internetem. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie zawiodłam ;). Możliwe, że rozdział pojawi się w niedzielę, ale nic nie obiecuję. 
~Pass :D
    



































































































































































































































































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz