Przepraszam, wiem, że next miał być dzisiaj ale zwyczajnie nie dam rady go napisać. Pakowanie zajmuje więcej czasu niż by sie mogło wydawać a jeszcze kilka innych rzeczy spadło mi na głowę. Przepraszam jeśli kogokolwiek zawiodłam tak jak samą siebie.
Wiem, że możecie już nie wierzyć w moje obietnice, ale next pojawi się natychmiast kiedy wrócę.
Jeszcze raz przepraszam
Mara Jackson jest jedynym poza Percy'm ludzkim dzieckiem Posejdona. Odsunięta od matki i brata dorasta nie znając nic innego niż Olimp czy grota smoków, w końcu będzie musiała zmierzyć się ze spotkaniem z bratem, przeprowadzką do obozu i widmem samobójczej misji wiszącym nad nią od dzieciństwa.
niedziela, 31 lipca 2016
czwartek, 28 lipca 2016
Bóg, którego imienia nie potrafię wymówić
Następne dni mijały we względnym spokoju, więc proszę nie każcie mi omawiać codziennych żmudnych prac przy silnikach, rurach, przewodach i bogowie wiedzą co tam jeszcze w tej maszynerii siedziało. Czasem zastanawiałam się, czy nie ma tam czegoś żywego próbującego uprzykrzyć nam życie. Zastanawiało mnie to na przykład, wtedy gdy wszystko szło dobrze, zapowiadało się, że nawet możemy skończyć wcześniej, a tu nagle BUM! Jedna głupia dziurka w przewodzie wystarczyła by cała maszyneria doznała krwotoku, który na szczęście szybko tamowaliśmy, co nie zmieniało jednak faktu iż znów musieliśmy powtarzać wszelkie niezbędne czynności, by podobna sytuacja nie powtórzyła się już nigdy więcej. Lecz (chyba was tym nie zaskoczę) powtarzała się. W końcu, gdy byliśmy w miarę gotowi wyruszyć, wyłowiliśmy kotwicę, cała maszyneria, wreszcie, całkowicie bez szwanku (to cud!) zadziałała i wypływaliśmy na otwarte morze, coś jak zwykle musiało pójść nie tak. Stojąc z bratem i Jasonem przy przedniej burcie usłyszałam nagle czyjś głośny lament.
-Dlaczego, na zielone kąpielówki Okeanosa, zawsze ja!? Czy ta parszywka Keto nie mogła raz w całym swoim nieśmiertelnym życiu wziąć czegoś na siebie?! Niby co ma mnie obchodzić, że jest w Tartarze?! Było nie dać się zabić temu idiocie od rzymian! Zaraz, jak on miał na imię....A zresztą, niby co ma to mnie obchodzić?! Pan wydaje polecenia, ja mam słuchać. Oczywiście, zawsze tak jest. Ten siedzi na ciemnym tyłku i macha rękami na prawo i lewo, a ty się tu człowieku martw żeby Posejdon nie przyłapał cię na spiskowaniu. Ale nie, ja wcale nie narzekam. Pan mówi załatw, Aegaeon zatapia. Tylko dlaczego na ziemiste palce u stóp Gai, na pokładzie tego marnego kajaku są aż dwoje dzieci Posejdona! Nie mógłbym zatopić jakiejś małej floty greków, bez dzieci tego starego wygi?! Powiedzmy dwadzieścia, no dobra trzydzieści okrętów, jak za starych dobrych czasów....
-Przepraszam!-krzyknęłam z góry statku, zwracając się do tajemniczego głosu. Wtedy po raz pierwszy dostrzegłam ruch. Z wody wyłonił się tęgi starzec o wzroście co najmniej postawnego siatkarza, z zaokrąglonym brzuchem i bujnymi wodorostowymi włosami i gloniastą brodą. Zerknął na mnie spode łba.
-Nie masz za co dziecko. To nie twoja wina, że urodziłaś się odmieńcem.-odrzekł.
Zmarszczyłam brwi.
-Że co?
-Że co, że co?-miotał się -To co usłyszałaś młoda damo. A teraz złaź z tego statku, żebym mógł cię utopić i iść do domu. Czy ty zdajesz sobie sprawę ile sztormów na morzach będę musiał nadrobić?!
Jason i Percy spojrzeli na mnie jakby chcieli wzrokiem zabronić mi odzywania się. Jednak jak się niestety okazuję o wiele łatwiej nakłonić mnie do mówienia niż do zamknięcia się. A poza tym Hera wpoiła mi, że nie należy kończyć rozmowy bez powiedzenia choćby "Do widzenia", więc śmiało możecie zrzucić moje gadulstwo na nią.
-Niestety nie mam pojęcia ile ich może być, ale jeśli mogę wiedzieć kto tu pana przysłał?
-Myślisz, że ci powiem?!-starzec gwałtownie podniósł głos.-Myślisz, że jestem taki głupi?! Otóż nie, nie jestem!
Z tymi słowami machnął zamaszyście ręką i potężna fala uderzyła o okręt z siłą kuli do burzenia domów. Na szczęście niebiański spiż, którym wzmocniony był kadłub nie poszedł na marne. Zamiast tego jednak, potężna fala zmiotła z pokładu wszystko na swojej drodze. Nawet niedojedzoną drożdżówkę Franka, który ledwo zdążył chwycić się steru by nie wypaść. Piper i Anabeth były wraz z Leonem pod pokładem, a Hazel siedziała w kajucie, męczona chorobą morską. Ja sama skończyłabym tak jak nieszczęsna słodkość mająca niedługo zniknąć w czeluści otworu gębowego rzymskiego pretora, gdyby nie Jason i Percy. Złapali mnie za oba nadgarstki, znalazłwszy wcześniej oparcie, o reling. Przez chwilę zwisałam między nimi, a wokół mnie mknęła morska woda, wypełniając mi płuca. Jako dziecko Posejdona umiałam oddychać pod wodą, ale nie nabyłam niestety umiejętności wysuszenia się pod nią. Wobec tego, gdy tylko fala przemknęła przez pokład z głośnym hukiem uderzyłam o pokład, plując i charcząc. Natychmiast skoczyłam na równe nogi i pomaszerowałam do rufy. Wystawiłam przez nią głowę, by zaraz napotkać dumne spojrzenie starca.
-Nie myślę, że jest pan głupi-rzekłam dyplomatycznie-Ale usłyszałam kawałek pana wcześniejszej....yyy...-miałam zamiar powiedzieć rozmowy, ale to nie było chyba na miejscu skoro mówił sam do siebie-...wcześniejszego...monologu-wydukałam-i wywnioskowałam, że yyy nie za bardzo lubi pan swoją pracę.
-A co ci niby do tego?-żachnął się Aegaeon.
-Mi? Absolutnie nic-natychmiast sprostowałam-Po prostu byłam ciekawa, co myśli sobie taki...wspaniały bóg jak ty!-kadziłam mu, jednocześnie zerkając w tył, by sprawdzić, czy reszta załogi rozumiała mój plan. Zdołałam zobaczyć, że na pokładzie jest teraz cała ósemka moich przyjaciół stojąca w kręgu i najwyraźniej omawiająca plan działania. Dobrze, pomyślałam i natychmiast kontynuowałam.-Bo wiesz, znaczy się, wie pan, panie...-przez chwilę szukałam jego imienia w zakamarkach pamięci. Przecież mówił coś o tym, pomyślałam zirytowana, gdy nagle coś podobnego pojawiło mi się w umyśle-Panie Agladonie.
Starzec dotychczas wyjątkowo zadowolony z pochlebstw zrobił nagle groźną minę.
-Jak mnie nazwałaś bezczelna smarkulo?!-zdecydowanie miał wybuchowy charakter.
-A...a....Agladon?-zająknęłam się.
-Śmiesz nazywać mnie nazwą karmy dla szczurów?!
Nie miałam pojęcia czy istnieje podobna karma o takiej nazwie, a jeszcze bardziej dziwiło mnie, że ktoś w ogóle ją kupuje. Znając usposobienie tego boga, nie kupiłabym nic jadalnego zaczynającego się na Aeg...
Musiałam szybko naprostować sytuację i gorączkowo próbując zmienić temat nagle wpadłam na jego właściwe imię.
-Aegaeon!-wykrzyknęłam a na widok jego wciąż złej miny dodałam-Pan Aegaeon. Znaczy się, pan jest panem Aegaeonem-gubiłam się.
Stary bóg pokiwał ponuro głową.
-A wiesz może czego jestem bogiem?
-A czy musimy wchodzić w takie tematy?-uśmiechnęłam się nieco wymuszenie.
-Zastanawia mnie skąd wzięła ci się tamta pomyłka-wytłumaczył bawiąc się miniaturowym wodnym statkiem który wyczarował na wodzie.-I stwierdzam, że twoja wiedza wymaga sprawdzenia.
-Ach...tak-westchnęłam i znów zerknęłam za siebie. Wszyscy już najwidoczniej wiedzieli co mają robić bo rozpierzchli się po różnych częściach statku. Z żałością stwierdziłam, że nie widzę nigdzie Anabeth. O bogowie...ona na pewno by wiedziała-Jesteś...to znaczy jest pan...bogiem...ten, tego...
-Czen czego?-gloniastobrody założył ręce na piersi.
-Ale ma pan fajne glony!-krzyknęłam z udawanym entuzjazmem starając się gorączkowo zmienić bieg tej rozmowy-Znaczy się brodę! Używa pan jakiejś specjalnej odżywki regeneracyjnej?
Najwyraźniej udało mi się zbić go z tropu bo zrobił napuszoną minę.
-Niczego. Absolutnie niczego. Sama tak rośnie-mówił gładząc gęstą brodę.-A czemusz to się młoda dama tak zainteresowała stanem mojego owłosienia, hę?
-Po prostu mnie zaintrygowała-odparłam szybko-Zawsze bardzo...yyy...chciałam mieć taką.
Usłyszałam czyjś stłumiony śmiech za plecami. Podejrzewałam, że moja rozmowa mogła brzmieć trochę...hmmm...dziwnie.
-Wiesz-ożywił się starzec-Zawsze mogę ci podobną wyczarować!
Na widok mojej miny ktoś z boku znów parsknął śmiechem.
-Nie, chyba jednak podziękuję!
-Czyżby coś było z nią nie tak?-zdenerwował się (już nawet nie liczę po raz który)-Kim ty jesteś mała wredna flondro by mnie obrażać?! Mnie i moją brodę?! A może wydaje ci się to zabawne?! Śmieszy cię to?!
Teraz starzec już wrzeszczał. Wiedziałam, że nie uda mi się doprowadzić do pojednania, więc zerknęłam szybko przez ramię. Leo stojący przy sterze kiwnął głową i pociągnął za dźwignie. Kilka silników ożyło. Za moment statek miał zacząć się wznosić. Nie można było jednak pozwolić, by ten bóg naruszył choćby jeden przewód, bo znajdziemy się w punkcie wyjścia i na pewno nie zdążymy go naprawić. (znowu) Wobec tego odwróciłam znów do boga sztormów (Anabeth potem uświadomiła mnie kim był), wiedząc, że reszta moich towarzyszy czyha ukryta w różnych miejscach statku, opatulona silną Mgłą wytwarzaną przez Hazel, klęczącą przy rufie, przez którą wszyscy byli niewidzialni, nawet dla boga.
-Pytasz się kim jestem by cię obrażać?-zwróciłam się do starca z pewnym siebie uśmiechem, choć w środku trzęsłam się ze strachu by czasem nie zdążył przypuścić kontrataku.-Jestem Mara, córka Posejdona, a to mój brat i moi przyjaciele-machnęłam rękami na dwa boki i natychmiast ukazali się w faktycznych miejscach w których stali. Jason i Percy kilka metrów ode mnie wyciągali ręce przed siebie, stojące na beczkach Anabeth i Piper ściskały w dłoniach srebrne łuki, na cięciwach których lśniły strzały o grotach ostrych jak brzytwa, Frank również mierzył ze swojego łuku, a Leo podszedł do rufy i stanął obok mnie wyciągając dłoń.-Przekaż swojemu panu, że żeby nas zabić, trzeba czegoś więcej niż wynędzniały starzec z brodą z wodorostów.-powiedziałam i machnęłam ręką. w chwili gdy statek sterowany przez Hazel wznosił się w powietrze łucznicy wypuścili strzały, które wściekły bóg odbił wodą. Jason przywołał błyskawicę, a Leo kulę ognia i zaczęli bombardować nimi starca za wszelką cenę próbującego zranić nas, lub uszkodzić nasz okręt. Ja i Percy walczyliśmy o kontrolę nad wodą z tym, o dziwo potężnym bogiem. Sztorm wzrósł wokół wznoszącego się upierdliwie wolno okrętu. Kadłub zatrzeszczał gdy fala rozbiła się o niego. Gdy Frankowi Anabeth i Piper skończyły się strzały wszyscy troje natychmiast pobiegli do maszynowni oraz do Hazel. Leo i Jason zmęczeni ciągłym wysiłkiem jakiego wymagały ataki na boga, ledwo zipali a ja i Percy w ponurej koncentracji usiłowaliśmy odepchnąć coraz większe fale. W końcu, gdy Leo i Jason z wyczerpania upadli na pokład, a okrętowi brakowało już malutko, by znaleźć się poza zasięgiem starca, dokonało się coś, czego nie spodziewał się absolutnie nikt.Najwyraźniej zarówno ja jak i mój brat chcieliśmy usilnie utrzymać koncentrację jeszcze przez kilka sekund, ale oboje nie daliśmy rady. W ostatnim odruchu złapałam brata za rękę i wtedy stało się coś niewyobrażalnego. Nagle cała moc którą kierowaliśmy przeciwko starcowi jakby zwiększyła siłę. Przebiliśmy jego zasłonę, jego własne fale zaatakowały go jak wściekłe psy, a morskie głębiny pochłonęły go w swoje czeluści. Wokół statku wzrósł olbrzymi wodny mur, odgradzający go od reszty świata, na krótką chwilę. Spomiędzy naszych ściśniętych dłoni błysnęło oślepiające złote światło, po czym oboje, jak jeden mąż straciliśmy przytomność w sposób którego jeszcze nie doświadczyliśmy. Wszystko zamiast stać się jednolicie czarne, powaliło nas oślepiającą bielą, połączoną z błękitem. Naraz nawiedziła nas jedna myśl
"Czy to na pewno, tylko omdlenie?"

Moim skromnym zdaniem rozdział był taki sobie, aczkolwiek zamierzam napisać dużo lepszy. Ten pisałam po kawałkach więc wybaczcie jeżeli jest nieskładny. Mam jakiś cięższy okres chyba, ale zamierzam się ustatkować. W każdym razie, następny i ostatni przed moim wyjazdem od 1-12 sierpnia next będzie w sobotę, albo niedzielę. I zamierzam dać wam na co czekać :D
Do nna ;)
~Pass
-Dlaczego, na zielone kąpielówki Okeanosa, zawsze ja!? Czy ta parszywka Keto nie mogła raz w całym swoim nieśmiertelnym życiu wziąć czegoś na siebie?! Niby co ma mnie obchodzić, że jest w Tartarze?! Było nie dać się zabić temu idiocie od rzymian! Zaraz, jak on miał na imię....A zresztą, niby co ma to mnie obchodzić?! Pan wydaje polecenia, ja mam słuchać. Oczywiście, zawsze tak jest. Ten siedzi na ciemnym tyłku i macha rękami na prawo i lewo, a ty się tu człowieku martw żeby Posejdon nie przyłapał cię na spiskowaniu. Ale nie, ja wcale nie narzekam. Pan mówi załatw, Aegaeon zatapia. Tylko dlaczego na ziemiste palce u stóp Gai, na pokładzie tego marnego kajaku są aż dwoje dzieci Posejdona! Nie mógłbym zatopić jakiejś małej floty greków, bez dzieci tego starego wygi?! Powiedzmy dwadzieścia, no dobra trzydzieści okrętów, jak za starych dobrych czasów....
-Przepraszam!-krzyknęłam z góry statku, zwracając się do tajemniczego głosu. Wtedy po raz pierwszy dostrzegłam ruch. Z wody wyłonił się tęgi starzec o wzroście co najmniej postawnego siatkarza, z zaokrąglonym brzuchem i bujnymi wodorostowymi włosami i gloniastą brodą. Zerknął na mnie spode łba.
-Nie masz za co dziecko. To nie twoja wina, że urodziłaś się odmieńcem.-odrzekł.
Zmarszczyłam brwi.
-Że co?
-Że co, że co?-miotał się -To co usłyszałaś młoda damo. A teraz złaź z tego statku, żebym mógł cię utopić i iść do domu. Czy ty zdajesz sobie sprawę ile sztormów na morzach będę musiał nadrobić?!
Jason i Percy spojrzeli na mnie jakby chcieli wzrokiem zabronić mi odzywania się. Jednak jak się niestety okazuję o wiele łatwiej nakłonić mnie do mówienia niż do zamknięcia się. A poza tym Hera wpoiła mi, że nie należy kończyć rozmowy bez powiedzenia choćby "Do widzenia", więc śmiało możecie zrzucić moje gadulstwo na nią.
-Niestety nie mam pojęcia ile ich może być, ale jeśli mogę wiedzieć kto tu pana przysłał?
-Myślisz, że ci powiem?!-starzec gwałtownie podniósł głos.-Myślisz, że jestem taki głupi?! Otóż nie, nie jestem!
Z tymi słowami machnął zamaszyście ręką i potężna fala uderzyła o okręt z siłą kuli do burzenia domów. Na szczęście niebiański spiż, którym wzmocniony był kadłub nie poszedł na marne. Zamiast tego jednak, potężna fala zmiotła z pokładu wszystko na swojej drodze. Nawet niedojedzoną drożdżówkę Franka, który ledwo zdążył chwycić się steru by nie wypaść. Piper i Anabeth były wraz z Leonem pod pokładem, a Hazel siedziała w kajucie, męczona chorobą morską. Ja sama skończyłabym tak jak nieszczęsna słodkość mająca niedługo zniknąć w czeluści otworu gębowego rzymskiego pretora, gdyby nie Jason i Percy. Złapali mnie za oba nadgarstki, znalazłwszy wcześniej oparcie, o reling. Przez chwilę zwisałam między nimi, a wokół mnie mknęła morska woda, wypełniając mi płuca. Jako dziecko Posejdona umiałam oddychać pod wodą, ale nie nabyłam niestety umiejętności wysuszenia się pod nią. Wobec tego, gdy tylko fala przemknęła przez pokład z głośnym hukiem uderzyłam o pokład, plując i charcząc. Natychmiast skoczyłam na równe nogi i pomaszerowałam do rufy. Wystawiłam przez nią głowę, by zaraz napotkać dumne spojrzenie starca.
-Nie myślę, że jest pan głupi-rzekłam dyplomatycznie-Ale usłyszałam kawałek pana wcześniejszej....yyy...-miałam zamiar powiedzieć rozmowy, ale to nie było chyba na miejscu skoro mówił sam do siebie-...wcześniejszego...monologu-wydukałam-i wywnioskowałam, że yyy nie za bardzo lubi pan swoją pracę.
-A co ci niby do tego?-żachnął się Aegaeon.
-Mi? Absolutnie nic-natychmiast sprostowałam-Po prostu byłam ciekawa, co myśli sobie taki...wspaniały bóg jak ty!-kadziłam mu, jednocześnie zerkając w tył, by sprawdzić, czy reszta załogi rozumiała mój plan. Zdołałam zobaczyć, że na pokładzie jest teraz cała ósemka moich przyjaciół stojąca w kręgu i najwyraźniej omawiająca plan działania. Dobrze, pomyślałam i natychmiast kontynuowałam.-Bo wiesz, znaczy się, wie pan, panie...-przez chwilę szukałam jego imienia w zakamarkach pamięci. Przecież mówił coś o tym, pomyślałam zirytowana, gdy nagle coś podobnego pojawiło mi się w umyśle-Panie Agladonie.
Starzec dotychczas wyjątkowo zadowolony z pochlebstw zrobił nagle groźną minę.
-Jak mnie nazwałaś bezczelna smarkulo?!-zdecydowanie miał wybuchowy charakter.
-A...a....Agladon?-zająknęłam się.
-Śmiesz nazywać mnie nazwą karmy dla szczurów?!
Nie miałam pojęcia czy istnieje podobna karma o takiej nazwie, a jeszcze bardziej dziwiło mnie, że ktoś w ogóle ją kupuje. Znając usposobienie tego boga, nie kupiłabym nic jadalnego zaczynającego się na Aeg...
Musiałam szybko naprostować sytuację i gorączkowo próbując zmienić temat nagle wpadłam na jego właściwe imię.
-Aegaeon!-wykrzyknęłam a na widok jego wciąż złej miny dodałam-Pan Aegaeon. Znaczy się, pan jest panem Aegaeonem-gubiłam się.
Stary bóg pokiwał ponuro głową.
-A wiesz może czego jestem bogiem?
-A czy musimy wchodzić w takie tematy?-uśmiechnęłam się nieco wymuszenie.
-Zastanawia mnie skąd wzięła ci się tamta pomyłka-wytłumaczył bawiąc się miniaturowym wodnym statkiem który wyczarował na wodzie.-I stwierdzam, że twoja wiedza wymaga sprawdzenia.
-Ach...tak-westchnęłam i znów zerknęłam za siebie. Wszyscy już najwidoczniej wiedzieli co mają robić bo rozpierzchli się po różnych częściach statku. Z żałością stwierdziłam, że nie widzę nigdzie Anabeth. O bogowie...ona na pewno by wiedziała-Jesteś...to znaczy jest pan...bogiem...ten, tego...
-Czen czego?-gloniastobrody założył ręce na piersi.
-Ale ma pan fajne glony!-krzyknęłam z udawanym entuzjazmem starając się gorączkowo zmienić bieg tej rozmowy-Znaczy się brodę! Używa pan jakiejś specjalnej odżywki regeneracyjnej?
Najwyraźniej udało mi się zbić go z tropu bo zrobił napuszoną minę.
-Niczego. Absolutnie niczego. Sama tak rośnie-mówił gładząc gęstą brodę.-A czemusz to się młoda dama tak zainteresowała stanem mojego owłosienia, hę?
-Po prostu mnie zaintrygowała-odparłam szybko-Zawsze bardzo...yyy...chciałam mieć taką.
Usłyszałam czyjś stłumiony śmiech za plecami. Podejrzewałam, że moja rozmowa mogła brzmieć trochę...hmmm...dziwnie.
-Wiesz-ożywił się starzec-Zawsze mogę ci podobną wyczarować!
Na widok mojej miny ktoś z boku znów parsknął śmiechem.
-Nie, chyba jednak podziękuję!
-Czyżby coś było z nią nie tak?-zdenerwował się (już nawet nie liczę po raz który)-Kim ty jesteś mała wredna flondro by mnie obrażać?! Mnie i moją brodę?! A może wydaje ci się to zabawne?! Śmieszy cię to?!
Teraz starzec już wrzeszczał. Wiedziałam, że nie uda mi się doprowadzić do pojednania, więc zerknęłam szybko przez ramię. Leo stojący przy sterze kiwnął głową i pociągnął za dźwignie. Kilka silników ożyło. Za moment statek miał zacząć się wznosić. Nie można było jednak pozwolić, by ten bóg naruszył choćby jeden przewód, bo znajdziemy się w punkcie wyjścia i na pewno nie zdążymy go naprawić. (znowu) Wobec tego odwróciłam znów do boga sztormów (Anabeth potem uświadomiła mnie kim był), wiedząc, że reszta moich towarzyszy czyha ukryta w różnych miejscach statku, opatulona silną Mgłą wytwarzaną przez Hazel, klęczącą przy rufie, przez którą wszyscy byli niewidzialni, nawet dla boga.
-Pytasz się kim jestem by cię obrażać?-zwróciłam się do starca z pewnym siebie uśmiechem, choć w środku trzęsłam się ze strachu by czasem nie zdążył przypuścić kontrataku.-Jestem Mara, córka Posejdona, a to mój brat i moi przyjaciele-machnęłam rękami na dwa boki i natychmiast ukazali się w faktycznych miejscach w których stali. Jason i Percy kilka metrów ode mnie wyciągali ręce przed siebie, stojące na beczkach Anabeth i Piper ściskały w dłoniach srebrne łuki, na cięciwach których lśniły strzały o grotach ostrych jak brzytwa, Frank również mierzył ze swojego łuku, a Leo podszedł do rufy i stanął obok mnie wyciągając dłoń.-Przekaż swojemu panu, że żeby nas zabić, trzeba czegoś więcej niż wynędzniały starzec z brodą z wodorostów.-powiedziałam i machnęłam ręką. w chwili gdy statek sterowany przez Hazel wznosił się w powietrze łucznicy wypuścili strzały, które wściekły bóg odbił wodą. Jason przywołał błyskawicę, a Leo kulę ognia i zaczęli bombardować nimi starca za wszelką cenę próbującego zranić nas, lub uszkodzić nasz okręt. Ja i Percy walczyliśmy o kontrolę nad wodą z tym, o dziwo potężnym bogiem. Sztorm wzrósł wokół wznoszącego się upierdliwie wolno okrętu. Kadłub zatrzeszczał gdy fala rozbiła się o niego. Gdy Frankowi Anabeth i Piper skończyły się strzały wszyscy troje natychmiast pobiegli do maszynowni oraz do Hazel. Leo i Jason zmęczeni ciągłym wysiłkiem jakiego wymagały ataki na boga, ledwo zipali a ja i Percy w ponurej koncentracji usiłowaliśmy odepchnąć coraz większe fale. W końcu, gdy Leo i Jason z wyczerpania upadli na pokład, a okrętowi brakowało już malutko, by znaleźć się poza zasięgiem starca, dokonało się coś, czego nie spodziewał się absolutnie nikt.Najwyraźniej zarówno ja jak i mój brat chcieliśmy usilnie utrzymać koncentrację jeszcze przez kilka sekund, ale oboje nie daliśmy rady. W ostatnim odruchu złapałam brata za rękę i wtedy stało się coś niewyobrażalnego. Nagle cała moc którą kierowaliśmy przeciwko starcowi jakby zwiększyła siłę. Przebiliśmy jego zasłonę, jego własne fale zaatakowały go jak wściekłe psy, a morskie głębiny pochłonęły go w swoje czeluści. Wokół statku wzrósł olbrzymi wodny mur, odgradzający go od reszty świata, na krótką chwilę. Spomiędzy naszych ściśniętych dłoni błysnęło oślepiające złote światło, po czym oboje, jak jeden mąż straciliśmy przytomność w sposób którego jeszcze nie doświadczyliśmy. Wszystko zamiast stać się jednolicie czarne, powaliło nas oślepiającą bielą, połączoną z błękitem. Naraz nawiedziła nas jedna myśl
"Czy to na pewno, tylko omdlenie?"
Moim skromnym zdaniem rozdział był taki sobie, aczkolwiek zamierzam napisać dużo lepszy. Ten pisałam po kawałkach więc wybaczcie jeżeli jest nieskładny. Mam jakiś cięższy okres chyba, ale zamierzam się ustatkować. W każdym razie, następny i ostatni przed moim wyjazdem od 1-12 sierpnia next będzie w sobotę, albo niedzielę. I zamierzam dać wam na co czekać :D
Do nna ;)
~Pass
piątek, 22 lipca 2016
Zgoda?
Po powrocie na Argo III od razu poszłam do kajuty. Byłam brudna, głodna i zmęczona, ale i tak nie mogłam położyć się spać. Jason zaproponował żeby każdy udał się do swoich pokoi na góra piętnaście minut by choć trochę odsapnąć. Potem wszyscy musieliśmy zabrać się za naprawianie statku. Póki co trener Hedge stał na rufie, wciąż zbulwersowany naszą miesięczną nieobecnością. Gdy byłam sama ze sobą po raz pierwszy zaczęłam dokładnie analizować to co stało się ostatnio, siedziałam ze spuszczoną głową i zastanawiałam się nad kłótnią z Percy'm, która właściwie wynikła zupełnie z niczego, akurat wtedy gdy zaczęliśmy się świetnie dogadywać. Nie dałam sobie jednak dużo czasu i szybko wstałam, by pójść pod prysznic. Kiedy się ubierałam zerknęłam mimowolnie na ranę na łydce, która nadal bolała, ale nie chciałam używać ambrozji. Mieliśmy jej stanowczo za mało. Wiedząc, że nie zostało mi dużo czasu szybko wciągnęłam czarne szorty, pomarańczowy podkoszulek Obozu Herosów, a na nogi założyłam również czarne glany. Zmieniłam bandaże na łydce i posmarowałam przecięcia na rękach i nogach jakąś leczniczą maścią dla ludzi. Wychodząc z pokoju w biegu związałam mokre włosy w kucyka, przy użyciu kraciastej bandany. Lekko kuśtykając wpadłam jeszcze do mesy, w której siedział akurat Frank. Przysadzisty Azjata pałaszował naleśniki z malinowym (sądząc po wyglądzie) dżemem. Podeszłam do swojego miejsca przy stole pomyślałam na co mam w danej chwili ochotę, a na moim talerzu natychmiast pojawił się wielki, ciemnoczerwony owoc granatu. Jedliśmy z synem Aresa ( albo Marsa, w rzymskim wypadku) w milczeniu i pośpiechu. Kiedy oboje skończyliśmy Frank zapytał.
-Idziesz do maszynowni?
Kiwnęłam głową i zerknęłam na niego.
-Mamy dużo pracy jeśli chcemy zdążyć ze wszystkim.
-Jeśli mam być szczery, to bardzo wątpię, żebyśmy zdążyli-wyznał.
-To mnie pocieszyłeś-westchnęłam, a Frank się roześmiał.
-Nie chcę być pesymistą, ale mimo tego, że mamy Leona, Festusa, nas wszystkich...nie jestem pewien czy szansa na wygranie tej wojny jest jeszcze możliwa.
Popatrzyłam na niego poważnie i zapytałam cicho.
-Naprawdę, myślisz, że to co teraz robimy nie ma już sensu?
-Nie powiedziałem, że nie ma sensu-zaoponował, a jego przypięta do koszulki oznaka pretora zalśniła w słońcu, jakby się z nim zgadzała-Powiedziałem, że mimo, że nikt nie przyjmuje tego do wiadomości, to może już być za późno.
-Niby dlaczego?-mój głos zabrzmiał ostrzej niż zamierzałam, ale Frank nie zareagował na to, tylko zaczął tłumaczyć.
-No bo wiesz. Przepowiednia wygłoszona dawno temu-podrapał się po głowie z zakłopotaniem.-Wcale nie musiała oznaczać, że to...
-Że to ja jestem tym dzieckiem z przepowiedni?
-No wiesz, nie jest powiedziane kiedy przepowiednia ma być spełniona...
-Sugerujesz może, że pan Chaosu wcale nie powstaje?-zapytałam z niedowierzaniem-Że to co widziałam na misji z Willem i Mellisą to nie była prawda?-nie wierzyłam, że Frank może aż tak mi nie wierzyć.
-Nie Mara-powiedział twardo-Chodzi mi o to, że może przepowiednia powinna być spełniona dawno temu. Może kiedyś, w odleglejszej przeszłości był ktoś...inny kto mógł to zrobić. Jakaś inna dziewiątka...
-Boisz się-stwierdziłam-Nie wierzysz, że wszystko zależy od naszej grupy.
-Może i nie wierzę, ale nie wmawiaj mi, że się boję-starał się zabrzmieć groźnie ale nie wyszło mu to za bardzo. Nie zdążyłam jednak nic powiedzieć bo doszliśmy już do maszynowni, w której pracowali już Leo, Jason, Percy i Piper. Anabeth nadeszła z drugiej strony i weszła razem z nami. Nie rozmawiałam już z Frankiem. Atmosfera między nami była gęsta jak smoła, którą Leo uzupełniał jakieś wiadro. Podeszłam do niego i zapytałam co mam robić. Zerkając ukradkiem na moją nogę usadził mnie przy głównym panelu kontrolnym, wręczył mi duży zestaw śrubokrętów i kazał porozkręcać wszystkie zawory, dźwignie i inne takie. Pracowaliśmy przez chwilę w milczeniu, aż wreszcie to właśnie syn Hefajstosa przerwał milczenie.
-Zastanawialiście się, że skoro tu minął miesiąc-urwał na chwilę, by powstrzymać kapanie z górnej części zaworu na suficie.
-To co?-pospieszyła go Hazel majstrująca przy głównym silniku.
-To zasadniczo, przez cały miesiąc nie zmienialiśmy majtek.-powiedział.
Wszyscy na chwilę przerwali pracę, by na niego popatrzeć. Po dłuższej chwili milczenia na raz cała nasza grupa wybuchnęła śmiechem. Leo wydawał się tak poważny gdy to mówił, że było to aż komiczne. Dalej dyskutowaliśmy na luzie o szansach naszego powodzenia. Frank nie zabierał głosu, podobnie jak ja. Po naszej rozmowie odechciało nam się o tym mówić. Jak już skończyliśmy pracę na ten dzień poszliśmy do mesy by zjeść kolację. Głównie była ona dość milcząca poza ustalaniem wieczornych wacht. Dziś przypadła mi warta z Percym. Na szczęście albo i nie. Miałam zamiar porozmawiać z nim o tym, co stało się między nami podczas misji. Przed ustaloną wachtą poszłam do pokoju, by przebrać się w coś cieplejszego. Wyszłam po niecałych pięciu minutach ubrana w wygodne dresy. Spotkałam się z Percy'm tuż przed wejściem do maszynowni.
-No więc ja będę patrolował przy przodzie, a ty na tyłach statku, dobrze?-zapytał poważnie, nie patrząc mi się w oczy.
-Percy-westchnęłam-Czy nie możemy normalnie...
-Co normalnie?-warknął-Idę na wachtę.
Odwrócił się na pięcie i odszedł na przód Argo III. Spuściłam ramiona i również odeszłam na swoje miejsce zastanawiając się co z tym zrobić. Przez całą noc nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem.
Nad ranem, gdy oczy zamykały mi się nawet kiedy stałam, postanowiłam to zakończyć. Nie odejdę dopóki nie wytłumaczę temu upartemu debilowi, o co mi chodziło. Czy się pogodzimy, czy dalej nie będziemy się do siebie odzywać, nie będzie zależeć ode mnie, choć nie ukrywam, że wolałabym tę pierwszą opcję. W każdym razie, poszłam żwawym (jak na cało nocną wartę) tempem na górną część statku i podeszłam do stojącego tyłem Percy'ego. Założyłam ręce na piersi i wlepiłam oczy w tył jego głowy.
-Zamierzasz nawet niczego nie wyjaśniając spokojnie przestać się do mnie odzywać?
-Tak, właśnie to zamierzam-odparł nie odwracając się.
-Percy musimy o tym porozmawiać. Chciałabym to wyjaśnić.
-Ale ja nie. Mogłabyś z łaski swojej iść pilnować żeby nikt nie zaatakował twojej części statku?
Przewróciłam oczami i podeszłam do niego. Stanęłam dokładnie obok i oparłam się rękami o rufę statku nie odwracając głowy w kierunku brata.
-Będziemy się dalej zachowywać jak przedszkolaki, czy wreszcie porozmawiamy?
-Nie rozumiesz prostego przekazu?-zirytował się po czym powtórzył wolno, wyraźnie i z niemiłosiernym sarkazmem-Idź stąd.
-Nie dopóki nie dasz mi tego wyjaśnić.
-Doskonale zrozumiałem za pierwszym razem wyobraź sobie-warknął i odszedł kilka kroków. Dogoniłam go i tym razem stanęłam centralnie przed nim
-Stanie ci się coś jak posłuchasz mnie pięć minut?!
-Boję się, że spojrzysz mi w oczy i zamienię się w kamień-odszedł w innym kierunku.
-Daruj sobie te porównania do Meduzy.-syknęłam i złapałam go za rękę nim zdążył odejść. Odwrócił się y coś powiedzieć, ale wpadłam mu w słowo-Mogę coś powiedzieć? Proszę.
Zamarł z otwartymi ustami ale po chwili natychmiast je zamknął. Dał rękami znak żebym mówiła.
-Dziękuję-westchnęłam i wolno wypuściłam powietrze z płuc.-Kiedy powiedziałam, że przypominasz mi o tamtych chwilach, nie miałam na myśli, że żałuję, że się znowu spotkaliśmy.-zaczęłam tłumaczyć uważnie lustrując wzrokiem wszelkie zmiany w jego mimice twarzy i próbując odgadnąć co sobie w danej chwili myśli- Cieszę się, że znowu poznałam brata i, że nawet się do tej pory dogadywaliśmy.
-Na przykład jak cisnęłaś we mnie tornadem?-posłał mi wymuszony uśmiech.
Puściłam tą uwagę mimo uszu i mówiłam dalej.
-Na prawdę cieszyłam się...cieszę się ,że się spotkaliśmy, ale mimo woli na twój widok przypominam sobie o tamtych scenach.
-Ciekawe dlaczego akurat na mój...
-Percy. Byłeś tam, nie można powiedzieć, że brałeś w tym udział, ale byłeś. I dlatego mi o tym przypominasz. Posejdon też mi przypomina. Matka, zapewne też...
-Zapewne?-zadał to pytanie bez żadnego wyraźnego sarkazmu, przez co stwierdzić mogłam, że zdołał się choć trochę uspokoić.
-Z tobą i tatą chcę się widywać-tłumaczyłam-Owszem przypominacie mi to-przełknęłam ślinę. Rozmowa na takie tematy nie szła mi nigdy najlepiej-Ale mimo to lubię was...kocham...jesteście moją rodziną i bardzo chcę mieć z wami kontakt. Ale z matką...Z nią nie chce mieć do czynienia. Percy nie widziałam jej odkąd ostatni raz byłam w domu. To będzie osiem lat. Nie widziałam matki od co najmniej ośmiu lat-mówiąc to sama uświadomiłam sobie jak długi okres czasu to jest.-Nie chciałam, nie chcę i nigdy nie będę chcieć jej widzieć. Zrujnowała mi do cholery dzieciństwo-z każdą chwilą mówienie sprawiało mi coraz mniejszą trudność i gadałam jak najęta coraz szybciej, o wszystkim.-Myślisz, że na Olimpie miałam luz? Nie wiesz nawet jak ja chciałam wrócić na ziemię.
-A chciałaś?-zapytał z niedowierzaniem.
-W te najgorsze dni chciałam uciec, zabić się, cokolwiek-wyznałam.-Nie były to wakacje tak jak zapewne myślicie. Cały czas. Dzień w dzień ćwiczenia, nauka jeszcze raz ćwiczenia i jeszcze raz nauka. Bez dwóch miesięcy wolnego, bez dwóch dni w tygodniu wolnych. Bez wolnych popołudni, wieczorów i poranków. Cały czas ćwiczenia.
-To dlatego uciekłaś.
-Po części-szepnęłam. Akurat tematu rany ojca wolałam nie omawiać.-Ale chciałam, żebyś na prawdę wiedział, że cieszę się, że znowu się spotkaliście. Mimo wszystko.
-Ja też się cieszę-uśmiechnął się lekko- Przepraszam, że prawie wygadałem o ty twoim strachu.
Oddałam uśmiech i podeszłam. Przytuliłam brata, czując, że wreszcie, może wszystko między nami się ułoży.
-Kocham cię siostrzyczko-wyszeptał w moje włosy-Mimo wszystko.

No znowu opóźnienie.
Ja już się nawet powiem szczerze nie tłumaczę.
Mimo wszystko, mam nadzieję, że next się podobał, chociaż był raczej spokojny. Skorzystałam z bardzo dobrej sugestii Toudi'ego ;) i dwa ostatnie nexty były raczej spokojniejsze. W następnym akcja powoli zacznie się rozkręcać i jeśli pozwolicie :D to będzie ona trochę przesunięta w czasie xD. Jak tam remont Nieznajoma?
Do nna
~Pass
Nad ranem, gdy oczy zamykały mi się nawet kiedy stałam, postanowiłam to zakończyć. Nie odejdę dopóki nie wytłumaczę temu upartemu debilowi, o co mi chodziło. Czy się pogodzimy, czy dalej nie będziemy się do siebie odzywać, nie będzie zależeć ode mnie, choć nie ukrywam, że wolałabym tę pierwszą opcję. W każdym razie, poszłam żwawym (jak na cało nocną wartę) tempem na górną część statku i podeszłam do stojącego tyłem Percy'ego. Założyłam ręce na piersi i wlepiłam oczy w tył jego głowy.
-Zamierzasz nawet niczego nie wyjaśniając spokojnie przestać się do mnie odzywać?
-Tak, właśnie to zamierzam-odparł nie odwracając się.
-Percy musimy o tym porozmawiać. Chciałabym to wyjaśnić.
-Ale ja nie. Mogłabyś z łaski swojej iść pilnować żeby nikt nie zaatakował twojej części statku?
Przewróciłam oczami i podeszłam do niego. Stanęłam dokładnie obok i oparłam się rękami o rufę statku nie odwracając głowy w kierunku brata.
-Będziemy się dalej zachowywać jak przedszkolaki, czy wreszcie porozmawiamy?
-Nie rozumiesz prostego przekazu?-zirytował się po czym powtórzył wolno, wyraźnie i z niemiłosiernym sarkazmem-Idź stąd.
-Nie dopóki nie dasz mi tego wyjaśnić.
-Doskonale zrozumiałem za pierwszym razem wyobraź sobie-warknął i odszedł kilka kroków. Dogoniłam go i tym razem stanęłam centralnie przed nim
-Stanie ci się coś jak posłuchasz mnie pięć minut?!
-Boję się, że spojrzysz mi w oczy i zamienię się w kamień-odszedł w innym kierunku.
-Daruj sobie te porównania do Meduzy.-syknęłam i złapałam go za rękę nim zdążył odejść. Odwrócił się y coś powiedzieć, ale wpadłam mu w słowo-Mogę coś powiedzieć? Proszę.
Zamarł z otwartymi ustami ale po chwili natychmiast je zamknął. Dał rękami znak żebym mówiła.
-Dziękuję-westchnęłam i wolno wypuściłam powietrze z płuc.-Kiedy powiedziałam, że przypominasz mi o tamtych chwilach, nie miałam na myśli, że żałuję, że się znowu spotkaliśmy.-zaczęłam tłumaczyć uważnie lustrując wzrokiem wszelkie zmiany w jego mimice twarzy i próbując odgadnąć co sobie w danej chwili myśli- Cieszę się, że znowu poznałam brata i, że nawet się do tej pory dogadywaliśmy.
-Na przykład jak cisnęłaś we mnie tornadem?-posłał mi wymuszony uśmiech.
Puściłam tą uwagę mimo uszu i mówiłam dalej.
-Na prawdę cieszyłam się...cieszę się ,że się spotkaliśmy, ale mimo woli na twój widok przypominam sobie o tamtych scenach.
-Ciekawe dlaczego akurat na mój...
-Percy. Byłeś tam, nie można powiedzieć, że brałeś w tym udział, ale byłeś. I dlatego mi o tym przypominasz. Posejdon też mi przypomina. Matka, zapewne też...
-Zapewne?-zadał to pytanie bez żadnego wyraźnego sarkazmu, przez co stwierdzić mogłam, że zdołał się choć trochę uspokoić.
-Z tobą i tatą chcę się widywać-tłumaczyłam-Owszem przypominacie mi to-przełknęłam ślinę. Rozmowa na takie tematy nie szła mi nigdy najlepiej-Ale mimo to lubię was...kocham...jesteście moją rodziną i bardzo chcę mieć z wami kontakt. Ale z matką...Z nią nie chce mieć do czynienia. Percy nie widziałam jej odkąd ostatni raz byłam w domu. To będzie osiem lat. Nie widziałam matki od co najmniej ośmiu lat-mówiąc to sama uświadomiłam sobie jak długi okres czasu to jest.-Nie chciałam, nie chcę i nigdy nie będę chcieć jej widzieć. Zrujnowała mi do cholery dzieciństwo-z każdą chwilą mówienie sprawiało mi coraz mniejszą trudność i gadałam jak najęta coraz szybciej, o wszystkim.-Myślisz, że na Olimpie miałam luz? Nie wiesz nawet jak ja chciałam wrócić na ziemię.
-A chciałaś?-zapytał z niedowierzaniem.
-W te najgorsze dni chciałam uciec, zabić się, cokolwiek-wyznałam.-Nie były to wakacje tak jak zapewne myślicie. Cały czas. Dzień w dzień ćwiczenia, nauka jeszcze raz ćwiczenia i jeszcze raz nauka. Bez dwóch miesięcy wolnego, bez dwóch dni w tygodniu wolnych. Bez wolnych popołudni, wieczorów i poranków. Cały czas ćwiczenia.
-To dlatego uciekłaś.
-Po części-szepnęłam. Akurat tematu rany ojca wolałam nie omawiać.-Ale chciałam, żebyś na prawdę wiedział, że cieszę się, że znowu się spotkaliście. Mimo wszystko.
-Ja też się cieszę-uśmiechnął się lekko- Przepraszam, że prawie wygadałem o ty twoim strachu.
Oddałam uśmiech i podeszłam. Przytuliłam brata, czując, że wreszcie, może wszystko między nami się ułoży.
-Kocham cię siostrzyczko-wyszeptał w moje włosy-Mimo wszystko.
No znowu opóźnienie.
Ja już się nawet powiem szczerze nie tłumaczę.
Mimo wszystko, mam nadzieję, że next się podobał, chociaż był raczej spokojny. Skorzystałam z bardzo dobrej sugestii Toudi'ego ;) i dwa ostatnie nexty były raczej spokojniejsze. W następnym akcja powoli zacznie się rozkręcać i jeśli pozwolicie :D to będzie ona trochę przesunięta w czasie xD. Jak tam remont Nieznajoma?
Do nna
~Pass
wtorek, 19 lipca 2016
Serio...miesiąc?
Na szczęście w drodze powrotnej nie napotkaliśmy żadnych przeciwności losu, nie licząc tego, że nie za bardzo dałam radę sama wznieść się w powietrze, nie mówiąc już o wniesieniu na szczyt urwiska przyjaciół. Wobec tego Jason zaniósł tam mnie i Percy'ego z prostego względu-nadal byliśmy ranni. Piper starała się jak mogła, korzystając z wyuczonych w Obozie ZPRH (zasad pomocy rannym herosom), ale w takich warunkach jakie mieliśmy nie zdołała zrobić czegoś więcej niż zmienić nam opatrunki, korzystając z bandaży, które o dziwo nosiła wymięte w wewnętrznej kieszeni dżinsowej kamizelki. Mimo to, nikt z nas (niech Zeus potępi naszą głupotę) nie wziął ze sobą wystarczającej porcji ambrozji, by choćby uśmierzyła ból. Jason po wyniesieniu nas na górę, zleciał z powrotem w dół by asekurować wychodzących po ścianie urwiska w bardziej tradycyjny sposób. Czekając na pozostałych siedzieliśmy dyndając nogami na krawędzi przepaści.
-To było...-zaczął Percy
-Mocne-dokończyłam.-Dalej mam takie dziwne uczucie. Takie swoiste...co by było gdyby?
-Gdyby co?
-Gdyby w tej właściwej wojnie, przeciwko mnie wystartował cały legion takich Mellis..
Percy wzruszył ramionami.
-Nie wykluczone, że właśnie to nasz wróg planuje zrobić. Musimy być nieugięci.
-Mówi ten, który nie potrafił zabić stwora udającego jego matkę-burknęłam.
-Naszą matkę-poprawił mnie.
Popatrzyłam na niego. Czy on na prawdę dalej wierzy, że to NASZA matka? No błagam...która matka do jasnej cholery tak bardzo nienawidzi swojego dziecka, że zostawia je samo pod blokiem, że wyrzuca je z domu przy pierwszej lepszej okazji zostawiając w ramionach ojca którego widziało pierwszy raz w życiu? Która matka jest tak nieugiętą żmiją jak Sally Jackson?
-Percy, między nami jest już mniej więcej okej, ale chcę żebyś wiedział-odetchnęłam głęboko-Że nigdy nie będę traktowała ją jak matkę. Nie po tym co zrobiła....
-Nigdy właściwie dokładnie nie wyjaśniłaś co zrobiła.-mruknął mierząc mnie oskarżycielskim spojrzeniem.
-Nie pomyślałeś, że to nie jest dla mnie takie proste?-powstrzymałam się od krzyku-Może z całych sił staram się zapomnieć, a ty cały czas chcesz mi to przypominać?
-Sugerujesz, że swoją osobą przypominam ci o tamtych wydarzeniach?-zapytał z niedowierzaniem.
To zamknęło mi usta. Spuściłam głowę ,nie wiedząc co odpowiedzieć. No bo co miałam zrobić? To mój brat, kocham go, ale...na bogów właśnie to czuję gdy go widzę. Cieszę się, że odzyskaliśmy kontakt, cieszę się, że się dogadujemy, ale co mam poradzić na to, że gdy go widzę, gdy z nim rozmawiam, gdzieś w zakamarkach umysłu cały czas pojawia się ten piekielny obraz gdy matka wyrzucała mnie z domu, gdy ojciec na siłę wyciągał mnie z mieszkania Jacksonów, jak zapierałam się rękami i nogami o framugi drzwi....i to jedno...najgorsze....jej mina kiedy wróciłam pierwszy raz po tym jak mnie zostawiła. Ta bezsilna złość, żal i pogarda jakie skierowała w moim kierunku wciąż mnie prześladowały. A właśnie wtedy gdy spotkałam się z Percy'm....to wszystko...wróciło.
-Rozumiem-parsknął mój brat po długiej chwili milczenia-Jedyne o czym myślisz jak mnie widzisz to tamte sceny? Na prawdę, znaczę dla ciebie tyle co jakieś stare denne wspomnienia?
-Percy, to nie tak-westchnęłam posyłając mu udręczone spojrzenie.
-Mylisz się Mara-odparł najwidoczniej do głębi urażony-Właśnie tak.
Chciałam coś dodać, przeprosić, załagodzić sytuację, ale właśnie w tej chwili na krawędzi pojawiła się Anabeth. Widząc nas zmarszczyła brwi.
-Coś nie tak?
Szybko zaprzeczyłam i pomogłam jej wejść do końca. Wciąż lustrowała wzrokiem mnie i swojego chłopaka, ale zanim zdążyła ujawnić swoją, najpewniej słuszną, teorię spiskową na krawędzi urwiska pojawiła się reszta załogi, więc musiała odłożyć to do chwili aż wrócimy. Ostatni na twardym gruncie stanął Jason. Lekko zachwiał się na nogach, co było całkowicie zrozumiałe po tak długim czasie podczas którego wykorzystywał swoje moce. Ja zapewne padłabym po czasie o ponad połowę krótszym. Chciałam zamienić z Percy'm jeszcze kilka słów, ale uciekł w opowieści o tym co działo się gdy nas nie było. Frank oznajmił, że według nich minęło kilka godzin, ale Hybris orzekła, że w jaskini czas mija szybciej. Nie zrozumieliśmy co to może znaczyć, ale nie zawracaliśmy sobie tym głowy. Podczas powrotu cieszyliśmy się, że bogini bójek nie zajęła nam miesiąca, według przypuszczeń Willa, ale zaledwie kilka godzin. W końcu Percy zakańczając swoją opowieść dodał patrząc na mnie z perfidnym uśmiechem.
-Nawet zdołałem się dowiedzieć, czego boi się nasza-nakreślił cudzysłów w powietrzu-liderka.
Zamarłam, podobnie jak inni przyjaciele. Nie powie tego-uspokajałam się-Obiecał, że tego nie powie, ani nie będzie się śmiał. Obiecał. Jednak to co stało się chwilę później nieodwracalnie zniszczyło moje poczucie, że przez tą wyprawę nasze stosunki uległy zmianie na lepsze.
-Zgadnijcie, czego boi się taka nieustraszona wojowniczka?-drwił sobie.
-Percy nie powiesz tego-powiedziałam cicho drżącym głosem.
Byli tu moi przyjaciele. Jedyni, jakich miałam od bardzo, bardzo dawna, ale i tak nie chciałam, żeby byli świadomi, że w gardle ściska mnie od czegoś tak błahego. Niby jak będę wyglądać w ich oczach?! Jak kompletne zero.
-Za to ty mogłaś powiedzieć, że przypominam ci o tych najgorszych wspomnieniach związanych z matką?
Jego mina wskazywała na to, że dalej go to boli. W sumie ja też żałowałam, że nie mogłam zaprzeczyć wtedy gdy mnie o to spytał. Teraz jednak mogłam.
-Nic takiego nie powiedziałam-miałam napięty głos, ale to co powiedziałam zgadzało się z prawdą.
-Ale nie zaprzeczyłaś, kiedy cię o to spytałem-odparł zaciskając szczęki.
Cała reszta naszej grupy przyglądała się nam w napięciu, jak gdyby czekając które z nas wybuchnie pierwsze. Byli już świadkami naszych kłótni, więc wiedzieli mniej więcej do czego jesteśmy zdolni i mówiąc szczerze nie dziwiłam się ich zaniepokojeniu.
-Percy-próbowałam jeszcze raz się wytłumaczyć, w głębi duszy zastanawiając się czy powie czego się boję.-Ja na prawdę nie chciałam cię urazić..
-Gratulacje, udało ci się-warknął.
Mimo wszystko nie dałam się zbić z tropu i kontynuowałam.
-Nie chodzi o to, że nie chcę z tobą rozmawiać ani cię widzieć, bo mi o wszystkim przypominasz. Po prostu tak jest i nie mam na to wpływu.
-Dzięki. Powinnaś zostać pocieszycielką.-syknął.
-Czy ty możesz przestać sobie ze mnie żartować?-nie wytrzymałam-Możesz wreszcie zachować się jak prawdziwy brat i zamknąć dziub w sprawie w której nie powinieneś się wypowiadać?!
-Nie mogę. Widocznie boisz się tego, że komukolwiek powiem czego się boisz, jeszcze bardziej niż tego.
Wywróciłam oczami i wbiłam w niego twarde spojrzenie.
-A co ty do jasnej cholery możesz o tym wiedzieć?! Siedzisz mi w głowie?!
-Nie ale znam cię wystarczająco długo.
-Zbyt krótko by wiedzieć takie rzeczy.
Naszą kłótnię przerwał czyjś krzyk. Zamilkliśmy i spojrzeliśmy w tamtą stronę. Nikt z nas nie patrzył nawet czy dobrze idziemy, bo byliśmy zbyt zaabsorbowani kłótnią, ale jakimś cudem, może dzięki zwierzchności bogów staliśmy teraz kilkadziesiąt metrów od naszego zacumowanego u brzegu statku. Tym, który krzyczał okazał się trener Hedge. Biegł w naszą stronę z szybkością o którą nie podejrzewałabym jego krótkich kozik nóżek.
-Wy skończeni kretyni!-wrzeszczał-Ja tu zachodzę w głowę, a ci spokojnie idą! Ja już was dorwę!
Nawet nie zdążyliśmy ruszyć się z miejsca w jego kierunku, kiedy on dobiegł do nas. Nawet nie zdyszany stanął przed nami wbijając w naszą grupę gniewne spojrzenie.
-Od kiedy taki okres czasu zajmuje pójście po materiały?-warknął.
-Ale trenerze-zaczął Jason.
-Nie treneruj mi tutaj! Mówcie gdzie byliście pomioty Tartaru!-widocznie był już wystarczająco wyprowadzony z równowagi by słuchać czyichkolwiek racjonalnych wyjaśnień. Mimo to Hazel podjęła próbę.
-Nie było nas zaledwie kilka godzin..
-Kilka godzin?!-wrzasnął trener-Wobec tego mamy jakieś inne pojęcie czasu!
-Ale kiedy to prawda-poparł ją Leo.
-O nie Valdez, nie dam się oszukać-najwidoczniej satyr dopiero się rozkręcał, podczas gdy my staliśmy zdębieni, nie wiedząc o co chodzi.-Ja się zamartwiałem przez cały ten cholerny okres czasu, szukałem możliwości skontaktowania się z którymś z obozów, żeby powiadomić o waszej śmierci, a wy co, wracacie jakby nigdy nic?!
-O jakiej śmierci?!-wykrzyknął Frank.
-A co miałem pomyśleć o waszej miesięcznej nieobecności?!-ryknął.
-Miesięcznej?-spytała zdezorientowana Anabeth.
-Oj, córko Ateny-pokręcił głową-A ja ci pisałem świetlaną przyszłość. Nie jasno się wyrażam?!
-Zupełnie nie-wtrąciła się Piper-Według nas minęło niecałe sześć godzin.
-Chyba razy pięć!-parsknął trener,
-Ej czekajcie-Jason machnął rękami w geście time out.
Wszyscy zamilkliśmy nie wiedząc co myśleć o tej dziwnej sytuacji. Najwyraźniej nawet trener Hedge postanowił posłuchać co syn Zeusa ma do powiedzenia, bo skończył wściekłą tyrradę, teraz patrząc na nas wściekle.
-Może Will wiedział o czymś o czym my nie wiedzieliśmy kiedy mówił, że stracimy miesiąc-zastanowił się Jason.
-Niby o czym?-spytał Leo.
-Hybris, przecież też mówiła coś takiego, prawda? Że czas w tej jaskini biegnie szybciej...-nagle oczy mu się rozszerzyły-Wiem! To są dwa inne wymiary czasowe. W jaskini jedna sekunda odpowiada kilku godzinom w realu. Czyli my spędziliśmy w jaskini kilka godzin, a na powierzchni minął...
-Miesiąc-dokończyła Anabeth.
-Właśnie.
-No to mamy problem-Percy odezwał się po raz pierwszy od zakończenia naszej kłótni.
-Czyli zostało nam....zaledwie kilka miesięcy-jęknęłam.
-Kilka miesięcy-powtórzył Frank-Kilka miesięcy, na znalezienie miecza, zabranie tej czarnej figurki, ogarnięcie płaszcza, zbroi i ocalenie świata.
-Nie mogło być lepiej-westchnęła Hazel.
No więc, tym razem byłam słowna.
Może w sumie dam radę jeszcze coś dzisiaj napisać....Jeżeli nie postaram się, żeby next był pojutrze. W każdym razie mam nadzieję, że rozdział nie był nudny.
Do nna ;*
~Pass
niedziela, 17 lipca 2016
Jak zabić
Nie lecieliśmy długo. Po chwili chwyciłam Perciego za rękę i opanowałam nasz lot do łagodnego opadania. Osiedliśmy na dnie bez większych problemów. Jak się okazało wylądowaliśmy w niedużej jaskini, od której odbijał jeden boczny korytarz. Jaskinia była częściowo oświetlona, podobnie jak tunel, wobec czego nie czułam większego lęku. Puściłam rękę brata i poszliśmy w kierunku korytarza. Chcąc upewnić się, że nie jest to podpucha, która może zaraz zmiażdżyć nas oboje, wyciągnęłam rękę i dotknęłam ścian. Były z ciemnego, twardego kamienia, na moje oko, wydawały się solidne. Tunel był wąski....bardzo wąski...Kolejne pochodnie mijały moje włosy o centymetry. Szłam wyprostowana, ale nie miałam za dużej swobody ruchów, ze względu na ściany, które pozwoliły mi na ruszanie się na boki, o jakiś centymetr. I tak Percy miał gorzej. Był ode mnie szerszy w barkach, więc lekko się obrócił i szedł bokiem. Nie wiedząc czego możemy się spodziewać nie odzywaliśmy się. Poruszaliśmy się szybko i cicho mimo ran. Percy szedł zgarbiony z ręką na brzuchu, a ja utykałam na lewą nogę i starałam się w miarę możliwości nie ruszać prawym ramieniem. Mimo wszystko staraliśmy się jak najszybciej przeć do przodu. Największą motywacją byli dla nas uwięzieni przyjaciele. Modliłam się do bogów, by nie zaczęli się znów kłócić. Im więcej czasu spędzali przy królowej bójek i sarkazmu tym bardziej rywalizacja mogłaby rzucić im się na mózg. Po chwili moja zraniona noga napotkała przeszkodę. Potknęłam się i z cichym jękiem poleciałam do przodu. Gdyby Percy mnie nie przytrzymał zapoznałabym się bliżej ze schodami. Od razu uprzedzam wszelkie pytania. Nie, nie jestem aż tak ślepa by nie zauważyć schodów. Jak się okazało maskowało je dość potężne zaklęcie niewidzialności. Patrząc na nie miało się złudzenie, że przed tobą ciągnie się dalszy korytarz. Ostrożnie zaczęłam wspinać się po niewidzialnych stopniach. Nie pomagało mi w tym to, że miały różną wielkość i wysokość. Parę razy i ja i Percy potknęliśmy się klnąc cicho. Po około 50-ciu stopniach ujrzałam przed sobą słabo oświetloną jaskinię. Nie widzieliśmy za dużo, przez wszechobecne filary podtrzymujące sufit. Ze względu na to, że nie jesteśmy tacy głupi na jakich wyglądamy od razu schroniliśmy się za najbliższym filarem, nie wiedząc co może czyhać za pozostałymi. Percy sięgnął po Orkan do kieszeni, ale ja złapałam go za nadgarstek kręcąc głową. Miecze mogłyby okazać się zbyt widoczne, ale na szczęście miałam przy sobie coś co mogło być w tej sytuacji odpowiednie. Podciągnęłam koszulkę, ukazując elastyczny, przylegający do skóry pas z kieszeniami. Sięgnęłam zdrową ręką do kieszeni na środku i pogrzebałam w niej chwilę, zanurzając rękę aż po łokieć. Percy patrzył na mnie zszokowany. Wzruszyłam ramionami i starałam się przesłać mu spojrzenie oznaczające, że później wytłumaczę. Chyba zrozumiał bo kiwnął głową. Pas z kieszeniami był prezentem od Hefajstosa na 9 urodziny. Kieszenie były schowkami pozaprzestrzennymi i mieściły więcej niż mogłoby się wydawać. Wyjęłam z nich dwa czarne sztylety wykonane ze stygijskiego żelaza. Kiedyś pomagałam Hadesowi ukryć to, że zgubił swój hełm mroku i za to otrzymałam od niego te bronie. Jeden ze sztyletów podałam Perciemu i naciągnęłam koszulkę. Mój brat zaryzykował wychylenie zza filaru głowy. Gdy tylko to zrobił rozległ się znajomy głos, który sprawił, że na moje plecy wstąpiły ciarki.
-Witam, witam. Kogo my tu mamy. Wychodź synalku-warknęła Sally Jackson-Wiem, że przyprowadziłeś tą pokrakę.
Zagryzłam zęby. Faktycznie. Hybris miała rację. Ta misja mogła być dla niej całkiem zabawna. Może dlatego, że dla mnie absolutnie nie była. Spotkanie z matką, to coś, co mogło sprawić, że i ja i mój brat się złamiemy i poróżnimy, o co jej chodziło. Każde z nas miało inne wspomnienia związane z matką. W jego przypadku były dobre. W moim wręcz przeciwnie. Mimo to ani ja ani Percy nie chcieliśmy się ruszyć zza filara. Syn Posejdona schował głowę z powrotem i spojrzał na mnie zszokowany. Widocznie bardzo wstrząsnęło nim to, że nasza matka została użyta do tego zadania. Zerknęłam na niego twardo. Zbyt długo byłam szkolona na bezwzględnego wojownika, żeby chcieć się wycofać. Wychyliłam lekko głowę i ujrzałam kilka filarów dalej, przechadzającą się, po widocznie wolnej od kolumn wysepce. Chodziła odwrócona ode mnie tyłem. Miała gęste ciemne włosy do połowy łopatki. Obok niej zauważyłam drugą postać. Niższą, z jeszcze ciemniejszymi włosami. Mimo, że była odwrócona bez trudu ją rozpoznałam.
Nico di Angelo.
-Wyłaź pogromco smoków-zawołał, co zirytowało mnie podwójnie. Nie byłam żadnym pogromcą. Nigdy nie zabiłam przyjaznego, dobrego smoka. Byłam ich przyjaciółką, albo, według Wichra-siostrą. Nagle uderzyła we mnie nagła i nieposkromiona chęć bitwy. Opanował mnie gniew tak mocny, jakiego nigdy nie czułam. Chciałam wypaść zza filara i powycinać w pień te dwie osoby, które celowo i z pełną premedytacją zniszczyły mi życie.Odwróciłam się do Perciego ogarnięta nagłą chęcią mordu. Mój brat wyglądał podobnie. Tyle, że między nami była jedna różnica. Ja byłam wściekła na Nica i matkę. On na Nica....i mnie. Uniósł dłoń zaciśniętą na sztylecie chcąc wbić go we mnie, ale znieruchomiał. Mój własny gniew również wyparował jak zrozumiałam co się dzieje. To ta przeklęta żmija, Hybris! Miesza nam w głowach, żebyśmy dali się zabić. Dopiero teraz komizm sytuacji uderzył mnie z pełną, niezachwianą myślami tej głupiej bogini klarownością. Niby co nasza matka miałaby robić w podziemiach przy morzu Śródziemnym? I co miałaby robić tam z Niciem. Jego w podziemiach mogłabym jeszcze ogarnąć, ale przecież nie przyszedłby tu z nią! Nasunęła mi się myśl, że właściwie mogły to być inne istoty w przebraniu tej dwójki. Zmiennokrztałtni, albo chociażby groniowie ( podobne z wyglądu do nietoperzy, również mające zdolność zmiany kształtu, niezależnie od rozmiaru przybieranego ciała). Czymkolwiek by nie byli, to, że zesłała ich tu mistrzyni ciętej riposty, nakazywało przypuszczać, że byli potężni, a taki nieprzemyślany nagły atak ułatwiłby im pozbawienie nas życia. Patrzyliśmy jak chodzą po komnacie, gdy nagle Percy szturchnął mnie w ramię i wskazał znajdujące się za nimi mosiężne drzwi z dziurką od klucza. Podniósł zdobyty wcześniej klucz trzymany w dłoni i uśmiechnął się. Zdobienia jakimi był pokryty pasowały do zdobień na drzwiach. Zrozumieliśmy, że drogi ucieczki miały strzec fałszywe postacie znajomych osób. Wyczaiłam moment, kiedy zarówno Nico jak i Sally byli w najdalszym miejscu ode mnie, odwróceni tyłem i cicho kuśtykając przemknęłam za bliższy filar. Percy zrobił to samo, tyle, że za inny. Powtórzyliśmy to samo, słysząc ciągłe nawołujące nas głosy. Oboje znajdowaliśmy się teraz za najbliższymi wysepce kolumnami, gdy nagle usłyszeliśmy coś bardzo niepokojącego. Ciszę. Kierowana wyłącznie instynktem schyliłam się, cudem unikając miecza, który pojawił się nagle chcąc odciąć mi głowę. Wiedząc, że i tak zostałam zdemaskowana wyskoczyłam zza filara i spojrzałam na trzymającego broń która mnie zaskoczyła Nica i dzierżącą włócznię matkę, stojącą niedaleko filaru Perciego. On został zaskoczony w ten sam sposób, bo wyskoczył tak samo jak ja. Nie czekając na nic rzuciłam się na Nica. Jego długi miecz dawał mu znaczną przewagę nad moim krótkim sztyletem, więc odrzuciłam go w bok i ledwo unikając ciosu chwyciłam breloczek. W mojej lewej dłoni pojawił się złoty miecz z cesarskiego złota. Wzięłabym jeszcze jeden, z niebiańskiego spiżu, ale wolałam nie próbować z moim wciąż piekącym bólem ramieniem. Zaczęłam zręcznie parować ciosy szukając okazji do ataku, ale mój przeciwnik był równie dobrym szermierzem jak prawdziwy Nico. Po chwili, wyraźnie czując, że chcę go zabić potwór przekształcił się. Teraz walczył ze mną Leo Valdez. Ciężko było mi go atakować, ale cały czas powtarzałam sobie, że to nie prawdziwy Leo. Po chwili istota znów się zmieniła. Teraz walczyłam z Posejdonem. Zagryzłam wargi i przeszłam do defensywy. Szybko zerknęłam na Perciego. Nadal walczył z potworem udającym naszą matkę i po jego zmartwionej minie sądziłam, że nie da rady jej zabić. W końcu istota z którą walczyłam postanowiła ostatecznie mnie dobić. Znów zmieniła wygląd. Na ten najgorszy. Teraz przypominała Mellisę. Poczucie winy, które pojawiło się już przy potyczce z Posejdonem wzrosło niemal stukrotnie. Czy na prawdę dam radę zabić coś co przypomina osobę która uchroniła mnie przed śmiercią? Która zginęła przeze mnie. Odparłam jeszcze jeden atak i odbiegłam kuśtykając. Pseudo-Mellisa pobiegła za mną. Kiedy w końcu się zatrzymałam, tuż obok mnie walczył Percy. Oboje odpieraliśmy ataki, ale jakaś blokada w naszych umysłach nie pozwalała nam zabić tych osób. Czułam, że w innym przypadku na pewno dałabym radę, tłumacząc sobie, że to tylko potwór przybierający kształt tej osoby, ale teraz...Nie mogłam zabić kogoś tak bardzo przypominającego zmarłą przeze mnie dziewczynę. Potwory zyskiwały nad nami przewagę, ale wtedy stało się coś niespodziewanego. Spotkałam się z Percym wzrokiem i zupełnie jakbyśmy czytali sobie w myślach zrozumieliśmy co musimy zrobić. Jednocześnie rzuciliśmy się w bok unikając ciosu naszych przeciwników i zamieniając się miejscami. Mając w myślach "To tylko potwór" przeszyłam udającego Sally Jackson potwora mieczem, nim zdążył zmienić kształt. Percy zrobił to samo z podobizną Mellisy. Gdy oba potwory skonały ich właściwe kształty się ujawniły. Zgodnie z moim przypuszczeniem byli to groniowie. Zerknęliśmy na siebie z bratem dysząc ciężko po wyczerpującej walce. Nie odnieśliśmy większych obrażeń oprócz tych które mieliśmy już wcześniej.
-Dobra robota-skinął mi Percy.
Uśmiechnęłam się i trąciłam go ramieniem.
-Mam nadzieję, że to już koniec. Nie wiem czy przeżyjemy kolejne zadanie.
-Chodźmy sprawdzić.
Zebraliśmy z podłogi sztylety, które schowałam do pasa i podeszliśmy do drzwi.
-Nie sądzisz, że wyglądają jak te, za którymi zamknięci byli nasi przyjaciele?-spytałam, a mój brat wzruszył ramionami.
-Nie zwracałem na nie wtedy szczególnej uwagi...
Przewróciłam oczami, a on włożył klucz do otworu i przekręcił. Coś szczęknęło i wrota otwarły się. W jednej chwili doznaliśmy dziwnego uczucia, jakby zwijania się w jakiś punkt gdzieś w okolicach pępka, a kiedy dezorientujące uczucie minęło, wokół nas nie było już jaskini, filarów, trupów groniów. Była szeroka dolina, która kończyła się wysoką skarpą. Ta sama dolina w której byliśmy zanim dostaliśmy się do jaskini Hybris. Z ciężkim sercem wymieniliśmy się zaniepokojonymi spojrzeniami i przekroczyliśmy próg jaskini znajdującej się przed nami. Nim tam weszliśmy usłyszeliśmy czyjś radosny krzyk. Cofnęliśmy się z powrotem do doliny przestraszeni, a wtedy z ciemnego wejścia do jaskini wyłoniły się cudownie znajome postacie. Cała szóstka naszych przyjaciół objęła nas rozemocjonowana. Krzyczeli jeden przez drugiego, co działo się gdy nas nie było. Gdy skończyli Frank powiedział.
-Przed chwilą Hybris zrobiła minę jakby miała zamia zwymiotować i oznajmiła, że mamy wyjść. Jak wam się udało zdobyć klucz?
-Co wam się stało?-krzyknęła Piper oglądając nasze rany.
Zerknęliśmy po sobie z Percym.
-To bardzo długa historia.

Znowu okazała się niesłowną gnidą.
Niech mnie Tartar pochłonie xD. Przepraszam, że spóźniłam się z rozdziałem (znowu), nie mam nic na swoje usprawiedliwienie (znowu) no i jestem niesłowna (znowu).
W każdym razie, mam nadzieję, że next był spk. Dziękuję za to, że tak dużo osób wchodzi na tego bloga. Zachęcam do komentowania. Hahahh Nieznajoma, cb nie muszę zachęcać :*
I ten....kończę.
Do nna ;P
~Pass
-Witam, witam. Kogo my tu mamy. Wychodź synalku-warknęła Sally Jackson-Wiem, że przyprowadziłeś tą pokrakę.
Zagryzłam zęby. Faktycznie. Hybris miała rację. Ta misja mogła być dla niej całkiem zabawna. Może dlatego, że dla mnie absolutnie nie była. Spotkanie z matką, to coś, co mogło sprawić, że i ja i mój brat się złamiemy i poróżnimy, o co jej chodziło. Każde z nas miało inne wspomnienia związane z matką. W jego przypadku były dobre. W moim wręcz przeciwnie. Mimo to ani ja ani Percy nie chcieliśmy się ruszyć zza filara. Syn Posejdona schował głowę z powrotem i spojrzał na mnie zszokowany. Widocznie bardzo wstrząsnęło nim to, że nasza matka została użyta do tego zadania. Zerknęłam na niego twardo. Zbyt długo byłam szkolona na bezwzględnego wojownika, żeby chcieć się wycofać. Wychyliłam lekko głowę i ujrzałam kilka filarów dalej, przechadzającą się, po widocznie wolnej od kolumn wysepce. Chodziła odwrócona ode mnie tyłem. Miała gęste ciemne włosy do połowy łopatki. Obok niej zauważyłam drugą postać. Niższą, z jeszcze ciemniejszymi włosami. Mimo, że była odwrócona bez trudu ją rozpoznałam.
Nico di Angelo.
-Wyłaź pogromco smoków-zawołał, co zirytowało mnie podwójnie. Nie byłam żadnym pogromcą. Nigdy nie zabiłam przyjaznego, dobrego smoka. Byłam ich przyjaciółką, albo, według Wichra-siostrą. Nagle uderzyła we mnie nagła i nieposkromiona chęć bitwy. Opanował mnie gniew tak mocny, jakiego nigdy nie czułam. Chciałam wypaść zza filara i powycinać w pień te dwie osoby, które celowo i z pełną premedytacją zniszczyły mi życie.Odwróciłam się do Perciego ogarnięta nagłą chęcią mordu. Mój brat wyglądał podobnie. Tyle, że między nami była jedna różnica. Ja byłam wściekła na Nica i matkę. On na Nica....i mnie. Uniósł dłoń zaciśniętą na sztylecie chcąc wbić go we mnie, ale znieruchomiał. Mój własny gniew również wyparował jak zrozumiałam co się dzieje. To ta przeklęta żmija, Hybris! Miesza nam w głowach, żebyśmy dali się zabić. Dopiero teraz komizm sytuacji uderzył mnie z pełną, niezachwianą myślami tej głupiej bogini klarownością. Niby co nasza matka miałaby robić w podziemiach przy morzu Śródziemnym? I co miałaby robić tam z Niciem. Jego w podziemiach mogłabym jeszcze ogarnąć, ale przecież nie przyszedłby tu z nią! Nasunęła mi się myśl, że właściwie mogły to być inne istoty w przebraniu tej dwójki. Zmiennokrztałtni, albo chociażby groniowie ( podobne z wyglądu do nietoperzy, również mające zdolność zmiany kształtu, niezależnie od rozmiaru przybieranego ciała). Czymkolwiek by nie byli, to, że zesłała ich tu mistrzyni ciętej riposty, nakazywało przypuszczać, że byli potężni, a taki nieprzemyślany nagły atak ułatwiłby im pozbawienie nas życia. Patrzyliśmy jak chodzą po komnacie, gdy nagle Percy szturchnął mnie w ramię i wskazał znajdujące się za nimi mosiężne drzwi z dziurką od klucza. Podniósł zdobyty wcześniej klucz trzymany w dłoni i uśmiechnął się. Zdobienia jakimi był pokryty pasowały do zdobień na drzwiach. Zrozumieliśmy, że drogi ucieczki miały strzec fałszywe postacie znajomych osób. Wyczaiłam moment, kiedy zarówno Nico jak i Sally byli w najdalszym miejscu ode mnie, odwróceni tyłem i cicho kuśtykając przemknęłam za bliższy filar. Percy zrobił to samo, tyle, że za inny. Powtórzyliśmy to samo, słysząc ciągłe nawołujące nas głosy. Oboje znajdowaliśmy się teraz za najbliższymi wysepce kolumnami, gdy nagle usłyszeliśmy coś bardzo niepokojącego. Ciszę. Kierowana wyłącznie instynktem schyliłam się, cudem unikając miecza, który pojawił się nagle chcąc odciąć mi głowę. Wiedząc, że i tak zostałam zdemaskowana wyskoczyłam zza filara i spojrzałam na trzymającego broń która mnie zaskoczyła Nica i dzierżącą włócznię matkę, stojącą niedaleko filaru Perciego. On został zaskoczony w ten sam sposób, bo wyskoczył tak samo jak ja. Nie czekając na nic rzuciłam się na Nica. Jego długi miecz dawał mu znaczną przewagę nad moim krótkim sztyletem, więc odrzuciłam go w bok i ledwo unikając ciosu chwyciłam breloczek. W mojej lewej dłoni pojawił się złoty miecz z cesarskiego złota. Wzięłabym jeszcze jeden, z niebiańskiego spiżu, ale wolałam nie próbować z moim wciąż piekącym bólem ramieniem. Zaczęłam zręcznie parować ciosy szukając okazji do ataku, ale mój przeciwnik był równie dobrym szermierzem jak prawdziwy Nico. Po chwili, wyraźnie czując, że chcę go zabić potwór przekształcił się. Teraz walczył ze mną Leo Valdez. Ciężko było mi go atakować, ale cały czas powtarzałam sobie, że to nie prawdziwy Leo. Po chwili istota znów się zmieniła. Teraz walczyłam z Posejdonem. Zagryzłam wargi i przeszłam do defensywy. Szybko zerknęłam na Perciego. Nadal walczył z potworem udającym naszą matkę i po jego zmartwionej minie sądziłam, że nie da rady jej zabić. W końcu istota z którą walczyłam postanowiła ostatecznie mnie dobić. Znów zmieniła wygląd. Na ten najgorszy. Teraz przypominała Mellisę. Poczucie winy, które pojawiło się już przy potyczce z Posejdonem wzrosło niemal stukrotnie. Czy na prawdę dam radę zabić coś co przypomina osobę która uchroniła mnie przed śmiercią? Która zginęła przeze mnie. Odparłam jeszcze jeden atak i odbiegłam kuśtykając. Pseudo-Mellisa pobiegła za mną. Kiedy w końcu się zatrzymałam, tuż obok mnie walczył Percy. Oboje odpieraliśmy ataki, ale jakaś blokada w naszych umysłach nie pozwalała nam zabić tych osób. Czułam, że w innym przypadku na pewno dałabym radę, tłumacząc sobie, że to tylko potwór przybierający kształt tej osoby, ale teraz...Nie mogłam zabić kogoś tak bardzo przypominającego zmarłą przeze mnie dziewczynę. Potwory zyskiwały nad nami przewagę, ale wtedy stało się coś niespodziewanego. Spotkałam się z Percym wzrokiem i zupełnie jakbyśmy czytali sobie w myślach zrozumieliśmy co musimy zrobić. Jednocześnie rzuciliśmy się w bok unikając ciosu naszych przeciwników i zamieniając się miejscami. Mając w myślach "To tylko potwór" przeszyłam udającego Sally Jackson potwora mieczem, nim zdążył zmienić kształt. Percy zrobił to samo z podobizną Mellisy. Gdy oba potwory skonały ich właściwe kształty się ujawniły. Zgodnie z moim przypuszczeniem byli to groniowie. Zerknęliśmy na siebie z bratem dysząc ciężko po wyczerpującej walce. Nie odnieśliśmy większych obrażeń oprócz tych które mieliśmy już wcześniej.
-Dobra robota-skinął mi Percy.
Uśmiechnęłam się i trąciłam go ramieniem.
-Mam nadzieję, że to już koniec. Nie wiem czy przeżyjemy kolejne zadanie.
-Chodźmy sprawdzić.
Zebraliśmy z podłogi sztylety, które schowałam do pasa i podeszliśmy do drzwi.
-Nie sądzisz, że wyglądają jak te, za którymi zamknięci byli nasi przyjaciele?-spytałam, a mój brat wzruszył ramionami.
-Nie zwracałem na nie wtedy szczególnej uwagi...
Przewróciłam oczami, a on włożył klucz do otworu i przekręcił. Coś szczęknęło i wrota otwarły się. W jednej chwili doznaliśmy dziwnego uczucia, jakby zwijania się w jakiś punkt gdzieś w okolicach pępka, a kiedy dezorientujące uczucie minęło, wokół nas nie było już jaskini, filarów, trupów groniów. Była szeroka dolina, która kończyła się wysoką skarpą. Ta sama dolina w której byliśmy zanim dostaliśmy się do jaskini Hybris. Z ciężkim sercem wymieniliśmy się zaniepokojonymi spojrzeniami i przekroczyliśmy próg jaskini znajdującej się przed nami. Nim tam weszliśmy usłyszeliśmy czyjś radosny krzyk. Cofnęliśmy się z powrotem do doliny przestraszeni, a wtedy z ciemnego wejścia do jaskini wyłoniły się cudownie znajome postacie. Cała szóstka naszych przyjaciół objęła nas rozemocjonowana. Krzyczeli jeden przez drugiego, co działo się gdy nas nie było. Gdy skończyli Frank powiedział.
-Przed chwilą Hybris zrobiła minę jakby miała zamia zwymiotować i oznajmiła, że mamy wyjść. Jak wam się udało zdobyć klucz?
-Co wam się stało?-krzyknęła Piper oglądając nasze rany.
Zerknęliśmy po sobie z Percym.
-To bardzo długa historia.

Znowu okazała się niesłowną gnidą.
Niech mnie Tartar pochłonie xD. Przepraszam, że spóźniłam się z rozdziałem (znowu), nie mam nic na swoje usprawiedliwienie (znowu) no i jestem niesłowna (znowu).
W każdym razie, mam nadzieję, że next był spk. Dziękuję za to, że tak dużo osób wchodzi na tego bloga. Zachęcam do komentowania. Hahahh Nieznajoma, cb nie muszę zachęcać :*
I ten....kończę.
Do nna ;P
~Pass
środa, 13 lipca 2016
Rany
Nie ociągaliśmy się. Starając się nie zważać na pryskające wokół nas lustra biegliśmy ile sił w nogach. Zagryzając zęby starałam się ignorować rwący ból w zwichniętym wcześniej ramieniu jak i ten nowy którego stale dostarczały kawałki szkła wbijające się w moje ciało. Droga od ślepego zaułku do wejścia do tunelu, choć wcześniej zdawała się krótka, teraz dłużyła się niemiłosiernie. Percy gnał przede mną nie oglądając się. Mimo dzielącej nas odległości i utrudniającej widoczność lawinie szkła doskonale wiedziałam, że mój brat trzyma zaciśniętą dłoń na kluczu i nie puści go choćby nie wiem co. Po chwili, mimo usilnych starań nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Zawsze miałam dobrą kondycję ale rany i urazy jakich doznawałam co jakieś siedem kolejnych sekund sprawiały, że czułam się coraz bardziej zmęczona. Biegłam mimo bólu, aż jeden kawałek cholernego lustra przelał czarę goryczy. Z wielką siłą wbił mi się w tył łydki, przyprawiając mnie o taki ból, że nie dałam rady powstrzymać krzyku. Upadłam na podłogę trzymając się za przebite ścięgno. Przed oczami tańczyły mi mroczki, a wokół mnie lustra wciąż pękały. Modliłam się do wszystkich bogów, żeby Percy zostawił mnie w tym tunelu i biegł z kluczem do naszych przyjaciół, ale ten cudownie odważny i honorowy idiota oczywiście musiał postąpić tak jak postąpiliby wszyscy wielcy herosi. Wrócił po mnie.
W jednej chwili chwycił mnie pod ramiona i szarpnął. Przed oczami zaćmiło mi się z bólu i ledwie powstrzymałam krzyk, ale wiedziałam, że w tamtej chwili bardziej zależało mu na uratowaniu mojego tyłka niż na nie sprawianiu mi bólu. Przerzucił mnie sobie przez ramię i pobiegł ile sił do wyjścia. Nie wiedziałam skąd wziął siłę by donieść mnie do głównego korytarza, ale zrobił to. Gdy tylko wybiegliśmy chwycił mnie w pasie i posadził delikatnie na ziemi, opierając o ścianę pomiędzy trzecim a czwartym wejściem do tunelu. Sam klapnął obok mnie i ciężko westchnął.
-Masz klucz?-sapnęłam, krzywiąc się.
Kiwnął głową i pokazał mi zaciśniętą na kluczu dłoń. Popatrzyłam na swojego brata. Kawałek szkła przeciął mu czoło i miał tam teraz krwawą pręgę. Pryskające kawałki luster wbiły mu się też w ręce i nogi na całej ich długości. Jeden z większych kawałków wbił mu się też w okolice brzucha. Popatrzyłam po sobie. Twarz miałam chyba całą, ale dalej nie było już tak wesoło. Ręce były w podobnym stanie jak u Perciego, oprócz oczywiście ramienia, ale z nogami było trochę gorzej. Sterczący z tyłu łydki kawałek szkła zrobił się cały czerwony od mojej krwi, a mniejsze wbite prawie w każde miejsce odkrytych nóg sprawiał prawie taki sam ból. Bo kto w końcu bierze szorty na imprezę z pękającymi lustrami?! Westchnęłam i oparłam głowę o ścianę. Podobnie jak brat byłam zlana potem.
-Dzięki-szepnęłam.
-Nie ma za co-uśmiechnął się i zerknął na mnie.
Oddałam przyjazne spojrzenie i zaśmialiśmy się.
-Wpakowaliśmy się po uszy-stwierdził Percy-Mam nadzieję, że to już koniec.
-Znając nasze szczęście to dopiero początek-burknęłam i zerknęłam na kawałek lustra wystający z jego brzucha-Boli?
Nie patrząc w dół kiwnął głową, krzywiąc się.
-Dostałem rykoszetem, pod koniec.
-I dałeś radę donieść mnie do końca-zdziwiłam się.
-Pewnie byłoby mi łatwiej gdybyś zrzuciła parę kilo-parsknął śmiechem, a ja lekko trąciłam go w ramię.-A jak twoja noga?
Mimo niechęci zerknęłam w dół i skrzywiłam się widząc koło mojej nogi kałużę krwi.
-Nie najlepiej, ale mogło być gorzej. Mam szczęście, że nie trafiło w tętnicę-stwierdziłam, po czym jęcząc bólu przekręciłam się i oparłam dłoń na szkle wystającym z brzucha brata.
-Wyciągnę na trzy.-powiedziałam.
-Zaraz, zaraz-zaczął protestować-Przecież ty nie jest...
-Trzy!-krzyknęłam i szarpnęłam lustrem w górę. Percy wrzasnął z bólu, a ja odrzuciłam wyrwany kawałek. Ignorując ból zdjęłam za dużą koszulę w kratę i przerwałam ją na pół, po czym oderwałam jeden z rękawów. Percy krzywiąc się podciągnął koszulkę ukazując silnie krwawiącą ranę. Zwinęłam rękaw i przyłożyłam go w miejsce gdzie wcześniej tkwiło szkło. Pozostałą połową koszuli obwiązałam opatrunek tak, by przytrzymywał zawiniątko. Kiedy skończyłam mój brat uśmiechnął się przez grymas.
-Gdzie ty się tego pani doktor nauczyłaś?
Wywróciłam oczami ale odpowiedziałam niechętnie.
-Widziałam jak Will robi taki opatrunek z normalnych bandaży. A, że nie mamy bandaży wzięłam to co było pod ręką.
Percy zmarszczył brwi.
-Często spędzałaś czas z Willem w obozie?
-Z nim i braćmi Hood-przytaknęłam-Dziwię się, że tego nie zauważyłeś.
Westchnął.
-Jeżeli mam być szczery to nie za bardzo mnie interesowało co robisz tuż po twoim przyjeździe-przyznał się, czerwieniejąc na twarzy. Nie słysząc mojej odpowiedzi kontynuował-Trochę obawiałem się wtedy, że...no wiesz...będziesz próbowała mnie...zastąpić.
Posłałam mu zdziwione spojrzenie.
-Nigdy by mi to przez myśl nie przyszło-zapewniłam go.
-Teraz to wiem-potaknął-Ale wtedy...sama rozumiesz...nie znaliśmy się zbyt dobrze.
Zaskoczyła mnie szczerość mojego brata, ale cieszyłam się, że mi to powiedział. Pozostało tylko jedno pytanie,
-A teraz? Dalej tak myślisz?
Zerknął na mnie i uśmiechnął się.
-Nie. Odkąd lepiej cię poznałem, to wiem, że brakuję ci trochę do mnie....wzrostu.
-Ha-ha-przewróciłam oczami.
Percy zaczął wyjmować kawałki szkła z ramion i nóg więc zajęłam się tym samym. Pozostałą połowę koszuli wykorzystałam na opatrunek na łydkę.
-Co teraz?-spytałam.
-Mam nadzieję, że zaraz otworzy się jakieś mega wypasione przejście i spokojnie, bez stresu wyjdziemy z tej zatęchłej nory. Kto wie, może jeszcze coś przekąsimy po drodze.
-Zawsze musisz żartować?
-Tylko jeśli trzeba rozładować napięcie-zaśmiał się i skrzywił podciągając się na nogi.
Poszłam za jego przykładem i oszczędzając lewe ramie i prawą nogę wstałam.
Zaoferował mi pomoc więc przyjęłam jego wyciągnięte ramię i zarzuciłam rękę na jego barki. Przeszliśmy kilka kroków podpierając się nawzajem.
-Jakoś nie widać tego twojego przejścia-stwierdziłam.
-Nic z tego nie rozumiem-rzekł sfrustrowany Percy rozglądając się nerwowo-Przecież w pozostałych tunelach są klucze.
Również nic z tego nie rozumiałam. Wypatrując ewentualnej drogi ewakuacji na myśl przyszła mi tylko jedna myśl. Myśl która po prawdzie w ogóle mi się nie podobała. Odwróciłam się plecami do pozostałych sześciu tunelów
-Chyba wiem co musimy zrobić.
Mój brat spojrzał na mnie pytająco, a kiedy zobaczył, że wskazuję na urwisko posłał mi zaskoczone spojrzenie.
-Zwariowałaś do reszty?
-To jedyna droga o której nie wiemy kompletnie nic.
-I dlatego, twoim zdaniem ma być tą właściwą?
-A mamy inny wybór?
Westchnął. Ten argument nie pozwolił mu dłużej dyskutować. Pokuśtykali na krawędź wielkiego urwiska i spojrzeli w dół na bezkresną ciemność przepaści. Poczułam jak strach zaciska się na moim sercu, ale wyjątkowo się opanowałam. Ścisnęłam ramie Perciego, a on powiedział.
-Obyś się nie myliła. To byłby wyjątkowo głupi powód śmierci.
Popatrzyliśmy po sobie odetchnęliśmy ostatni, jeden raz zanim skoczyliśmy.

Po kolejnym opóźnieniu ale jest.
Dobrej nocy ;)
~Pass
W jednej chwili chwycił mnie pod ramiona i szarpnął. Przed oczami zaćmiło mi się z bólu i ledwie powstrzymałam krzyk, ale wiedziałam, że w tamtej chwili bardziej zależało mu na uratowaniu mojego tyłka niż na nie sprawianiu mi bólu. Przerzucił mnie sobie przez ramię i pobiegł ile sił do wyjścia. Nie wiedziałam skąd wziął siłę by donieść mnie do głównego korytarza, ale zrobił to. Gdy tylko wybiegliśmy chwycił mnie w pasie i posadził delikatnie na ziemi, opierając o ścianę pomiędzy trzecim a czwartym wejściem do tunelu. Sam klapnął obok mnie i ciężko westchnął.
-Masz klucz?-sapnęłam, krzywiąc się.
Kiwnął głową i pokazał mi zaciśniętą na kluczu dłoń. Popatrzyłam na swojego brata. Kawałek szkła przeciął mu czoło i miał tam teraz krwawą pręgę. Pryskające kawałki luster wbiły mu się też w ręce i nogi na całej ich długości. Jeden z większych kawałków wbił mu się też w okolice brzucha. Popatrzyłam po sobie. Twarz miałam chyba całą, ale dalej nie było już tak wesoło. Ręce były w podobnym stanie jak u Perciego, oprócz oczywiście ramienia, ale z nogami było trochę gorzej. Sterczący z tyłu łydki kawałek szkła zrobił się cały czerwony od mojej krwi, a mniejsze wbite prawie w każde miejsce odkrytych nóg sprawiał prawie taki sam ból. Bo kto w końcu bierze szorty na imprezę z pękającymi lustrami?! Westchnęłam i oparłam głowę o ścianę. Podobnie jak brat byłam zlana potem.
-Dzięki-szepnęłam.
-Nie ma za co-uśmiechnął się i zerknął na mnie.
Oddałam przyjazne spojrzenie i zaśmialiśmy się.
-Wpakowaliśmy się po uszy-stwierdził Percy-Mam nadzieję, że to już koniec.
-Znając nasze szczęście to dopiero początek-burknęłam i zerknęłam na kawałek lustra wystający z jego brzucha-Boli?
Nie patrząc w dół kiwnął głową, krzywiąc się.
-Dostałem rykoszetem, pod koniec.
-I dałeś radę donieść mnie do końca-zdziwiłam się.
-Pewnie byłoby mi łatwiej gdybyś zrzuciła parę kilo-parsknął śmiechem, a ja lekko trąciłam go w ramię.-A jak twoja noga?
Mimo niechęci zerknęłam w dół i skrzywiłam się widząc koło mojej nogi kałużę krwi.
-Nie najlepiej, ale mogło być gorzej. Mam szczęście, że nie trafiło w tętnicę-stwierdziłam, po czym jęcząc bólu przekręciłam się i oparłam dłoń na szkle wystającym z brzucha brata.
-Wyciągnę na trzy.-powiedziałam.
-Zaraz, zaraz-zaczął protestować-Przecież ty nie jest...
-Trzy!-krzyknęłam i szarpnęłam lustrem w górę. Percy wrzasnął z bólu, a ja odrzuciłam wyrwany kawałek. Ignorując ból zdjęłam za dużą koszulę w kratę i przerwałam ją na pół, po czym oderwałam jeden z rękawów. Percy krzywiąc się podciągnął koszulkę ukazując silnie krwawiącą ranę. Zwinęłam rękaw i przyłożyłam go w miejsce gdzie wcześniej tkwiło szkło. Pozostałą połową koszuli obwiązałam opatrunek tak, by przytrzymywał zawiniątko. Kiedy skończyłam mój brat uśmiechnął się przez grymas.
-Gdzie ty się tego pani doktor nauczyłaś?
Wywróciłam oczami ale odpowiedziałam niechętnie.
-Widziałam jak Will robi taki opatrunek z normalnych bandaży. A, że nie mamy bandaży wzięłam to co było pod ręką.
Percy zmarszczył brwi.
-Często spędzałaś czas z Willem w obozie?
-Z nim i braćmi Hood-przytaknęłam-Dziwię się, że tego nie zauważyłeś.
Westchnął.
-Jeżeli mam być szczery to nie za bardzo mnie interesowało co robisz tuż po twoim przyjeździe-przyznał się, czerwieniejąc na twarzy. Nie słysząc mojej odpowiedzi kontynuował-Trochę obawiałem się wtedy, że...no wiesz...będziesz próbowała mnie...zastąpić.
Posłałam mu zdziwione spojrzenie.
-Nigdy by mi to przez myśl nie przyszło-zapewniłam go.
-Teraz to wiem-potaknął-Ale wtedy...sama rozumiesz...nie znaliśmy się zbyt dobrze.
Zaskoczyła mnie szczerość mojego brata, ale cieszyłam się, że mi to powiedział. Pozostało tylko jedno pytanie,
-A teraz? Dalej tak myślisz?
Zerknął na mnie i uśmiechnął się.
-Nie. Odkąd lepiej cię poznałem, to wiem, że brakuję ci trochę do mnie....wzrostu.
-Ha-ha-przewróciłam oczami.
Percy zaczął wyjmować kawałki szkła z ramion i nóg więc zajęłam się tym samym. Pozostałą połowę koszuli wykorzystałam na opatrunek na łydkę.
-Co teraz?-spytałam.
-Mam nadzieję, że zaraz otworzy się jakieś mega wypasione przejście i spokojnie, bez stresu wyjdziemy z tej zatęchłej nory. Kto wie, może jeszcze coś przekąsimy po drodze.
-Zawsze musisz żartować?
-Tylko jeśli trzeba rozładować napięcie-zaśmiał się i skrzywił podciągając się na nogi.
Poszłam za jego przykładem i oszczędzając lewe ramie i prawą nogę wstałam.
Zaoferował mi pomoc więc przyjęłam jego wyciągnięte ramię i zarzuciłam rękę na jego barki. Przeszliśmy kilka kroków podpierając się nawzajem.
-Jakoś nie widać tego twojego przejścia-stwierdziłam.
-Nic z tego nie rozumiem-rzekł sfrustrowany Percy rozglądając się nerwowo-Przecież w pozostałych tunelach są klucze.
Również nic z tego nie rozumiałam. Wypatrując ewentualnej drogi ewakuacji na myśl przyszła mi tylko jedna myśl. Myśl która po prawdzie w ogóle mi się nie podobała. Odwróciłam się plecami do pozostałych sześciu tunelów
-Chyba wiem co musimy zrobić.
Mój brat spojrzał na mnie pytająco, a kiedy zobaczył, że wskazuję na urwisko posłał mi zaskoczone spojrzenie.
-Zwariowałaś do reszty?
-To jedyna droga o której nie wiemy kompletnie nic.
-I dlatego, twoim zdaniem ma być tą właściwą?
-A mamy inny wybór?
Westchnął. Ten argument nie pozwolił mu dłużej dyskutować. Pokuśtykali na krawędź wielkiego urwiska i spojrzeli w dół na bezkresną ciemność przepaści. Poczułam jak strach zaciska się na moim sercu, ale wyjątkowo się opanowałam. Ścisnęłam ramie Perciego, a on powiedział.
-Obyś się nie myliła. To byłby wyjątkowo głupi powód śmierci.
Popatrzyliśmy po sobie odetchnęliśmy ostatni, jeden raz zanim skoczyliśmy.

Po kolejnym opóźnieniu ale jest.
Dobrej nocy ;)
~Pass
piątek, 8 lipca 2016
Rodzeństwo.
-Który teraz?-spytał Percy patrząc uważnie na pozostałe siedem niezasypanych korytarzy. Zerknęłam przez ramię na przepaść rozciągającą się za naszymi plecami i wzruszyłam ramionami.
-Którykolwiek.-trąciłam go w ramię-I tak prędzej czy później zginiemy.
Roześmiał się.
-Urodzona optymistka.
-Realistka-poprawiłam go. Jego ciemne brwi powędrowały do samego czoła.
-Ani jedno ani drugie. Ty po prostu tylko marzysz o spotkaniu z wujaszkiem?-spytał, co mnie zdziwiło. Pierwszy raz nazwał tak Hadesa. Faktycznie, było to w żartach, ale i tak było niezłym zaskoczeniem. Mimo wszystko nie powiedziałam nic.
-Chodźmy po kolei-zaproponował.
Kiwnęłam głową i podeszliśmy do tunelu. Starałam się jak najmniej ruszać zranionym ramieniem, co nie było takie łatwe, więc głównie syczałam z bólu przy każdej okazji. Ledwie przestąpiliśmy próg korytarza, wszelkie pochodnie w nim będące zgasły, jakby na sygnał. Przestraszyło mnie to nie na żarty.
-Nie!-krzyknęłam i cofnęłam się, potykając się o własne nogi.
Percy wyszedł za mną. Miał bardzo skonsternowaną minę.
-O co chodzi?-spytał w końcu, po dłuższej chwili milczenia.
-Po prostu..-zaczęłam, ale zmieniłam zdanie-Nie..to głupie. Może, chodźmy tam!-zaproponowałam szybko odwracając się do korytarza naprzeciw. Mój brat złapał mnie za zdrową rękę i lekko przytrzymał zatrzymując w miejscu. Stanął ze mną twarzą w twarz.
-Mara, powiedz mi-zażądał.
Pierwszy raz widziałam go będącego w takiej powadze, oczywiście poza momentami w których był na mnie wściekły.. Uciekałam wzrokiem, sprzed jego upartego spojrzenia.
-Och...to nic takiego...
-W takim razie chodźmy tam-machnął ręką w stronę ciemnego korytarza. Błysk strachu w moich oczach kazał mu przypuszczać, że to jednak coś takiego.-No widzisz? Powiedz, o co chodzi.
-Ale, Percy-westchnęłam przewracając oczami. Na prawdę nie chciałam żeby dowiedział się o moim lęku, a tym bardziej nie chciałam dać mu powodu do kpin.
-Jesteśmy rodzeństwem, powiedz-uparcie wpatrywał się w moje oczy trzymając moje ramie w stalowym uścisku.
-Boję się-wyszeptałam, opuszczając głowę.
-Co?-niedosłyszał mój brat.
Podniosłam nagle głowę i krzyknęłam, czując się zapędzona w kozi róg.
-Boję się! Boję się! Boję się ciemności, do cholery!-wyrwałam mu się. Oczy mi się zaszkliły ale nie rozpłakałam się.-Zadowolony jesteś?! Masz się w końcu z czego śmiać!
Nie wiedząc co mam zrobić usiadłam opierając się o ścianę z rękami nad głową. Z jednej strony wstydziłam się za mój nagły wybuch, a z drugiej żałowałam, że mu powiedziałam. Teraz zacznie się śmianie... Nagle poczułam jego dłoń n moim ramieniu.
-Mara,
Uniosłam głowę i popatrzyłam w zielone oczy mojego brata, tak bardzo podobne do moich. Nie odezwałam się, więc on kontynuował.
-Na prawdę myślisz, że będę się z ciebie śmiał z tego powodu?-spytał.
-A nie?-odpowiedziałam mu pytaniem na pytanie. Pokiwał głową z żalem.
-Mara, wbij to sobie raz na zawsze do tej durnej głowy. Nigdy, powtarzam nigdy nie będę się śmiał z twojego lęku-obiecał.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Jakoś nie wyobrażałam sobie, że mógłby tak po prostu o tym nie wspominać. Chyba wyczuł moje wahanie, bo natychmiast dodał.
-Nigdy.-po chwili milczenia zapytał-Wierzysz mi?
Spojrzałam mu w oczy i kiwnęłam głową lekko się uśmiechając. Jego twarz również rozjaśnił uśmiech ulgi. Przeczesał rozczochrane włosy dłonią i pomógł mi wstać. Po chwili ciszy ruszyliśmy w tym samym momencie do następnego tunelu. Po wejściu okazało się, że jego ściany są jak lustra. Z każdej strony widziałam miliony siebie. Popatrzyłam z niechęcią na swoje odbicie. Zielone oczy, kilka piegów na nosie, blizna pod wargą, ciemna pręga brudu przecinająca moje czoło... Jakby tego było mało na widok moich włosów miałam ochotę rozbić te lustra. Kiedy potwór przy kanale wiodącym do morza śródziemnego uniósł mnie w górę za część włosów ucięłam je. Teraz włosy z przodu głowy miałam na wysokości brody, podczas gdy cała reszta sięgała za łopatki. Sprawiało to wrażenie zapuszczonych pozostałości po nieudanej grzywce i ogólnie nie prezentowało się za dobrze. Z niechęcią odwróciłam wzrok od samej siebie co nie było łatwe gdy jest się w korytarzu z luster. Ledwo wiedziałam który Percy jest tym prawdziwym. Podeszliśmy kawałek dalej i podobnie jak w tamtym korytarzu, gdy tylko znaleźliśmy się tak daleko, że nie widzieliśmy wejścia pojawił się ślepy zaułek.
-No to zaczyna się zabawa-mruknął Percy-Jak my tu znajdziemy klucz.
Rozglądaliśmy się uważnie. W końcu zauważyliśmy klucz...a raczej jego odbicie. Zajęło nam chwilę zanim wypatrzyliśmy ten właściwy. Percy chwycił go w jednej chwili. Doświadczenie z wcześniejszego tunelu nakazało nam wiać od razu. Rzuciłam ostatnie wkurzone spojrzenie mojemu odbiciu i pobiegłam a bratem. Zaczęłam biec dokładnie w chwili gdy pierwsze lustra zaczęły pryskać wysyłając w powietrze ostre jak brzytwa, szklane strzały.

Tak wiem, że trochę krótki, no ale jest. Jak myślicie. Tym razem uda im się wynieść klucz? To będzie już koniec zadania? Czekam na spekulacje xd. Pojutrze next.
~Pass
środa, 6 lipca 2016
Klucze
Hybris przeniosła nas dokładnie w połowie wysokości wysokiego na 4 metry tunelu (Dzięki Hybris!). Grawitacja zadziałała zanim zdążyłam choćby pomyśleć o poruszeniu wiatrów. Zderzyliśmy się boleśnie z kamienną posadzką. W chwili uderzenia poczułam jak wnętrzności podchodzą mi do gardła. Koszula, którą narzuciłam na czarną koszulkę Metallici (nie, to, że prze większość życia mieszkałam w mitologicznym świecie, wcale nie oznacza, że nie wiedziałam niczego o muzyce) rozdarła się na łokciach, odsłaniając niewyglądające najlepiej rany. Jęknęłam i podniosłam się do pozycji siedzącej. Kolana miałam obolałe i poobijane, podobnie jak całe nogi, co tylko potwierdzało, że szorty nie sprawdzają się najlepiej na misjach związanych ze spadaniem z 2 metrów. Zerknęłam na Perciego. Przez policzek przebiegała mu czerwona pręga, a kolana miał w równie kiepskim stanie co ja. Obrzucił mnie przelotnym spojrzeniem.
-Wyglądasz jakby karmili tobą hipokampy-stwierdził.
-Przynajmniej nie potrzebuję przymusowej operacji twarzy-odgryzłam się i dźwignęłam się na nogi. Stęknęłam i złapałam się za kolana, po czym podałam rękę mojemu bratu. Podniósł się i oboje rozejrzeliśmy się po tunelu. Za nami posadzka się kończyła, otwierając sprawiającą wrażenie nieskończenie głębokiej przepaści. Z przodu korytarz wyglądał normalnie. Posłaliśmy sobie jednoznaczne spojrzenia i ruszyliśmy do przodu. Nie powiem, że spodziewaliśmy się prostego korytarza z pękiem kluczy na końcu, ale to czym nasza ukochana wiedźma uraczyła nas na początku zdecydowanie było zaskoczeniem. Ledwo zrobiliśmy kilka kroków w przód a wizja prostego tunelu przed nami się zmieniła. Teraz przed nami otwierało się 8 różnych korytarzy. Spojrzałam bezradnie na Perciego i zerknęłam w tył. Przepaść dalej tam była. Na co ta wiedźma się tak upiera? Przecież i tak tam nie skoczymy-pomyślałam po czym uważnie przyjrzałam się wejściom do każdego z korytarzy.
-Który?-obejrzałam się na brata.
Wzruszył ramionami.
-Mnie tam wszystko jedno.-stwierdził-Wybierz którykolwiek. I tak się niczym nie różnią.
-W sumie racja.
Ruszyłam do tego najbardziej po prawej stronie. Ledwo do niego weszłam poczułam jak posadzka się trzęsie. Przykucnęłam i przeczekałam trzęsienie. Po kilku sekundach ciszy zerknęłam na kucającego obok mnie brata. Skinął głową i powoli wstał. Poszłam w jego ślady. Starając się stąpać jak najciszej i jak najlżej poszliśmy przed siebie. Obróciłam się do tyłu po kilkunastu metrach. Ledwo widziałam korytarz, do którego trafiliśmy na początku. Coś mówiło mi, że nie powinniśmy tracić go z oczu, ale w końcu odrzuciłam obawy i poszłam za bratem. Nie musieliśmy długo iść, by trafić na marmurową ścianę odcinającą nam dalszą wędrówkę. Spojrzałam w górę i oniemiałam. Pęk starych, przyrdzewiałych kluczy wisiał na kołku, obok lewej krawędzi.
-Widzisz to co ja, czy mam omamy?-spytałam.
Percy zrobił zaskoczoną minę gdy tylko dojrzał klucze.
-Nie, nie nie-szeptał-To nie może być aż tak proste.
-A jeśli jest, a my odejdziemy odrzucając jedyną szansę wyjścia z tej dziury?-spekulowałam.
-Sprawdźmy-zaproponował.
-Okej-westchnęłam.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
-No bierz te klucze-zdenerwowałam się.
Percy sięgnął do nich ręką, ale zatrzymał się tuż przed nimi. Szybko zrobił krok w tył i pchnął mnie bliżej ściany.
-Panie przodem, Hades cię lubi-powiedział szybko.
Odwróciłam się do niego i uśmiechnęłam się z niedowierzaniem, po czym dałam mu kuksańca między żebra.
-Tchórzysz braciszku?
-Po prostu mam do kogo wracać....
Zmarszczyłam brwi. Zabolała mnie ta uwaga. Zabrzmiało to tak, jakbym nie miała przyjaciół. Jakbym nie chciała do nich wrócić. Potrząsnęłam głową i posłałam mu wymuszony uśmiech, po czym sięgnęłam po klucze. Gdy tylko zacisnęłam na nich dłoń, zaczęłam żałować, że to nie ja zostałam związana łańcuchami. Korytarz zaczął telepać się na prawo i lewo zwalając nas z nóg.
-Percy?-szepnęłam nie wiedząc co mam robić.
Mój brat leżał obok mnie nie odzywając się. Wzrok miał równie spanikowany jak ja się czułam. Po krótkiej chwili usłyszałam chrupnięcie. Wlepiłam wzrok w posadzkę i przestraszyłam się nie na żarty.
-Peeercyyy!-krzyknęłam.
Spojrzał na pękającą podłogę i zerwał się na nogi. Pociągnął mnie za sobą. Ściana która oddzielała nas od dalszej drogi zaczęła pękać. Z sufitu odpadały pierwsze fragmenty konstrukcji. Tunel się walił!
-Szybko!-wrzasnął mój brat i popędziliśmy przed siebie uchylając się przed odłamkami. Gnaliśmy szybciej niż myśleliśmy, że potrafimy. Wejście do korytarza od którego zaczęliśmy było coraz bliżej. Jeszcze tylko kilka kroków....ale przeszkodził mi w osiągnięciu celu odłamek który spadł mi na ramię Wrzasnęłam i zwaliłam się na pękającą posadzkę. Bark pulsował bólem, a mroczki przed oczami zasłaniały wszystko. Wiedziałam jedno. Klucza nadal nie puściłam. Percy gdy tylko usłyszał mój krzyk zawrócił wśród lawiny głazów. Pociągnął mnie za zdrową rękę i szarpnął zmuszając do dalszego biegu. Ostatnie metry pokonaliśmy sprintem. Tuż przed wyskoczeniem z korytarza, wszystko się zwaliło. Cały sufit, tunel zasypał się całkowicie. Umykając śmierci sprzed nosa, skoczyliśmy na główny korytarz. Padliśmy na posadkę nie wierząc jak blisko śmierci byliśmy. Opierając się na zdrowym ramieniu podniosłam się na klęczki. W panice obejrzałam rękę, a gdy zobaczyłam dłoń, zamarłam z przerażenia.
-Klucz-rzuciłam i wróciłam do zawalonego tunelu. Odgrzebałam pierwsze sterty gruzu...Nic.
-Co się stało?-spytał mój zdyszany brat.
-Klucz, klucz, cholerny, idiotyczny klucz! Zgubiłam go!-wrzasnęłam, zła na siebie.
-Jak to zgubiłaś?
-No, wypadł mi, puściłam go, nie wiem.-walnęłam pięścią w gruz.-Co za kretynka ze mnie!
Percy westchnął i potarł czoło.
-Na pewno nie wsadziłaś go do kieszeni?
Byłam na 99% pewna, że nie, ale dla całkowitej pewności pomacałam kieszenie koszuli i spodenek. Moje przypuszczenia się potwierdziły. Kopnęłam ścianę tunelu.
-Co za idiotyczne zadanie! Na cholerę, był ten walący się tunel.-spojrzałam w górę, oślepiona złością i krzyknęłam- Nie zasłużyłam na chodź jedno łatwiejsze zadanie?! Mało dla was zrobiliśmy?!-suft nie odpowiedział.
Mój brat wzruszył ramionami.
-Musimy zdobyć następny-powiedział.
-To wszystko przeze mnie...
-Nie będę zaprzeczał-zaśmiał się.
Posłałam mu słaby uśmiech. Poruszyłam ramieniem żeby sprawdzić w jakim jest stanie. Natychmiast syknęłam z bólu. Świetnie! W prost cudownie! Zepsułam sobie ramię, spartaczyłam zadanie, zgubiłam klucz, przeze mnie będziemy ciągać się po tych tunelach tak długo, że wyjdziemy jak nasz dotychczasowy świat zacznie przypominać ten zawalony tunel. Z jakiegoś powodu czułam, że Hybris cały czas śledzi nas wzrokiem. Z resztą nie tylko ona. Byłam pewna, że jeszcze ktoś obserwuje nas swoimi ziejącymi pustką oczami i bardzo się cieszy z mojego niepowodzenia.
Tak wiem, spóźnienie. Znowu.
Napisałam w komach do poprzedniego posta czemu. Arghhhh, jestem czasem głupia xd. No ale w każdym razie, next z tego opka i z Czkastrid będą jutro najprawdopodobniej oba.
~Pass
niedziela, 3 lipca 2016
Powstająca
Anabeth rozglądnęła się niepewnie po grocie. Jason zmrużył oczy za oprawkami złotych okularów i zapytał.
-Kim jesteś?
On i Percy stali plecami do siebie rozglądając się na wszystkie strony. Mój brat miał czerwony policzek. Kobieta (po głosie zakładałam, że to kobieta) zaśmiała się upiornie.
-Sam musisz zgadnąć synu Jupitera.
Po tych słowach coś się zmieniło. W moim mózgu zapanowała nieopanowana wściekłość. Poczułam czyjś łokieć na moich plecach i odwróciłam się ze złością.
-Co ty robisz?!-krzyknęłam na Anabeth.
Zdziwił mnie ton mojego głosu. Wcale nie chciałam krzyczeć, nie chciałam być wściekła,a jednak z jakiegoś powodu byłam. Nie tylko ja zresztą. Pozostali również wyglądali jakby ktoś solidnie im nawtykał.
-Co ja robię?!-ryknęła Anabeth-To ty wszystko psujesz!
-Ty mała żmijo!-warknęłam i zrobiłam krok w jej stronę.
-Do mnie mówisz wyrzutku?!-Percy pchnął mnie z całej siły w tył. W jednej chwili wyciągnęłam miecze. W oczach mojego brata błysnęła wściekłość, po czym i on wyciągnął Orkan. Anabeth dobyła miecza z kości smoka, który miała od czasów Tartaru, a Jason swojej klingi z cesarskiego złota.
-Powiedział Glonomóżdżek-syknęła Anabeth zwracając się do swojego chłopaka.
-Nie cierpię glonów!-zawołał Jason z furią w głosie. Wyglądał jakby miał ochotę rzucić się na Anabeth.
-A ja nie cierpię ciebie!-krzyknął Percy nacierając na niego z mieczem.
-Mnie?!-warknęłam.
Moje myśli kotłowały się w głowie. Z jednej strony coś kazało mi ich zabić, obrazić, zmieszać z botem, ale z drugiej zastanawiałam się kto każe mi to zrobić. Niestety, uczucie wściekłości zwyciężało.
-Ciebie nie da się lubić!-syknęła Anabeth.
-Chcesz zginąć?!-ryknęłam unosząc miecze.
-Robi się ciekawie-zachichotał kobiecy głos w ciemności. Miałam już coś do niego powiedzieć, ale coś odwróciło moją uwagę od tej postaci.
-A może ty chcesz?!-krzyknął do mnie Jason odwracając się w moim kierunku.
-Ja podziękuję-warknął Percy-Ale twoja śmierć wielce mnie ucieszy.
-A więc chcesz walki?!-zawołałam ochrypniętym od wrzasku głosem.
-To walcz szycho!-Jason sparował mój pierwszy cios, po czym wyciągnął rękę.
Błyskawica pojawiła się znikąd i odbiła się od jego miecza ogłuszając mnie napięciem 4 000 Volt. Upadłam na posadzkę oszołomiona tym ciosem, ale walka wśród moich towarzyszy trwała. Nie byłam w stanie usłyszeć co mówili ale widziałam jak Anabeth unika fontanny wodnej Perciego i rzuca się na niego z mieczem. Po chwili Jason odtrącił ją wiatrem i ruszył na mojego brata. Córka Ateny w tym czasie wstała i zraniła go w ramię. Jason ryknął i odwrócił się do niej z furią. Anabeth rzuciła się na niego z mieczem, a ja wstałam. Zebrałam się w sobie i cisnęłam w Jasona kawałkiem ziemii.
-Zdrajcy!-krzyknęłam, po czym zostałam oblana od stóp do głów.
-Masz obsesję!-rzucił Percy zamachnąwszy się na mnie mieczem w dłoni.-Od Willa, wszędzie widzisz zdrajców!
-Zostaw mnie!-ryknęłam i odparowałam jego uderzenie. Po chwili Percy został przewrócony przez szarżującą na niego Anabeth. Jason zwrócił się do mnie i wyciągnął dłoń przyzywając kolejną błyskawicę. Ledwo przed nią uskoczyłam i odpowiedziałam ogniem. Upadając uderzyłam się w głowę kamieniem. Zamroczyło mnie, kiedy syn Jupitera podchodził by zadać mi ostatni, śmiertelny cios ostrzem z cesarskiego złota.
"Ocknij się" warknął w mojej głowie czyjś szorstki głos. Potrząsnęłam głową. Wściekłość jakby mnie opuściła i wszystko zaczęło wydawać się kompletnie nielogiczne. O co się biliśmy? Dlaczego się kłóciliśmy? Po co się na siebie wściekaliśmy? Wtedy zrozumiałam. To ta wariatka z ciemności! Mąci nam w głowach! Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć Jason opuścił miecz na moją pierś. W panice rzuciłam się w prawo i ledwo uniknęłam ostrza, które wbiło się w glinę tuż obok mojej lewej ręki. Przetoczyłam się na bok i wstałam mimo zawrotów głowy wywołanych upadkiem. Szybko odtrąciłam Jasona od jego miecza, przy okazjji przewracając go w mokrą glinę. Zanim zdążył się podnieść pobiegłam do siłujących się Anabeth i Perciego. Muszę przyznać, że mimo znacznie większej siły fizycznej Perciego, Anabeth dzięki swojemu sprytowi radziła sobie równie dobrze. Nie widząc innego wyjścia wpadłam między nich i pchnęłam w przeciwne strony.
-Co ty robisz?!-wrzasnęła Anabeth zaślepiona dziką furią. Od razu ruszyła na mnie z mieczem. Uchyliłam się przed kolejnym śmiertelnym ciosem.
-Stop!-krzyknęłam. To był chyba najgłośniejszy okrzyk jaki z siebie wydałam w całym moim 16 letnim życiu. Percy, Anabeth i Jason który zdążył już podejść stanęli w miejscu w chwilowym szoku. Wypatrzyłam w tym okazję i zaczęłam mówić-Nie chcecie tego zrobić. Ta wstrętna małpa miesza nam w głowach.
-Ty mieszasz nam w głowach!-ryknął Jason i uniósł miecz.
Cofnęłam się i uniosłam ręce w uspokajającym geście. Prawie przestałam oddychać czekając aż któreś z nich w końcu mnie zabiję zanim zdążę wytłumaczyć. No cóż...dyplomacja nigdy nie była moją mocną stroną.
-Nie-zwróciłam się do niego z drżeniem w głosie-Ta baba z ciemności. Ta upiorna...
Anabeth opuściła miecz a w jej oczach błysnęło zrozumienie.
-Ona ma rację chłopcy-poparła mnie, ku mojej uldze. Córka Ateny prędzej ich do tego przekona niż ja.-Daliśmy się omamić.
-A jednak..-prychnął głos z ciemności-Córka Ateny i córka Posejdona....Jesteście inteligentniejsze niż mówili. Nawet ty Anabeth Chase.
-Skąd znasz moje nazwisko?-blondynka rozglądała się usiłując ją zobaczyć.
-Mam swoje źródła.
-Chłopaki-szepnęłam-przyjaźnimy się. Nie chcemy się pozabijać.
Jason opuścił miecz.
-Przepraszam.
-Ja też-dorzuciłam. Percy i Anabeth kiwnęli głowami.
-Nie wiecie co robicie-zagroził głos w ciemności.-Lepiej gdybyście zginęli od swoich mieczy. Jeszcze nie jest za późno, by ulżyć cierpieniom.
-Nie będziemy się zabijać wredna harpio-syknęłam.
-Odważni jesteście-przyznała, z nutą melancholii w głosie.
-To źle?
-Lepiej dla nas-mruknął bezcielesny głos-Dużo śmieszniej patrzy się na śmierć z winy umierającego.
-Może wreszcie się pokażesz-zarządała Anabeth-Chyba, że się boisz...
-Nie podpuszczaj mnie-warknął głos-Miałam do czynienia z dziećmi Ateny. Nie jesteście takie sprytne jak się wam wydaje.
-Powiedziała stara, bojąca się wyjść z cienia wiedźma-blondynka dalej podpuszczała ją do opuszczenia kryjówki.
-Wypuść nas-powiedział Jason.
Kobieta w ciemności zaśmiała się.
-Z własnej woli? Nigdy. Żeby wyjść potrzebujecie klucza...
-Jakiego klucza?-podchwycił Percy.
-Do drzwi Jackson do drzwi-westchnęła.-A mam go ja.
Odwróciłam się spodziewając się ujrzeć otwór na świat którym weszliśmy. Ale faktycznie...Zamiast niego stały tam teraz mosiężne, pancerne drzwi z kłódką z niebiańskiego spiżu.
-Po co to wszystko?-zastanawiała się Anabeth.-Skoro już nas masz, bez problemu mogłabyś nas zabić. Po co mówisz nam o kluczu?
Wtedy, na reszcie się ukazała. Powiem tak, piękna nie była. Ubrana w czarną szmatę kobieta grubo po czterdziestce, z zakrzywionymi brudnymi pazurami i rozczaochraną burzą czarno siwych włosów. Jej twarz przypominała twarze czarownic z bajek dla dzieci Tych z zakrzywionym, haczykowatym nosem i brodawkami. Ona była podobna, no może oprócz brodawek. Jej czarne jak obsydian oczy wyglądały jak puste oczodoły, które mogą zabrać cię w bezpośrednią podróż do Podziemia. Odwróciłam wzrok od jej twarzy a wtedy ona odpowiedziała na pytania Anabeth.
-Nie dostałam rozkazu zabicia was. Miałam albo zmusić was do śmierci z rąk najbliższych przyjaciół, albo opuźnić was najbardziej jak to możliwe. Oczywiście jeśli nie uda wam się zdobyć klucza, to nawet lepiej. Zostawię was sobie jako wierne sługi, a po wielkim powtaniu mego króla, przekażę wasz wątpliwy los do jego rozpatrzenia. Po czym najprawdopodobniej stracicie życie w starsznych męczarniach. Jupiii, koniec bajki-zaśmiała się upiornie.
-Jak mamy zdobyć klucz?-przzeszłam do konkretów.
-Jego nie można zdobyć, można go tylko ukraść-powiedziała chytrze.
-Komu?
-Myślisz, że wszystko wam powiem bezczelna smarkulo!?-wrzasnęła, po czym zniżyła głos-Sami się domyślcie. Podobnie jak domyślicie się tego kim jestem.
-A jak nie to co?-spytał Jason.
-Będę musiała was zabić-odparła z udawanym smutkiem piłując sobie paznokcie.
-Twój król nie będzie zły?-spytała Anabeth.
-Zrozumie-odparła bez cienia strachu wiedźma, po czym odrzuciła pilnik, który przy okazji zniknął za jej plecami-Kim jestem?
Patrząc na jej twarz, charakter, wygląd, nie domyślałam się. Dopiero gdy zwróciłam uwagę na jej szatę, zaczęło coś mi świtać. Na szmacie, którą była owinięta, na wysokości ramienia znajdował się mały znaczek. Miecz skrzyżowany z młotem i coś co mgliście przypominało zaciśniętą pięść nad nim.
-Wiem!-krzyknęłam, chociaż nadal nie mogłam przypomnieć sobie jej imienia.-Jesteś boginią niezgody, arogancji, przemocy i bezczelności!
-Bardzo ci jestem bliska nieprawdaż?-zaśmiała się wiedźma.
-Dalsza niż myślisz-odparłam.
-Oj, dziecinko, nie chodzi i o moje atrybuty-uśmiechnęła się chytrze-Imię.
-Jesteś, ta no....-pamięć jak na złość zaczęła mi szwankować. Wiedźma zbliżyła się do nas wyciągająz zza pasa czarny sztylet. Podeszła do mnie i zmierzyła mnie wzrokiem, kładąc mi ostrze sztyletu przy szyi.
-Hybris!-wrzasnęła Anabeth.
Sztylet na mojej szyi wyparował, a boginii odwróciła się z niesmakiem w jej stronę.
-Przemądrzała córeczka Ateny-warknęła, po czym machnęła ręką. Obok mnie pojawili się nagle Leo, Frank, Hazel i Piper.
-Co wy tu...?-zaczęła Piper, ale Hybris uniosła ręce.
Łańcuchy wystrzeliły z nikąd i oplotły wszystkich, pozostawiając tylko mnie i Perciego. Rzuciliśmy się w stronę spętanych, ale boginii, odepchnęła nas od nich.
-Spokój dzieci Posejdona!-krzyknęła.-Oglądanie was dwojga w tym zadaniu będzie zabawne. Macie dwie godziny. Nie zawiedźcie przyjaciół-warknęła po czym ruszyła ręką.
Przenieśliśmy się dokładnie w chwili, gdy łańcuchy naszych przyjaciół zaczęły się ścieśniać.

No, Jest w miarę wcześnie, także może uda mi się napisać jeszcze jeden. Mimo problemów, jakoś daję radę. Jestem z siebie dumna xD.
Do nna!
~Pass
-Kim jesteś?
On i Percy stali plecami do siebie rozglądając się na wszystkie strony. Mój brat miał czerwony policzek. Kobieta (po głosie zakładałam, że to kobieta) zaśmiała się upiornie.
-Sam musisz zgadnąć synu Jupitera.
Po tych słowach coś się zmieniło. W moim mózgu zapanowała nieopanowana wściekłość. Poczułam czyjś łokieć na moich plecach i odwróciłam się ze złością.
-Co ty robisz?!-krzyknęłam na Anabeth.
Zdziwił mnie ton mojego głosu. Wcale nie chciałam krzyczeć, nie chciałam być wściekła,a jednak z jakiegoś powodu byłam. Nie tylko ja zresztą. Pozostali również wyglądali jakby ktoś solidnie im nawtykał.
-Co ja robię?!-ryknęła Anabeth-To ty wszystko psujesz!
-Ty mała żmijo!-warknęłam i zrobiłam krok w jej stronę.
-Do mnie mówisz wyrzutku?!-Percy pchnął mnie z całej siły w tył. W jednej chwili wyciągnęłam miecze. W oczach mojego brata błysnęła wściekłość, po czym i on wyciągnął Orkan. Anabeth dobyła miecza z kości smoka, który miała od czasów Tartaru, a Jason swojej klingi z cesarskiego złota.
-Powiedział Glonomóżdżek-syknęła Anabeth zwracając się do swojego chłopaka.
-Nie cierpię glonów!-zawołał Jason z furią w głosie. Wyglądał jakby miał ochotę rzucić się na Anabeth.
-A ja nie cierpię ciebie!-krzyknął Percy nacierając na niego z mieczem.
-Mnie?!-warknęłam.
Moje myśli kotłowały się w głowie. Z jednej strony coś kazało mi ich zabić, obrazić, zmieszać z botem, ale z drugiej zastanawiałam się kto każe mi to zrobić. Niestety, uczucie wściekłości zwyciężało.
-Ciebie nie da się lubić!-syknęła Anabeth.
-Chcesz zginąć?!-ryknęłam unosząc miecze.
-Robi się ciekawie-zachichotał kobiecy głos w ciemności. Miałam już coś do niego powiedzieć, ale coś odwróciło moją uwagę od tej postaci.
-A może ty chcesz?!-krzyknął do mnie Jason odwracając się w moim kierunku.
-Ja podziękuję-warknął Percy-Ale twoja śmierć wielce mnie ucieszy.
-A więc chcesz walki?!-zawołałam ochrypniętym od wrzasku głosem.
-To walcz szycho!-Jason sparował mój pierwszy cios, po czym wyciągnął rękę.
Błyskawica pojawiła się znikąd i odbiła się od jego miecza ogłuszając mnie napięciem 4 000 Volt. Upadłam na posadzkę oszołomiona tym ciosem, ale walka wśród moich towarzyszy trwała. Nie byłam w stanie usłyszeć co mówili ale widziałam jak Anabeth unika fontanny wodnej Perciego i rzuca się na niego z mieczem. Po chwili Jason odtrącił ją wiatrem i ruszył na mojego brata. Córka Ateny w tym czasie wstała i zraniła go w ramię. Jason ryknął i odwrócił się do niej z furią. Anabeth rzuciła się na niego z mieczem, a ja wstałam. Zebrałam się w sobie i cisnęłam w Jasona kawałkiem ziemii.
-Zdrajcy!-krzyknęłam, po czym zostałam oblana od stóp do głów.
-Masz obsesję!-rzucił Percy zamachnąwszy się na mnie mieczem w dłoni.-Od Willa, wszędzie widzisz zdrajców!
-Zostaw mnie!-ryknęłam i odparowałam jego uderzenie. Po chwili Percy został przewrócony przez szarżującą na niego Anabeth. Jason zwrócił się do mnie i wyciągnął dłoń przyzywając kolejną błyskawicę. Ledwo przed nią uskoczyłam i odpowiedziałam ogniem. Upadając uderzyłam się w głowę kamieniem. Zamroczyło mnie, kiedy syn Jupitera podchodził by zadać mi ostatni, śmiertelny cios ostrzem z cesarskiego złota.
"Ocknij się" warknął w mojej głowie czyjś szorstki głos. Potrząsnęłam głową. Wściekłość jakby mnie opuściła i wszystko zaczęło wydawać się kompletnie nielogiczne. O co się biliśmy? Dlaczego się kłóciliśmy? Po co się na siebie wściekaliśmy? Wtedy zrozumiałam. To ta wariatka z ciemności! Mąci nam w głowach! Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć Jason opuścił miecz na moją pierś. W panice rzuciłam się w prawo i ledwo uniknęłam ostrza, które wbiło się w glinę tuż obok mojej lewej ręki. Przetoczyłam się na bok i wstałam mimo zawrotów głowy wywołanych upadkiem. Szybko odtrąciłam Jasona od jego miecza, przy okazjji przewracając go w mokrą glinę. Zanim zdążył się podnieść pobiegłam do siłujących się Anabeth i Perciego. Muszę przyznać, że mimo znacznie większej siły fizycznej Perciego, Anabeth dzięki swojemu sprytowi radziła sobie równie dobrze. Nie widząc innego wyjścia wpadłam między nich i pchnęłam w przeciwne strony.
-Co ty robisz?!-wrzasnęła Anabeth zaślepiona dziką furią. Od razu ruszyła na mnie z mieczem. Uchyliłam się przed kolejnym śmiertelnym ciosem.
-Stop!-krzyknęłam. To był chyba najgłośniejszy okrzyk jaki z siebie wydałam w całym moim 16 letnim życiu. Percy, Anabeth i Jason który zdążył już podejść stanęli w miejscu w chwilowym szoku. Wypatrzyłam w tym okazję i zaczęłam mówić-Nie chcecie tego zrobić. Ta wstrętna małpa miesza nam w głowach.
-Ty mieszasz nam w głowach!-ryknął Jason i uniósł miecz.
Cofnęłam się i uniosłam ręce w uspokajającym geście. Prawie przestałam oddychać czekając aż któreś z nich w końcu mnie zabiję zanim zdążę wytłumaczyć. No cóż...dyplomacja nigdy nie była moją mocną stroną.
-Nie-zwróciłam się do niego z drżeniem w głosie-Ta baba z ciemności. Ta upiorna...
Anabeth opuściła miecz a w jej oczach błysnęło zrozumienie.
-Ona ma rację chłopcy-poparła mnie, ku mojej uldze. Córka Ateny prędzej ich do tego przekona niż ja.-Daliśmy się omamić.
-A jednak..-prychnął głos z ciemności-Córka Ateny i córka Posejdona....Jesteście inteligentniejsze niż mówili. Nawet ty Anabeth Chase.
-Skąd znasz moje nazwisko?-blondynka rozglądała się usiłując ją zobaczyć.
-Mam swoje źródła.
-Chłopaki-szepnęłam-przyjaźnimy się. Nie chcemy się pozabijać.
Jason opuścił miecz.
-Przepraszam.
-Ja też-dorzuciłam. Percy i Anabeth kiwnęli głowami.
-Nie wiecie co robicie-zagroził głos w ciemności.-Lepiej gdybyście zginęli od swoich mieczy. Jeszcze nie jest za późno, by ulżyć cierpieniom.
-Nie będziemy się zabijać wredna harpio-syknęłam.
-Odważni jesteście-przyznała, z nutą melancholii w głosie.
-To źle?
-Lepiej dla nas-mruknął bezcielesny głos-Dużo śmieszniej patrzy się na śmierć z winy umierającego.
-Może wreszcie się pokażesz-zarządała Anabeth-Chyba, że się boisz...
-Nie podpuszczaj mnie-warknął głos-Miałam do czynienia z dziećmi Ateny. Nie jesteście takie sprytne jak się wam wydaje.
-Powiedziała stara, bojąca się wyjść z cienia wiedźma-blondynka dalej podpuszczała ją do opuszczenia kryjówki.
-Wypuść nas-powiedział Jason.
Kobieta w ciemności zaśmiała się.
-Z własnej woli? Nigdy. Żeby wyjść potrzebujecie klucza...
-Jakiego klucza?-podchwycił Percy.
-Do drzwi Jackson do drzwi-westchnęła.-A mam go ja.
Odwróciłam się spodziewając się ujrzeć otwór na świat którym weszliśmy. Ale faktycznie...Zamiast niego stały tam teraz mosiężne, pancerne drzwi z kłódką z niebiańskiego spiżu.
-Po co to wszystko?-zastanawiała się Anabeth.-Skoro już nas masz, bez problemu mogłabyś nas zabić. Po co mówisz nam o kluczu?
Wtedy, na reszcie się ukazała. Powiem tak, piękna nie była. Ubrana w czarną szmatę kobieta grubo po czterdziestce, z zakrzywionymi brudnymi pazurami i rozczaochraną burzą czarno siwych włosów. Jej twarz przypominała twarze czarownic z bajek dla dzieci Tych z zakrzywionym, haczykowatym nosem i brodawkami. Ona była podobna, no może oprócz brodawek. Jej czarne jak obsydian oczy wyglądały jak puste oczodoły, które mogą zabrać cię w bezpośrednią podróż do Podziemia. Odwróciłam wzrok od jej twarzy a wtedy ona odpowiedziała na pytania Anabeth.
-Nie dostałam rozkazu zabicia was. Miałam albo zmusić was do śmierci z rąk najbliższych przyjaciół, albo opuźnić was najbardziej jak to możliwe. Oczywiście jeśli nie uda wam się zdobyć klucza, to nawet lepiej. Zostawię was sobie jako wierne sługi, a po wielkim powtaniu mego króla, przekażę wasz wątpliwy los do jego rozpatrzenia. Po czym najprawdopodobniej stracicie życie w starsznych męczarniach. Jupiii, koniec bajki-zaśmiała się upiornie.
-Jak mamy zdobyć klucz?-przzeszłam do konkretów.
-Jego nie można zdobyć, można go tylko ukraść-powiedziała chytrze.
-Komu?
-Myślisz, że wszystko wam powiem bezczelna smarkulo!?-wrzasnęła, po czym zniżyła głos-Sami się domyślcie. Podobnie jak domyślicie się tego kim jestem.
-A jak nie to co?-spytał Jason.
-Będę musiała was zabić-odparła z udawanym smutkiem piłując sobie paznokcie.
-Twój król nie będzie zły?-spytała Anabeth.
-Zrozumie-odparła bez cienia strachu wiedźma, po czym odrzuciła pilnik, który przy okazji zniknął za jej plecami-Kim jestem?
Patrząc na jej twarz, charakter, wygląd, nie domyślałam się. Dopiero gdy zwróciłam uwagę na jej szatę, zaczęło coś mi świtać. Na szmacie, którą była owinięta, na wysokości ramienia znajdował się mały znaczek. Miecz skrzyżowany z młotem i coś co mgliście przypominało zaciśniętą pięść nad nim.
-Wiem!-krzyknęłam, chociaż nadal nie mogłam przypomnieć sobie jej imienia.-Jesteś boginią niezgody, arogancji, przemocy i bezczelności!
-Bardzo ci jestem bliska nieprawdaż?-zaśmiała się wiedźma.
-Dalsza niż myślisz-odparłam.
-Oj, dziecinko, nie chodzi i o moje atrybuty-uśmiechnęła się chytrze-Imię.
-Jesteś, ta no....-pamięć jak na złość zaczęła mi szwankować. Wiedźma zbliżyła się do nas wyciągająz zza pasa czarny sztylet. Podeszła do mnie i zmierzyła mnie wzrokiem, kładąc mi ostrze sztyletu przy szyi.
-Hybris!-wrzasnęła Anabeth.
Sztylet na mojej szyi wyparował, a boginii odwróciła się z niesmakiem w jej stronę.
-Przemądrzała córeczka Ateny-warknęła, po czym machnęła ręką. Obok mnie pojawili się nagle Leo, Frank, Hazel i Piper.
-Co wy tu...?-zaczęła Piper, ale Hybris uniosła ręce.
Łańcuchy wystrzeliły z nikąd i oplotły wszystkich, pozostawiając tylko mnie i Perciego. Rzuciliśmy się w stronę spętanych, ale boginii, odepchnęła nas od nich.
-Spokój dzieci Posejdona!-krzyknęła.-Oglądanie was dwojga w tym zadaniu będzie zabawne. Macie dwie godziny. Nie zawiedźcie przyjaciół-warknęła po czym ruszyła ręką.
Przenieśliśmy się dokładnie w chwili, gdy łańcuchy naszych przyjaciół zaczęły się ścieśniać.

No, Jest w miarę wcześnie, także może uda mi się napisać jeszcze jeden. Mimo problemów, jakoś daję radę. Jestem z siebie dumna xD.
Do nna!
~Pass
piątek, 1 lipca 2016
Usterka
Nie wiem dlaczego, ale tym razem nikt nie oponował przed wzbiciem się w powietrze według sugestii Willa, nawet mój brat. Wbrew rozsądkowi wszyscy zaczęliśmy mu ufać, co mogła albo nam pomóc, albo doprowadzić do zguby. Od ostatniej wiadomości minęły dwa tygodnie. Moje plecy jako tako się zagoiły, ale powstały dwie paskudne blizny, ciągnące się od prawej łopatki aż do krzyża. Jeżeli mam być szczera, nie przeszkadzały mi ani trochę. Jeżeli mam wymienić najważniejsze rzeczy których nauczyłam się na Olimpie, wśród nich znalazłyby się słowa Aresa, gdy po walce z nim na miecze, została mi mała blizna na przedramieniu.
-Nie należy wstydzić się żadnych blizn pozyskanych w walce. To największa nagroda i duma dla wojownika, jakim być możę, wkrótce się staniesz.
Powiedział wtedy. Piper po ściągnięciu mi opatrunku bała się powiedzieć, że zostaną blizny. Jakież było jej zdziwienie gdy wzruszyłam ramionami i powiedziałam.
-Super.
Wyjaśniłam jej o co w tej radości chodziło, ale ona i tak pokręciła z niedowierzaniem głową i oznajmiła, że trzeba mieć na nazwisko Jackson, by cieszyć się z blizn. Percy również nie miał do nich uprzedzeń. Może nie skakał z radości, gdy jakąś miał (nie żebym ja to robiła, proszę pamiętać), ale absolutnie mu nie przeszkadzały. W każdym razie nie zamierzałam płakać nad rozlanym mlekiem. Nie widziałam jej, nie bolała, niech sobie będzie. Stojąc przy sterze wraz z Festusem, usłyszałam jak Leo zaciekle klnie w maszynowni. Krótko mówiąc, nie przebierał w słowach. Roześmiałam się gdy usłyszałam do czego porównywał stare uszczelki Argo III. Zeszłam więc do maszynowni, by ogarnąć co takiego się tam dzieje, ale to co zobaczyłam przeskoczyło moje najśmielsze oczekiwania. Stało się to powodem dla którego moja przepona mogła zostać trwale uszkodzona od nadmiaru śmiechu. Dokładnie po środku brudnej, uwalanej ciemną mazią maszynowni, stał Leo, a właściwie coś oblanego smarem, gliną i czymś o zapachu wapna, co mgliście przypominało sylwetkę syna Hefajstosa. U jego stóp rozła kałuża tej przedziwnej mieszanki, a nad jego głową, wisiała pęknięta rura, z której nadal kapała kleista czarna ciecz. Wokół kałuży leżały narzędzia, oraz zapasowe części, przez co maszynownia wyglądała jeszcze bardziej jak pobojowisko, niż zwykle. Na widok mojego napadu śmiechu, Leo obrzucił pomieszczenie zdegustowanym spojrzeniem i popatrzył na mnie krzywo.
-Uważasz, że to śmieszne?-spytał naburmuszony.
-Tak!-dalej trzęsłam się ze śmiechu na ten komiczny widok, ale ruszyłam by pomóc przyjacielowi.
-Musimy jeszcze raz iść po smołę, glinę, wapno i niebiański spiż-syn Hefajstosa usilnie starał się nie zwracać najmniejszej uwagi na mój śmiech, co bawiło mnie jeszcze bardziej. Wycelował we mnie czarny od smoły palec- Nie byłaś ostatnio szukać tego przeklętego cholerstwa, ale teraz ci nie odpuszczę!
Fakt. Tuż po moim przebudzeniu wszyscy oprócz trenera Hedge i mnie udali się po te brakujące rzeczy. Nie wspominali pobytu u drakain, cyklopów i złych hipokampów zbyt dobrze, więc wolałam nie drążyć tematu. Mimo tego przytyku, do mojej ostatniej nieobecności, widok czarnego Leona z włosami oklapniętymi wokół twarzy i chęcią mordu w oczach rozbawiał mnie tak bardzo, że nie mogłam się powstrzymać od kolejnego napadu śmiechu. Syn Hefajstosa w końcu nie wytrzymał.
-Zobaczymy czy teraz też będzie ci do śmiechu?!-krzyknął z zawadiackim uśmiechem i rzucił się na mnie.
Po krótkiej, pełnej śmiechu szarpaninie leżałam w kałuży smaru, a Leo trzymał mnie za nadgarstki. Mimo że byłam tak brudna jak on, ze śmiechem obrzucaliśmy się substancją. Jak teraz pomyśle, dobrze było mieć takiego kumpla, który nieważne co zrobi, zawsze będzie potrafił mnie rozbawić. Właśnie przewróciłam go na ziemię i trzęcąc się ze śmiechu postawiłam stopę na jego klatce piersiowej, kiedy tuż przed moim nosem zamigotał obraz iryfonu. Znajdowała się w nim piękna jak zawsze Kalipso. Na mój widok zmrużyła oczy i zacmokała z niezadowoleniem.
-Pytanie numer jeden. Jesteś Marą czy smołowym potworem? Dwa. Gdzie na brudny kombinezon Hefajstosa jest Leo? I trzy. Zdajesz sobie sprawę, że twoje włosy wyglądają jak martwy skunks?
Przewróciłam oczami i uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
-Oddalam ostatnie pytanie. Co do wcześniejszych dwóch. W tej chwili jestem smołowym potworem, a Leo jest...-nie zdążyłam dokończyć, bo w tej chwili Leo strącił moją stopę ze swojej piersi i wyskoczył tuż obok mnie.
-Cześć skarbie!-krzyknął radośnie (zbyt radośnie jak na mój gust.)- Stęskniłaś się?
-Oddalam to idiotyczne pytanie-powtórzyła moje słowa i skierowała wściekłe spojrzenie na swojego chłopaka- Gdybym mogła walnęłabym cię tak mocno, że obudziłbyś się na Ogyggi!
-Za co?-zdziwił się syn Hefajstosa.
-Ty się jeszcze pytasz Valdez?!-wrzasnęła-Nie dzwoniłeś od dwóch dni!!
Jej głos brzmiał tak zabawnie, gdy krzyczała, że wraz z Leonem ledwo powstrzymywaliśmy się od śmiechu. Teraz Kalipso skupiła swoje piorunujące spojrzenie na mnie.
-Uważasz to za zabawne?
-Szeczerze?-roześmiałam się, po czym zaczęłam ją małpować, żywo gestykulując rękami-Nie widziałam małpiej gęby Leona od dwóch dni! Jak ja to przeżyję?!
-Zarobiłam kuksańca w bok od syna Hefajstosa.
-Pogadamy jak będziesz mieć chłopaka-żąchneła się dziewczyna.
-Oj, długo będzie musiała czekać-parsknął Leo.
-Mara, zadzwonie do ciebie później-poinformowała mnie-A teraz daj mi się pogodzić z tym perfidnym szczurem.
-Co ja zrobiłem?-westchnął Leo, po czym dodał przewracając oczami-Znowu...
-Oszczędź go-poradziłam-ktoś to musi naprawić-rozłożyłam ręce, pokazując w jak opłakanym stanie jest maszynownia.-A więc zostawiam was gołąbeczki sam na sam...
Już miałam odchodzić, gdy usłyszałam za plecami głos Kalipso.
-Mara!-odwróciłam się i napotkałam złośliwy uśmiech przyjaciółki-Ale umyj się z łaski swojej przed naszą rozmową. Czasem trzeba...
Leo zachichotał.
-Ha, ha, ha-parsknęłam-bardzo śmieszne....
Po chwili wyszłam i zostawiłam zakochanych sam na sam ze sobą i swoimi problebami skali światowej... Po kilku godzinach podczas których zdążyłam się umyć, przebrać i skończyć patrol, Leo wyszedł z maszynowni. Oparł się o rufę i westchnął.
-Wolę nie myśleć co będzie jak się ożenię-mruknął, po czym odszedł kilka kroków i zawołał-Ludziki! Obiad! Znaczy zebranie! Znaczy planowanie własnej śmierci!
-Obiad najlepiej brzmi-stwierdziła wychodząca z kajuty Hazel.
-Idźcie kamraci!-huknał trener Hedge spod steru-Ja popilnuję łajby! Ahoj!
-Marynarski dialekt dalej mu nie wychodzi-mruknęła Anabeth.
-Bo Perciemu i Marze to co innego-zaśmiała się Piper.
-Tia...-mruknęłam i dołączyłam do reszty w mesie. Podczas obiadu jak zwykle rozmawialiśmy o tym co nam się nie udało, co jeszcze musimy zrobić i z czym mamy aktualnie problem.
-Potrzeba gliny, wapnia, smoły i spiżu-powtórzył po raz kolejny Leo-Jest nas osiem, plus trener Hedge, ale ktoś musi popilnować statku. Ja idę po smołę i spiż-zaklepał sobie Leo.
Ostatnio przyniesienie ich stanowiło najmniej problemu, więc od razu zaczęło się zaklepywanie miejsc. Zanim zdążyłam krzyknąć "Ja też", było już postanowione, że po smołę idą Piper, Hazel, Frank i Leo. Wobec tego Anabeth, Percy, Jason i ja mieliśmy załatwić całą resztę. Po skończonym posiłku poszliśmy po rzeczy. Chłopaki jako, że z Anabeth byłyśmy dziewczynami, z przyzwyczajenia zachowywali się jak nasi ochroniarze. W końcu kiedy Jason powiedział, że lepiej będzie jak pójdziey w środku, nie wytrzymałyśmy.
-Dość tego-krzyknęła Anabeth.
-Nie potrzebujemy osobistych goryli na brudne gatki Zeusa! Odwalcie się-poparłam ją.
Chłopaki przystanęli zaskoczeni, ale już po chwili zaczęli kręcić z niedowierzaniem głowami.
-Po kim ona ma charakter-westchnął Percy patrząc na mnie.
-Na pewno nie po tobie.-odparł Jason, czym zarobił sobię na kopniaka.
Szłyśmy z Anabeth przodem, dopóki, o mały włos nie spadłyśmy z klifu.
Córka Ateny zdążyła wychamować. Ja...nie. Spadłam z urwiska, ale na szczęście złapałam się skarpy.
-Dobra-sapnęłam-Udzielam pozwolenia na gorylowanie. Pomóżcie mi-jęknełam czując ból w palcach, którymi rozpaczliwie chwytałam się skarpy.
Dobra, okej, wiem. Mogłam spokojnie użyć wiatrów i nie fatygować pozostałych do pomocy, ale ze względu na moje bardzo szybkie wyczerpywanie energii, postanowiłam korzystać z mocy najmniej jak to możliwe. Bo w końcu nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. Jason i Percy złapali mnie za przedramienia i podciągnęli w górę.
-No siostra-stęknął Percy-Swoje ważysz.
Jason i Anabeth się roześmiali, a ja szturchnęłam brata w ramię.
-Chyba ktoś tu dawno siłowni nie odwiedzał.
Przysłuchujący się naszym sprzeczkom córka Ateny i syn Zeusa pokładali się ze śmiechu, aż w końcu Anabeth zwróciła nam uwagę.
-Na dole jest wapno.
W tym momencie właśnie przyszedł czas na użycie mocy. Jason złapał Perciego za ręce, a ja chwyciłam Anabeth i zeskoczyliśmy z klifu, kontrolując kierunek i prędkość spadania. Na dole wapna było, że się tak wyrażę od cholery, więc napełniliśmy wiadra, które po tej czynności magicznie się skurczyły, tak, byśmy mogli schować je sobie do kieszeni.
-To teraz ta mniej przyjemna część-westchnął Jason.
-Glina?-spytałam, a Anabeth pokiwała głową.
Nie byłoby problemu, gdyby nie to, że największego skupiska strzegły skalniaki. Żeby w przybliżeniu ogarnąć ich wygląd, wyobraźcie sobie, że przed wami stoi wielka skała, która zamiast nóg i rąk ma podłużne kamienie, a głowa to prostokątny kawałek skały, pokryty mchem, rzeźbiącym oczy, usta i nos. Skalniaki mają możliwość kurczenia się i powiększania do ogromnych rozmiarów. Oprócz tego poruszały wszystkimi kamieniami w promieniu 50 metrów i były w stanie zwołać je przeciwko przeciwnikom. Jedynym sposobem na ich zabicie było odcięcie głowy, które było tak trudne jak przecięcie drzewa nożykiem do masła. Mimo to, nasze spiżowe i złote miecze radziły sobie całkiem nieźle i zaczęliśmy kosić je w równym tempie, nie unikając niestety ataków mniejszych kamyczków, po których z pewnością zostaną siniaki. Po pokonaniu strażników wejścia do jaskini, weszliśmy przez okrągły otwór. W środku była wielka komnata, z podłogą pokrytą gliną. Wyglądała na nieodwiedzaną i dziwnie cichą
-Nie podoba mi się to-szepnął Percy.
-Mnie też-odparł Jason.
-Bierzmy glinę-stwierdziła Anabeth-Im szybciej ją weźmiemy, tym szybciej stąd wyjdziemy.
Przystalśmy na to i zaczęliśmy pracę. Zebraną glinę skurczyliśmy w misach i schowaliśmy je do plecaków.
-Dziwnie łatwo poszło-stwierdził Jason.
Niestety powiedział to za wcześnie. Ni stąd ni z owąd otoczyła nas największa armia wielkich skalniaków jaką w życiu widziałam. Odwróciliśmy się do siebie plecami i zaczęliśmy bronić się rozpaczliwie, co chwila zacieśniając nasz krąg. Kosiliśmy je nawet sprawnie dopóki jeden z nich, chcąc znokautować mnie, trafił na opór mojego brata. Kiedy Percy poleciał na Anabeth i oboje się przewrócili, wypatrzyłam okazję. Podbiegłam do Jasona i krzyknęłam.
-Zróbmy tornado!
Syn Zeusa kiwnął głową i wokół nas zaczął wirować wiatr. Po chwili Anabeth i Percy doczołgali się do nas i nie chcąc stracić gruntu pod nogami złapali nas za ręce. Po chwili przywoływania wiatrów zachwiałam się. Percy widząc to wypuścił spod ziemi lekką fontannę wody i pomógł Jasonowi tworzyć wir. Poczułam się lekko niepotrzebna. Nie dałam rady. Dlaczego muszę się tak szybko męczyć?! PO chwili jednak, potężny wir chłopaków, który zmiótł skalniaki, rozpadł się w jednej chwili. Znów wszyscy wstaliśmy i odwróciliśmy się do siebie plecami czekając na atak. Po chwili czyjś niewyobrażalnie syczący głos przemówił do nas z gniewem.
-Jesteście słabsi niż przypuszczałam.

No więc rozdział jest.
Myślałam, że mnie za przeproszeniem cholera weźmie jak każde i, oraz o musiałam przekopiować. Dlatego zeszło mi tak długo. Od wtorku, góra środy mam klawiaturę więc nie będzie problemu. Przepraszam za kolejne przeszkody, ale gdy tylko się skończą ogarnę szybciej kolejne nexty ;). Do jutra!
~Pass
-Nie należy wstydzić się żadnych blizn pozyskanych w walce. To największa nagroda i duma dla wojownika, jakim być możę, wkrótce się staniesz.
Powiedział wtedy. Piper po ściągnięciu mi opatrunku bała się powiedzieć, że zostaną blizny. Jakież było jej zdziwienie gdy wzruszyłam ramionami i powiedziałam.
-Super.
Wyjaśniłam jej o co w tej radości chodziło, ale ona i tak pokręciła z niedowierzaniem głową i oznajmiła, że trzeba mieć na nazwisko Jackson, by cieszyć się z blizn. Percy również nie miał do nich uprzedzeń. Może nie skakał z radości, gdy jakąś miał (nie żebym ja to robiła, proszę pamiętać), ale absolutnie mu nie przeszkadzały. W każdym razie nie zamierzałam płakać nad rozlanym mlekiem. Nie widziałam jej, nie bolała, niech sobie będzie. Stojąc przy sterze wraz z Festusem, usłyszałam jak Leo zaciekle klnie w maszynowni. Krótko mówiąc, nie przebierał w słowach. Roześmiałam się gdy usłyszałam do czego porównywał stare uszczelki Argo III. Zeszłam więc do maszynowni, by ogarnąć co takiego się tam dzieje, ale to co zobaczyłam przeskoczyło moje najśmielsze oczekiwania. Stało się to powodem dla którego moja przepona mogła zostać trwale uszkodzona od nadmiaru śmiechu. Dokładnie po środku brudnej, uwalanej ciemną mazią maszynowni, stał Leo, a właściwie coś oblanego smarem, gliną i czymś o zapachu wapna, co mgliście przypominało sylwetkę syna Hefajstosa. U jego stóp rozła kałuża tej przedziwnej mieszanki, a nad jego głową, wisiała pęknięta rura, z której nadal kapała kleista czarna ciecz. Wokół kałuży leżały narzędzia, oraz zapasowe części, przez co maszynownia wyglądała jeszcze bardziej jak pobojowisko, niż zwykle. Na widok mojego napadu śmiechu, Leo obrzucił pomieszczenie zdegustowanym spojrzeniem i popatrzył na mnie krzywo.
-Uważasz, że to śmieszne?-spytał naburmuszony.
-Tak!-dalej trzęsłam się ze śmiechu na ten komiczny widok, ale ruszyłam by pomóc przyjacielowi.
-Musimy jeszcze raz iść po smołę, glinę, wapno i niebiański spiż-syn Hefajstosa usilnie starał się nie zwracać najmniejszej uwagi na mój śmiech, co bawiło mnie jeszcze bardziej. Wycelował we mnie czarny od smoły palec- Nie byłaś ostatnio szukać tego przeklętego cholerstwa, ale teraz ci nie odpuszczę!
Fakt. Tuż po moim przebudzeniu wszyscy oprócz trenera Hedge i mnie udali się po te brakujące rzeczy. Nie wspominali pobytu u drakain, cyklopów i złych hipokampów zbyt dobrze, więc wolałam nie drążyć tematu. Mimo tego przytyku, do mojej ostatniej nieobecności, widok czarnego Leona z włosami oklapniętymi wokół twarzy i chęcią mordu w oczach rozbawiał mnie tak bardzo, że nie mogłam się powstrzymać od kolejnego napadu śmiechu. Syn Hefajstosa w końcu nie wytrzymał.
-Zobaczymy czy teraz też będzie ci do śmiechu?!-krzyknął z zawadiackim uśmiechem i rzucił się na mnie.
Po krótkiej, pełnej śmiechu szarpaninie leżałam w kałuży smaru, a Leo trzymał mnie za nadgarstki. Mimo że byłam tak brudna jak on, ze śmiechem obrzucaliśmy się substancją. Jak teraz pomyśle, dobrze było mieć takiego kumpla, który nieważne co zrobi, zawsze będzie potrafił mnie rozbawić. Właśnie przewróciłam go na ziemię i trzęcąc się ze śmiechu postawiłam stopę na jego klatce piersiowej, kiedy tuż przed moim nosem zamigotał obraz iryfonu. Znajdowała się w nim piękna jak zawsze Kalipso. Na mój widok zmrużyła oczy i zacmokała z niezadowoleniem.
-Pytanie numer jeden. Jesteś Marą czy smołowym potworem? Dwa. Gdzie na brudny kombinezon Hefajstosa jest Leo? I trzy. Zdajesz sobie sprawę, że twoje włosy wyglądają jak martwy skunks?
Przewróciłam oczami i uśmiechnęłam się do przyjaciółki.
-Oddalam ostatnie pytanie. Co do wcześniejszych dwóch. W tej chwili jestem smołowym potworem, a Leo jest...-nie zdążyłam dokończyć, bo w tej chwili Leo strącił moją stopę ze swojej piersi i wyskoczył tuż obok mnie.
-Cześć skarbie!-krzyknął radośnie (zbyt radośnie jak na mój gust.)- Stęskniłaś się?
-Oddalam to idiotyczne pytanie-powtórzyła moje słowa i skierowała wściekłe spojrzenie na swojego chłopaka- Gdybym mogła walnęłabym cię tak mocno, że obudziłbyś się na Ogyggi!
-Za co?-zdziwił się syn Hefajstosa.
-Ty się jeszcze pytasz Valdez?!-wrzasnęła-Nie dzwoniłeś od dwóch dni!!
Jej głos brzmiał tak zabawnie, gdy krzyczała, że wraz z Leonem ledwo powstrzymywaliśmy się od śmiechu. Teraz Kalipso skupiła swoje piorunujące spojrzenie na mnie.
-Uważasz to za zabawne?
-Szeczerze?-roześmiałam się, po czym zaczęłam ją małpować, żywo gestykulując rękami-Nie widziałam małpiej gęby Leona od dwóch dni! Jak ja to przeżyję?!
-Zarobiłam kuksańca w bok od syna Hefajstosa.
-Pogadamy jak będziesz mieć chłopaka-żąchneła się dziewczyna.
-Oj, długo będzie musiała czekać-parsknął Leo.
-Mara, zadzwonie do ciebie później-poinformowała mnie-A teraz daj mi się pogodzić z tym perfidnym szczurem.
-Co ja zrobiłem?-westchnął Leo, po czym dodał przewracając oczami-Znowu...
-Oszczędź go-poradziłam-ktoś to musi naprawić-rozłożyłam ręce, pokazując w jak opłakanym stanie jest maszynownia.-A więc zostawiam was gołąbeczki sam na sam...
Już miałam odchodzić, gdy usłyszałam za plecami głos Kalipso.
-Mara!-odwróciłam się i napotkałam złośliwy uśmiech przyjaciółki-Ale umyj się z łaski swojej przed naszą rozmową. Czasem trzeba...
Leo zachichotał.
-Ha, ha, ha-parsknęłam-bardzo śmieszne....
Po chwili wyszłam i zostawiłam zakochanych sam na sam ze sobą i swoimi problebami skali światowej... Po kilku godzinach podczas których zdążyłam się umyć, przebrać i skończyć patrol, Leo wyszedł z maszynowni. Oparł się o rufę i westchnął.
-Wolę nie myśleć co będzie jak się ożenię-mruknął, po czym odszedł kilka kroków i zawołał-Ludziki! Obiad! Znaczy zebranie! Znaczy planowanie własnej śmierci!
-Obiad najlepiej brzmi-stwierdziła wychodząca z kajuty Hazel.
-Idźcie kamraci!-huknał trener Hedge spod steru-Ja popilnuję łajby! Ahoj!
-Marynarski dialekt dalej mu nie wychodzi-mruknęła Anabeth.
-Bo Perciemu i Marze to co innego-zaśmiała się Piper.
-Tia...-mruknęłam i dołączyłam do reszty w mesie. Podczas obiadu jak zwykle rozmawialiśmy o tym co nam się nie udało, co jeszcze musimy zrobić i z czym mamy aktualnie problem.
-Potrzeba gliny, wapnia, smoły i spiżu-powtórzył po raz kolejny Leo-Jest nas osiem, plus trener Hedge, ale ktoś musi popilnować statku. Ja idę po smołę i spiż-zaklepał sobie Leo.
Ostatnio przyniesienie ich stanowiło najmniej problemu, więc od razu zaczęło się zaklepywanie miejsc. Zanim zdążyłam krzyknąć "Ja też", było już postanowione, że po smołę idą Piper, Hazel, Frank i Leo. Wobec tego Anabeth, Percy, Jason i ja mieliśmy załatwić całą resztę. Po skończonym posiłku poszliśmy po rzeczy. Chłopaki jako, że z Anabeth byłyśmy dziewczynami, z przyzwyczajenia zachowywali się jak nasi ochroniarze. W końcu kiedy Jason powiedział, że lepiej będzie jak pójdziey w środku, nie wytrzymałyśmy.
-Dość tego-krzyknęła Anabeth.
-Nie potrzebujemy osobistych goryli na brudne gatki Zeusa! Odwalcie się-poparłam ją.
Chłopaki przystanęli zaskoczeni, ale już po chwili zaczęli kręcić z niedowierzaniem głowami.
-Po kim ona ma charakter-westchnął Percy patrząc na mnie.
-Na pewno nie po tobie.-odparł Jason, czym zarobił sobię na kopniaka.
Szłyśmy z Anabeth przodem, dopóki, o mały włos nie spadłyśmy z klifu.
Córka Ateny zdążyła wychamować. Ja...nie. Spadłam z urwiska, ale na szczęście złapałam się skarpy.
-Dobra-sapnęłam-Udzielam pozwolenia na gorylowanie. Pomóżcie mi-jęknełam czując ból w palcach, którymi rozpaczliwie chwytałam się skarpy.
Dobra, okej, wiem. Mogłam spokojnie użyć wiatrów i nie fatygować pozostałych do pomocy, ale ze względu na moje bardzo szybkie wyczerpywanie energii, postanowiłam korzystać z mocy najmniej jak to możliwe. Bo w końcu nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. Jason i Percy złapali mnie za przedramienia i podciągnęli w górę.
-No siostra-stęknął Percy-Swoje ważysz.
Jason i Anabeth się roześmiali, a ja szturchnęłam brata w ramię.
-Chyba ktoś tu dawno siłowni nie odwiedzał.
Przysłuchujący się naszym sprzeczkom córka Ateny i syn Zeusa pokładali się ze śmiechu, aż w końcu Anabeth zwróciła nam uwagę.
-Na dole jest wapno.
W tym momencie właśnie przyszedł czas na użycie mocy. Jason złapał Perciego za ręce, a ja chwyciłam Anabeth i zeskoczyliśmy z klifu, kontrolując kierunek i prędkość spadania. Na dole wapna było, że się tak wyrażę od cholery, więc napełniliśmy wiadra, które po tej czynności magicznie się skurczyły, tak, byśmy mogli schować je sobie do kieszeni.
-To teraz ta mniej przyjemna część-westchnął Jason.
-Glina?-spytałam, a Anabeth pokiwała głową.
Nie byłoby problemu, gdyby nie to, że największego skupiska strzegły skalniaki. Żeby w przybliżeniu ogarnąć ich wygląd, wyobraźcie sobie, że przed wami stoi wielka skała, która zamiast nóg i rąk ma podłużne kamienie, a głowa to prostokątny kawałek skały, pokryty mchem, rzeźbiącym oczy, usta i nos. Skalniaki mają możliwość kurczenia się i powiększania do ogromnych rozmiarów. Oprócz tego poruszały wszystkimi kamieniami w promieniu 50 metrów i były w stanie zwołać je przeciwko przeciwnikom. Jedynym sposobem na ich zabicie było odcięcie głowy, które było tak trudne jak przecięcie drzewa nożykiem do masła. Mimo to, nasze spiżowe i złote miecze radziły sobie całkiem nieźle i zaczęliśmy kosić je w równym tempie, nie unikając niestety ataków mniejszych kamyczków, po których z pewnością zostaną siniaki. Po pokonaniu strażników wejścia do jaskini, weszliśmy przez okrągły otwór. W środku była wielka komnata, z podłogą pokrytą gliną. Wyglądała na nieodwiedzaną i dziwnie cichą
-Nie podoba mi się to-szepnął Percy.
-Mnie też-odparł Jason.
-Bierzmy glinę-stwierdziła Anabeth-Im szybciej ją weźmiemy, tym szybciej stąd wyjdziemy.
Przystalśmy na to i zaczęliśmy pracę. Zebraną glinę skurczyliśmy w misach i schowaliśmy je do plecaków.
-Dziwnie łatwo poszło-stwierdził Jason.
Niestety powiedział to za wcześnie. Ni stąd ni z owąd otoczyła nas największa armia wielkich skalniaków jaką w życiu widziałam. Odwróciliśmy się do siebie plecami i zaczęliśmy bronić się rozpaczliwie, co chwila zacieśniając nasz krąg. Kosiliśmy je nawet sprawnie dopóki jeden z nich, chcąc znokautować mnie, trafił na opór mojego brata. Kiedy Percy poleciał na Anabeth i oboje się przewrócili, wypatrzyłam okazję. Podbiegłam do Jasona i krzyknęłam.
-Zróbmy tornado!
Syn Zeusa kiwnął głową i wokół nas zaczął wirować wiatr. Po chwili Anabeth i Percy doczołgali się do nas i nie chcąc stracić gruntu pod nogami złapali nas za ręce. Po chwili przywoływania wiatrów zachwiałam się. Percy widząc to wypuścił spod ziemi lekką fontannę wody i pomógł Jasonowi tworzyć wir. Poczułam się lekko niepotrzebna. Nie dałam rady. Dlaczego muszę się tak szybko męczyć?! PO chwili jednak, potężny wir chłopaków, który zmiótł skalniaki, rozpadł się w jednej chwili. Znów wszyscy wstaliśmy i odwróciliśmy się do siebie plecami czekając na atak. Po chwili czyjś niewyobrażalnie syczący głos przemówił do nas z gniewem.
-Jesteście słabsi niż przypuszczałam.
No więc rozdział jest.
Myślałam, że mnie za przeproszeniem cholera weźmie jak każde i, oraz o musiałam przekopiować. Dlatego zeszło mi tak długo. Od wtorku, góra środy mam klawiaturę więc nie będzie problemu. Przepraszam za kolejne przeszkody, ale gdy tylko się skończą ogarnę szybciej kolejne nexty ;). Do jutra!
~Pass
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)