czwartek, 28 kwietnia 2016

Szukacie boga muzyki?Boga chaosu dostaniecie w prezencie.

   Następne dni opierały się głównie na przeszukiwaniu i znajdowaniu coraz to nowych i tak samo beznadziejnych jaskiń. Zapasy kończyły się w nieubłaganym tempie a nasza trójka była coraz bardziej brudna, głodna i zmęczona. Codziennie przemierzaliśmy tak dużo kilometrów ile daliśmy radę.
  Od czasu mojej ostatniej rozmowy z Willem, nie przebywaliśmy sam na sam. Widać było ,że chciał się wytłumaczyć i zwyczajnie pogadać ale ja z dziwnych powodów nie miałam na to większej ochoty. Po kilkunastu dniach wędrówki, bez udziału chamskich i bezczelnych bogów wszelkiego rodzaju nieprzyjemnych rzeczy, mieliśmy nadzieję ,że jesteśmy blisko. Jeżeli słońce wschodziło, ledwo wychylało się zza horyzontu na zaledwie kilka godzin, po czym znikało, a na jego miejsce pojawiała się lśniąca na ciemnym niebie Gwiazda Polarna. Szczerze mówiąc, nie znosiłam tego prawie całodobowego mroku dobrze, ale starałam się nie robić afery. Zdawałam sobie sprawę ,że dotąd z mojego lęku zwierzyłam się z własnej woli, tylko i wyłącznie Willowi. Wprawiało mnie to w niemałe zakłopotanie, no ale cóż. Trzeba żyć dalej i nie oglądać się za siebie.
   Podczas naszej kolejnej nudnej wędrówki dużo rozmawiałam z Mellisą, a on szedł przed nami badając teren. Właśnie śmiałam się z naszej beznadziejnej sytuacji, gdy moja rozmówczyni zamarła. Momentalnie uśmiech zszedł mi z twarzy i czujnie położyłam dłoń na plastikowej zawieszce, która w każdej chwili mogła zmienić się w jeden z moich ulubionych mieczy. Jeszcze w Obozie Chejron powiedział mi ,że ostrze z cesarskiego złota nazywa się Seropis i zostało wykute, z dziwnych powodów w Egipcie, a potem było przekazywane wśród egipskich cesarzy jako pamiątka po starożytnej kulturze. Miecz ze stygijskiego żelaza miał na imię Joranos i był świętym ostrzem dla wszelakich greckich żołnierzy. Był przekazywany cały czas ze Sparty, do Aten jako symbol najlepszego polis.Ale wracając. Rozejrzałam się za potencjalnym zagrożeniem, a Mellisa słabym głosem zapytała
-Will?
Faktycznie. Blondyn jakby rozpłynął się w powietrzu. W jednym momencie szedł przed nami, a w drugim już go nie było. Nie wierząc ,że mogłyśmy go stracić z oczu podeszłam w miejsce gdzie widziałam go po raz ostatni i... spadłam do niewielkiej jamy, niewidocznej przez śnieg. Usłyszałam za sobą pisk przyjaciółki, ale byłam zbyt zaabsorbowana machaniem rękami i krzyczeniem w ciemności, w której spadałam. Nie mając możliwości wyhamowania wpadłam na Willa i przewróciłam go na ziemię. Latarka, która pewnie wypadła mu z dłoni, leżała oparta o kamienie i oświetlała jego twarz z widocznym grymasem bólu.
-Ciężka jesteś-stęknął
-Wielkie dzięki-odepchnęłam się od jego piersi by usiąść, ale nie zdążyłam nawet wstać, kiedy na moje plecy spadłą Mellisa i ponownie znalazłam się nosem w nos z synem Apolla. Tym razem oboje stęknęliśmy.
-Mogło być gorzej-stwierdziła blondynka wstając.
-Chyba dla ciebie-jęknęłam i stoczyłam się z Willa rozmasowując plecy.
-A co ja mam powiedzieć?-zdenerwował się nadal leżący chłopak. Roześmialiśmy się i wstaliśmy
-Chodźmy. Nie wiadomo ile tato...-powiedziała cicho Mellisa.
Skinęliśmy głowami i ruszyliśmy. Szłam na samym końcu, bez latarki, którą gdzieś zgubiłam. Will chyba wyczuł mój strach i puścił mnie przodem, co było jednocześnie słodkim jak i bardzo irytującym dla mnie gestem.Milcząco mu podziękowałam, na co odpowiedział machnięciem ręki ,bagatelizując to co zrobił. Na samym przodzie szła Mellisa z latarką, dopóki nagle nie runęła jak długa na ziemię. Zamiast niej, w przejściu pojawiły się żywe szkielety, które nie wyglądały na przyjaźnie nastawione. Dziewczyna poderwała się z ziemi i wszyscy zaczęliśmy walczyć. Te szkielety były strasznie irytujące! Gdzie byśmy nie walnęli, te znowu składały się w całość. Rozzłoszczony Will popatrzył na szkielety z jadem i syknął
-Nico di Angelo...
-Co?-spytałam, odcinając jednemu z wrogów głowę.
-To jego sprawka. Magia podziemia-odkrzyknął, odrywając szkieletowi ramię. Jego siostra szyła z łuku co tylko się ruszało i nie miało naszych ciuchów. Pomyślałam ,że świetnie nadawałaby się na Łowczynie. Z rozczochranymi włosami rozwianymi wokół twarzy, łukiem w ręku i skupieniem na twarzy wyglądała prawie identycznie jak Łowczynie które spotkałam. Odepchnęłam od siebie to wspomnienie. Kilka tygodni po mojej ucieczce z Olimpu, odnalazły mnie i ich szefowa Zoe Nightshade usiłowała mnie zwerbować. Po prawdzie, srebrna wizytówka wciąż spoczywała w jednej z kieszeni mojego płaszcza, ale jakoś nie byłam nigdy na tyle zdesperowana żeby z niej skorzystać. No właśnie! Płaszcz! Z tego wszystkiego zostawiłam go w Obozie Herosów, na krześle obok szafy Perciego. Jak mogłam?! Oprócz medalionu, był moją jedyną pamiątką po Smoczej Jamie. Zaklęłam pod nosem i dalej w równym rytmie kosiłam potwory. Obiecałam sobie ,że na następną misję na pewno go wezmę. O ile będzie jakaś kolejna misja...Z zamyślenia wyrwała mnie trzymająca, coś przypominającego trochę ludzkie kości piszczelowe, Mellisa, która wołała żebyśmy się pośpieszyli. Odcięłam nogi jeszcze jednemu szkieletowi, odwróciłam się i pognałam za półboginią. Po kilku zakrętach, pokonanych w tempie, za które musieliśmy podziękować goniącym nas potworom, wypadliśmy do dość dużej podziemnej komnaty. Zatrzymaliśmy się z poślizgiem, ujrzawszy przed nami, długi na około 7 metrów, leżący, złoty sarkofag, owinięty łańcuchem. Obok niego stał Nico i szczerzył się do nas w kpiącym uśmiechu.
-Ty-syknęłam, wbijając w niego spojrzenie zezłoszczonych oczu.
-Ja-potaknął-Trochę wam to zajęło. Już zaczynaliśmy się nudzić, prawda Apollinie?-mówiąc to pociągnął za jeden z łańcuchów. Ze środka trumny wydobył się pełen bólu krzyk. Zrozumiałam ,że ten łańcuch okalający sarkofag, krępuje moc boga, znajdującego się w środku, sprawiając mu przy tym niemiłosierny ból i praktycznie go zabijając. Zacisnęłam zęby, nie mogąc pojąć jak można w ten sposób torturować kogoś...kogokolwiek... Rzuciłabym się na syna Hadesa, niewiele myśląc, gdyby nie powstrzymał mnie Will. Przestraszonym spojrzeniem wskazał na coś z boku. Obróciłam się w tamtą stronę i zamarłam....W małej wnęce, w kącie jaskini stał mały, czarny posążek z którego wydobywały się również czarne opary. Formowały się one w wysoką na 4 metry, niecałkowicie uformowaną sylwetkę mężczyzny o przerażająco czarnych, przenikliwych oczach i szyderczym uśmiechu. Z posążku cały czas wydobywał się mglisty pył, najwidoczniej zasilający tą postać. Rozpoznałam ją bez trudu. Od kiedy usłyszałam tą straszną przepowiednie, moje myśli krążyły cały czas wokół tej postaci. Najczystszego Chaosu... Nie miałam kiedy skupić się na całej jego budowie, bo moje myśli zajęły jego oczy. Wpatrując się w nie miałam wrażenie jakby cały świat wokół mnie rozpadał się w bezkresną noc, jakby wszystko ogarniała ciemność tak straszna, że mogłam się nią zachłysnąć. Wpatrując się w te pełne nienawiści i zła oczy straciłam poczucie czasu. Przypomniało mi się dosłownie wszystko co kiedykolwiek zrobiłam złego. Ogarnęło mnie poczucie winy, tak silne ,że prawie dałam mu się złamać mimo całkowitego skupienia. Wiedziałam ,że gdybym nie była potężną półboginią, nie mogłabym oprzeć się temu spojrzeniu i umarłabym na miejscu od samego patrzenia w te przeraźliwie czarne ślepia. Odwróciłam wzrok odpychając od siebie wizje mnie celującej do ojca, matki, Perci'ego, Willa i wszystkich wobec których miałam negatywne odczucia lub poczucie winy. Ręce mi drżały, kiedy zacisnęłam je na rękojeściach mieczy. Z wielkim trudem odwróciłam wzrok. Kiedy zdołałam opanować sprzeczne emocje, na tyle, na ile było to możliwe, z powrotem spojrzałam w jego zimne i czarne, jak obsydian oczy. Mimo tego ,że znowu uderzyła mnie fala wspomnień, tym razem nie dałam się omamić i wpatrywałam się w niego z pełną świadomością, czego nie mogę zaliczyć do najwspanialszych moich wspomnień.
-To jednak prawda. Powstajesz...-powiedziałam niezbyt mądrze, no ale usiłujcie to zrozumieć...Nie miałam zbytnio czasu by długo się namyślać co powiedzieć, więc zaczęłam tym co przychodziło mi do głowy, jakkolwiek idiotyczne by to było...
Pan chaosu roześmiał się demonicznie, co jeśli mogę tak powiedzieć, wyszło mu całkiem nieźle.
-Brawo za spostrzegawczość Marillo Jackson-prychnął, jakby specjalnie używając mojego prawdziweenia. Jego głos był trudny do opisania...Brzmiał tak...jakby ciemność mogła mówić. Aż przeszły mnie ciarki.
-Nie nazywaj mnie tak-zagroziłam, w gniewie unosząc miecze.
Popatrzył na mnie znużonym wzrokiem
-Nie córko Posejdona. Jeszcze nie będziemy walczyć. Jeszcze nie nabrałem pełni mocy. Ale już niedługo jak widzisz...
Zmusiłam się do parsknięcia śmiechem i kpiącego uśmiechu mimo ogarniającego mnie wbrew woli strachu-Tchórzysz! Zwyczajnie boisz się ,że takie chuchro jak ja może cię pokonać!
Wybuchnął wzgardliwym śmiechem
-Nie wiesz o czym mówisz...Chcę pokonać was w pełni mojej chwały. Zgładzić was jednym dmuchnięciem! To mój cel, a nie jakaś beznadziejna walka. Pokonam cię kiwnięciem palcem herosko! Jeżeli przeszło ci przez myśl ,że to już koniec, to nie wiesz jak bardzo się mylisz....To dopiero początek mojej chwały. Póki co będę napawał się twoją rozpaczą- świdrował mnie wzrokiem tak, że musiałam odwrócić głowę.
-Niby czemu miałabym być zrozpaczona?-spytałam buntowniczo
Tym razem odezwał się stojący przy sarkofagu Nico di Angelo.
-Śmiercią pachnie przyjaciela zdrada-zacytował przepowiednię, która od jej usłyszenia zajmowała większość moich myśli.-Przez mrocznego pana dla wybranej dana...
-To ty jesteś zdrajcą-powiedziałam, starając się żeby mój głos brzmiał pewnie, choć wcale nie byłam taka pewna tych słów.
-Dla wybranej-powtórzył powoli, jakbym była przedszkolakiem-Czyżbyśmy się kiedyś przyjaźnili?
Mój mózg zaskoczył. Odwróciłam się na pięcie do moich towarzyszy. Mellisa zdawała się być równie zdumiona jak ja, natomiast Will stał nieruchomo z ręką na mieczu i wpatrywał się w ziemię. Spojrzałyśmy na siebie z jego siostrą i wymieniłyśmy zaniepokojone miny.
-Braciszku?-szepnęła Mellisa, na co odpowiedziała jej cisza
-Will?-powtórzyłam trochę głośniej, na co również się nie odezwał-Will to nie ty prawda?
Dalej się nie odzywał.
-Powiedz coś!-nie wytrzymałam.
Bardzo powoli podniósł wzrok. Popatrzył rozżalony najpierw na mnie, a potem na Mellisę.
-Przepraszam. Musiałem...-powiedział ledwie słyszalnie i ruszył do przodu. Zatrzymał się obok Nica i odwrócił się do nas, bez wcześniejszego żalu.
Nerwy mi puściły. Jak on mógł! Był naszym przyjacielem! Nigdy w życiu bym go o to nie posądziła!
-Ty gnoju!-wrzasnęłam unosząc miecz z cesarskiego złota.
Spojrzałam na Mellisę, która z ponurą pewnością kiwnęła głową. Ruszyłyśmy na nich z zabójczą prędkością. Córka Apolla skrzyżowała swój sztylet z mieczem syna Hadesa, a ja ruszyłam na Willa wrzeszcząc
-Wyślę cię do Hadesu cholerny zdrajco!
Ustawiłyśmy się plecami do siebie, a obaj warci siebie zdrajcy wokół nas. Czarny pan widząc to znów wybuchnął śmiechem. Hihihihi ale śmieszek...
-Chłopcy, wiecie co robić. Nie ważcie mi się tego zepsuć-zerknął na mnie ze złośliwym uśmiechem od którego poziom mojego strachu znacząco się podniósł.-Mam nadzieję, Maro ,że będzie ci się boleśnie umierało.
Po tych słowach rozpłynął się w czarną jak smoła mgłę, która wróciła do posążka. On sam po chwili wyparował. Walczyłyśmy z Mellisą jak demony, ale z żalem muszę przyznać ,że nasi przeciwnicy nie byli gorsi.
-Maro-odezwał się Will podczas uniku-Musiałem to zro...
-Kerre es korakas-warknęłam po starogrecku-Ośmelisz się skrzywdzić kogokolwiek z Obozu to zrobię z ciebie szaszłyk! Aaaa jednak nie....Zrobię to teraz!-zamachnęłam się ostrzem na jego głowę. Ledwo uniknął śmiertelnego ciosu, ale i tak obcięłam mu kawałek złotej grzywki-Strzyżenie gratis!
Za moimi plecami Nico i Mellisa walczyli w milczeniu, ale nie słyszałam krzyków boleści ze strony przyjaciółki, więc chyba dobrze jej szło. Gdyby nie to, że trzymałam spiżowe ostrze obiema rękami, sięgnęłabym po drugi miecz, ale Will był na prawdę dobry, a ja nie miałam większej ochoty na przymusową amputację którejkolwiek z kończyn. Zamiast sięgać po miecz wykorzystałam chwilę kiedy Will znalazł się w niepewnej pozycji na jednej nodze i z całej siły kopnęłam go w pierś tak, że aż się przewrócił, a jego miecz poleciał w kąt. Podeszłam do leżącego wroga i niedbale przyłożyłam miecz do jego szyi
-Słuchaj teraz, pluskwo świńska!-syknęłam- Uważałam cię za przyjaciela, a ty nas zdradziłeś- po wypowiedzeniu tych słów zaszkliły mi się oczy, lecz powstrzymałam się od płaczu. Dawno nie płakałam i nie miałam zamiaru robić tego w tej chwili, więc kontynuowałam-Byłam gotowa poświęcić własne życie, gdyby twoje było w niebezpieczeństwie. Chcę żebyś wiedział jedno. Nigdy się na nikim tak nie zawiodłam jak na tobie. Zanim cię zabiorę, chcę coś powiedzieć-uniosłam miecz nad głowę, wpatrując się w oczy Willa, w których widoczny był głęboki smutek-Nienawidzę cię!-ryknęłam i opuściłam niebiański spiż na jego pierś. Niespodziewanie czyjeś czarne ostrze zagrodziło mi drogę. Był to miecz ze stygijskiego żelaza Nica di Angelo. Zerknęłam przez ramię. Mellisa podnosiła się właśnie z ziemi, a na jej policzku puchła czerwona rana po uderzeniu. W czasie gdy jeden wróg odczołgiwał się w kierunku miecza, drugi zamachnął się na mnie i zaczęliśmy walczyć.
-Miałaś cholerną nadzieję, nie?-parsknął wzgardliwie syn Hadesa-Wreszcie to nie mnie spotkało odrzucenie! Należało ci się!
-Zamknij się!-ryknęłam i sparowałam jego uderzenie-Od początku miałam podejrzenia!
-Taaa-prychnął- zwłaszcza wtedy jak chciałaś go pocałować.
Zamarłam na krótką chwilę w totalnym szoku. Nico wykorzystał okazję i skoczył na przód. Zdążyłam się uchylić ale nie na tyle by nie odnieść obrażeń. Po tym ataku, na moim ramieniu krwawiła nowo rozcięta rana. Mimo to walczyłam dalej i mimo bólu w ramieniu spytałam
-Skąd wiesz?!
-Musieliśmy poznać jego myśli, żeby mieć pewność. Widzieliśmy wszystko! Może mnie nie kocha, ale ciebie też nie!
-Tyle wiesz o śmierci, to może chcesz jej doświadczyć?!-krzyknęłam, znów powstrzymując płacz bólu, żalu, smutku i wielu wielu innych. Machnęłam synowi Hadesa, mieczem obok głowy i zraniłam go w ucho. Chwycił się za nie, a ja uderzyłam go z całej siły pięścią w brzuch. Zgiął się w pół, a ja się odwróciłam w samą porę by zobaczyć lecącą na mnie strzałę. Rzuciłam się w bok, ale ona i tak otarła się o mój bok. Nowa rana sprawiła, że w oczach zaćmiło mi się z bólu. Krew lała się strumieniami. Myślałam ,że wiem czyja to strzała, ale zobaczyłam jednego ze szkieletów Nica sięgającego po kolejną, niemal identyczną do tej która mnie zraniła. Miałam pewność ,że to Will mnie zranił, ale jednak nie...Był zbyt zajęty walką i wymianą zdań z Mellisą. Przyjaciółka odwróciła do mnie głowę i zganiła mnie wzrokiem
-Na co się gapisz?!-warknęła-Uwolnij go! Już!
Jej ton mnie otrzeźwił. Mimo koszmarnego bólu w boku i ramieniu pobiegłam do sarkofagu. W panice zaczęłam z całej siły rąbać łańcuch go okalający oboma mieczami. Po kilku sekundach, które dłużyły mi się jak wykłady Hery, odrąbałam go. Teraz została już tylko klamra. Właśnie się za nią zabierałam, gdy tuż za plecami usłyszałam przerażony krzyk Mellisy.

                                     Znalezione obrazy dla zapytania wojowniczka gif
Ale mnie wzięło na długie rozdziały xd. Następny powinien być za tydzień ale może pojawić się wcześniej.
Papatki
MPML

piątek, 22 kwietnia 2016

Strachy

 To doświadczenie należało do najdziwniejszych w moim życiu. Z jednej strony doskonale zdawałam sobie sprawę ,że to tylko sen, ale z drugiej miałam przerażające uczucie jakby była to rzeczywistość. Stałam właśnie w jakimś pomieszczeniu bez okien. Ściany i podłoga były szare i lśniły jak kryształy, a pośrodku jarzyła się mała żarówka zwisająca na kablu. Rozejrzałam się i zauważyłam ,że w każdej ze ścian widać moje odbicie. Nie skromnie musiałam przyznać ,że mimo potarganych rudych włosów i brudnej rysy na policzku wyglądałam całkiem nieźle. Podeszłam bliżej jednej z nich i dotknęłam jej zimnej powierzchni. Nagle światło zgasło. W mojej głowie, jakby zapaliła się czerwona lampka. Mój oddech stał się przyspieszony, zacisnęłam powieki i próbowałam opanować emocje z mizernym skutkiem. Czułam się jakby coś chciało żebym tak się czuła, jakby coś pławiło się w moim strachu i bezczelnie się z tego śmiało. Fobetor; pomyślałam i zacisnęłam zęby. Co za skończona gnida! Chcąc pokazać mu ,że wcale się nie boję, co nie do końca było zgodne z prawdą, otworzyłam oczy. Zamiast w ciemność, wpatrywałam się w parę oślepiająco czerwonych oczu pełnych nienawiści. Wrzasnęłam i skoczyłam do tyłu. Na mojej kostce zacisnęła się niewidzialna, zimna jak hartowany spiż dłoń. Upadłam na ziemię i zacisnęłam ręce wokół głowy. Przestałam wrzeszczeć i drżącymi rękami podparłam się o lodowatą posadzkę. Podźwignęłam się do pozycji na wpół siedzącej i lekko uchyliłam powieki. Coś jakby przemknęło mi tuż przed oczami prawie powodując w mojej klatce piersiowej zawał serca. Odczołgałam się kawałek ale w tej ciemności, coś nagle złapało mnie za ramię, w żelaznym uścisku. Zaczęłam krzyczeć... Znowu....Bezskutecznie waliłam zaciśniętą pięścią na prawo i lewo i kopałam wszystko co popadnie. W końcu poddałam się i zaczęłam drżeć. Nie wiele pamiętam z tego co robiłam. Mój umysł jakby wyłączył się w obliczu strachu. Po raz pierwszy w życiu poczułam jak potężna to emocja. Potrafiła zająć całe ciało człowieka w ułamku sekundy i dosłownie wprowadzić go w obłęd. Nie mam pojęcia jak długo byłam ciągnięta, ale wychwyciłam jedną rzecz. To coś co mnie ciągnęło zmierzało dokądś w określonym celu. W końcu puściło moje obolałe ramie. Cała dygotałam, kiedy unosiłam głowę. Znalazłam się w kolejnym pomieszczeniu wyglądającym jak sala tronowa. Nie wiedzieć kiedy wstałam i podeszłam do znajdującej się tam grupy bogów olimpijskich. Spojrzałam w dół. Miałam na sobie czarno czerwoną zbroję, tą samą którą założyłam w dniu.......ucieczki. Wśród bogów zobaczyłam Posejdona który wpatrywał się we mnie z nieodgadnioną miną. Zupełnie nie panując nad własnym ciałem zobaczyłam jak unoszę dłoń. Z całych sił starałam się to powstrzymać, ale z mojej ręki i tak wytrysnęła smuga rozżarzonego do czerwoności ognia. Widziałam jak trafia w ojca. Chciałam do niego podbiec ale nie mogłam. o było okropne. Zobaczyłam coś tak strasznego, co w końcu sama kiedyś zrobiłam. Zacisnęłam powieki i znów się przeniosłam. Tym razem stałam w takim samym pomieszczeniu jak pierwsze w którym się znalazłam. Ale nie byłam sama. Przede mną stał mój ojciec. Unosił rękę i niczym zombie wskazywał na mnie zakrzywionym palcem. Na jego bicepsie, który było widać w podkoszulku, widoczne było oparzenie. Wielka plama od ognia. Upiornym głosem, cały czas podchodząc coraz bliżej, powtarzał
-To twoja wina. To twoja wina. To twoja wina....
Cofnęłam sie aż pod ścianę a z moich oczu ciekły łzy. Intuicyjnie chowałam ręce. Zawsze tak robiłam w obecności któregokolwiek z bogów. Zrozumiałam ,że teraz odczuwałam strach zupełnie innego rodzaju niż ten pierwszy. Tamten spowodowany był lękiem przed ciemnością i tym co się w niej kryje, natomiast ten ukazywał jeden z moich bardziej zakorzenionych lęków. Lęk przed oskarżeniem ze strony ojca. Krzyknęłam i krzyczałam doputy, dopóki nie przeniosłam sie do kolejnego pomieszczenia. Stała tam moja matka. Sally Jackson stała i wpatrywała się we mnie. Zmroziło mnie. Tak....to był mój najgłębszy lęk. Od zawsze go wypierałam i od zawsze udawałam ,że go nie ma, ale tak na prawdę istniał przez ten cały czas, od samego początku. Od zawsze bałam się najbardziej tylko i wyłącznie jednego.... Spotkania z matką.
-Zawodzisz mnie ...-powiedziała mrożącym głosem-Cały czas. Jesteś najgorszym co mogło mi się przytrafić.
Płakałam z rozpaczy, a całe moje ciało drżało. Bałam się ,że wypowie te słowa, które od zawsze majaczyły się gdzieś w głębi mojego umysłu, a tak bardzo nie chciałam by kiedykolwiek padły.
-Nienawidzę cię. -wyszeptała Sally syczącym, wężowym głosem- Nie jesteś moim dzieckiem.
rozpłakałam się na dobre. To właśnie te słowa....Wrzasnęłam i opanowała mnie ciemność
 Z krzykiem obudziłam się w łóżku, w pokoju w którym zasnęłam. Z paniką w oczach przebiegłam wzrokiem kolejno po twarzach Mellisy, Willa i Fobetora. Ten ostatni zaśmiewał się do rozpuku
-To było zdecydowanie najlepsze co w życiu widziałem-chichotał.
Jednym skokiem rzuciłam się na niego. Zdążył zniknąć i pojawić się za mną, dalej się śmiejąc. Ogarnięta furią uniosłam dłoń by wystrzelić ogniem, ale Will stanął pomiędzy nami i złapał mnie za nadgarstek
-Puszczaj!-wrzasnęłam
-Nie-odparł spokojnie.-Jak go sfajczysz niczego się nie dowiemy.
-Nie będziesz mi rozkazywał!
-Nie rozkazuję...
-Nie przyjmuje poleceń od nikogo, a już w szczególności od ciebie! Nie znoszę cię!-pchnęłam go w tył.
Zdziwiony syn Apollina, popatrzył na mnie z urazą w oczach
-Nie spodziewałem się tego po tobie.-wyszeptał.
-A czego się spodziewałeś po ostatniej rozmowie?!
Zamurowało go. Spojrzał na mnie z czymś w oczach, czego nie potrafiłam zinterpretować. Była to jakaś mieszanka żalu, strachu i bezsilnej złości.
-Nie mogę....
-Zamknij się już!-wrzasnęłam wyrywając mu się.
-Mara, spokojnie-wymamrotała Mellisa
-Nie pouczaj mnie!
Wtedy zrobiła coś czego bym się po niej nie spodziewała. Jednym szarpnięciem wywróciła mnie na ziemię i wsparła stopę na moim brzuchu. Wpatrywałam się w nią z niedowierzaniem, a córka boga muzyki tylko wzruszyła ramionami.
-Skoro szanujesz tylko siłę, to powiem ci to w twoim języku. Nie zbabrzesz kolejnej rzeczy na którą wszyscy tyle przecierpieliśmy!
Ta wściekła tyrrada uświadomiła mi jak idiotycznie się zachowywałam. Przestałam się rzucać i spokojnie wstałam. Otrzepałam przód koszulki i spojrzałam jej w oczy
-Przepraszam
-Nie ma za co. Na drugi raz spróbuj się opanować.
-Zawsze możesz mnie drugi raz powalić-wzruszyłam ramionami
-Muszę przyznać-roześmiała się-,że powalenie na ziemię takiej wojowniczki sprawiło mi niebywałą przyjemność.
-Nie spodziewaj się tego więcej ...-uśmiechnęłam się i ją trąciłam
-Dobrze ,że się uspokoiłaś- wtrącił się Will
Spojrzałam na niego chłodno
-Co nie znacz ,że zmieniłam zdanie...
-Przecież wiesz, że ja bym nigdy nie.....-zaoponował ale przerwała mu Mellisa
-Stop! Nie będziecie się znowu bić! Skoro dalej zachowujecie się jak przedszkolaki to chociaż udawajcie ,że nimi nie jesteście!
-Dobra-rzuciłam i jeszcze raz obrzuciłam Solace wzgardliwym wzrokiem
Will nic nie odpowiedział, tylko kiwnął głową patrząc na mnie z jakąś żałością.
-To wszystko bardzo ciekawe, ale możecie już iść-przypomniał o swoim istnieniu Fobetor
-Chwileczkę, chwileczkę-zaoponowałam.
-Czyżbym o czymś zapomniał-udawał głupiego. No muszę przyznać ,że nie musiał się jakoś szczególnie wysilać.
-Tak zapomniałeś. O naszej umowie
-Umowie? Nie przypominam sobie.
- Obiecałeś!
-Trzeba było kazać mi przysięgnąć na Styks-odparł
Wtedy nie wytrzymałam i jednym ruchem wyciągnęłam sztylet z rękawa i przyłożyłam do jego gardła
-Gadaj, bo za pięć sekund zostaniesz nowym Jeźdźcem bez Głowy
-Czekaj czekaj...
-Raz-przycisnęłam mu ostrze do szyi, a na jego ciele pojawiła się kropla złotej krwi bogów-ichoru.
-Okej Okej
-Dwa..
-Powiem wam!-wrzasnął
Nie zwalniając ani trochę sztyletu puściłam go jedną ręką'
-Mów.
-Szukajcie tam gdzie słońce nie świeci-wymamrotał i rozpłynął się w nicość.
Zrezygnowana opuściłam sztylet
-Super....też mi wskazówka
-Czekaj! To jest podpowiedź!-przerwała mi Mellisa
-Niby jaka?-nie zrozumiałam
-Tam gdzie słońce nie dochodzi....-zaczął Will
-Jaskinia-stwierdziła Mellisa co wydawało się całkiem sensowne
-No więc chodźmy. Nie traćmy czsu-rzekł syn Apolla
Rozejrzałam się po pokoju zmierzając ku wyjściu
-Nie powiem żebym tęskniła za tym miejscem.
W milczącej zgodzie wyszliśmy z pomieszczenia, które pobudziło w nas taki strach jakiego nigdy w życiu nie doświadczyliśmy. Byłam pewna jednego. Nigdy nie zasnę już, bez myśli o tym podstępnym bogu.
                                                   Znalezione obrazy dla zapytania samotna dziewczyna w ciemnym pokoju 
hihihihihihi. Przepraszam za ponad tygodniową nieobecność no ale wiecie jak jest. Szkoła, egzaminy, stres i dni otwarte liceów. Dzisiaj odwiedziłam chyba z sześć! Jestem padnięta ale mimo to miałam pomysł więc macie tutaj nexcika na dobry początek weekendu. ;)

czwartek, 14 kwietnia 2016

Sny...

 Za późno zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam sobie i przyjaciołom...Skazałam ich na przeraźliwy strach bez możliwości wycofania się! Na szczęście gdy dobiła targu z Fobetorem nie zauważyłam żadnych wściekłych spojrzeń z ich strony. Podejrzewałam ,że oboje rozumieją ,że musiałam to zrobić byśmy mogli uwolnić ich ojca. Przerażające łóżko w rogu pomieszczenia zdawało się zapraszać nas do najstraszniejszego koszmaru jaki widzieliśmy. Mieliśmy robić to po kolei. Bardzo chciałam pójść na pierwszy ogień ale od razu wyrwała się Mellisa. 
-Połóż się na łóżku kochaneczko i zamknij oczy- bóg koszmarów uśmiechnął się upiornie. Dziewczyna całkowicie go zignorowała i z drżącymi nogami położyła się. Ostatni raz zerknęła na nas z czystą paniką w oczach, przez którą plułam sobie w brodę za ten wybór, po czym zamknęła oczy. Wraz z Willem spojrzeliśmy po sobie niepewnie
-Co będziemy robić do końca jej...snu?-spytałam.
Fobetor popatrzył na nas i przeniósł wzrok na Mellisę
-Nie mówiła nic ,że nie możecie na to patrzeć więc zabiorę was na najśmieszniejszy film roku!-zaśmiał się okrutnie.
-Jesteś potworem-warknął Will patrząc z troską na przyrodnią siostrę, pogrążoną w niespokojnym śnie.
-Wreszcie zaczynacie rozumieć...Jestem gorszy niż większość potworów-zerknął na nas poważnie po czym chwycił nas za ramiona-Patrzcie.
Obraz przed oczami mi się zamazał, a potem stałam przed wielkim ekranem. Po mojej prawej stronie stał Fobetor a po lewej Will. Na ekranie zobaczyliśmy Mellisę błąkającą się po lesie.
-To jej sen?-szepnęłam do Willa. Fobetor odpowiedział
-To nie sen... To koszmar.
Jak na zawołanie ze wszystkich stron naszą przyjaciółkę napadły wilki. Dziewczyna krzyknęła i pognała przed siebie, w beznadziejnej i z góry przegranej ucieczce. Wilk o przerażających żółtych oczach skoczył na nią. Mellisa upadła na glebę i krzyknęła. Wokół niej zgromadziła się cała wataha. Rzuciły się na nią w jednej chwili. Przez dłuższą chwilę półbogini była poniewierana, rzucana o drzewa i gryziona. Temu wszystkiemu towarzyszył jej potworny krzyk. Nie mogąc patrzyć na krzywdę przyjaciółki zasłoniłam oczy dłoniami. Nie chciałam widzieć jak ginie. Po prawdzie wkręciłam się w jej sen bardziej niż mogłam przypuszczać. Wolałam nie myśleć co będzie ze mną...
-To nie jest prawdziwe. To się nie dzieje-uspokajał sam siebie brat dziewczyny z ekranu.
-To się dzieje.-zaprzeczył bóg koszmarów-W jej umyśle.
-Skończ to !-krzyknęłam
-Coś ty?Najlepszą zabawę zmarnować-roześmiał się-Poczekaj dopiero się rozkręca.
-Przestań!-wrzasnęłam
-Tylko ona może to skończyć-odparł tłumiąc śmiech na widok mojej rozpaczy. Wlepiłam oczy w ekran. Teraz widać było na nim Mellisę strzelającą z łuku do drakain wychodzących z Pięści Zeusa w Obozie Herosów.
-Bitwa w Labiryncie-szepnął syn Apollina-Wtedy poległ Lee Fletcher i ...
-Podczas filmu się nie rozmawia!-upomniał Fobetor szczerząc zęby w uśmiechu jakby wiedział co się stanie później w śnie Mellisy.
 Dziewczyna szyła z łuku obok innych walczących herosów. Widziałam blond czuprynę Willa wbijającego sztylet w serce jednego z potworów. Zauważyłam też Chejrona z wielkim łukiem, oraz Anabeth i Perciego biegnących obok siebie, wprost na wrogów. Moją uwagę przykuł też czarnowłosy dzieciak wzywający szkielety z pod ziemi za pomocą miecza ze stygijskiego żelaza. Nico di Angelo pomyślałam z odrazą i prychnęłam. Nagle mój wzrok znów przykuła Mellisa. Jakiś heros zapewne po stronie wroga, napadł ją z mieczem w dłoni. Dziewczyna miała tylko łuk więc zdecydowała się na odciągnięcie przeciwnika. Niestety on nie dał się zwieść. Kiedy dziewczyna rzuciła się do tyłu on rzucił mieczem. Myślałam ,że trafi półboginię ale z nikąd pojawił się gdzieś jasnowłosy chłopak i zasłonił ją. Ostrze trafiło prosto w serce. Mellisa krzyknęła rozdzierająco i jednym szybkim strzałem załatwiła wroga. Potem rzuciła się do chłopaka. Wymienili kilka słów ,których w wojennym zgiełku nie było słychać. Na koniec chłopak wydusił z siebie dwa słowa
-Kocham cię-po czym skonał. Mellisa rozpłakała się i długo szlochała w jego pierś dopóki nie podszedł do niej dawny Will i nie powiedział
-Mellisa musimy walczyć-położył jej rękę na ramieniu-Pomścimy go.
Po tych słowach syn Apolla wypowiedział jakieś błogosławieństwo po staro grecku i zamknął oczy zabitemu. Cała zapłakana blondynka wstała i morderczym wzrokiem zmierzyła przeciwników
-Nienawidzę tych gnojków
Wtedy wizja się urwała
-To był jej chłopak?-spytałam cicho. Will pokiwał głową
-Kastor. Syn Dionizosa. Strasznie przeżyła jego śmierć.
-Domyślam się.
-Zamknijcie się-warknął Fobetor i wlepił wzrok w ekran. Irytował mnie. Zachowywał się jakby oglądał ciekawy film, a to wszystko wydarzyło się na prawdę.
 Na ekranie znów zagościła zapłakana twarz Mellisy. Mówiła coś chłopakowi uderzająco podobnemu do Kastora.
-To Polluks. Bliźniak Kastora-szepnął Will
Na ekranie dziewczyna przekazała smutną prawdę o bracie, Polluksowi. Scena była smutna i traumatyczna. Chłopak nie mógł w to uwierzyć. Zaczął obwiniać Mellisę, a potem dziewczyna wybiegła. Pobiegła prosto na plażę i zatrzymała się tam. Wzięła jedną ze swych strzał i przycisnęła do nadgarstka. Chciała się zabić, ale nie mogła się przemóc. Nagle za jej plecami rozległ się głos który dobrze znałam. Chejron.
-Nie rób tego Melliso. To nie pomoże.
-Tylko tak się z nim zobaczę-wyszlochała dziewczyna i przybliżyła grot strzały do dłoni.
-Nie zobaczysz. On trafi do Elizjum. Samobójców czekają Pola Kary-rzekł poważnie centaur.
-Nie dam rady-Mellisa miała zatkany nos
-Musisz. Jeśli chcesz go jeszcze zobaczyć, musisz sobie poradzić.
-Nie wrócę tam!-wrzasnęła
-Wrócisz-odparł Chejron-Polluks nie powiedział tego specjalnie. Wcale nie myśli ,że to twoja wina.
-Myśli! Oni wszyscy tak myślą.
-Nieprawda. Wróć do nich to się przekonasz.
-Nic mi już nie pomoże-po tych słowach dziewczyna wbiła sobie strzałę w żyłe. Chejron złapał ją zanim upadła i z prędkością światła ruszył do Wielkiego Domu.
Zaczynałam rozumieć Mellisę. Jednocześnie byłam zdziwiona jak ta dziewczyna znajduje siłę by każdego dnia wstać, uśmiechać się i po prostu być. Nabrałam do niej szacunku.
Potem scena znów się zmieniła. Widziałam powstającą Gaję, wystrzelającego się z katapulty młodzieńca w stroju rzymskiego augura oraz różne inne okropieństwa. Następnie zobaczyłam namiot. Nasz namiot i Willa z Mellisą pogrążonych w poważnej rozmowie. Przypomniałam sobie ten dzień i moją głupią rozmowę z nim i spojrzałam na niego ukradkiem. Chłopak wydawał się zdenerwowany. Zerknął na mnie i przeniósł wzrok na zegarek na ręce Fobetora. Wlepił w niego wzrok jakby usiłował przyśpieszyć czas. Na ekranie odbywała się tym czasem rozmowa
-Nie możesz tego zrobić-mówiła Mellisa
-Muszę
-To ją złamie
-Jest silna. Wątpie czy to byłoby w stanie ją złamać.-odparł Will znękanym tonem
-Jesteście pewni ,że dobrze zinterpretowaliście tą wizję?-zapytała jego siostra.
-Tak! Jestem pewny! Muszę to zrobić! Kastor zrobił to samo dla ciebie!-wrzasnął po czym spojrzał z przeprosinami na pobladłą dziewczynę-Przepraszam.
-Nie ma za co. Mam nadzieję ,że nie będziesz musiał ...
-Koniec!Czas stop!-wrzasnął Will obok mnie.
-Czekaj!-przerwałam ale ekran już się wyłączył. Znaleźliśmy się znów w tym dziwnym pokoju, a Mellisa wstawała wstrząśnięta z łóżka.
-Co miałaś mu powiedzieć?-spytałam szybko. Dziewczyna spojrzała na mnie z przerażeniem nie wiedząc co powiedzieć, ale Will szybko położył się na łóżku i powiedział do siostry
-Przysięgłaś ,że nie powiesz.-po czym spojrzał na Fobetora-Teraz ja. Zabraniam im patrzeć
-Czekaj, Co?!-krzyknęłam wściekła, ale on zamknął oczy. Fobetor wzruszył ramionami i zniknął.
-Powiedz, proszę.
-Nie mogę Maro. Jak przyjdzie czas sama się dowiesz-odparła i usiadła na stołku, widocznie dalej wstrząśnięta snem.
-Świetnie!-wrzasnęłam po czym na mojej ręce zapalił się ogień. Cisnęłam nim w podłogę a następnie zalałam wodą i usiadłam pod ścianą. Na powrót Willa czekałyśmy w milczeniu. Krzyczał przez sen. Po niecałych dwóch godzinach obudził się, a Fobetor znów się pojawił zanosząc się śmiechem.
-Ty to masz się czego bać!-zachichotał-Jestem wprost wybitnie rozbawiony.
Nie mówiąc nic szybko podeszłam do łóżka, położyłam się i warknęłam
-Oni tu zostają-. Zamknęłam oczy i zasnęłam
                                           Znalezione obrazy dla zapytania will solace percy jackson
Na dzisiaj tylololololo xd Mam nadzieję ,że nie jest tak źle huehuhueuhue

piątek, 8 kwietnia 2016

Własna mara

Obudziła mnie Mellisa. Razem z bratem już nie spali i jedli śniadanie. Dołączyłam do nich, siadając jak najdalej Willa, wobec czego prawie wypadałam na śnieg. Syn Apollina spojrzał na mnie badawczo ,ale nic nie powiedział. Kiedy w milczeniu skończyliśmy posiłek, szybko zwinęliśmy namiot do torby Willa i wyruszyliśmy w dalszą drogę.
Po kilku godzinach wędrówki delikatnie mówiąc zgubiliśmy się. Nie wiedzieliśmy gdzie mamy iść, lecz nie wynikało to ze stanu naszych mózgów. Czuliśmy się raczej jakby cały czas coś nas dekoncentrowało, przez co szliśmy w kompletnie innym kierunku niż na prawdę mieliśmy iść. Błąkaliśmy się tak przez kilka dni, aż w końcu natrafiliśmy na wielką jaskinię, oświetloną pochodniami. Wobec braku jakiegokolwiek innego pomysłu weszliśmy tam. Nagle w jaskini zaroiło się od wilków. Córka Apollina zaczęła krzyczeć. Wszyscy byliśmy przerażeni ale zorientowałam się ,że wataha gromadzi się wokół, oraz warczy głównie na blondynkę. Mellisa cała dygotała, a jej potworny wrzask niósł się po całej jaskini. Zamiast próbować uciekać dziewczyna została przyparta do ściany tuż obok pochodni ,która nadawała jej wygląd zjawy z koszmarów. Zaczęłam na prawdę bać się o przyjaciółkę.
-Mellisa uspokój się !-przekrzykiwałam ją- Nie wrzeszcz tak!
Córka boga muzyki ucichła, ale dalej słyszałam jej drżący oddech i widziałam jak trzęsła się ze strachu, wpatrzona ogromnymi jak spodki, przerażonymi oczami w wilki.
-Dobrze-pochwaliłam ją. Mój plan polegał głównie na uciszeniu jej, a kiedy to się udało nie miałam pomysłu co dalej robić, więc inicjatywę przejął Will.
- Podejdź tu. Spokojnie. Nic ci nie zrobią-powiedział cicho. Blondynka wlepiła w niego przerażony wzrok i gwałtownie pokręciła głową
-N...n...nie wejdę tam!-głos jej drżał z emocji. Wtedy zrozumiałam. To było jak koszmar. To nie działo się na prawdę. Coś, a może ktoś chciał byśmy widzieli to czego najbardziej się boimy, tak jak w najgorszym koszmarze. Spotkanie z własną marą. Marą ze snów. To było to! Zanim zdążyłam się odezwać w oczach Willa błysnęło zrozumienie
-Czy myślisz, że ...-nie dokończył zdania, bowiem nagle wpatrzył się w coś koło moich stóp. Spojrzałam w dół, a zlękniony chłopak zaczął się gwałtownie cofać. Tuż obok moich nóg, pełzła szybko gromadka boa dusicieli. Nigdy jakoś specjalnie nie bałam się węży ale domyślałam się co musi czuć Will skoro węże wprawiały w nim strach. Blondyn również oparł się plecami o mur i mamrotał pod nosem
-To nie prawda...to nie żyje-po czym uchylał powieki by sprawdzić czy jego potwory dalej ku niemu sunął. Jak na razie tylko ja zachowywałam jasność umysłu, więc przemówiłam
-Spokojnie. Pamiętajcie to nie jest prawdziwe, to jest sztuczne. Myślcie o czymś wesołym, zabawnym, o Obozie Herosów! O czymkolwiek na bogów!-wykrzyknęłam.
Mellisa zdołała chociaż troszkę się opanować i niepewnie zrobiła maleńki kroczek w moim kierunku na nogach jak z waty. O dziwo najbliższy wilk wbijając w nią spojrzenie nienawistnych żółtych ślepi zniknął.
-O to chodzi!-wykrzyknęłam-Już prawie się uda...
Wtedy właśnie stała się jak na razie najgorsza z możliwych rzeczy.....Zgasło światło. Zaczęłam wrzeszczeć. Mój umysł i opanowanie nagle jakby gdzieś się ulotniły. Starałam sie zmusić nogi do biegu ale nie byłam w stanie. Zaczęłam się powoli cofać, ale coś lodowato zimnego otarło mi się o łydkę. Wrzasnęłam jeszcze głośniej i uskoczyłam do przodu. Mimo mroku zaczęłam się nerwowo rozglądać. Po mojej prawej stronie zobaczyłam parę żółtych ślepi wpatrzonych we mnie ze złością. Obok pojawiły się kolejne pary, i kolejne. Nie dbałam juz co to może być. Chciałam jak najszybciej uciec. Odwróciłam się i zmusiłam się do pognania przed siebie, ale w biegu z całej siły zderzyłam się z kimś biegnącym z drugiej strony. Upadłam na posadzke i starałam się odczołgać jak najdalej. Zatrzymałam się słysząc znajomy głos
- Mara spokojnie jesteśmy tu. - Will dotknął mojej dłoni i poddźwignął mnie na nogi. Tuż koło niego usłyszałam głos Mellisy
-Wynośmy się stąd. Mam tego dość-chodź starała się zgrywać pewną siebie, to leciutkie drżenie głosu wciąż przypominało ,że dziewczyna jeszcze nie do końca wyszła z szoku. W ciemności chwyciłam za ręce zarówno ją jak i Willa. Wraz z dotykiem ciepłego i żywego człowieka, cały strach gdzieś nawiał i byłam już spokojna. Nie wiem do końca czemu ale wszyscy na raz wypowiedzieliśmy słowa
-Już się nie boję
W tamtym momencie światło rozbłysło, wilki i węże znikły a my znaleźliśmy się w czymś co wyglądało jak sypialnia dziecka. Przed małym łóżkiem stała gigantyczna mahoniowa szafa. Zza jej cienia wynurzył się jakiś mężczyzna. Pomimo tego ,że nie było już ciemno nie był zbyt wyraźny. Zdawał się jakby pochłaniać światło. Jakby być rozmazany cały czas. Mimo to widzieliśmy jego szarą jak cement skórę, długie czarne włosy i okrutny błysk w białych oczach. Kiedy mówił wzbudzał we mnie jakby dziwną obawę.
-Jestem rozbawiony- rzekł aksamitnym, szyderczym głosem- Wręcz ukontentowany. Absurdalność sytuacji jest wprost wyśmienita! Kogóż my tu mamy. Przedstawcie się dzieciaki.
Popatrzyliśmy po sobie i nie widząc innej opcji powiedzieliśmy swoje imiona.
-Wasi rodzice was tak zostawili? Kim są? Z chęcią ich sprowadzę by mogli patrzeć na strach swych pociech
-Kim jesteś gburowaty durniu?- spytałam ostro- Powiesz coś o sobie ,czy umiesz tylko zadawać pytania?
-Zadziorna jesteś. Może powiem, a może nie.
-Od czego to zależy-zapytała Mellisa
-Od tego ile wiesz skarbeczku- odpowiedział, ale w jego głosie czaiła się chytra nuta.-Od tego czy wiesz co to ból, cierpienie, koszmary....
-Ja wiem-spojrzałam wprost w jego białe źrenice. Z tego co zdążyłam wykalkulować zanim się rozmazał, zrobił sztucznie smutną minę
-No może faktycznie wiesz córko Posejdona
Zamurowało nas
-Skąd wiesz, k...kim  ona jest?-wyjąkała Mellisa
-Ja wiem wszystko drogie dziecko-wlepił w nią przeszywający wzrok- Wiem wszystko o tobie, twoich koszmarach, twoich najgorszych lękach. Myślisz ,że poznałaś dobrze koszmary? Mylisz się. Koszmar to coś więcej niż senna iluzja. To cała prawda o tobie. Koszmarem jest twój lęk. A każdym koszmarem jestem ja.
-Fobetor-syknęłam, a bóg koszmarów zrobił zdziwiona minę.
-Ta tutaj mnie zna. Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali?
-Nie miałam nieprzyjemności-warknęłam-Skoro tak wszystko wiesz to po co pytałeś o imiona?
-Pomyślałem ,że tak będzie bardziej cywilizowanie. Gdybym od razu was nazwał moglibyście być zaskoczeni...
Nastała chwila ciszy, po czym odezwał się Will
-Według naszej przepowiedni drogę do celu naszej misji ma wskazać nasza własna mara. To ty? Pokażesz nam?
-Zaraz zaraz-odparł syn Hypnosa boga snów- Przepowiednia, misja? Jaki barbarzyńca wysłał niewinne dzieciaczki na śmiertelną misję? Co za okrucieństwo. Wolałbym posłać wam jakiś mało przyjemny koszmarek i patrzeć jak skręcacie się ze strachu-westchnął radośnie- Mówię wam nie ma lepszej rozrywki.
-Ubaw po pachy- mruknęłam ,a Fobetro pokiwał energicznie głową
-Żebyś wiedziała. Gdybyś widziała swoją twarz jak ściągnąłem na ciebie koszmar o tych oślizgłych, śmierdzących...
-Dość-krzyknęłam-Pokażesz nam drogę? W ogóle ją znasz?
- Znam, znam. Ale czy pokaże? To już zależy od was.
-Konkretnie?-Mellisa uniosła wysoko brwi
-Od tego ile jesteście gotowi zapłacić za moją pomoc.
-A ile chcesz?-spytał syn Apolla.
Fobetor wzruszył ramionami.
-Może na początek trzydzieści tysięcy złotych drachm, swój własny posąg naturalnej wielkości, trzydzieści mieczy z cesarskiego złota i pięćdziesiąt kilogramów niebiańskiego spiżu. A potem..
-Nie mamy tyle-odparł chłopak
-No to macie problem. Będę musiał was zabić...
-Czekaj-wrzasnęłam- Po co takiemu wielkiemu i potężnemu bogowi jak ty rzeczy materialne?Przecież masz tego pełne komnaty... Co powiesz na dar innego rodzaju?
-A więc mamy pierwszą kontrofertę. Uwielbiam się targować. Mów co to?
-Co powiesz na niezapomnianą zabawę, rozrywkę którą będziesz wspominał przez następne stulecia, na brawurową akcję i pokaz twojej prawdziwej potęgi?
-Słucham.
-W zamian za informację gdzie mamy pójść położę się na tym łóżku a ty sprowadzisz na mnie najstraszniejszy koszmar jaki zdołasz wymyślić.
-Słaba oferta-bóg wydawał się niepocieszony.
-Pomyśl tylko.-zachęcałam- będziesz przez długie godziny oglądał przerażenie na mojej twarzy, bezsilność i całkowite owładnięcie snem!
-No może...-zamyślił się.
Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę co ja zamierzałam zrobić i przestało wydawać mi się to takim świetnym pomysłem. Mimo to brnęłam dalej.
-Całe dwie godziny...
-Dobrze ale mam kilka zmian.-zgodził się.
-Teraz to my słuchamy
-Potrzebuję urozmaicenia. Wobec tego ściągnę najgorsze koszmar na każdego z was. Każdy wytrzyma po 5 godzin inaczej umowa nie ważna.
-5 godzin ci się znudzi-zapewniał Will
-To mi sie nigdy nie znudzi- odparł Fobetor.
Spojrzeliśmy po sobie zrezygnowani
-Zgadzamy s...-zaczęła Mellisa ale wpadłam jej w słowo
-2 godziny!
-Ostro się targujesz-przyznał bóg- cztery.
-Dwie i pół
-Trzy!
-Dwie i 45 minut?-zaproponowałam
-No dobrze -przystał bóg i uścisnął po kolei nasze dłonie. Jego palce były lodowate i szorstkie
-Kiedy?-spytał Will
-Za momencik, muszę tylko gdzieś szybciutko się ulotnić-odparł szybko bóg - Zaraz wracam
Po tych słowach rozpłynął się w nicość. Popatrzyliśmy na siebie, a Mellisa westchnęła
-W co myśmy się wpakowali...
                                 Znalezione obrazy dla zapytania fobetor
Kolejny nexcik się kończy. Postaram się dodać kolejny jutro ale mam egzamin z bierzmowania i nie wiem czy się wyrobię. Na pewno będę próbować... Co myślicie o drugim blogu?
:*
Papatki!
MPML

czwartek, 7 kwietnia 2016

Nie ma to jak wejść w jezioro...

Na Antarktydę lecieliśmy około czterech godzin, podczas których głównie spaliśmy. Raz Will musiał na chwilę wyjść bo dostał nagły prywatny iryfon. Po powrocie widać było desperację na jego twarzy. Spojrzał na mnie z jakimś dziwnym żalem i zdenerwowany patrzył przez okno. Próbowałyśmy wypytac go o co chodziło ale zarzekał się ,że nie morze powiedzieć. Po tym wszystkim zrobił się jeszcze bardziej milczący. Ja i Mellisa też poddałyśmy sie w zagajaniu rozmów. Jakoś nie uśmiechała nam się rozmowa o śmiertelnie niebezpiecznej misji podczas której prawdopodobnie zginiemy, w pobliżu nieświadomych żadnego niebezpieczeństwa śmiertelników. Poza tym każda rozmowa, o czymkolwiek kończyła się tematem śmierci i walki. Nie nastrajało nas to optymistycznie. Samolot wylądował w jakiejś dziurze pełnej śniegu. Nie wiedząc co możemy zrobić ,poszliśmy wprost na północ. Przed siebie.
-Pomyślcie tylko-zagaiła rozmowę Mellisa. Próbowała też przez cały lot co nie bardzo jej wychodziło-W końcu znajdziemy się na czubku świata. Dosłownie.-od początku była sympatyczna i podnosiła nas na duchu ale jedno mnie w niej denerwowało. Nie potrafiła siedzieć cicho.
-Wolę nie myśleć co się stanie na tym czubku- burknął Will.
-Oj daj spokój-szturchnęłam go-Właśnie bierzesz udział w przerażająco niebezpiecznej misji, jesteś cały zdenerwowany, zaraz zaczniesz rozwalać stada potworów. I kto wie. Może jeszcze jakiś cie zje!
-Ubaw po pachy.... Widzisz jak się ciesze?-uśmiechnął się sztucznie.
-Ale wiesz czego ci inni zazdroszczą?
-Czego?
-No jak to-udała zdziwienie Mellisa- No przecież z nami idziesz.
Po tych słowach obie się roześmiałyśmy i przybiłyśmy sobie niezdarną piątkę, rękami okutanymi w narciarskie rękawice. Will przewrócił oczami.
-Na pewno skręca ich z zazdrości-mruknął
-I tego się trzymajmy.
Szliśmy jeszcze chwilę po pozbawionym drzew polu, gdy nagle coś pode mną pękło. Zamarłam. To "pole" mogło wcale nie być polem...
-Nie ruszaj się-ostrzegł Will
-No co ty?-odparłam zirytowana-Nie wpadłabym na to...
Zignorował moją uwagę i bardzo powoli przykucnął. Przez chwilę odgrzebywał śnieg leżący obok niego, po czym zaklął po starogrecku.
-Weszliśmy na jezioro...
-Vlakas-mruknęła córka Apolla, co oznaczało nazwanie samej siebie idotą. -Jesteśmy kretynami! Przecież tu nawet drzew nie ma!
-To Antarktyda idiotko...Tu nie powinno być drzew.
-A tym czasem jezioro pęka-zwróciłam uwagę. Will wstał
-Mara przesuń leciutko nogę w bok i najdelikatniej jak możesz podejdź tu.
Zwykle nie przyjmuje poleceń od nikogo, lecz tym razem posłuchałam. Na palcach przeszłam tuż obok niego. Stwierdziliśmy, że lepiej jak najszybciej dojść do brzegu więc ruszyliśmy w bok, ostrożnie stąpając i nasłuchując. Nie minęła minuta ,aż pod nami znów coś się poruszyło. Przykucnęliśmy a ja odgarnęłam śnieg. Ujrzałam....ciemność. Wszystko byłoby okej gdyby ta "ciemność" się nie poruszała.
-Nie chcę was martwić-oznajmiłam-Ale coś pod nami jest.
-Co?-niedowierzała Mellisa.
-Chodź i zob...-wtedy całe jezioro się zatrzęsło ,a my głośno opadliśmy na lód. Kilka metrów od nas lód pękł, a spod niego wynurzyła się gigantyczna czarna głowa, a potem tułów...
-Wąż morski-szepnęłam. Wiedziałam o nim sporo dzięki Atenie, ale wiedziałam ,że najlepszą taktyką w przypadku spotkania jest ucieczka. Pogoniłam towarzyszy, odwróciliśmy się i uciekaliśmy ile sił w nogach tym razem nie zważając na pękający pod stopami lód. Podczas naszej głupiej ucieczki potwór najnormalniej w świecie zanurkował z powrotem i wyłonił się tuż przed nami. Mellisa ,która biegła pierwsza nie zdążyła wyhamować i z potwornym wrzaskiem wpadła w węża. Gdyby w ostatniej chwili się nie odturlała zostałaby pożarta, ale mimo tego bestia uderzyła ją z całej siły swym ogromnym cielskiem. Dziewczyna straciła przytomność a wąż z powrotem zanurkował. Mellisa wpadła za nim do lodowato zimnej wody. Nieprzytomna. Zerknęliśmy na siebie z Willem i jednocześnie powiedzieliśmy
-Ty ratujesz ja atakuję- nim mój przyjaciel się odezwał odwróciłam się i pognałam tam gdzie według moich szacunków zwróciła się bestia. Chłopak zanurkował za swoją przybraną siostrą. Biegłam dalej cały czas gotowa na to ,że wąż wyskoczy tuż przede mną. Tak zrobił. Zamiast zahamować i biec w przeciwną stronę, nie zwalniając ani trochę ominęłam jego paszczę naszpikowaną ostrymi zębami i wskoczyłam na niego, wyciągając po drodze miecze. Wbiegłam po jego szyi (czy jak to się tam nazywa w przypadku węża) i z całej siły wbiłam mu je w kark. Zamiast zginąć natychmiast, jak podejrzewałam, ten oślizgły gad strzepnął mnie z grzbietu i zanurkował. Gruchnęłam o lód i chwiejnie podniosłam się na nogi. Czułam ból w lewym nadgarstku ale mimo to ruszyłam do dziury w której zniknął. Nie mogłam przypomnieć sobie jego słabego punktu ale gdzieś za mną rozległ się krzyk uratowanej Mellisy
-W oczy! Celuj w oczy!- nie myśląc za dużo wskoczyłam do wody. Na chwilę sparaliżowało mnie potworne zimno ale po chwili otrząsnęłam się i nakazałam prądom ponieść mnie za potworem. Dzięki temu ,że moim tatą jest Posejdon woda od razu uleczyłam mój nadgarstek. Szybko znalazłam się obok stwora i oparłam się o jego grzbiet. Miałam już wyszarpnąć miecze gdy wąż nagle skoczył w górę. Przytrzymałam się ich gwałtownie i wyskoczyłam na powierzchnie razem z gadem. Dopiero wtedy wyciągnęłam ostrza i zeskoczyłam na ziemię. Unikając jego zębów obróciłam się i rzuciłam ostrzem z niebiańskiego spiżu. Trafiło idealnie w środek prawego oka węża. Potwór zaryczał przerażająco i skierował na mnie swoją olbrzymią paszczę. Jego łeb wystrzelił w moim kierunku, a ja upadłam na lód czekając ,aż wielkie zębiska rozgniotą mnie na miazgę. Kiedy nic się nie stało odważyłam się zerknąć. Przede mną zobaczyłam otwartą ale nie poruszającą się głowę. Wstałam i zobaczyłam ,że z lewego oka węża sterczy złota strzała. Odwróciłam się i kilkanaście metrów za sobą zobaczyłam siedzącą, drżącą Mellisę i stojącego nad nią Willa z łukiem w dłoni. Podbiegłam tam cała mokra i zdyszana i również opadłam na ziemię.
-Trzymaj- Will podał mi duży koc, który wyciągnął zapewne z pozapszestrzennego schowka który miał. Wiecie, taki  z pozoru mały plecaczek, a pomieści więcej niż sklep budowlany, nie przybierając przy tym na wadze. Dopóki nie owinęłam się kocem nie czułam jak bardzo było mi zimno ; w przeciwieństwie do brata nie umiałam być sucha na zawołanie. Cała drżałam. Podniosłam wzrok na tak samo mokrego przyjaciela i wydyszałam
-Dzięki
Wzruszył ramionami i sam zarzucił sobie koc na plecy
-Nie ma za co. Jakbyś nie odwróciła jego uwagi nie miałbym czystej linii strzału.
-Mówię o kocu głupku-zaśmiałam się-Ale za tamto też dzięki.
Will wzniósł ręce do nieba
-Uratowałem dziewczynie życie, przed żądnym krwi wężem morskim a ta mi dziękuje za koc!
-Poradziłabym sobie-parsknęłam
-Leżąc na lodzie i zakrywając się rękami?
Nie mając lepszych argumentów podniosłam wyżej głowę i szybko wstałam
-Musimy iść.
-T...t....t....tak-wyjąkała Mellisa ze szczękającymi zębami. Brat pomógł jej wstać i podał jej swój koc tłumacząc ,że wcale nie jest mu zimno. Tak szybko jak to było możliwe zeszliśmy z jeziora. Na skarpach daleko na wschodzie zobaczyliśmy stado pingwinów. Ominęliśmy je i znaleźliśmy się na polanie otoczonej wzgórkami i skarpami. Było już późne popołudnie (na Antarktydzie) a słońce chowało się za horyzontem. Rozbiliśmy namiot i usiedliśmy na jego brzegu jedząc ambrozjowe ciastka i jakieś bułeczki od Chejrona.
Spojrzeliśmy po sobie
-Wyglądacie jak zmokłe kury-skomentował Will, czym zasłużył sobie na mocnego kuksańca w żebra
-Ty też nie lepiej braciszku-uśmiechnęła się słodko blondynka, odlepiając mokre kosmyki od twarzy. Moje włosy wyglądały pewnie jakbym wylała na nie wiadro oliwy i specjalnie poplątała, ale szczerze mówiąc nie obchodziło mnie to. Po zjedzeniu posiłku ustaliliśmy warty. Najpierw ja, potem Will, a na końcu Mellisa. Kiedy reszta grupy poszła odpocząć, ja siedziałam dalej na brzegu namiotu z mieczami u boku. Potarłam ramiona. Chociaż nie należy do najwygodniejszych, brakowało mi mojej zbroi. Czułam się taka...bezbronna. Zupełnie jakby jej brak przestał czynić mnie wojowniczką...Objęłam rękami kolana i wsparłam o nie brodę. Zamyśliłam się nad słowami przepowiedni i "własną marą" którą na pewno nie był wąż, kiedy w końciku oka zauważyłam jakiś ruch. Chwyciłam miecze i przeszyłam lecącą wprost na mnie i wyciągającą szpony zmutowaną czarno-szarą sowę o dwóch głowach. Podobnie załatwiłam cztery kolejne które przyleciały. Oprócz nich do końca mojej warty nie działo się nic nadzwyczajnego.Siedziałam zamyślona, kiedy poczułam rękę na ramieniu. Błyskawicznie chwyciłam ostrze i wycelowałam je w kogoś za mną. Tym kimś okazał się Will. Zażenowana spojrzałam na mój miecz przy jego gardle i oderwałam od niego połyskujące w blasku księżyca cesarskie złoto.
-Sorry. Taki odruch...
-Bardzo dobry odruch-zauważył-Działo się coś ciekawego?
-Oprócz pięciu zmutowanych, chcących mnie zabić sów to nie.
-Nic ci nie jest? Czemu nie wołałaś?
Zdenerwował mnie tymi pytaniami
-Nie nic mi nie jest, a poza tym nie jesteś moją niańką i nie muszę wołać cię za każdym razem
-Okej, okej nie wkurzaj się tak- uniósł ręce w górę-Moja kolej
-Co?
-No, na wartę-przypomniał mi
-Nie chce mi się spać, posiedzę chwile z tobą.
-Musisz się wyspać. Nie będziesz miała siły walczyć z wielkimi wężami.
-Tiaaa....Wolałabym tego nie powtarzać
-Ja zdecydowanie też nie- mrugnął do mnie i zaczął rozmowę- Tak w ogóle, to byłaś niesamowita. Wiesz z tym wskoczeniem za potworem do wody i rzuceniem miecza...
-Każdy by zrobił to co ja..
-Nie każdy. Większość by stchórzyła. Ja też
Na te słowa zarumieniłam się jak wściekła i schowałam twarz we włosach.
-Na pewno też byś tam wskoczył.
-Pamiętasz co ci mówiłem wtedy, w mrowisku?
-Że boisz się węży?
-Tak. Sama widzisz. Za czymś innym może, po głębszym zastanowieniu bym wskoczył, ale nie za wężem...
-Ale mimo wszystko strzał był ładny. Chyba przyciąłeś mi końcówki.
Zaśmiał się
-Wybacz. Tylko tak oko było na linii strzału...
-A jakbym się ruszyła?
-To bym cię trafił, a zaraz potem byśmy cię uleczyli, chyba że zjadłby nas potwór.
-A co jakbyście nie zdążyli mnie uleczyć?
Spojrzał na mnie poważnie i powiedział
-Nigdy bym cię nie skrzywdził.
-Ale nieświadom...
-Nigdy-przerwał mi, po czym dodał wciąż wlepiając we mnie spojrzenie niebieskich oczu- Przysięgam na Styks.
-Will, to bardzo poważna przysięga- zaoponowałam-Cofnij to.
-Nie. Nie zrobię nic co mogłoby cię na dłuższą metę skrzywdzić.
-Nie potrzebuję opieki-naburmuszyłam się-Nie jestem dzieckiem
-Kim jak kim, ale dzieckiem na pewno nie jesteś- spojrzałam na niego badawczo
-Co to niby miało znaczyć?
-Dzieci nie rozwalają potworów tak łatwo, jakby robiły sobie kanapkę.
Roześmiałam się
-No może faktycznie nie...
-Idź już spać.
-Nie chcę.
-Wyglądasz na zmęczoną.
-Chcesz powiedzieć ,że wyglądam brzydko?!-udałam złość, ale w moich oczach błyszczały iskierki rozbawienia. Doskonale zdawałam sobie sprawę jak wyglądałam.
-Na stare skarpetki Hadesa! Nie to miałem na myśli.
-Akurat-mruknęłam ledwo powstrzymując się od śmiechu.
- Słuchaj-złapał mnie za podbródek i zmusił do spojrzenia mu w oczy- Jesteś inteligentna, zabawna i piękna. Jak nie wierzysz mogę nawet przysiądz.
-Nie trzeba. Na prawdę tak myślisz?-teraz byłam już całkiem poważna.
-Z reguły nie kłamię. A tak w ogóle, fajny rumieniec.
Wyrwałam mu się i odwróciłam głowę. Po chwili, gdy znów na niego spojrzałam, ze smutkiem w oczach patrzył w ziemię, pogrążony w myślach.
-Znajdziemy go.-powiedziałam. Spojrzał na mnie zafrasowany i jakby zdenerwowany
-Mam nadzieje...
Przytuliłam go. To było jakieś takie, spontaniczne. Chwilę później oderwałam się od niego i chwyciłam go za podbródek tak jak on wcześniej mnie.
-Znajdziemy go słyszysz? Na pewno
Po tych słowach nasze twarze zaczęły się zbliżać. Will pochylił się do mnie, a nasze twarze dzieliły centymetry. Nagle, przerywając tą chwilę, oderwał się. Starałam się ukryć zawód. Odsunęłam się od niego i wstałam.
-Chyba faktycznie pójdę spać...
-Mara, ja....
-Dobranoc
Weszłam do namiotu. Zrobiło mi się przykro i łzy napłynęły mi do oczu ale je powstrzymałam. Nie będę płakać! A już na pewno nie przez to ,że się głupio zadurzyłam! Chwila....Ja się nie zadurzyłam!Chociaż, może...Nie !Odepchnęłam od siebie te myśli, położyłam się w śpiworze i zmusiłam swoje ciało do odprężenia. Z mózgiem pełnym wątpliwości zasnęłam, czekając na nowy poranek. Nowy dzień. Nowe przygody.
                                  Znalezione obrazy dla zapytania wąż morski
Szykujcie sobie ciastka, kakao i kocyk, bo najlepsze a zarazem najgorsze jeszcze przed nami huhuhuhuh.
Papa!
MPML

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Dlaczego zawsze ja?!

 Kiedy Leo i Festus nas odnaleźli odetchnęłam z ulgą. W beznadziejnej walce z myrmekami nie mieliśmy najmniejszych szans. Gdybym tylko nie była brudna, głodna, śpiąca i nie wisiała do góry nogami czułabym się cudownie.
-Leo! Jak właściwie nas znaleźliście?!- krzyknęłam
-Cały obóz szuka was po lesie, a ja i Jason z powietrza! Ledwo co was zauważyłem. Chejron jest załamany i nie może sobie darować ,że was zgubił! Myśli właśnie jak powiedzieć to bogom!
-To leć szybciej-wrzasnął Will przekrzykując wiatr-Bogowie nie mogą się dowiedzieć!
-Ach,stary! Nie wiesz o co prosisz!-zaśmiał się wariacko i wprowadził Festusa w tak szybki lot,że oczy zaczęły nam łzawić a Will wrzeszczał jak opętany. W mgnieniu oka znaleźliśmy się nad obozem. Czułam powracające siły, więc kazałam Festusowi mnie puścić i poleciałam do Wielkiego Domu. Zastałam tam zdenerwowanego, chodzącego w kółko Chejrona, zapłakane Piper i Anabeth oraz trzymającego się za włosy Perciego. Wydawali się szczerze załamani. Myślałam nad siedzeniem w krzakach jeszcze chwilkę i trzymaniem ich w niepewności ,ale uznałam ,że byłoby to zbyt okrutne. Wobec tego wyszłam zza drzew i krzyknęłam
-Stęskniliście się?!-ich miny były bezcenne. Mój brat podbiegł i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku.
-Jeszcze raz odważysz się zgubić to pożałujesz- wyszeptał mi do ucha. Roześmiałam się i oddałam uścisk. Potem przytuliły mnie jeszcze Anabeth i Piper podczas gdy Chejron stał zszokowany i wpatrzony w moją cudowną osobę. Po chwili z jego twarzy zniknął uśmiech i świsnął w powietrzu centaurzym ogonem.
-A Will?-zapytał drżącym głosem
-Nic mu nie jest-uspokoiłam go -Leo nas znalazł.
-Gdzie byliście-spytała Anabeth
Opowiedziałam im wszystko. Potem czekały nas tylko niekończące się powroty zrezygnowanych po nieudanych poszukiwaniach obozowiczów i ich radość że jednak nic nam nie jest. W końcu po męczących przywitaniach poszliśmy się umyć i przebrać. Kiedy to zrobiliśmy Chejron zapowiedział ognisko. Po raz pierwszy miałam zobaczyć tam ich wyrocznię delficką, niejaką Rachel Elizabeth Dare. Percy poinformował mnie ,że przez pewien czas jej wieszcza moc była nieczynna, ale od kiedy Apollo znów pokonał Pytona wyrocznia działa jak zwykle. Faktycznie. Bóg muzyki wspominał coś o tym w iryfonie. Gdy wszyscy stłoczyliśmy się wokół ogniska przybyła. Spodziewałam się jakiejś dorosłej kobiety, wyglądającej jak Afrodyta, ale okazała się być zwykłą nastolatką o rudych kręconych włosach, podobnych do moich i piegach. Jej znoszone szorty pokrywały narysowane markerem rysunki piramid, bazylik, ludzi i potworów. Dało się po nich poznać ,że dziewczyna ma wielki talent. Przedstawiłam się jej i chwilę rozmawiałyśmy o rysunkach i malarstwie, ponieważ też zadrzało mi się tym parać, więc wiem co nieco. Po zjedzeniu kiełbasek mieliśmy rozchodzic się do domków, a Rachel do siebie, gdy nagle jej oczy zrobiły się jaskrawo zielone a wokół stóp zgromadziła się zielona mgła. dwaj synowie Aresa posadzili ją na trójnożnym stołku, po czym ze spokojem czekali. Widocznie plucie zielonymi oparami jest tu normalne. Ja jeszcze nigdy nie słyszałam przepowiedni wypowiedzianej przez wyrocznię więc zbliżyłam się by lepiej słyszeć. Rachel zachowywała się jak w transie. Obróciła powoli głowę w stronę grupki chłopaków od Apollina i przemówiła wężowato-syczącym głosem
-Zbliż się szukający odpowiedzi i pytaj.
Ku mojemu zaskoczeniu z tłumu wyszedł Will Solace i nerwowo spytał
-Co się stało z naszym ojcem. Czemu nie odpowiada na modlitwy?
Wyrocznia delficka wyprostowała się jak struna i wypowiedziała przepowiednię
               Najdalsza północ spętanego karą,
              Drogę wskaże spotkanie z własną marą
              Ziemię nieuchronnie trzeba będzie poruszyć
              by cierpienia uwięzionego zagłuszyć
              Śmiercią pachnie przyjaciela zdrada
              przez mrocznego pana dla wybranej dana
Po tych słowach Rachel się ocknęła. Chejron głośno wypuścił powietrze z płuc i powiedział
-Chyba wobec tego trzeba ogłosić misję-popatrzył na wszystkich ponuro-Tradycyjnie trzy osoby.
-Ja pójdę-zgłosiłam się zrezygnowana. Wszyscy spojrzeli na mnie zdziwieni więc wytłumaczyłam-Ziemię trzeba będzie poruszyć. Tylko ja panuję nad ziemią ,więc muszę iść...
-Mara, nie pójdziesz-zaoponował Percy-Śmierć dla wybranej zadana. To oczywiste ,że jesteś wybraną. Zabraniam ci tam iść i umrzeć.
-Percy-mój głos trząsł się ze złości. Nienawidziłam gdy się tak rządził.-Nie rozkazuj mi. Przez siedem cholernych lat radziłam sobie doskonale bez twojego dyrygowania mną, więc i tym razem podziękuję.
Chyba go to zabolało, bo popatrzył na mnie urażony.
-Po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało. Dopiero się odnaleźliśmy...
Na te słowa uspokoiłam się. Lekko się uśmiechnęłam i spojrzałam na niego
-Nie martw się braciszku, tak łatwo się mnie nie pozbędziesz... Jeżeli mam zginąć to ja wybiorę kiedy i w jakich okolicznościach to nastąpi. A poza tym mam przecież walczyć z Chaosem. Ktoś go musi zmiażdżyć...
Na dźwięk jego imienia wokół nas zrobiło się ciemniej ,a po niebie przetoczył się grom. Chyba pierwszy raz ktoś wypowiedział imię naszego wroga głośno. W sumie cieszę się ,że byłam to ja. W końcu na pewno nie wygram z wrogiem ,którego imienia boje się wymówić.
-Nie powinnaś zwracać na siebie jego uwagi- upomniał mnie Chejron
-Zwracam jego uwagę samym oddychaniem!-wykrzyknęłam -Tego też mi zabronisz?!
Z moich palców wystrzeliła iskra. Szybko schowałam ręce do kieszeni, ale nie umknęło to jego uwadze.
-Uspokój się. Mówię tylko żebyś zwracała jego uwagę tak rzadko jak to możliwe
-W końcu będę musiała ją zwrócić-mruknęłam
-Ale nie teraz-zakończył dyskusję Chejron i zwrócił się do reszty-Jeszcze dwoje kandydatów...
-Ja-zgłosił się Will-To mi wyrocznia kazała pytać a poza tym dobrze walczę i oślepiam przeciwników. To się może przydać...
-Kto jeszcze?-spytała Clarise.
-I Ja!-wykrzyknęli jednocześnie córka Apolla Mellisa, Jason i Percy.
-Percy nie jedzie!-krzyknęłam, czym zasłużyłam sobie na piorunujące spojrzenie brata- Przykro mi braciszku, ale najszybciej będzie samolotem, a ty i latanie to nie za dobra kombinacja.
-Wobec tego ja!-zgłosił się Jason
-Nie...ty też nie. Obaj byliście niedawno na dłuższej wyprawie i musicie odpocząć. A poza tym najprawdopodobniej jedno z naszej trójki zginie i znając moje szczęście będę to ja. Nie wiadomo jednak co utkały Fata. Tak czy inaczej nie chcę oglądać zapłakanych twarzy Anabeth i Piper. Sorry ,ale nie uważam tego za wyśmienitą rozrywkę.
Obaj chłopcy spojrzeli na mnie wilkiem, a dziewczyny za to uśmiechnęły się lekko i podziękowały mi milcząco.
-Wobec tego Mellisa?-spytał Chejron. Ładna blondynka o dużych orzechowych oczach, blond włosach do ramion i miłym uśmiechu kiwnęła głową.
-Jeżeli mamy uratować tatę to ja się piszę. Jestem dobrą łuczniczką i mam doświadczenie w leczeniu.
-Przedstawiliście sensowne argumenty-stwierdził centaur- Czy ktoś ma obiekcje?
Wbiłam spojrzenie w Perciego, które nakazywało mu milczeć. Westchnął teatralnie, ale utrzymał język za zębami.
-Świetnie-kontynuował Chejron-Wyruszacie jutro z samego rana. Każde z was dostanie plecak z ubraniami, ambrozją, nektarem, drachmami oraz trochę pieniędzy śmiertelników. Argus odwiezie was na lotnisko.Zgoda?
-Zgoda!-wykrzyknęliśmy i rozeszliśmy się. Tej nocy zasnęłam szybko.
W moim śnie ujrzałam sadzawkę na Olimpie. Nad nią stał mój ojciec wraz z Zeusem.
-Musimy go szukać-nalegał Posejdon
-A myślisz ,że co robię?-odparł jego sfrustrowany brat.-Zależy mi na moim durnym synu bardziej niż mi się zdawało. Ledwie pokonał węża, a już go porwali...
-Obóz Herosów wyznaczył misję-pan mórz wyglądał na przybitego
-Bierze w niej udział?
-Słyszałeś przepowiednię.
-Nic jej nie będzie-zapewnił Zeus ale jego spojrzenie zdradzało mniej pewności-To żelazna dziewczyna, da radę.
-A co jak nie da? Wiemy kogo spotkają, wiemy, jaką ma urazę. Nie wybaczy, tak jak sama nie wybaczyła sobie tego-odsłonił ramię na którym widniał paskudny ślad oparzenia. Mimo mijających lat wiedziałam ,że to wynik mojej kuli ognia. Załkałam przez sen. Czyli jednak coś mu zrobiłam!
-Nie dokucza ci?-spytał pan niebios
-Nie. Jedynie gdy jestem na nią zły...
-To nie bądź.
-Łatwo powiedzieć. Jak mam się nie złościć na córkę, którą kocham, ale która cały czas pakuje się w nowe kłopoty, szukając przygód.
-Ona chce ratować świat.
-Już ja ją znam. Nie byłaby tak uparta gdyby nie ta adrenalina. Uczyłeś ją i sam wiesz jak bardzo ta dziewczyna kocha ryzyko...
-Oj wiem bracie... A tak wogó...-sceneria mojego snu się zmieniła. Ujrzałam samą siebie biegnącą po śniegu z mieczem w dłoni. Twarz mojej matki. Pełne żalu oczy Willa. Roześmiane oczy Mellisy... Wizje przyspieszyły. Nie mogłam skupić się na jednej aż mój umysł nie wylądował w jakiejś jaskini. Stał tam wielki sarkofag. Wokół niego roiło się od żywych szkieletów. Ze środka trumny wydobywał się wrzask bólu,a szkielety zaciskały ciągle okalający ją łańcuch. Pod sarkofagiem stała mała postać, którą okazał się być Nico di Angelo. Jego oczy były ciemne i przepełnione nienawiścią.
-Ani mi się śni -powiedział i jeszcze bardziej zacisnął łańcuch, a ze środka wydobył się jeszcze donośniejszy okrzyk bólu. Zrozumiałam,że należy do Apolla. Nagle Nico spojrzał jakby, centralnie na mnie
-Co zrobisz bez swoich smoczków herosko?- zaśmiał się kpiąco a zza jego pleców wyłoniła się wielka i straszna kobieta widmo. W miejscu oczodołów ziały ogromne ciemne koła. Była piękna i jednocześnie przerażająca. Uśmiechnęła się tak, że widać było jej kły.
-Zobaczymy jaka jesteś silna - warknęła i jej twarz się rozmazała.
Obudziłam się cała spocona. Nade mną stał Percy i potrząsał mną.
-Nareszcie się obudziłaś-westchnął-Co się stało?
-Nic-wydyszałam-to tylko koszmar
-Przygotowałem ci plecak. W środku masz jakieś ubrania od dziewczyn i kurtkę. Tam nie będzie tak gorąco.
-Dzięki. Jak myślisz. Założyć zbroję?
-Myślę ,że wykrywacze metali na lotnisku nie będą zadowolone jeśli to zrobisz.
-Fakt. a miecze?
-W co się zamieniają jak ich nie używasz?
-Plastikowe zawieszki przy pasie.
-Weź je.
-Percy-zaczęłam
-Co?
-Dziękuję ci
-Za co?-zdziwił się
-Że jesteś moim bratem.
Zaśmiał się.
-Wiesz...Za dużo do powiedzenia to ja nie miałem...
-Ale zawsze mogłeś się zachować jakbyś mnie nie znał. A jesteś świetnym bratem-po namyśle dodałam-Świetnym, wkurzającym bratem
-Przeżyłbym bez tego wkurzającym- przytulił mnie- Uważaj tam na siebie.
-Okej. Jeszcze wrócę. Nie wyczerpał mi się zapas chamskich odzywek-uśmiechnęłam się złośliwie
-Już nie mogę się doczekać
Zarzuciłam plecak na ramię i wyszliśmy z domu. Po pożegnaniach z pozostałymi obozowiczami poszliśmy wraz z Willem i Mellisą do białej furgonetki naszego stuokiego szefa ochrony Argusa. To nie był żart. Na prawdę ma pięćdziesiąt par oczu i prawie w ogóle nie mówi. Może ma oko na języku? Nieważne. Kiedy umościliśmy się na tylnym siedzeniu auto ruszyło. Po chwili Obóz Herosów całkowicie znikł nam z oczu. A wraz z nim zniknęło bezpieczeństwo. Od teraz każdy może być wrogiem. Misja się rozpoczęła
                                                  Podobny obraz
JEjjj 10 next za nami xd. Mam 60 wyświetleń od tygodnia więc myślę,że jest okej. Coraz poważniej zastanawiam się nad drugim blogiem. Tym razem Hicstrid. Huhuhuhuhu może być ciekawie xd

niedziela, 3 kwietnia 2016

Mrowisko

Po około tygodniu pobytu tutaj nie mogłam powiedzieć ,że się do nich nie przywiązałam. Nawet mój brat był całkiem spoko . Nie kłóciliśmy się się częściej niż raz na godzinę, czyli robimy postępy. Największa kłótnia była chyba wtedy jak dowiedział się ,że także przyjaźnie się z Mrocznym. Prawie dostał szału. Bogowie...jak on mnie czasami irytuje...chyba najbardziej ze wszy....A nie ,jednak nie. Jest jedna osoba która wkurza mnie tak bardzo,że ledwo się powstrzymuję od uduszenia go gołymi rękami. Tą osobą jest nie kto inny jak Will Solace. On jest taki... arogancki, irytujący, wkurzający, inteligentny, przemądrzały, przystojny i chamski ,że aż się coś we mnie gotuje (Percy mówi ,że on jest jak ja w wersji chłopięcej. Pff....) Wracając do ciekawszych rzeczy niż ci osobnicy, dzisiaj ma być bitwa o sztandar. Jak się dowiedziałam zawsze było tak ,że Percy i Jason byli w dwóch innych drużynach ze względu na to ,że oboje są dość potężni. Teraz nikt za bardzo nie wiedział co robić ze względu na mnie. W końcu Chejron zdecydował ,że tym razem chłopcy byli w jednej drużynie z herosami od Afrodyty, Dionizosa, Apolla, Aresa i Hermesa, a ja w przeciwnej z domkiem Ateny, Hefajstosa, Iris, Hypnosa, Nemezis i Nike. Zapowiada się ostra bitwa. My byliśmy drużyną czerwoną a nasz sztandar to sztandar Ateny. Od razu podeszliśmy do Anabeth, ponieważ była najlepszym strategiem. Spojrzała na nas wszystkich i powiedziała.
-Hermes, Iris i Hypnos bronią, Nemezis, Nike i Atena atakują, a Hefajstos odciąga wrogów.Travis i Connor idźcie z prawej flanki a ja pójdę z lewej
-Od strumienia-uśmiechnął się Butch
- Załatwię Perciego i zaprowadzę go do naszych lochów.
-Jak?-spytał jej brat Malcolm
-Udam ,że zemdlałam i przystawię mu sztylet do gardła. Nabierze się na 100 %
- Nie chciałabym mieć w tobie wroga.-stwierdziłam- A ja i Kalipso?
-Kalipso rozwiesisz pułapki wszędzie gdzie się tylko da i postaraj się być niezauważona. A ty Maro pójdziesz po sztandar przez środek. Pewnie będą tam grasować dzieciaki Apollina z łukami, ale jeżeli ci się uda, możemy wygrać w rekordowym czasie.
-Jestem za. Ktoś ma uwagi?-rozejrzałam się-Super. A więc idźmy zmieść ich plugawe dusze z powierzchni ziemi-uśmiechnęłam się słodko i poszłam zająć pozycję. Usłyszałam jak Leo mówi do Jake'a
-Stary, zaczynam się jej bać.
-Nie ty jeden-odparł. Uśmiechnęłam się pod nosem a w głębi lasu rozległ się gwizd, który rozpoczynał zabawę. Anabeth wspominała co prawda żebym chwilę odczekała ale cierpliwość nie jest moją mocną stroną więc pognałam do lasu. Gdzieś po prawej słyszałam odgłosy walki. Obok mnie śmignęła strzała, ale odtrąciłam ją płazem miecza i pognałam dalej. Usłyszałam po mojej lewej stronie jak Percy woła o pomoc a potem jęczy z bólu, co oznaczało ,że Anabeth udało się go podejść. Przede mną zauważyłam jak dość duzy oddział dzieci Hermesa napada na Connora i Travisa więc  okrążyłam ich i prułam dalej. Zza drzew wyszedł nagle Liam syn Aresa i jakaś dziewczyna od Afrodyty. Szybko sobie z nimi poradziłam, z drobna pomocą mieczy. Nagle zobaczyłam połyskujący w słońcu sztandar Aresa na środku niewielkiej polanki. Już myślałam ,że wygrana mamy w kieszeni aż dostałam prosto w tył głowy tępą strzałą. Padłam jak długa na ziemie ale nauczyłam się walczyć mimo bólu, więc szybko wstałam i skrzyżowałam miecze z Willem.
- No, no całkiem nieźle jak na pierwszy raz-uśmiechnął się sarkastycznie,
-Pierwszy raz a już jestem lepsza od ciebie. Jakoś mnie to nie dziwi-odparłam
-Ulala...chamskie odzywki powróciły
-Ulala...pan świetlista morda chce kopa w zęby-odparowałam
-Hahahah masz poczucie własnej wartości z żelaza
-Ja je przynajmniej mam
Zwiększył nacisk swojego miecza tak ,że staliśmy twarzą w twarz a dzieliły nas nasze skrzyżowane miecze.
-Pyskata jesteś. Zaczynam cię coraz bardziej lubić.
-Jaki paradoks. Ja za to zaczynam cię coraz bardziej nienawidzić.
-Ale przyznaj.... podobam ci się- uśmiechnął się łobuzersko, a moje serce ( nie pytawszy wcześniej o pozwolenie) wywinęło koziołka. Mimo wszystko starałam się nie zdradzać i nie dopuszczać do mojej świadomości myśli ,że może faktycznie trochę mi się podobał...
-Chciałbyś-syknęłam i podcięłam mu nogi. Na moje nieszczęście upadając chwycił mnie za ramię i oboje upadliśmy. Jakby tego mało wokół nas nagle zaroiło się od obozowiczów z obu drużyn i wszyscy zarejestrowali jak leżę na synu Apollina dosłownie nosem w nos. Szybko się z niego stoczyłam i walnęłam go rękojeścią miecza w brzuch. Skulił się z bólu a ja wstałam i pognałam do sztandaru intuicyjnie uchylając się i odparowując ciosy obrońców. Zerwałam go z drzewa, obróciłam się na pięcie i pobiegłam z powrotem. Zostało mi może z dwadzieścia metrów do granicy, gdy z drzew po drugiej stronie wyłoniła się Piper z naszym sztandarem w rękach. Przyspieszyłam. Wyprzedzałam ją o kilka kroków, ale ni stąd ni zowąd jakaś postać rzuciła się na mnie z boku, przez co wpadłam w błoto tuż przed strumykiem. Piper dotarła do swojego terenu i wokół niej rozległy się wiwaty. Nasza drużyna była zawiedziona, a ja wściekła. Cała ubłocona (tak ,że mogłabym konkurować z Gają o tytuł miss błotnistego podkoszulka i pewnie bym wygrała) ze sztandarem przeciwnej drużyny, podeszłam do tego ,który zaprzepaścił naszą szansę na wygraną. Okazał się nim (jakże by inaczej) ten debil Solace. Przez twarz i koszulkę przebiegały mu smugi błota. Rzuciłam mu w twarz ubłocony sztandar i wysyczałam
-Ty łajzo! Następnym razem walnę cię mocniej!
-No ale musisz przyznać ,że tym razem zmieszałem cię z błotem. Dosłownie.
-Siebie przy okazji też
-To się zmyje-machnął lekceważąco ręką i teatralnie wzruszył ramionami- Ale przegrana nie schodzi tak łatwo.
-Wiesz co? Pomogę ci. Profesjonalna myjnia idiotów do usług- warknęłam i skierowałam na niego potężny strumień lodowatej wody ze strumyka. Kiedy się podniósł, był mokry od stóp do głów. Spojrzał na mnie z wściekłością.
-Ciekawe kto tu jest idiotą? Pozwól ,że cię oświecę-uniósł dłoń i oślepił mnie promieniem słonecznym. Zakryłam oczy rękami i uniosłam go w powietrze. Zakręciłam nim a on cały czas pruł we mnie tępymi strzałami z łuku. Dopiero się rozkręcaliśmy gdy Chejron ryknął
-Spokój! Nie zachowujcie się jak dzieci! Will przestań i zgaś to światło, a ty Maro opuść go na ziemię.
-Wedle życzenia- puściłam go z 5 metrów na ziemię a on chwilowo mnie oślepił.
-Dość!-wrzasnął Chejron. Był na prawdę wkurzony- Za karę patrolujecie dzisiaj cały teren w nocy a rano sprzątacie po śniadaniu. Nie chcę więcej widzieć takich kłótni!
Wymamrotaliśmy przeprosiny, a kiedy centaur odszedł popatrzyliśmy na siebie z furią.
-Jeszcze się policzymy Jackson-syknął
-Zobaczymy kto się z kim policzy Solace-odpyskowałam i poszliśmy każdy w swoją stronę. Do kolacji spędzałam czas z Piper, Jasonem i Leonem na plaży.
-On jest taki irytujący! Jeszcze jedno słowo z jego ust i pozbawię go tego czego pozbawianie boli najbardziej!-narzekałam na Willa
Piper zachichotała
-Oboje macie tak samo trudne charaktery. Pasowalibyście do siebie.
-Ja i on?! W życiu! Wolę codziennie pływać w bagnie!
-Chciałbym to zobaczyć-parsknął śmiechem Jason
-Och zamknij się Grace.
Leo wyszczerzył zęby.
-Będziecie piękną parą
-Ostrzegam cię Valdez. Myślę ,że Kalipso woli facetów z wszystkimi zębami więc uważaj na nie.
-Jak ta groźba pięknie brzmi w twoich ustach
-Chyba o czymś zapomniałeś-odezwała się Piper
-Co?
-Pięknych ustach- powiedziałyśmy razem i zaśmiałyśmy się.
Chłopcy też się roześmiali i ruszyliśmy powoli na kolacje. Potem czekała mnie cała długa noc patrolu z chodzącym promyczkiem. Szampańska zabawa... Zastanawiało mnie tylko czy Chejron do końca to przemyślał. Przecież ten las wybuchnie po minucie! Dobra, może dwóch... W każdym razie: zjadłam mojego hot doga, popiłam colą z lodem i nektarem ,zniosłam kpiny Perciego przy stoliku i udałam się do Wielkiego Domu by Chejron wyjaśnił mi co mamy zrobić.wiedziałam ,że muszę być twarda. Od dziecka bałam się się ciemności, więc gdyby przydzielił nam jakąś ciemną jaskinię to chyba bym padła trupem prędzej niż bym tam weszła z tym wymoczkiem. Postanowiłam spotkać się z nim na arenie do szermierki, gdzie miał zacząć się nasz obchód i tam czekałam. Od ataku smoków (i mojego przybycia) zaostrzyli środki bezpieczeństwa i co noc ktoś patrolował teren.Siedząc zamyśliłam się nad słowami cyklopa, którego kiedyś zabiłam: "I tak się nie uwolnisz herosko. Twoja moc zawsze bedzie nas przyciągać. Tak jak klątwa" zapytałam wtedy o co mu chodzi a on odparł konając "Klątwa niechcianego dziecka. Wiecznego wyrzutka. Klątwa którą zaczęła twoja matka" Przepłakałam przez te słowa tyle nocy.... Po uronieniu ostatniej łzy obiecałam sobie ,że nigdy więcej nie będę płakać przez tą głupią, żałosną zarazę, jaką jest moja matka.
Z zamyślenia wyrwał mnie Will.
-Zabawę czas zacząć krasnalu!-wzdrygnęłam się na dźwięk jego głosu. Szybko wstałam i ruszyliśmy na obchód.
-Musisz się tak skradać?
-Oooo...nieustraszona wojowniczka się boi?
-Zamknij się Solace, jak nie chcesz się zamienić w żywą piękną świeczkę.
-Czyli jednak!
-Co?
-Uważasz ,że jestem piękny- wyszczerzył zęby a ja wywróciłam oczami nic nie mówiąc. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Nie zaprzeczyłaś.
-Skończ suszyć te zęby i zamknij się! Na prawdę nie potrafisz?!
-Potrafię, ale nie jak coś mnie ciekawi. A to mnie ciekawi. Uważasz ,że jestem przystojny?
Nie odpowiedziałam. Chciałam zaprzeczyć i zmyć ten uśmiech z jego twarzy, ale coś mi na to nie pozwalało. Jeżeli czegoś nie cierpiałam najbardziej to tym czymś było kłamstwo. A jeżeli muszę przyznać to tak. Will jest przystojny. Zerknął na mnie i dodał
-Bo ja uważam, że pomimo tego ,że jesteś wrednym i pyskatym krasnalem to jesteś na prawdę piękna.
Dobrze ,że nie widział jak się zarumieniłam. Co się ze mną dzieje?! Postanowiłam udawać złą, ale w rzeczywistości było mi miło.
-Jeszcze raz nazwiesz mnie krasnalem, a wyprowadzę twoje zęby na spacer!
- Oj nie wściekaj się tak. Ja ci tu sypie komplementami, zresztą prawdziwymi...Teraz ty pokaż ,że umiesz mówić prawdę!
-Dobra!-wyrzuciłam ręce w górę, w geście poddania.- Tak uważam, że jesteś przystojny ale przy tym jesteś niesamowicie irytującym, wkurzającym, aroganckim...
-Przystojniakiem-dokończył. Zerknęłam na niego z ukosa.
-Miałam powiedzieć gnojkiem, ale to też może być.
Uśmiechnął się
-Czyli jednak!
-Co znowu Scherloku?
-Potrafisz być miła.
Popchnęłam go lekko, a on się roześmiał. Gadaliśmy tak luźno, jeszcze przez chwilę, gdy nagle dotychczas nie schodzący z jego twarzy uśmiech zmienił się w grymas strachu.
-Nie!Nie!Nie!-nerwowo rozglądnął się dookoła
-Co?-zaniepokoiłam się
-Zaszliśmy za daleko!
-Myślałam ,że coś gorszego. Zawróćmy!
-Nic nie rozumiesz! Tu gdzieś jest.....powinno być-zająknął się-mrowisko
-Po co panikować. Zgnieciemy te kilka mróweczek raz, dwa.
-Za mało wiesz. Co innego sobie wyobrażać, a co innego zobaczyć.
-Niby co strasznego może być w mróweczkach?-miałam jeszcze coś powiedzieć ale zobaczyłam ,że mój towarzysz zamarł w miejscu i wskazał palcem coś za moimi plecami. Odwróciłam się.
-Dużych mróweczkach-wyjąkałam
-Odwróć się powoli i uciekaj.
-Nie lepiej walczyć?
-Z plującą kwasem paraliżującym wielką mrówką?-popatrzył na mnie jak na idiotkę
-Fakt. Spadamy- odwróciłam się znowu i pobiegliśmy ile sił w nogach, uciekając przed półtorametrową mrówką. Zawsze myślałam ,że to ja jestem szybka, ale na ścieżce musiałam nieźle się wysilić by dotrzymać Willowi kroku. Mimo adrenaliny buzującej mi w żyłach, słyszałam ,że myrmek nas dogania. Zdecydowałam się na większy wysiłek i krzyknęłam
-Will!Złap mnie za rękę! Podniosę nas!
Bez słowa chwycił moją wyciągniętą dłoń, ale zanim zdążyłam nas podnieść poczułam paraliż nóg. " Cholerna mrówka" pomyślałam i padłam na ziemię.
-Biegnij do obozu!-krzyknęłam. Zatrzymał się i spojrzał mi w oczy-No biegnij idioto!
-Bez ciebie nie biegnę- i zrobił chyba najgłupszą rzecz jaką w życiu widziałam. Wyciągnął miecz i rzucił się na myrmeka. Po chwili leżał sparaliżowany tuż obok mnie, a nasze urocze zwierzątko zaczęło ciągnąć nas za nogi. Szorowaliśmy po glebie.
-I co? Opłacało się?-zapytałam sarkastycznie
-Nie zostawiłbym cię tam. Nikogo bym nie zostawił.- był tak poważny, że zrobiło mi się głupio ,że z niego drwiłam.
-Dziękuję- szepnęłam-i....przepraszam
Spojrzał na mnie całkowicie zaskoczony.
-Za co?
-Za wszystko-westchnęłam-Za to jaka byłam. Nie chciałam byc aż tak wredna....no dobra....chciałam, ale głupio mi teraz.
-Ja też przepraszam
-Masz za co -roześmialiśmy się. Tak Ciągnięci po ziemi,kamieniach, krzakach i bogowie wiedzą czym jeszcze, pogodziliśmy się. Dla was to dziwne? Dla półboga, dla którego każda rozmowa może być tą ostatnią przed śmiercią to całkowicie normalne. Godzenie się, nie ciągnięcie po ziemi, rzecz jasna.Tak wiem co sobie myślicie. "Idioci. Mają takie fajne moce, a ich nie wykorzystują. Mogliby rozwalić tą mrówkę i pójść do domu". Niestety to nie jest takie łatwe. Po pierwsze myrmeki mają skórę z najlepszego pancerza, a po drugie całe nasze siły i energia szły na wyleczenie paraliżu, więc nie za bardzo moglibyśmy coś zrobić nie zabijając się przy okazji. Po czasie który wydawał mi się wiecznością, zobaczyłam mrowisko. Było gigantyczne, prawie na wysokość drzew , a z niego wychodziły szybko inne myrmeki, czasami majace coś ze sobą.
-Łał.-wymamrotałam
-A nie mówiłem?
-Jest wielkie.
-I głupie.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie czułam nic poniżej pasa co nie było dobrym znakiem. Nasz myrmek wszedł z nami do plątaniny korytarzy. Robiło się coraz ciemniej, a ja coraz bardziej panikowałam. W końcu potwór wrzucił nas do jakiej dziury w jednym z korytarzy. Było tam tak ciemno ,że nie widziałam swojej dłoni nawet jak machałam sobie nią przed twarzą. Jedyne światełko było 10 metrów nad nami tam skąd zrzucił nas potwór. Upadając usłyszałam okropny trzask w mojej kostce. Nic nie czułam przez paraliż ale wyobrażałam sobie co mogło mi się stać przy upadku z takiej wysokości. Jednak najgorszym moim problemem był mrok. Drżałam w całkowitej ciemności. Moje dawne fobie powróciły. A szczególnie jedna "rzecz" z moich koszmarów. Wielkie czarne jak stygijskie żelazo oczy wpatrujące się we mnie z nienawiścią i chęcią mordu. Ten upiorny głos....Zaczęłam krzyczeć. Leżąc zasłoniłam dłonią oczy choć i tak nic bym nie zobaczyła. Darłam się wniebogłosy gdy poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu.
-Mara spokojnie....Nie krzycz. Jestem tu. Spokojnie-Will próbował mnie uspokoić. W końcu przestałam krzyczeć. Wtuliłam się w jego rękę, cała drżąc
-Mara...ty...boisz się ciemności?-w jego głosie nie było słychać kpiny.
-To głupie wiem.-odparłam drżącym głosem-Ja.....zawsze się jej bałam. Pogorszyło się przez tą...-Przepowiednię-dokończył-To wcale nie jest głupie. Każdy ma jakiś lęk. Ja na przykład boję się węży.
-Serio?
-Yhmy-zamilkł na chwilę po czym dodał-Nie martw się. Wyjdziemy stąd.
-Wierzysz w to?
-Oczywiście ,że tak-silił się na optymistyczny ton.
-Wiesz ,że nie musisz mnie pocieszać, prawda?-spytałam
-Wiem.
-To czemu to robisz?
-Tego nie wiem.-roześmiałam się w ciemnościach, chyba po raz pierwszy. Will spróbował usiąść. Udało mu się-Ha!Mam częściową władzę w nogach.
Też spróbowałam. Zaćmiło mi się przed oczami z bólu, i upadłam z powrotem.
-A ja nie-jęknęłam
-Co ci jest?
-Nie wiem. Jak upadliśmy, słyszałam dziwne chrupnięcie w prawej kostce.
-Tej?-delikatnie dotknął mojej nogi. Zabolało
-Tak-wysyczałam przez zaciśnięte szczęki.
-Wybacz. Z tego co czuję nie jest złamana, tylko skręcona. Mogę ją nastawić.
-A robiłeś to kiedyś w ciemnościach?
-Yyy..-zawachał się-Nie, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz.
-Wolę nie być królikiem doświadczalnym
Uścisnął mi dłoń
-Ufasz mi?
-Nie wie....AAA!-krzyknęłam bo w tym momencie szarpnął moją nogę. Po chwili ból całkowicie ustąpił.-Ty idioto!-uderzyłam go w ramię z całej siły.
-Ja cię leczę ,a ty mnie bijesz?! A poza tym musiałem z zaskoczenia!
-Trzeba było mnie ostrzec, że chcesz mnie zaskoczyć, bałwanie!
-Ale....-westchnął-Poddaję się...Nigdy nie zrozumiem kobiet.
-Nie próbuj.
Wydaje mi się ,że przegadaliśmy resztę nocy. Tak dobrze chyba nigdy mi się nie rozmawiało. Nie żebym kiedykolwiek wcześniej tak dużo rozmawiała. Ale to nie zmienia faktu,że się przed nim otworzyłam. Opowiedziałam mu wszystko, a on mi. Cały czas siedziałam oparta o niego plecami i z jego ręką na ramieniu. Nie chciałam mieć ciemności z tyłu a on chyba to wiedział. I takim sposobem z wrogów staliśmy się przyjaciółmi. Nagle jakaś nic oplotła nasze nogi i wciągnęła z powrotem do tunelu. Okazało się, że myrmeki produkują nić jak pająki. Gdy tylko znaleźliśmy się na górze chwyciły nas i wybiegły na zewnątrz. Światło słońca mnie oślepiło. Rzuciły nas tuż przed mrowiskiem i otoczyły. Zrozumiałam ,że zbierają się na posiłek... Wyciągnęłam moje miecze i jeden z nich podałam mojemu towarzyszowi. Jeśli mamy zginąć, zginiemy walcząc. Poza tym muszę przyznać ,że do twarzy mu z cesarskim złotem w ręce....Na bokserki Hermesa! O czym ja myślę?! W panice odpychaliśmy ataki myrmeków, gdy nagle coś chwyciło nas za kołnierze koszulek i uniosło w górę. Zadarłam głowę w górę i zobaczyłam cudownego mechanicznego smoka, trzymającego nas w szponach i zawracającego w stronę domków. Na jego grzbiecie siedział Leo, a smok nazywał się Festus. Chłopak wyszczerzył do nas zęby
-Kto zamawiał prywatną limuzynę???
                               
                                   Znalezione obrazy dla zapytania olimpijscy herosi festus
No no  no długaśny rozdział jak na mnie. Postaram się napisać coś na jutro także trzymajcie się! :)
MPML