-Pomyślcie tylko-zagaiła rozmowę Mellisa. Próbowała też przez cały lot co nie bardzo jej wychodziło-W końcu znajdziemy się na czubku świata. Dosłownie.-od początku była sympatyczna i podnosiła nas na duchu ale jedno mnie w niej denerwowało. Nie potrafiła siedzieć cicho.
-Wolę nie myśleć co się stanie na tym czubku- burknął Will.
-Oj daj spokój-szturchnęłam go-Właśnie bierzesz udział w przerażająco niebezpiecznej misji, jesteś cały zdenerwowany, zaraz zaczniesz rozwalać stada potworów. I kto wie. Może jeszcze jakiś cie zje!
-Ubaw po pachy.... Widzisz jak się ciesze?-uśmiechnął się sztucznie.
-Ale wiesz czego ci inni zazdroszczą?
-Czego?
-No jak to-udała zdziwienie Mellisa- No przecież z nami idziesz.
Po tych słowach obie się roześmiałyśmy i przybiłyśmy sobie niezdarną piątkę, rękami okutanymi w narciarskie rękawice. Will przewrócił oczami.
-Na pewno skręca ich z zazdrości-mruknął
-I tego się trzymajmy.
Szliśmy jeszcze chwilę po pozbawionym drzew polu, gdy nagle coś pode mną pękło. Zamarłam. To "pole" mogło wcale nie być polem...
-Nie ruszaj się-ostrzegł Will
-No co ty?-odparłam zirytowana-Nie wpadłabym na to...
Zignorował moją uwagę i bardzo powoli przykucnął. Przez chwilę odgrzebywał śnieg leżący obok niego, po czym zaklął po starogrecku.
-Weszliśmy na jezioro...
-Vlakas-mruknęła córka Apolla, co oznaczało nazwanie samej siebie idotą. -Jesteśmy kretynami! Przecież tu nawet drzew nie ma!
-To Antarktyda idiotko...Tu nie powinno być drzew.
-A tym czasem jezioro pęka-zwróciłam uwagę. Will wstał
-Mara przesuń leciutko nogę w bok i najdelikatniej jak możesz podejdź tu.
Zwykle nie przyjmuje poleceń od nikogo, lecz tym razem posłuchałam. Na palcach przeszłam tuż obok niego. Stwierdziliśmy, że lepiej jak najszybciej dojść do brzegu więc ruszyliśmy w bok, ostrożnie stąpając i nasłuchując. Nie minęła minuta ,aż pod nami znów coś się poruszyło. Przykucnęliśmy a ja odgarnęłam śnieg. Ujrzałam....ciemność. Wszystko byłoby okej gdyby ta "ciemność" się nie poruszała.
-Nie chcę was martwić-oznajmiłam-Ale coś pod nami jest.
-Co?-niedowierzała Mellisa.
-Chodź i zob...-wtedy całe jezioro się zatrzęsło ,a my głośno opadliśmy na lód. Kilka metrów od nas lód pękł, a spod niego wynurzyła się gigantyczna czarna głowa, a potem tułów...
-Wąż morski-szepnęłam. Wiedziałam o nim sporo dzięki Atenie, ale wiedziałam ,że najlepszą taktyką w przypadku spotkania jest ucieczka. Pogoniłam towarzyszy, odwróciliśmy się i uciekaliśmy ile sił w nogach tym razem nie zważając na pękający pod stopami lód. Podczas naszej głupiej ucieczki potwór najnormalniej w świecie zanurkował z powrotem i wyłonił się tuż przed nami. Mellisa ,która biegła pierwsza nie zdążyła wyhamować i z potwornym wrzaskiem wpadła w węża. Gdyby w ostatniej chwili się nie odturlała zostałaby pożarta, ale mimo tego bestia uderzyła ją z całej siły swym ogromnym cielskiem. Dziewczyna straciła przytomność a wąż z powrotem zanurkował. Mellisa wpadła za nim do lodowato zimnej wody. Nieprzytomna. Zerknęliśmy na siebie z Willem i jednocześnie powiedzieliśmy
-Ty ratujesz ja atakuję- nim mój przyjaciel się odezwał odwróciłam się i pognałam tam gdzie według moich szacunków zwróciła się bestia. Chłopak zanurkował za swoją przybraną siostrą. Biegłam dalej cały czas gotowa na to ,że wąż wyskoczy tuż przede mną. Tak zrobił. Zamiast zahamować i biec w przeciwną stronę, nie zwalniając ani trochę ominęłam jego paszczę naszpikowaną ostrymi zębami i wskoczyłam na niego, wyciągając po drodze miecze. Wbiegłam po jego szyi (czy jak to się tam nazywa w przypadku węża) i z całej siły wbiłam mu je w kark. Zamiast zginąć natychmiast, jak podejrzewałam, ten oślizgły gad strzepnął mnie z grzbietu i zanurkował. Gruchnęłam o lód i chwiejnie podniosłam się na nogi. Czułam ból w lewym nadgarstku ale mimo to ruszyłam do dziury w której zniknął. Nie mogłam przypomnieć sobie jego słabego punktu ale gdzieś za mną rozległ się krzyk uratowanej Mellisy
-W oczy! Celuj w oczy!- nie myśląc za dużo wskoczyłam do wody. Na chwilę sparaliżowało mnie potworne zimno ale po chwili otrząsnęłam się i nakazałam prądom ponieść mnie za potworem. Dzięki temu ,że moim tatą jest Posejdon woda od razu uleczyłam mój nadgarstek. Szybko znalazłam się obok stwora i oparłam się o jego grzbiet. Miałam już wyszarpnąć miecze gdy wąż nagle skoczył w górę. Przytrzymałam się ich gwałtownie i wyskoczyłam na powierzchnie razem z gadem. Dopiero wtedy wyciągnęłam ostrza i zeskoczyłam na ziemię. Unikając jego zębów obróciłam się i rzuciłam ostrzem z niebiańskiego spiżu. Trafiło idealnie w środek prawego oka węża. Potwór zaryczał przerażająco i skierował na mnie swoją olbrzymią paszczę. Jego łeb wystrzelił w moim kierunku, a ja upadłam na lód czekając ,aż wielkie zębiska rozgniotą mnie na miazgę. Kiedy nic się nie stało odważyłam się zerknąć. Przede mną zobaczyłam otwartą ale nie poruszającą się głowę. Wstałam i zobaczyłam ,że z lewego oka węża sterczy złota strzała. Odwróciłam się i kilkanaście metrów za sobą zobaczyłam siedzącą, drżącą Mellisę i stojącego nad nią Willa z łukiem w dłoni. Podbiegłam tam cała mokra i zdyszana i również opadłam na ziemię.
-Trzymaj- Will podał mi duży koc, który wyciągnął zapewne z pozapszestrzennego schowka który miał. Wiecie, taki z pozoru mały plecaczek, a pomieści więcej niż sklep budowlany, nie przybierając przy tym na wadze. Dopóki nie owinęłam się kocem nie czułam jak bardzo było mi zimno ; w przeciwieństwie do brata nie umiałam być sucha na zawołanie. Cała drżałam. Podniosłam wzrok na tak samo mokrego przyjaciela i wydyszałam
-Dzięki
Wzruszył ramionami i sam zarzucił sobie koc na plecy
-Nie ma za co. Jakbyś nie odwróciła jego uwagi nie miałbym czystej linii strzału.
-Mówię o kocu głupku-zaśmiałam się-Ale za tamto też dzięki.
Will wzniósł ręce do nieba
-Uratowałem dziewczynie życie, przed żądnym krwi wężem morskim a ta mi dziękuje za koc!
-Poradziłabym sobie-parsknęłam
-Leżąc na lodzie i zakrywając się rękami?
Nie mając lepszych argumentów podniosłam wyżej głowę i szybko wstałam
-Musimy iść.
-T...t....t....tak-wyjąkała Mellisa ze szczękającymi zębami. Brat pomógł jej wstać i podał jej swój koc tłumacząc ,że wcale nie jest mu zimno. Tak szybko jak to było możliwe zeszliśmy z jeziora. Na skarpach daleko na wschodzie zobaczyliśmy stado pingwinów. Ominęliśmy je i znaleźliśmy się na polanie otoczonej wzgórkami i skarpami. Było już późne popołudnie (na Antarktydzie) a słońce chowało się za horyzontem. Rozbiliśmy namiot i usiedliśmy na jego brzegu jedząc ambrozjowe ciastka i jakieś bułeczki od Chejrona.
Spojrzeliśmy po sobie
-Wyglądacie jak zmokłe kury-skomentował Will, czym zasłużył sobie na mocnego kuksańca w żebra
-Ty też nie lepiej braciszku-uśmiechnęła się słodko blondynka, odlepiając mokre kosmyki od twarzy. Moje włosy wyglądały pewnie jakbym wylała na nie wiadro oliwy i specjalnie poplątała, ale szczerze mówiąc nie obchodziło mnie to. Po zjedzeniu posiłku ustaliliśmy warty. Najpierw ja, potem Will, a na końcu Mellisa. Kiedy reszta grupy poszła odpocząć, ja siedziałam dalej na brzegu namiotu z mieczami u boku. Potarłam ramiona. Chociaż nie należy do najwygodniejszych, brakowało mi mojej zbroi. Czułam się taka...bezbronna. Zupełnie jakby jej brak przestał czynić mnie wojowniczką...Objęłam rękami kolana i wsparłam o nie brodę. Zamyśliłam się nad słowami przepowiedni i "własną marą" którą na pewno nie był wąż, kiedy w końciku oka zauważyłam jakiś ruch. Chwyciłam miecze i przeszyłam lecącą wprost na mnie i wyciągającą szpony zmutowaną czarno-szarą sowę o dwóch głowach. Podobnie załatwiłam cztery kolejne które przyleciały. Oprócz nich do końca mojej warty nie działo się nic nadzwyczajnego.Siedziałam zamyślona, kiedy poczułam rękę na ramieniu. Błyskawicznie chwyciłam ostrze i wycelowałam je w kogoś za mną. Tym kimś okazał się Will. Zażenowana spojrzałam na mój miecz przy jego gardle i oderwałam od niego połyskujące w blasku księżyca cesarskie złoto.
-Sorry. Taki odruch...
-Bardzo dobry odruch-zauważył-Działo się coś ciekawego?
-Oprócz pięciu zmutowanych, chcących mnie zabić sów to nie.
-Nic ci nie jest? Czemu nie wołałaś?
Zdenerwował mnie tymi pytaniami
-Nie nic mi nie jest, a poza tym nie jesteś moją niańką i nie muszę wołać cię za każdym razem
-Okej, okej nie wkurzaj się tak- uniósł ręce w górę-Moja kolej
-Co?
-No, na wartę-przypomniał mi
-Nie chce mi się spać, posiedzę chwile z tobą.
-Musisz się wyspać. Nie będziesz miała siły walczyć z wielkimi wężami.
-Tiaaa....Wolałabym tego nie powtarzać
-Ja zdecydowanie też nie- mrugnął do mnie i zaczął rozmowę- Tak w ogóle, to byłaś niesamowita. Wiesz z tym wskoczeniem za potworem do wody i rzuceniem miecza...
-Każdy by zrobił to co ja..
-Nie każdy. Większość by stchórzyła. Ja też
Na te słowa zarumieniłam się jak wściekła i schowałam twarz we włosach.
-Na pewno też byś tam wskoczył.
-Pamiętasz co ci mówiłem wtedy, w mrowisku?
-Że boisz się węży?
-Tak. Sama widzisz. Za czymś innym może, po głębszym zastanowieniu bym wskoczył, ale nie za wężem...
-Ale mimo wszystko strzał był ładny. Chyba przyciąłeś mi końcówki.
Zaśmiał się
-Wybacz. Tylko tak oko było na linii strzału...
-A jakbym się ruszyła?
-To bym cię trafił, a zaraz potem byśmy cię uleczyli, chyba że zjadłby nas potwór.
-A co jakbyście nie zdążyli mnie uleczyć?
Spojrzał na mnie poważnie i powiedział
-Nigdy bym cię nie skrzywdził.
-Ale nieświadom...
-Nigdy-przerwał mi, po czym dodał wciąż wlepiając we mnie spojrzenie niebieskich oczu- Przysięgam na Styks.
-Will, to bardzo poważna przysięga- zaoponowałam-Cofnij to.
-Nie. Nie zrobię nic co mogłoby cię na dłuższą metę skrzywdzić.
-Nie potrzebuję opieki-naburmuszyłam się-Nie jestem dzieckiem
-Kim jak kim, ale dzieckiem na pewno nie jesteś- spojrzałam na niego badawczo
-Co to niby miało znaczyć?
-Dzieci nie rozwalają potworów tak łatwo, jakby robiły sobie kanapkę.
Roześmiałam się
-No może faktycznie nie...
-Idź już spać.
-Nie chcę.
-Wyglądasz na zmęczoną.
-Chcesz powiedzieć ,że wyglądam brzydko?!-udałam złość, ale w moich oczach błyszczały iskierki rozbawienia. Doskonale zdawałam sobie sprawę jak wyglądałam.
-Na stare skarpetki Hadesa! Nie to miałem na myśli.
-Akurat-mruknęłam ledwo powstrzymując się od śmiechu.
- Słuchaj-złapał mnie za podbródek i zmusił do spojrzenia mu w oczy- Jesteś inteligentna, zabawna i piękna. Jak nie wierzysz mogę nawet przysiądz.
-Nie trzeba. Na prawdę tak myślisz?-teraz byłam już całkiem poważna.
-Z reguły nie kłamię. A tak w ogóle, fajny rumieniec.
Wyrwałam mu się i odwróciłam głowę. Po chwili, gdy znów na niego spojrzałam, ze smutkiem w oczach patrzył w ziemię, pogrążony w myślach.
-Znajdziemy go.-powiedziałam. Spojrzał na mnie zafrasowany i jakby zdenerwowany
-Mam nadzieje...
Przytuliłam go. To było jakieś takie, spontaniczne. Chwilę później oderwałam się od niego i chwyciłam go za podbródek tak jak on wcześniej mnie.
-Znajdziemy go słyszysz? Na pewno
Po tych słowach nasze twarze zaczęły się zbliżać. Will pochylił się do mnie, a nasze twarze dzieliły centymetry. Nagle, przerywając tą chwilę, oderwał się. Starałam się ukryć zawód. Odsunęłam się od niego i wstałam.
-Chyba faktycznie pójdę spać...
-Mara, ja....
-Dobranoc
Weszłam do namiotu. Zrobiło mi się przykro i łzy napłynęły mi do oczu ale je powstrzymałam. Nie będę płakać! A już na pewno nie przez to ,że się głupio zadurzyłam! Chwila....Ja się nie zadurzyłam!Chociaż, może...Nie !Odepchnęłam od siebie te myśli, położyłam się w śpiworze i zmusiłam swoje ciało do odprężenia. Z mózgiem pełnym wątpliwości zasnęłam, czekając na nowy poranek. Nowy dzień. Nowe przygody.
Szykujcie sobie ciastka, kakao i kocyk, bo najlepsze a zarazem najgorsze jeszcze przed nami huhuhuhuh.
Papa!
MPML
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz