-Hermes, Iris i Hypnos bronią, Nemezis, Nike i Atena atakują, a Hefajstos odciąga wrogów.Travis i Connor idźcie z prawej flanki a ja pójdę z lewej
-Od strumienia-uśmiechnął się Butch
- Załatwię Perciego i zaprowadzę go do naszych lochów.
-Jak?-spytał jej brat Malcolm
-Udam ,że zemdlałam i przystawię mu sztylet do gardła. Nabierze się na 100 %
- Nie chciałabym mieć w tobie wroga.-stwierdziłam- A ja i Kalipso?
-Kalipso rozwiesisz pułapki wszędzie gdzie się tylko da i postaraj się być niezauważona. A ty Maro pójdziesz po sztandar przez środek. Pewnie będą tam grasować dzieciaki Apollina z łukami, ale jeżeli ci się uda, możemy wygrać w rekordowym czasie.
-Jestem za. Ktoś ma uwagi?-rozejrzałam się-Super. A więc idźmy zmieść ich plugawe dusze z powierzchni ziemi-uśmiechnęłam się słodko i poszłam zająć pozycję. Usłyszałam jak Leo mówi do Jake'a
-Stary, zaczynam się jej bać.
-Nie ty jeden-odparł. Uśmiechnęłam się pod nosem a w głębi lasu rozległ się gwizd, który rozpoczynał zabawę. Anabeth wspominała co prawda żebym chwilę odczekała ale cierpliwość nie jest moją mocną stroną więc pognałam do lasu. Gdzieś po prawej słyszałam odgłosy walki. Obok mnie śmignęła strzała, ale odtrąciłam ją płazem miecza i pognałam dalej. Usłyszałam po mojej lewej stronie jak Percy woła o pomoc a potem jęczy z bólu, co oznaczało ,że Anabeth udało się go podejść. Przede mną zauważyłam jak dość duzy oddział dzieci Hermesa napada na Connora i Travisa więc okrążyłam ich i prułam dalej. Zza drzew wyszedł nagle Liam syn Aresa i jakaś dziewczyna od Afrodyty. Szybko sobie z nimi poradziłam, z drobna pomocą mieczy. Nagle zobaczyłam połyskujący w słońcu sztandar Aresa na środku niewielkiej polanki. Już myślałam ,że wygrana mamy w kieszeni aż dostałam prosto w tył głowy tępą strzałą. Padłam jak długa na ziemie ale nauczyłam się walczyć mimo bólu, więc szybko wstałam i skrzyżowałam miecze z Willem.
- No, no całkiem nieźle jak na pierwszy raz-uśmiechnął się sarkastycznie,
-Pierwszy raz a już jestem lepsza od ciebie. Jakoś mnie to nie dziwi-odparłam
-Ulala...chamskie odzywki powróciły
-Ulala...pan świetlista morda chce kopa w zęby-odparowałam
-Hahahah masz poczucie własnej wartości z żelaza
-Ja je przynajmniej mam
Zwiększył nacisk swojego miecza tak ,że staliśmy twarzą w twarz a dzieliły nas nasze skrzyżowane miecze.
-Pyskata jesteś. Zaczynam cię coraz bardziej lubić.
-Jaki paradoks. Ja za to zaczynam cię coraz bardziej nienawidzić.
-Ale przyznaj.... podobam ci się- uśmiechnął się łobuzersko, a moje serce ( nie pytawszy wcześniej o pozwolenie) wywinęło koziołka. Mimo wszystko starałam się nie zdradzać i nie dopuszczać do mojej świadomości myśli ,że może faktycznie trochę mi się podobał...
-Chciałbyś-syknęłam i podcięłam mu nogi. Na moje nieszczęście upadając chwycił mnie za ramię i oboje upadliśmy. Jakby tego mało wokół nas nagle zaroiło się od obozowiczów z obu drużyn i wszyscy zarejestrowali jak leżę na synu Apollina dosłownie nosem w nos. Szybko się z niego stoczyłam i walnęłam go rękojeścią miecza w brzuch. Skulił się z bólu a ja wstałam i pognałam do sztandaru intuicyjnie uchylając się i odparowując ciosy obrońców. Zerwałam go z drzewa, obróciłam się na pięcie i pobiegłam z powrotem. Zostało mi może z dwadzieścia metrów do granicy, gdy z drzew po drugiej stronie wyłoniła się Piper z naszym sztandarem w rękach. Przyspieszyłam. Wyprzedzałam ją o kilka kroków, ale ni stąd ni zowąd jakaś postać rzuciła się na mnie z boku, przez co wpadłam w błoto tuż przed strumykiem. Piper dotarła do swojego terenu i wokół niej rozległy się wiwaty. Nasza drużyna była zawiedziona, a ja wściekła. Cała ubłocona (tak ,że mogłabym konkurować z Gają o tytuł miss błotnistego podkoszulka i pewnie bym wygrała) ze sztandarem przeciwnej drużyny, podeszłam do tego ,który zaprzepaścił naszą szansę na wygraną. Okazał się nim (jakże by inaczej) ten debil Solace. Przez twarz i koszulkę przebiegały mu smugi błota. Rzuciłam mu w twarz ubłocony sztandar i wysyczałam
-Ty łajzo! Następnym razem walnę cię mocniej!
-No ale musisz przyznać ,że tym razem zmieszałem cię z błotem. Dosłownie.
-Siebie przy okazji też
-To się zmyje-machnął lekceważąco ręką i teatralnie wzruszył ramionami- Ale przegrana nie schodzi tak łatwo.
-Wiesz co? Pomogę ci. Profesjonalna myjnia idiotów do usług- warknęłam i skierowałam na niego potężny strumień lodowatej wody ze strumyka. Kiedy się podniósł, był mokry od stóp do głów. Spojrzał na mnie z wściekłością.
-Ciekawe kto tu jest idiotą? Pozwól ,że cię oświecę-uniósł dłoń i oślepił mnie promieniem słonecznym. Zakryłam oczy rękami i uniosłam go w powietrze. Zakręciłam nim a on cały czas pruł we mnie tępymi strzałami z łuku. Dopiero się rozkręcaliśmy gdy Chejron ryknął
-Spokój! Nie zachowujcie się jak dzieci! Will przestań i zgaś to światło, a ty Maro opuść go na ziemię.
-Wedle życzenia- puściłam go z 5 metrów na ziemię a on chwilowo mnie oślepił.
-Dość!-wrzasnął Chejron. Był na prawdę wkurzony- Za karę patrolujecie dzisiaj cały teren w nocy a rano sprzątacie po śniadaniu. Nie chcę więcej widzieć takich kłótni!
Wymamrotaliśmy przeprosiny, a kiedy centaur odszedł popatrzyliśmy na siebie z furią.
-Jeszcze się policzymy Jackson-syknął
-Zobaczymy kto się z kim policzy Solace-odpyskowałam i poszliśmy każdy w swoją stronę. Do kolacji spędzałam czas z Piper, Jasonem i Leonem na plaży.
-On jest taki irytujący! Jeszcze jedno słowo z jego ust i pozbawię go tego czego pozbawianie boli najbardziej!-narzekałam na Willa
Piper zachichotała
-Oboje macie tak samo trudne charaktery. Pasowalibyście do siebie.
-Ja i on?! W życiu! Wolę codziennie pływać w bagnie!
-Chciałbym to zobaczyć-parsknął śmiechem Jason
-Och zamknij się Grace.
Leo wyszczerzył zęby.
-Będziecie piękną parą
-Ostrzegam cię Valdez. Myślę ,że Kalipso woli facetów z wszystkimi zębami więc uważaj na nie.
-Jak ta groźba pięknie brzmi w twoich ustach
-Chyba o czymś zapomniałeś-odezwała się Piper
-Co?
-Pięknych ustach- powiedziałyśmy razem i zaśmiałyśmy się.
Chłopcy też się roześmiali i ruszyliśmy powoli na kolacje. Potem czekała mnie cała długa noc patrolu z chodzącym promyczkiem. Szampańska zabawa... Zastanawiało mnie tylko czy Chejron do końca to przemyślał. Przecież ten las wybuchnie po minucie! Dobra, może dwóch... W każdym razie: zjadłam mojego hot doga, popiłam colą z lodem i nektarem ,zniosłam kpiny Perciego przy stoliku i udałam się do Wielkiego Domu by Chejron wyjaśnił mi co mamy zrobić.wiedziałam ,że muszę być twarda. Od dziecka bałam się się ciemności, więc gdyby przydzielił nam jakąś ciemną jaskinię to chyba bym padła trupem prędzej niż bym tam weszła z tym wymoczkiem. Postanowiłam spotkać się z nim na arenie do szermierki, gdzie miał zacząć się nasz obchód i tam czekałam. Od ataku smoków (i mojego przybycia) zaostrzyli środki bezpieczeństwa i co noc ktoś patrolował teren.Siedząc zamyśliłam się nad słowami cyklopa, którego kiedyś zabiłam: "I tak się nie uwolnisz herosko. Twoja moc zawsze bedzie nas przyciągać. Tak jak klątwa" zapytałam wtedy o co mu chodzi a on odparł konając "Klątwa niechcianego dziecka. Wiecznego wyrzutka. Klątwa którą zaczęła twoja matka" Przepłakałam przez te słowa tyle nocy.... Po uronieniu ostatniej łzy obiecałam sobie ,że nigdy więcej nie będę płakać przez tą głupią, żałosną zarazę, jaką jest moja matka.
Z zamyślenia wyrwał mnie Will.
-Zabawę czas zacząć krasnalu!-wzdrygnęłam się na dźwięk jego głosu. Szybko wstałam i ruszyliśmy na obchód.
-Musisz się tak skradać?
-Oooo...nieustraszona wojowniczka się boi?
-Zamknij się Solace, jak nie chcesz się zamienić w żywą piękną świeczkę.
-Czyli jednak!
-Co?
-Uważasz ,że jestem piękny- wyszczerzył zęby a ja wywróciłam oczami nic nie mówiąc. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Nie zaprzeczyłaś.
-Skończ suszyć te zęby i zamknij się! Na prawdę nie potrafisz?!
-Potrafię, ale nie jak coś mnie ciekawi. A to mnie ciekawi. Uważasz ,że jestem przystojny?
Nie odpowiedziałam. Chciałam zaprzeczyć i zmyć ten uśmiech z jego twarzy, ale coś mi na to nie pozwalało. Jeżeli czegoś nie cierpiałam najbardziej to tym czymś było kłamstwo. A jeżeli muszę przyznać to tak. Will jest przystojny. Zerknął na mnie i dodał
-Bo ja uważam, że pomimo tego ,że jesteś wrednym i pyskatym krasnalem to jesteś na prawdę piękna.
Dobrze ,że nie widział jak się zarumieniłam. Co się ze mną dzieje?! Postanowiłam udawać złą, ale w rzeczywistości było mi miło.
-Jeszcze raz nazwiesz mnie krasnalem, a wyprowadzę twoje zęby na spacer!
- Oj nie wściekaj się tak. Ja ci tu sypie komplementami, zresztą prawdziwymi...Teraz ty pokaż ,że umiesz mówić prawdę!
-Dobra!-wyrzuciłam ręce w górę, w geście poddania.- Tak uważam, że jesteś przystojny ale przy tym jesteś niesamowicie irytującym, wkurzającym, aroganckim...
-Przystojniakiem-dokończył. Zerknęłam na niego z ukosa.
-Miałam powiedzieć gnojkiem, ale to też może być.
Uśmiechnął się
-Czyli jednak!
-Co znowu Scherloku?
-Potrafisz być miła.
Popchnęłam go lekko, a on się roześmiał. Gadaliśmy tak luźno, jeszcze przez chwilę, gdy nagle dotychczas nie schodzący z jego twarzy uśmiech zmienił się w grymas strachu.
-Nie!Nie!Nie!-nerwowo rozglądnął się dookoła
-Co?-zaniepokoiłam się
-Zaszliśmy za daleko!
-Myślałam ,że coś gorszego. Zawróćmy!
-Nic nie rozumiesz! Tu gdzieś jest.....powinno być-zająknął się-mrowisko
-Po co panikować. Zgnieciemy te kilka mróweczek raz, dwa.
-Za mało wiesz. Co innego sobie wyobrażać, a co innego zobaczyć.
-Niby co strasznego może być w mróweczkach?-miałam jeszcze coś powiedzieć ale zobaczyłam ,że mój towarzysz zamarł w miejscu i wskazał palcem coś za moimi plecami. Odwróciłam się.
-Dużych mróweczkach-wyjąkałam
-Odwróć się powoli i uciekaj.
-Nie lepiej walczyć?
-Z plującą kwasem paraliżującym wielką mrówką?-popatrzył na mnie jak na idiotkę
-Fakt. Spadamy- odwróciłam się znowu i pobiegliśmy ile sił w nogach, uciekając przed półtorametrową mrówką. Zawsze myślałam ,że to ja jestem szybka, ale na ścieżce musiałam nieźle się wysilić by dotrzymać Willowi kroku. Mimo adrenaliny buzującej mi w żyłach, słyszałam ,że myrmek nas dogania. Zdecydowałam się na większy wysiłek i krzyknęłam
-Will!Złap mnie za rękę! Podniosę nas!
Bez słowa chwycił moją wyciągniętą dłoń, ale zanim zdążyłam nas podnieść poczułam paraliż nóg. " Cholerna mrówka" pomyślałam i padłam na ziemię.
-Biegnij do obozu!-krzyknęłam. Zatrzymał się i spojrzał mi w oczy-No biegnij idioto!
-Bez ciebie nie biegnę- i zrobił chyba najgłupszą rzecz jaką w życiu widziałam. Wyciągnął miecz i rzucił się na myrmeka. Po chwili leżał sparaliżowany tuż obok mnie, a nasze urocze zwierzątko zaczęło ciągnąć nas za nogi. Szorowaliśmy po glebie.
-I co? Opłacało się?-zapytałam sarkastycznie
-Nie zostawiłbym cię tam. Nikogo bym nie zostawił.- był tak poważny, że zrobiło mi się głupio ,że z niego drwiłam.
-Dziękuję- szepnęłam-i....przepraszam
Spojrzał na mnie całkowicie zaskoczony.
-Za co?
-Za wszystko-westchnęłam-Za to jaka byłam. Nie chciałam byc aż tak wredna....no dobra....chciałam, ale głupio mi teraz.
-Ja też przepraszam
-Masz za co -roześmialiśmy się. Tak Ciągnięci po ziemi,kamieniach, krzakach i bogowie wiedzą czym jeszcze, pogodziliśmy się. Dla was to dziwne? Dla półboga, dla którego każda rozmowa może być tą ostatnią przed śmiercią to całkowicie normalne. Godzenie się, nie ciągnięcie po ziemi, rzecz jasna.Tak wiem co sobie myślicie. "Idioci. Mają takie fajne moce, a ich nie wykorzystują. Mogliby rozwalić tą mrówkę i pójść do domu". Niestety to nie jest takie łatwe. Po pierwsze myrmeki mają skórę z najlepszego pancerza, a po drugie całe nasze siły i energia szły na wyleczenie paraliżu, więc nie za bardzo moglibyśmy coś zrobić nie zabijając się przy okazji. Po czasie który wydawał mi się wiecznością, zobaczyłam mrowisko. Było gigantyczne, prawie na wysokość drzew , a z niego wychodziły szybko inne myrmeki, czasami majace coś ze sobą.
-Łał.-wymamrotałam
-A nie mówiłem?
-Jest wielkie.
-I głupie.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie czułam nic poniżej pasa co nie było dobrym znakiem. Nasz myrmek wszedł z nami do plątaniny korytarzy. Robiło się coraz ciemniej, a ja coraz bardziej panikowałam. W końcu potwór wrzucił nas do jakiej dziury w jednym z korytarzy. Było tam tak ciemno ,że nie widziałam swojej dłoni nawet jak machałam sobie nią przed twarzą. Jedyne światełko było 10 metrów nad nami tam skąd zrzucił nas potwór. Upadając usłyszałam okropny trzask w mojej kostce. Nic nie czułam przez paraliż ale wyobrażałam sobie co mogło mi się stać przy upadku z takiej wysokości. Jednak najgorszym moim problemem był mrok. Drżałam w całkowitej ciemności. Moje dawne fobie powróciły. A szczególnie jedna "rzecz" z moich koszmarów. Wielkie czarne jak stygijskie żelazo oczy wpatrujące się we mnie z nienawiścią i chęcią mordu. Ten upiorny głos....Zaczęłam krzyczeć. Leżąc zasłoniłam dłonią oczy choć i tak nic bym nie zobaczyła. Darłam się wniebogłosy gdy poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu.
-Mara spokojnie....Nie krzycz. Jestem tu. Spokojnie-Will próbował mnie uspokoić. W końcu przestałam krzyczeć. Wtuliłam się w jego rękę, cała drżąc
-Mara...ty...boisz się ciemności?-w jego głosie nie było słychać kpiny.
-To głupie wiem.-odparłam drżącym głosem-Ja.....zawsze się jej bałam. Pogorszyło się przez tą...-Przepowiednię-dokończył-To wcale nie jest głupie. Każdy ma jakiś lęk. Ja na przykład boję się węży.
-Serio?
-Yhmy-zamilkł na chwilę po czym dodał-Nie martw się. Wyjdziemy stąd.
-Wierzysz w to?
-Oczywiście ,że tak-silił się na optymistyczny ton.
-Wiesz ,że nie musisz mnie pocieszać, prawda?-spytałam
-Wiem.
-To czemu to robisz?
-Tego nie wiem.-roześmiałam się w ciemnościach, chyba po raz pierwszy. Will spróbował usiąść. Udało mu się-Ha!Mam częściową władzę w nogach.
Też spróbowałam. Zaćmiło mi się przed oczami z bólu, i upadłam z powrotem.
-A ja nie-jęknęłam
-Co ci jest?
-Nie wiem. Jak upadliśmy, słyszałam dziwne chrupnięcie w prawej kostce.
-Tej?-delikatnie dotknął mojej nogi. Zabolało
-Tak-wysyczałam przez zaciśnięte szczęki.
-Wybacz. Z tego co czuję nie jest złamana, tylko skręcona. Mogę ją nastawić.
-A robiłeś to kiedyś w ciemnościach?
-Yyy..-zawachał się-Nie, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz.
-Wolę nie być królikiem doświadczalnym
Uścisnął mi dłoń
-Ufasz mi?
-Nie wie....AAA!-krzyknęłam bo w tym momencie szarpnął moją nogę. Po chwili ból całkowicie ustąpił.-Ty idioto!-uderzyłam go w ramię z całej siły.
-Ja cię leczę ,a ty mnie bijesz?! A poza tym musiałem z zaskoczenia!
-Trzeba było mnie ostrzec, że chcesz mnie zaskoczyć, bałwanie!
-Ale....-westchnął-Poddaję się...Nigdy nie zrozumiem kobiet.
-Nie próbuj.
Wydaje mi się ,że przegadaliśmy resztę nocy. Tak dobrze chyba nigdy mi się nie rozmawiało. Nie żebym kiedykolwiek wcześniej tak dużo rozmawiała. Ale to nie zmienia faktu,że się przed nim otworzyłam. Opowiedziałam mu wszystko, a on mi. Cały czas siedziałam oparta o niego plecami i z jego ręką na ramieniu. Nie chciałam mieć ciemności z tyłu a on chyba to wiedział. I takim sposobem z wrogów staliśmy się przyjaciółmi. Nagle jakaś nic oplotła nasze nogi i wciągnęła z powrotem do tunelu. Okazało się, że myrmeki produkują nić jak pająki. Gdy tylko znaleźliśmy się na górze chwyciły nas i wybiegły na zewnątrz. Światło słońca mnie oślepiło. Rzuciły nas tuż przed mrowiskiem i otoczyły. Zrozumiałam ,że zbierają się na posiłek... Wyciągnęłam moje miecze i jeden z nich podałam mojemu towarzyszowi. Jeśli mamy zginąć, zginiemy walcząc. Poza tym muszę przyznać ,że do twarzy mu z cesarskim złotem w ręce....Na bokserki Hermesa! O czym ja myślę?! W panice odpychaliśmy ataki myrmeków, gdy nagle coś chwyciło nas za kołnierze koszulek i uniosło w górę. Zadarłam głowę w górę i zobaczyłam cudownego mechanicznego smoka, trzymającego nas w szponach i zawracającego w stronę domków. Na jego grzbiecie siedział Leo, a smok nazywał się Festus. Chłopak wyszczerzył do nas zęby
-Kto zamawiał prywatną limuzynę???
No no no długaśny rozdział jak na mnie. Postaram się napisać coś na jutro także trzymajcie się! :)
MPML
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz