Mój brat odwrócił się na pięcie i wbił w nią spojrzenie przerażonych oczu. Raczej nie przywykł do widoku swojej dziewczyny aż tak rozwścieczonej i to w dodatku na niego. Mimo wszystko podszedł kilka kroków do dziewczyny.
-Anabeth, ja na prawdę przepraszam-zaczął się tłumaczyć-Nie wiem jak mogłem w to wątpić. ani jak mogłem powiedzieć coś takiego. Jestem idiotą, przepra...-Córka Ateny zamknęła mu usta pocałunkiem. Percy wyglądał na bardzo zaskoczonego, ale nie protestował (dziwne byłoby gdyby tak). Po chwili.....no dobra....dłuższej chwili....oderwali się od siebie. Anabeth wlepiła w niego zimne jak stal spojrzenie.
-To był dowód.-syknęła-A to kara...
W tym momencie uniosła rękę i trzasnęła mojego biednego braciszka w policzek (hihihi dobrze mu tak), po czym odwróciła się i starając się zachować powagę poszła do maszynowni. Cała załoga zataczała się ze śmiechu, no może z wyjątkiem wciąż zaskoczonego Percy''ego. Mimo wszystko uśmiechał się, co wzięłam jako dobry znak.
-Jak ma to oznaczać kolejny pocałunek, to idę nadstawić drugi-wyszeptał, powodując kolejną salwę śmiechu całej grupy.
-Nigdy więcej nie ośmielisz się wątpić-zaśmiał się Jason.
-Spróbował by-prychnęła Piper, sprzedając synowi Jupitera kuksańca w żebra.
-Myślicie, że mam do niej iść?-zamyślił się Percy.
-Daj jej chwilę-parsknęłam-Musi skończyć się śmiać.
Przyjaciele roześmiali się, a mój kochany braciszek nie omieszkał podejść i sprzedać mi kopniaka. Odwdzięczyłam się mu, wbijając mu palce między żebra. Skrzywił się, na to nieprzyjemne uczucie.
-Czy wszystkie dziewczyny muszą być takie brutalne?-stęknął.
Wzruszyłam ramionami i udałam zdziwienie.
-Jakie brutalne? To sposób komunikacji.
Percy wykrzywił się do mnie ironicznie, po czym odwrócił się w stronę wejścia do maszynowni, by pójść do swojej dziewczyny, kiedy zastygł w bezruchu z przerażeniem na twarzy.
-Non plus ultra-wyszeptał po rzymsku. Zdziwiło mnie to na tyle, by odwrócić się i zobaczyć na co patrzy. Przed statkiem były dwa wielkie słupy, oddzielające ocean od Morza Śródziemnego. Na nich, wypisane było wielkimi wyraźnymi literami NON PLUS ULTRA. Pamiętałam z lekcji z Herą (a jednak na coś się przydały), że zdanie to znaczyło ANI KROKU DALEJ i kompletnie nie wiedziałam czego tu się bać. Rozejrzałam się mając nadzieję, że ktoś z obecnych będzie tak samo zdezorientowany. Wszyscy pozostali jednak wydawali się tak samo przerażeni jak mój brat.
-Herakles-szepnęła zszokowana Piper-Jak mogliśmy zapomnieć! Przecież płyniemy na Morze Śródziemne do jasnej-tu użyła skomplikowanej mieszanki greckich przekleństw. Nareszcie zrozumiałam o co im chodziło. Strażnikiem cieśniny, przez którą musieliśmy przepłynąć, był właśnie jeden z najbardziej znanych greckich herosów.-Herakles. Hazel pobiegła do maszynowni i zawołała Anabeth i Leona. Byli tak samo zdenerwowani jak reszta.
-Vlakas-krzyknęła Anabeth. W wolnym tłumaczeniu starożytnej greki oznaczało to nazwanie samej siebie idiotką. Westchnęła-Przepraszam was, powinnam o tym pamiętać.
-Nie twoja wina-zaoponował Frank-wszyscy powinniśmy pamiętać.
-Wiecie, że musimy do niego iść, nie?-upewnił się Leo.
-Oczywiście, że tak-Percy potarł czoło-ale kto pójdzie?
-Na pewno nie ja ani Piper-powiedział szybko Jason-Byliśmy tam ostatnim razem i obawiam się, że nie zapamiętał nas najlepiej.
-Kokosy latały na rekordowe odległości-zaśmiał się syn Hefajstosa.
-Percy też nie powinien iść-dodała Piper-syn Posejdona....
-A Mara?-wtrąciła się Anabeth.
W duchu bardzo się ucieszyłam, że rozważyła taką opcję. Gdybym sama się zgłosiła, wątpię, czy ktoś z nich by mnie puścił. Ale jeśli zaproponowała to nasza strategiczna mistrzyni? Oczywiście mój brat musiał zgłosić swoje obiekcje...
-Ona też jest córką Posejdona-zaoponował.
Córka Ateny przewróciła oczami.
-Wiem Percy, ale ma też powiązania z Zeusem....
-I z Herą-dodał mój brat.
-Oj przestań!-krzyknęłam i westchnęłam-Po prostu przeszkadza ci, że umiem latać a ty nie!
-Mi to przeszkadza?-wykrzyknął Percy i parsknął-Chyba w twoich snach.
-Zostawmy już to-zaproponowałam. Mój brat kiwnął głową i założył ręce na piersi- Ja pójdę. Tylko mnie nie zna. Może zaskoczę go swoją uroczą osobowością.
-Raczej rozdętym ego-syknął Percy. Klepnęłam go w ramie i uśmiechnęłam się.
-Faktycznie to może być dobry pomysł-przyznał Frank- Skoro cię nie zna...
-Na jego miejscu nie chciałbym poznawać-mruknął mój wiecznie wtrącający się brat, śmiejąc się cicho.
-Jak wrócę to się policzymy-warknęłam i zmrużyłam oczy.
-Niech idzie Mara-zadecydował Jason.
-Sama?-spytała Hazel.
-Tak sama.-odpowiedziałam, teraz już całkiem poważna.-Was kojarzy, chyba nie zbyt dobrze.-Po tych słowach odwróciłam się i krzyknęłam do będącego przy sterze Festusa.
-Festus! Zatrzymaj statek!
Mechaniczny smok obrzucił mnie spojrzeniem rubinowych oczu i zatrzymał łajbę. Znów spojrzałam na towarzyszy.
-Dalej polecę sama.- Oderwałam stopy od podłoża i już miałam przywołać wiatry kiedy Percy złapał mnie za łokieć.
-Poradzisz sobie?-spytał cicho zaniepokojony.
Uśmiechnęłam się do niego. Widocznie na prawdę się o mnie martwił.
-Przez trzy lata sobie radziłam. Dam radę braciszku.
Po tych słowach pofrunęłam. Kawałek leciałam, ale nie chcąc się zbyt przemęczać osiadłam na fali, która pod moimi stopami ułożyła się w kształt deski surfingowej. Dopływając do wyspy ujrzałam na niej pokaźnej budowy młodego mężczyznę o złotych włosach. Heraklesa. Patrzył na mnie ponuro. Odbiłam się od fali i doleciałam do brzegu. Zatrzymałam się u jego stóp. Przewyższał mnie niemal o połowę (nie żebym była szczególnie wysoka). Spojrzał na mnie z góry.
-Jeżeli zapytasz, gdzie moja lwia skóra ukręcę ci głowę bez wyjaśnień-burknął.
Odpowiedziałam m hardym spojrzeniem.
-Pewnie masz ją gdzieś niedaleko. Pozwolisz naszemu statkowi przepłynąć?
-Od razu przechodzisz do sedna-zaśmiał się ponuro.
-To chyba dobrze-założyłam ręce na piersiach.
łMoże-zamyślił się-ale moja odpowiedź na pytanie brzmi nie.
No dobra, teraz się wkurzyłam....
-Niby czemu?!-machnęłam rękami, krzycząc z frustracji- Ja tu próbuję świat ratować idioto! Nie mam czasu na kaprysy pomniejszych bogów!
Herakles zmarszczył brwi i założył ręce na muskularnej piersi.
-Pomniejszych?-spytał groźnie marszcząc czoło.
Wzruszyłam ramionami kompletnie nie wzruszona. Ares był takim samym mięśniakiem. A tacy jak on, szanują tylko siłę.
-Olimpijczykiem to ty nie jesteś-warknęłam.
Wprawiając mnie w totalne osłupienie, zaśmiał się i odrzucił głowę w tył.
-Żelazna z ciebie dama Maro Jackson.
-Skąd znasz moje imię?-spytałam podejrzliwie.
-Z tego samego źródła z którego wiem o twoich mocach i o tym, że masz na statku moich dawnych nieprzyjaciół.
-Bogowie ci powiedzieli?-zapytałam nie bardzo w to wierząc.
-Nie ci o których myślisz-uśmiechnął się szyderczo.
-Chaos-wyplułam to imię jak najgorszą obelgę. Po błękitnym, bezchmurnym niebie przetoczył się grom.
-Radziłbym nie wymawiać imienia szefa- poradził z nutą ostrzeżenia w głosie Herakles.
Szefa?
Potaknął i wbił we mnie spojrzenie jasno niebieskich oczu. Takich samych jak u Jasona. Prawdę mówiąc to podobieństwo, przyprawiało mnie o dreszcze.
-Zdrajca-syknęłam dobywając mieczy.-Bogowie dali ci nieśmiertelność ty niewdzięczny gnojku!
-Odłóż te nożyki dziecinko, bo tylko się skompromitujesz-powiedział spokojnie. Następnie jego głos spoważniał-Bogowie nic mi nie dali! Sam sobie na to zapracowałem!
Prychnęłam i poczęstowałam go wiązanką greckich przekleństw.
-Jeżeli chcesz, bym was przepuścił musisz coś zrobić.
-Już sobie wyobrażam-warknęłam, ale Herakles kontynuował.
-Musisz pokonać potwora...
-A to nowość-przerwałam mu.
Spojrzał na mnie przeciągle.
-Ten potwór jest dla ciebie nowy.-odwrócił się do naszego statku-Nie tylko dla ciebie.
-Czyli zdradziłeś bogów dla możliwości szczucia herosów nowymi potworami?-spytałam z niedowierzaniem
-Zrobiłem to dla czegoś znacznie większego-odparł chytrze.
-Dla tego samego stanowiska jakie miałeś do dziś?!-krzyknęłam i podeszłam bliżej. Żeby spojrzeć mu oczy, musiałam zadzierać głowę w górę-Jesteś żałosny! Chaos cię wykiwał!- po niebie znowu przetoczył się grom. Spojrzałam na nie pogardliwie i wrzasnęłam-Pogódź się z tym idioto! Będę mówić twoje imię kiedy mi się to będzie podobało!
-Odważne słowa jak na zwierzynę w potrzasku-przyznał Herakles.
-W jakim potrzasku? Ja mogę w każdej chwili odejść. Popatrz na siebie i wreszcie odpowiedz sobie, kto tak na prawdę jest w potrzasku.
-Nie odejdziesz jeśli ci nie pozwolę
-Chcesz walki Heraklesie?-starałam się wyglądać groźnie i nie sprawiać wrażenia, że boję się odpowiedzi tak. Roześmiał się.
-Nie ze mną przyjdzie ci walczyć-wycofał się do wejścia jaskini-Masz to zrobić sama. Pozwolę wam przepłynąć, jeśli go pokonasz. A właściwie je. W każdym razie życzę miłego gnicia na łąkach Asfodelowych.
Po tych słowach wstąpił w cień jaskini i rozpłynął się w mroku.

Znów przepraszam za opóźnienie, jestem tępa, no ale cóż poradzić. Następny rozdział pojawi się ok. może jutro, pojutrze, a może w piątek. Zależy od weny xD.
~Pass
-Herakles-szepnęła zszokowana Piper-Jak mogliśmy zapomnieć! Przecież płyniemy na Morze Śródziemne do jasnej-tu użyła skomplikowanej mieszanki greckich przekleństw. Nareszcie zrozumiałam o co im chodziło. Strażnikiem cieśniny, przez którą musieliśmy przepłynąć, był właśnie jeden z najbardziej znanych greckich herosów.-Herakles. Hazel pobiegła do maszynowni i zawołała Anabeth i Leona. Byli tak samo zdenerwowani jak reszta.
-Vlakas-krzyknęła Anabeth. W wolnym tłumaczeniu starożytnej greki oznaczało to nazwanie samej siebie idiotką. Westchnęła-Przepraszam was, powinnam o tym pamiętać.
-Nie twoja wina-zaoponował Frank-wszyscy powinniśmy pamiętać.
-Wiecie, że musimy do niego iść, nie?-upewnił się Leo.
-Oczywiście, że tak-Percy potarł czoło-ale kto pójdzie?
-Na pewno nie ja ani Piper-powiedział szybko Jason-Byliśmy tam ostatnim razem i obawiam się, że nie zapamiętał nas najlepiej.
-Kokosy latały na rekordowe odległości-zaśmiał się syn Hefajstosa.
-Percy też nie powinien iść-dodała Piper-syn Posejdona....
-A Mara?-wtrąciła się Anabeth.
W duchu bardzo się ucieszyłam, że rozważyła taką opcję. Gdybym sama się zgłosiła, wątpię, czy ktoś z nich by mnie puścił. Ale jeśli zaproponowała to nasza strategiczna mistrzyni? Oczywiście mój brat musiał zgłosić swoje obiekcje...
-Ona też jest córką Posejdona-zaoponował.
Córka Ateny przewróciła oczami.
-Wiem Percy, ale ma też powiązania z Zeusem....
-I z Herą-dodał mój brat.
-Oj przestań!-krzyknęłam i westchnęłam-Po prostu przeszkadza ci, że umiem latać a ty nie!
-Mi to przeszkadza?-wykrzyknął Percy i parsknął-Chyba w twoich snach.
-Zostawmy już to-zaproponowałam. Mój brat kiwnął głową i założył ręce na piersi- Ja pójdę. Tylko mnie nie zna. Może zaskoczę go swoją uroczą osobowością.
-Raczej rozdętym ego-syknął Percy. Klepnęłam go w ramie i uśmiechnęłam się.
-Faktycznie to może być dobry pomysł-przyznał Frank- Skoro cię nie zna...
-Na jego miejscu nie chciałbym poznawać-mruknął mój wiecznie wtrącający się brat, śmiejąc się cicho.
-Jak wrócę to się policzymy-warknęłam i zmrużyłam oczy.
-Niech idzie Mara-zadecydował Jason.
-Sama?-spytała Hazel.
-Tak sama.-odpowiedziałam, teraz już całkiem poważna.-Was kojarzy, chyba nie zbyt dobrze.-Po tych słowach odwróciłam się i krzyknęłam do będącego przy sterze Festusa.
-Festus! Zatrzymaj statek!
Mechaniczny smok obrzucił mnie spojrzeniem rubinowych oczu i zatrzymał łajbę. Znów spojrzałam na towarzyszy.
-Dalej polecę sama.- Oderwałam stopy od podłoża i już miałam przywołać wiatry kiedy Percy złapał mnie za łokieć.
-Poradzisz sobie?-spytał cicho zaniepokojony.
Uśmiechnęłam się do niego. Widocznie na prawdę się o mnie martwił.
-Przez trzy lata sobie radziłam. Dam radę braciszku.
Po tych słowach pofrunęłam. Kawałek leciałam, ale nie chcąc się zbyt przemęczać osiadłam na fali, która pod moimi stopami ułożyła się w kształt deski surfingowej. Dopływając do wyspy ujrzałam na niej pokaźnej budowy młodego mężczyznę o złotych włosach. Heraklesa. Patrzył na mnie ponuro. Odbiłam się od fali i doleciałam do brzegu. Zatrzymałam się u jego stóp. Przewyższał mnie niemal o połowę (nie żebym była szczególnie wysoka). Spojrzał na mnie z góry.
-Jeżeli zapytasz, gdzie moja lwia skóra ukręcę ci głowę bez wyjaśnień-burknął.
Odpowiedziałam m hardym spojrzeniem.
-Pewnie masz ją gdzieś niedaleko. Pozwolisz naszemu statkowi przepłynąć?
-Od razu przechodzisz do sedna-zaśmiał się ponuro.
-To chyba dobrze-założyłam ręce na piersiach.
łMoże-zamyślił się-ale moja odpowiedź na pytanie brzmi nie.
No dobra, teraz się wkurzyłam....
-Niby czemu?!-machnęłam rękami, krzycząc z frustracji- Ja tu próbuję świat ratować idioto! Nie mam czasu na kaprysy pomniejszych bogów!
Herakles zmarszczył brwi i założył ręce na muskularnej piersi.
-Pomniejszych?-spytał groźnie marszcząc czoło.
Wzruszyłam ramionami kompletnie nie wzruszona. Ares był takim samym mięśniakiem. A tacy jak on, szanują tylko siłę.
-Olimpijczykiem to ty nie jesteś-warknęłam.
Wprawiając mnie w totalne osłupienie, zaśmiał się i odrzucił głowę w tył.
-Żelazna z ciebie dama Maro Jackson.
-Skąd znasz moje imię?-spytałam podejrzliwie.
-Z tego samego źródła z którego wiem o twoich mocach i o tym, że masz na statku moich dawnych nieprzyjaciół.
-Bogowie ci powiedzieli?-zapytałam nie bardzo w to wierząc.
-Nie ci o których myślisz-uśmiechnął się szyderczo.
-Chaos-wyplułam to imię jak najgorszą obelgę. Po błękitnym, bezchmurnym niebie przetoczył się grom.
-Radziłbym nie wymawiać imienia szefa- poradził z nutą ostrzeżenia w głosie Herakles.
Szefa?
Potaknął i wbił we mnie spojrzenie jasno niebieskich oczu. Takich samych jak u Jasona. Prawdę mówiąc to podobieństwo, przyprawiało mnie o dreszcze.
-Zdrajca-syknęłam dobywając mieczy.-Bogowie dali ci nieśmiertelność ty niewdzięczny gnojku!
-Odłóż te nożyki dziecinko, bo tylko się skompromitujesz-powiedział spokojnie. Następnie jego głos spoważniał-Bogowie nic mi nie dali! Sam sobie na to zapracowałem!
Prychnęłam i poczęstowałam go wiązanką greckich przekleństw.
-Jeżeli chcesz, bym was przepuścił musisz coś zrobić.
-Już sobie wyobrażam-warknęłam, ale Herakles kontynuował.
-Musisz pokonać potwora...
-A to nowość-przerwałam mu.
Spojrzał na mnie przeciągle.
-Ten potwór jest dla ciebie nowy.-odwrócił się do naszego statku-Nie tylko dla ciebie.
-Czyli zdradziłeś bogów dla możliwości szczucia herosów nowymi potworami?-spytałam z niedowierzaniem
-Zrobiłem to dla czegoś znacznie większego-odparł chytrze.
-Dla tego samego stanowiska jakie miałeś do dziś?!-krzyknęłam i podeszłam bliżej. Żeby spojrzeć mu oczy, musiałam zadzierać głowę w górę-Jesteś żałosny! Chaos cię wykiwał!- po niebie znowu przetoczył się grom. Spojrzałam na nie pogardliwie i wrzasnęłam-Pogódź się z tym idioto! Będę mówić twoje imię kiedy mi się to będzie podobało!
-Odważne słowa jak na zwierzynę w potrzasku-przyznał Herakles.
-W jakim potrzasku? Ja mogę w każdej chwili odejść. Popatrz na siebie i wreszcie odpowiedz sobie, kto tak na prawdę jest w potrzasku.
-Nie odejdziesz jeśli ci nie pozwolę
-Chcesz walki Heraklesie?-starałam się wyglądać groźnie i nie sprawiać wrażenia, że boję się odpowiedzi tak. Roześmiał się.
-Nie ze mną przyjdzie ci walczyć-wycofał się do wejścia jaskini-Masz to zrobić sama. Pozwolę wam przepłynąć, jeśli go pokonasz. A właściwie je. W każdym razie życzę miłego gnicia na łąkach Asfodelowych.
Po tych słowach wstąpił w cień jaskini i rozpłynął się w mroku.

Znów przepraszam za opóźnienie, jestem tępa, no ale cóż poradzić. Następny rozdział pojawi się ok. może jutro, pojutrze, a może w piątek. Zależy od weny xD.
~Pass
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz