A więc całą moją sielankę (jeśli można tak nazwać bezustanne narażanie życia) zakończył jeden głupi list. Leciałam sobie spokojnie na Szumie (nazwałam tak wielkiego niebieskiego smoka zionącego lodowatą wodą) nad Zatoką Perską ,gdy nagle, dosłownie z nieba spadł Hermes i wylądował na smoku tuż za mną.
-O jak dobrze ,że złapałem cię na patrolu.
-Witaj Hermesie. Masz jakąś wiadomość?
-Skąd wiedziałaś?
- Wiesz, gdyby ktokolwiek, kiedykolwiek chciał złożyć mi wizytę, raczej poleciałby prosto do jaskini, a nie szukał mnie wszędzie. Zwłaszcza jeśli taki ktoś jest boskim listonoszem.
-Ej! Wcale nie jestem listonoszem! Nie roznoszę listów!
-Doprawdy? To co robisz?
-Ja....yyy....- myślał przez chwilę. A u niego chwila to podróż z Arabii Saudyjskiej do Izraela na piechotę więc trochę to zajęło.- Dostarczam wiadomości!
-To to samo- skwitowałam.- Podobno masz jakiś list.
-No mam...
-Więc?
-Więc co?-nawet bogowie potrafią byś czasem niewiarygodnie tempi.
-Na stare skarpety Aresa! Daj mi go!
-Fuj...Nie chciałbym ich wąchać...Ładna dziś pogoda.....
-Dasz mi go czy nie?!
-No spokojnie, spokojnie , bez nerwów.-zaczął szukać wśród wielu różnych papierów. Jeden z nich porwał wiatr - Ups.... O tu jest! Proszę- podał mi zapieczętowaną zieloną kopertę- A teraz sama rozumiesz...muszę lecieć, bo obawiam się ,że Afrodyta ni będzie zadowolona gdy śmiertelnicy przeczytają tajną korespondencje z Aresem...
-Leć już-przerwałam mu-Dziękuję
Zasalutował niechlujnie i popędził za zgubionym listem. Zawróciłam Szuma i w mgnieniu oka wróciliśmy do domu. Przytuliłam mojego ulubieńca Wichra i usiadłam na skraju skarpy, dyndając nogami nad 200 metrową przepaścią. Niecierpliwie rozdarłam kopertę i wyciągnęłam nieskazitelnie białą kartkę z logo Obozu Herosów u dołu. Zaczęłam czytać
Droga Maro!
Nie wiem czy mnie pamiętasz ale mam wielką nadzieję ,że nie wspominasz mnie
najgorzej, zwłaszcza ,że muszę prosić Cię o przysługę. Nasza wyrocznia Rachel
Elizabeth Dare po odzyskaniu swojego daru, wypowiedziała ostatnio bardzo
niepokojącą mnie przepowiednię. Obozowicze zastanawiają się o kogo w niej
chodzi, ale ja znam odpowiedź. To przepowiednia o panu chaosu i o Tobie, dziecięciu
żywiołów. W obliczu tego nieuchronnie zbliżającego się zagrożenia proszę Cię o
natychmiastowe przybycie do Obozu Herosów. Nie jest to próba chronienia Cię
(ykhym.. ykhym...) ale jedynie prośba o pomoc w chronieniu Obozu. Twoja znajomość
świata, potworów i wynalazków, zdobyta od bogów bardzo nam pomoże. Jak
pewnie wiesz czasu jest coraz mniej, a do pokonania Go potrzebujemy wielkiego
przygotowania. I zapewne nie małej ilości misji do zrealizowania, które jak wiem
lubisz. Jeszcze raz proszę
Chejron
Odetchnęłam głęboko. Że niby ja? W Obozie Herosów? yyyy...nie? Ale z drugiej strony skoro Chejron prosił o pomoc to ja nie wyobrażałam sobie mu jej nie udzielić. Kiedyś już obiecałam sobie ,że nigdy nie odmówię przyjacielowi w potrzebie. No to teraz mam.... Mimo wszystkich obiekcji postanowiłam pomóc. Z duszą na ramieniu poszłam pożegnać się z przyjaciółmi. Chociaż nie rozumiałam ich języka, one rozumiały mój. Poszłam prosto do Szarego. Gdy szeptem opowiedziałam mu wszystko i ze łzami w oczach oznajmiłam ,że muszę wyjechać smok powoli skinął łbem, odwrócił się by coś wziąć i położył mi na dłoni przepiękny naszyjnik z kamieniem iskrzącym wszystkimi kolorami. W myślach w dziwny sposób, jakby nie pzeznaczona dla uszu pojawiła mi się informacja "Jeżeli będziesz potrzebować pomocy, użyj go. Przybędziemy" Lekko zaskoczona kiwnęłam głową i z szacunkiem się ukłoniłam. Odwzajemnił się tym samym gestem. Po wielu uściskach z wieloma smokami w mojej czarnej pelerynie, z naszyjnikiem na szyi i mieczami u boku byłam gotowa do drogi. Przytuliłam Wichra i przysięgłam na Styks ,że jeszcze się zobaczymy. Usiadłam na jego grzbiecie czując się jakby był to mój ostatni lot. Zdusiłam szloch i dałam sygnał do startu. Odwróciłam się i po raz ostatni popatrzyłam na znikającą w obłokach jaskinię. Moją jaskinię. Mój dom. Uśmiechnęłam się pod nosem dotknęłam naszyjnika i wyszeptałam
-Jeszcze tu wrócę.
Lecąc coraz dalej schowałam go pod krwistoczerwoną zbroję i założyłam kaptur. Wtuliłam się w szyję przyjaciela i rozkoszowałam się lotem. Po kilku godzinach widać już było zatokę Long Island. Wypatrywałam Obozowej plaży zza chmur, ale zamiast niej zobaczyłam niezbyt przyjemny widok. Leciałam od lądu i przed sobą widziałam wielu uzbrojonych herosów stojących na plaży, dwa czarne smoki strzelające w półbogów ogniem i czarną postać na grzbiecie jednego z nich. Warknęłam pod nosem
-On..- i zniżyłam lot. Jacyś ludzie, zapewne dzieciaki Apollina szyły z łuku w gady nie robiąc im nic poza jeszcze większym denerwowaniem. Nie lubię zabijać smoków ale postanowiłam, że jeśli będzie trzeba dla tych dwóch zrobię wyjątek. Przelatując nad Obozowiczami usłyszałam krzyki
-Zdrajczyni! To miała być pomoc a nie atak!- i zrozumiałam ,że obozowicze myślą iż osobą siedzącą na czarnym smoku jestem ja. Postanowiłam jak najszybciej wyprowadzić ich z błędu. Już miałam zaatakować wrogów gdy zobaczyłam jakiegoś chłopaka wznoszącego się w powietrze i dzierżącego w dłoni złoty miecz. Miał zamiar ich atakować?!
Idiota!
Ale sądząc po zdolnościach zapewne synalek Zeusa. Jeszcze gorzej. Król bogów będzie mocno wkurzony jak coś złego mu się stanie. Dlatego właśnie musiałam dopilnować by nic się nie stało. dałam znak Wichrowi do szaleńczego skrętu w lewo, kazałam mu zgarnąć mnie za chwilę i przeleciałam tuż przed obozowiczami, co nieźle ich zaskoczyło. Doleciałam do wznoszącego się chłopaka i zeskoczyłam wprost na nic nie spodziewającego się Supermana. Zaskoczony stracił kontrolę nad lotem i zaczął na oślep wymachiwać mieczem. Szybko pozbawiłam go broni i lekko złagodziłam nasz upadek. Mimo to wylądowaliśmy przed resztą półbogów nieźle grzmocąc o ziemię. Zeszłam z nawet przystojnego blondyna którego sprowadziłam na ziemię. Wkurzonego blondyna. Otrzepał się z piasku i wstając zaczął wrzeszczeć
-O co ci chodzi człowieku?! Właśnie miałem ich zabić!
-Wyluzuj Supermanie bo ci żyłka pęknie- odparłam. Nie widzieli mnie spod kaptura. Można powiedzieć ,że nie należałam do wysokich i sięgałam chłopakowi do brody.-W gruncie rzeczy uratowałam twoje zakichane życie. I tak byś ich nie zabił bo nie wiesz jak, więc postój tu sobie i popatrz na mistrza w akcji.-krzyknęłam jeszcze do łuczników-Ej wy!...Tak wy!!! Nie strzelajcie, bo przeszkadzacie. Do zobaczenia za chwilę!- ostatnie słowa skierowałam do całej licznej grupy i podskoczyłam. Wicher złapał mnie w szpony i podrzucił na grzbiet. Musiało to imponująco wyglądać i wcale nie było konieczne ale lubiłam czasem się trochę popisywać więc nie mogłam sobie tego odmówić. Pochyliłam się nad jego czerwoną szyją i ruszyliśmy na czarnego smoka bez jeźdźca. Wicherek poczęstował go świeżutką porcją ognia, a ja wbiłam nóż myśliwski w jedyny czuły punkt smoków, czyli kark. Potwór natychmiast rozsypał się w czarny, błyszczący pył. Z tym poszło łatwo. Zwróciliśmy się do drugiego wroga, a jego jeździec roześmiał się na ten widok.
-Chcesz walki?!-ryknął-No to dawaj bez smoczusia! Chyba ,że wielki władca smoków się boi?!
To zadziałało na mnie jak płachta na byka. Nikt...powtarzam Nikt nie będzie nazywał mnie tchórzem bezkarnie.
Pochyliłam się nad smokiem i wymamrotałam
-Kiedy z ciebie zeskoczę leć natychmiast do jaskini. Nie oglądaj się. Jeszcze się spotkamy, pamiętaj. Kocham cię przyjacielu- po tych słowach wstałam na jego grzbiecie i skoczyłam na czarną bestię. Wicher odleciał
-Tak bardzo chcesz śmierci?!-warknęłam na wroga-No to podejdź!
Wyciągnęłam oba miecze. Jedno lśniące ostrze z cesarskiego złota wykute przez Hefajstosa i druga zabójcza klinga z niebiańskiego spiżu-dzieło cyklopów z kuźni taty. Natarłam na zakapturzoną postać trzymającą miecz ze stygijskiego żelaza. Mój przeciwnik był mocny jedynie w gębie. Rozbroiłam go z łatwością i posłałam jeden z jego mieczy na drugi koniec wielkiego gada. Wymierzyłam miecze we wroga. Ściągnął kaptur. Ku mojemu zdziwieniu był mniej więcej w moim wieku. Miał oliwkową karnację ciemne włosy do brody i ciemne oczy w których widziałam groźny błysk. Wyczułam wokół niego aurę śmierci.
-Syn Hadesa-powiedziałam i splunęłam pod nogi
Uśmiechnął się nikczemnie.
-Ohohoh rozpoznałaś mnie. Może okazałabyś się całkiem przydatna.
-Ryzykownie powiedziane zważywszy na to,że to ty leżysz.-wstał. Był wyższy ode mnie ( jak większość ludzkiej populacji od 12 lat wzwyż). Cały czas celowałam w niego mieczami, a ten spojrzał na mnie wilkiem irzekł
-Jeszcze się spotkamy i nie będzie ci tak łatwo. Tak w ogóle jestem Nico di Angelo. Pozdrów ode mnie Willa Solace tam na dole- rozkojarzył mnie i pchnął wprost w morze, a sam odleciał w niebo.
Spadając klęłam jak szewc i zwyzywałam tą pluskwę świńską na czym Zeus stoi. Było za nisko na skorzystanie wyłącznie z wiatrów więc zwolniłam lot i przyzwałam wodną deskę oby zabrała mnie na brzeg. Miałam nadzieję na bohaterskie wejście ,ale byłam wyczerpana po użyciu mocy więc tylko padłam na piasek twarzą w górę, przez co zsunął mi się kaptur.Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z bólu w ramieniu za które złapał mnie Nico. Pewnie jakoś mi je wygiął. Usiadłam niepewnie a wokół mnie zgromadziły się tłumy obozowiczów w pomarańczowych koszulkach. Usłyszałam krzyki
-To dziewczyna!
-A walczy lepiej niż ty!
-W sumie niezła.
-Connor!
-No co, nie kłamię.
-Faktycznie ślicznotka!
-Ślicznotka was słyszy- jęknęłam i wstałam chwiejnie na nogi. Lekko zakręciło mi się w głowie ale zdołałam ustać w miejscu. Szarpnęłam sobie za ramię, nastawiając je i po chwili ból zelżał do tępego pulsowania. Nagle przez tłum obozowiczów przemknął znajomy centaur o bujnych siwo brązowych włosach i brodzie. Uściskałam Chejrona serdecznie
-Myślałem ,że zignorujesz prośbę
-To do niej pisałeś o pomoc?-spytał z niedowierzaniem ten sam chłopak na którego skoczyłam
-Tak Jasonie, do niej
-Przecież ona wygląda jakby sama potrzebowała pomocy-jęknął, co mnie zdenerwowało
-Odszczekaj to albo już zaraz przywitasz się z Cerberem!-warknęłam
Obok blondyna stanęła wysoka brunetka, zapewne jego dziewczyna i powiedziała zabarwiajac głos czaromową
-Spokojnie. Jason nie miał tego na myśli. Po prostu się zdziwił.-miałam podejrzenia kim jest ta dziewczyna
-Jesteś Piper McLean, córka Afrodyty?
-Skąd wiesz- spytała całkiem zbita z tropu
- Twoja mama bardzo cię chwaliła ostatnio. Cztery lata temu mówiła że będziesz bardzo potężna. Najpotężniejsza z jej półboskich dzieci.
Do rozmowy wtrącił się blondyn Jason
-Ty na prawdę mieszkałaś...Tam?
-Tak. Przez cztery lata. Trzy lata temu uciekłam, ze strachu ,że coś im zrobię.
-Bogom?-spytał z niedowierzaniem
-Długa historia.
Piper uśmiechnęła się
-Jestem Piper, co już wiesz ale jak ty się nazywasz?
-Mara Jackson.-zamarła gdy usłyszała moje nazwisko. Tak jak cała reszta. Nie kojarzyłam o co chodzi dopóki wśród tłumu nie rozległ się pełen niedowierzania głos
-Di immortales- przez obozowiczów przepchnął się wyższy ode mnie o głowę ciemnowłosy nastolatek o zielonych oczach. Takich samych jak moje. Pomimo tylu lat rozłąki rozpoznałam go. Zamarłam.
-Percy?
Tak mnie naszło na kilka rysunków xd. Jakie ja mam wyczucie czasu za 5 min północ, ale skończylam dzisiaj drugi next. Trochę dłuższy ^^
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz