środa, 1 czerwca 2016

Jedna głupia wizja, a tyle szkód

Wszystko zaczęło się od tego głupiego noża do masła Piper. Tak...mam na myśli Katioptris. Ten cholerny scyzoryk wpędził nas w ponury nastrój już pierwszego dnia. Innymi słowy nie mogło być lepiej! Nie dość, że dzisiaj miałam poznać tych nowych...Hazel i Franka....to jeszcze te wieści. Po zjedzeniu śniadania wstawaliśmy wszyscy od stołu gdy córka Afrodyty krzyknęła. Wpatrywała się w swój sztylet ze skupioną miną, przez kilkanaście minut nie odzywając się ani słowem. My siedzieliśmy jak na szpilkach i wpatrywaliśmy się w nią z wyczekiwaniem. Po chwili drżącymi rękami odłożyła go na stół.
-Co widziałaś?-nie mogła wytrzymać Anabeth.
-Coś...dziwnego.
Leo przewrócił oczami i zabębnił palcami o stół.
-Coś tak dziwnego jak braci Hoodów w urzędzie bankowym czy coś niepokojącego?
-Zdecydowanie to drugie-odparła i przetarła twarz dłońmi.
-Na bogów, Pipes powiesz wreszcie?-zniecierpliwił się Jason i położył dłoń na ramieniu dziewczyny.
-W wizji była noc. Najpierw widziałam tylko gwiazdy...ale potem...Cała zgraja czarnych jak węgiel smoków. Było ich tyle, że nawet nie umiałam ogarnąć ich wzrokiem. Na samym czele leciał jeden, największy...
-Drago-wyplułam to imię niczym przekleństwo.
-Kto?-zdezorientował się Percy.
-Coś jakby najlepszy z mrocznych smoków. Taki-pomyślałam chwilę-przywódca. U nas jest to Szary. Ani on, ani jego konkurent po tamtej stronie nie są najstarsi, ale zdecydowanie najsilniejsi. A o to chodzi...
-Zrozumiałem
-Nareszcie- teatralnie przewróciłam oczami.
-Zamknijcie się i dajcie dziewczynie dokończyć- warknął trener Hedge.
-Dziękuję-odezwała się na powrót Piper i kontynuowała opowieść-Na grzbiecie tego smoka dojrzałam jeźdźca...
-Nico-wyrwało mi się.
Satyr spiorunował mnie wzrokiem nakazującym milczenie, pod groźbą użycia kija baseballowego.
-Tak. Nico-brunetka nie zważyła na wzrok trenera i opowiadała dalej- Drago zleciał w dół do wejścia jakiejś jaskini a u jej wejścia syn Hadesa zeskoczył na ziemię. Z jaskini wyszedł wtedy Will-zrobiła krótką przerwę i spojrzała na mnie ostentacyjnie. Zignorowałam to i spuściłam wzrok.-W ręce trzymał taki czarny zakrzywiony jak róg miecz. Powiedział coś takiego "Mam go. Za niedługo Pan będzie mógł go użyć. " Nico chyba coś odpowiedział ale nie dosłyszałam jego słów, bo scena się zmieniła. Ujrzałam nas w jakiejś komnacie. Może pałacu...trudno powiedzieć. Jakaś wielka, mglista, czarna postać.
-Chaos-szepnęłam, a Piper pokiwała w zamyśleniu głową
-Możliwe. Była półprzezroczysta i zdawała się gromadzić dziwną, czarną energię wokół siebie. Po jego obu stronach stały te czarne smoki, a po prawej Nico i Will. Syn Apolla trzymał ten sam miecz w takim geście jakby chciał go komuś dać. Ten...Czarny Pan-zająknęła się-on powiedział coś w stylu "Spełnij swą powinność Solace. Wreszcie ukrócę jej nędzny żywot. Daj mi go". I wtedy coś mnie zaskoczyło.-przerwała na chwilę.
-Co?-spytał Leo.
-Will...on...popatrzył w naszą stronę, chyba na Marę-wszystkie oczy skupiły się na mnie-i powiedział "Nie".  Wtedy się urwało.
 I ja się pytam o co tu na Hadesa chodzi?! Dlaczego to musi być tak cholernie bardzo zagmatwane?! Nie może być jasnych i przejrzystych rzeczy. Zawsze wszystko musi się pomieszać. "Myślałaś, że wszystko wiesz Maro? A może jeszcze jedna nie dająca się rozwiązać zagadka?" Prawie słyszałam śmiech Czarnej Gęby.
-Jesteś pewna, że powiedział nie?-szepnęłam otwierając oczy ze zdumienia.
-Tak-córka Afrodyty spojrzała na mnie z ponurą pewnością-Ale jedno mnie ciekawi. Gdy na ciebie spojrzał, miał wyraz twarzy jakby....czegoś dowodził.
Wtedy zrozumiałam.
-Obietnica.
-Stop!-Jason wykonał gest time stop.-Jaka znowu obietnica?
-Bo...-starałam się ukryć czerwone policzki. Nie bardzo wiedziałam co powiedzieć, a zdecydowanie nie pomagało mi, że Percy patrzył na mnie badawczo-Na tej naszej misji...On przysiągł na Styks, że nie pozwoli mnie skrzywdzić-wyrzuciłam z siebie.
Zamurowało ich.
-Mara. Jesteś pewna, że on przysiągł na Styks?-spytała Anabeth.
-Na 100%-odparłam.
-Jeżeli złamie przysięgę...-zaczął Jason.
-Nie złamie-powiedziałam z dziwną pewnością w głosie. Nie wiem dlaczego, ale odczułam nagle przemożną chęć bronienia tego kłamliwego zdrajcy.
-On nas zdradził-przypomniał mi Percy-Dlaczego go bronisz?
-Bo mu ufam- po chwili poprawiłam się- To znaczy ufałam....-zająknęłam się i westchnęłam-Sama już nie wiem.
-Ufasz zdrajcy?-spytał z niedowierzaniem mój brat.
-W sumie...-zastanowiłam się-Może on wcale nie jest zdrajcą...
-To by pasowała-podchwycił Leo. Od zdrady Willa cały czas myślał nad innym wyjaśnieniem sytuacji. Zaprzyjaźnił się z synem Apolla i nigdy do końca nie wierzył w jego zdradę.- Może faktycznie Mara ma rację...
-Mara chciałaby wierzyć, że ją ma-warknął Percy.
Oburzyłam się. Teraz to już przesadził.
-A nawet jeśli to co?! Czy ty czasem nie uznałeś Luke'a za przyjaciela po zdradzie?!
Zaniemówił
-To całkiem inna sytuacja...
-A mi się wydaje, że nie ma różnicy. To by pasowało do słów Rachel...
Zamyśliłam się.
-Jakich znowu słów?-dopytywała córka Ateny.
-Kiedy wsiadaliśmy, podbiegła i chwyciła mnie za ramie. Mamrotała coś bez ładu i składu ale między innymi powiedziała ,że ktoś musiał, żebym mu wybaczyła i takie tam. Sama nie wiedziałam  o kim mówiła ale teraz podejrzewam, że o Willu.
Na samą myśl w moim umyśle pojawiła się iskierka nadziei, którą postanowił zniszczyć mój brat.
-Tego oczywiście też nam nie raczyłaś powiedzieć wcześniej?!-zirytował się.
-O co ci znowu chodzi?
-Nie powinnaś niczego zatajać!-wrzasnął tak, że aż się zatrzęsłam-Jesteśmy drużyną! Wiesz co to w ogóle znaczy?!
-Percy, przesadzasz-odezwała się cicho Anabeth ale jej przerwałam.
-Nie uważaj się za lepszego!-ryknęłam-Radziłam sobie sama przez 3 cholerne lata! Przyzwyczaiłam się do tego, że nie mogę ufać nikomu poza sobą.
-To się odzwyczaj!
-Nie przyszło ci do głowy, że to nie takie proste?!-głos mi zadrżał kiedy krzyczałam.
-Bo to jest proste, Mara.
-Zamknij się już!!!-wrzasnęłam, a z moich zaciśniętych na stole palców wyskoczyła iskra i oparzyła Percy'ego w ramię.
Syknął z bólu i potarł ranę. Z prędkością błyskawicy wstał od stołu i skierował się ku wyjściu. Anabeth poszła za nim.
-Percy, ja na prawdę nie...-zaczęłam się tłumaczyć, ale nie dał mi dokończyć. Odwrócił się z grymasem złości na twarzy i nim się obejrzałam byłam mokra od stóp do głów. Zalana lodowato zimną wodą, przestałam próbować przepraszać. Wkurzyłam się....no dobra....bardzo się wkurzyłam i wysłałam w jego stronę małe tornado. Uciekając przed nim wybiegł na pokład, a ja za nim. Reszta naszych, wciąż oszołomionych towarzyszy powlokła się za nami, a córka Ateny bezsilnie próbowała uspokoić mojego brata. Ten jednak nic sobie z tego nie robił. Podniósł wielką falę wody i zniszczył moje tornado, przy okazji oblewając mnie wodą po raz drugi. Zadrżałam, gdy poczułam na skórze niską temperaturę cieczy. Uniosłam ręce by wystrzelić w niego wodą, ale właśnie wtedy stało się coś czego od zawsze obawiałam się najbardziej. Straciłam kontrolę nad mocą. Zamiast strumienia wody z mojej ręki wystrzeliła smuga wiatru po czym niekontrolowanie skręciła. Zamiast rozbić się o maszt uderzyła w Anabeth z taką mocą, że blondynka z krzykiem przeleciała pół długości pokładu i uderzyła przednią burtę. Popędziliśmy ku niej w jednej chwili. Była przytomna, ale bardzo obolała. Byłam przerażona tym, co zrobiłam. Najpierw Posejdon! Potem Mellisa! A teraz Anabeth! I to wszystko moja wina! Podeszła bliżej i cała roztrzęsiona szepnęłam.
-Anabeth, ja...przepraszam....nie chciałam-mamrotałam, wpatrując się w nią wielkimi z przerażenia oczami. Chciałam jej dotknąć, ale wtedy klęczący przy dziewczynie Percy odwrócił się do mnie i pchnął mnie w tył z taką siłą, że prawie rozwaliłam sobie głowę o pokład.
-Nie dotykaj jej!-wrzasnął. Byłam na granicy płaczu. Łzy już zaczęły zbierać mi się koło oczu.
-Percy, to nie jej....-wyszeptała Anabeth, ale jej chłopak jej przerwał.
-Właśnie, że to jej wina! Gdyby nie ona, nie byłabyś ranna, siedzielibyśmy w obozie i nie groziłoby nam niebezpieczeństwo! Ona wszystko zepsuła!
W tle jego krzyku ryknął Festus, zwiastując rychłe przybycie Rzymian. Ale ja byłam skupiona tylko i wyłącznie na słowach brata. Łzy pociekły mi po policzkach. Podniosłam się, czując, że niedługo na moich łokciach zagoszczą wielkie siniaki. Zapłakana spojrzałam mu w oczy.
-Przepraszam.-wyszeptałam jeszcze raz.
-Nie obchodzą mnie twoje przeprosiny!-wrzasnął mi w twarz-Wolałbym gdybyś nigdy się nie pojawiła!-po chwili zrozumiał chyba co przed chwilą powiedział. Gniew na jego twarzy ustąpił miejsca szokowi-Mara...ja...
-Masz rację-chlipnęłam-Nigdy więcej nie sprawię ci kłopotu.
Płacząc odwróciłam się na pięcie i pobiegłam ile sił w nogach do drugiego końca statku. Miałam ochotę wyskoczyć. Polecieć do Jamy i zapomnieć.
-Przesadziłeś-usłyszałam jak ktoś wypowiedział te słowa do mojego brata. Byłam już przy burcie. Wyskoczyłabym, gdyby przede mną nagle nie zmaterializował się bułany koń z dwoma nastolatkami na grzbiecie.Dziewczyna-Hazel Levesque wyglądała na kilka lat młodszą ode mnie a chłopak-Frank Zhang-na mniej więcej mój wiek. Na widok mojej zapłakanej twarzy szepnął
-Coś przegapiliśmy?
-Dużo-odparłam i odwróciłam się. Wbiegłam pod pokład nie zwracając uwagi na nawoływania i wparowałam do swojego pokoju. Zatrzasnęłam drzwi i oparłam się o nie. Wtedy całkiem się rozkleiłam.
         
Tak tak wiem. 
Jestem nieobowiązkowa i nie potrafię dotrzymywać terminów. 
Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie może poza tym, że średnio miałam pomysł na ten rozdział, aż do dzisiaj. Dziękuję za cierpliwość i za to, że wchodzicie na tego bloga, nawet jeśli nic nie zamieszczam od dłuższego czasu. Jesteście super <3
Następny rozdział tym razem na 1000000000% w sobote.
~Pass


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz